Biuro Podróży Neckermann rozpoczęło realizację działań reklamowych, których celem jest promocja wyjazdów do duńskiego Billund, gdzie zlokalizowany jest słynny Legoland oraz wiele innych atrakcji. Kampania potrwa do końca lutego i będzie realizowana równolegle w internecie, kinach oraz w warszawskim metrze.

 

LEGOLAND® Billund w Danii to najstarszy i jeden z największych parków z klockami LEGO na świecie. Co roku odwiedza go blisko 2 miliony gości. Popularny jest także wśród Polaków. Neckermann Podróże będący kluczowym partnerem hoteli i apartamentów w regionie Billund na rynku polskim rusza z kampanią, której celem jest ukazanie walorów kompleksu parków rozrywki jako atrakcyjnego miejsca na rodzinne wyjazdy a także benefitów, które czekają na klientów rezerwujących ofertę w biurach touroperatora.  

 

 Kampania będzie prowadzona na poziomie ogólnopolskim i obejmie działania w outdoorze, kinach, internecie a także sieci sprzedaży na terenie całego kraju. Jej kluczowym elementem jest spot reklamowy, który będzie emitowany przed filmem LEGO® PRZYGODA 2 w sieci Multikino i Cinema City a także w social mediach, na portalach internetowych oraz w sieci ekranów w biurach touroperatora. Jej uzupełnieniem będzie kampania outdoorowa prowadzona do końca lutego w warszawskim metrze.  

 

Obejrzyj spot: http://bit.ly/LeglandBillund_spotNeckermann

- Poprzez aktywność reklamową chcemy przede wszystkim zwrócić uwagę na unikalne walory całego regionu, gdzie zlokalizowany jest LEGOLAND® Billund, jako niezwykle atrakcyjnego miejsca wypoczynku dla całej rodziny. Mamy nadzieję, że dzięki dogodnym połączeniom lotniczym a także atrakcyjnej promocji przygotowanej specjalnie dla polskich klientów, jeszcze więcej z nich będzie mogło je poznać i spędzić wyjątkowe chwile w tym najstarszym i jednym z największych parków Legoland  na świecie. - mówi Piotr Czorniej, Media & Partnership Manager Neckermann Podróże, odpowiedzialny za rynki wschodnie Thomas Cook International. 

Kampanii reklamowej towarzyszy specjalna promocja na wyjazdy do Legolandu i innych atrakcji regionu. Klienci, którzy zarezerwują ofertę w Neckermannie do końca lutego otrzymają bilet wstępu - Resort Pass - do LEGOLAND® Billund Resort gratis, „Be Happy Pass” czyli kartę zniżkową uprawniającą do szeregu atrakcji w Billund i jego okolicy oraz upominek w postaci dużego pudełka klocków LEGO. 

 

Obok atrakcji jakie oferuje park, klienci zwracają także uwagę na stosunkowo łatwy dojazd do Legolandu a także bogatą bazę noclegową w Billund. Neckermann oferuje duży wybór obiektów od urządzonego w pirackim stylu połączonego z parkiem, 4-gwiazdkowego hotelu Legoland, poprzez zbudowany w konwencji rycerskiego zamku hotel Castle LEGO®, aż po bogatą ofertę tanichdomków kempingowych (LEGOLAND Holiday Village, Lalandia Billund). 

 

Często podkreślany jest także fakt, że Dania jest spokojnym i bezpiecznym krajem. Większość klientów Neckermanna udaje się tam autem, ale ze względu na dogodne połączenia coraz więcej osób wybiera też samolot - do Billund dolecimy już bezpośrednio z Gdańska, Warszawy, Poznania i Krakowa. 

 

Sukces LEGOLAND® Billund w Danii tkwi w jego uniwersalności i ogromie atrakcji jakie oferuje zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. W tym podzielonym na kilka części parku znajduje się ponad 50 różnych atrakcji, dlatego większość klientów Neckermanna udaje się tu na minimum 4-5 dni. To przede wszystkim słynny Miniland - świat tysiąca klocków z miniaturowanymi budowlami, w tym strefą klocków Lego Duplo dla najmłodszych. Starsi lubią poczuć moc adrenaliny na rollercoasterach i symulatorach lotu.  Nie można zapomniećo Lalandii czylinajwiększym parku wodnym w Skandynawii z szeregiem atrakcji takich zjeżdżalnie, baseny, ale też ścianki wspinaczkowe czy zimowe miasteczko. Najnowszą, topową atrakcją parku jest jedyny na świecie LEGO® House czyli wyjątkowe centrum kreatywności, w środku której na gości czeka 12 000² interaktywnej zabawy klockami.

 

Odwiedzając Legoland warto wpaść też do oddalonego o 25 km Givskud ZOO, gdzie możemy oglądać zwierzęta jak na typowym safari, czyli zza szyb auta. Atrakcja o powierzchni ok. 6,5 tys. m2 znana jest zwłaszcza z Parku Lwów, dla którego rokrocznie przyjeżdża ok. 400.000 gości.

Więcej: http://bit.ly/LegolandBillund2019

 

Najlepsze miejsca na długi weekend na przełomie maja i czerwca

Na przełomie maja i czerwca czeka na nas kolejny długi weekend – Boże Ciało w tym roku wypada 31 maja. Jeden dzień wolnego pozwoli na cztery dni wypoczynku.

Czytaj Więcej >>

Najlepsze pomysły na wyjazd rodzinny z okazji Dnia Dziecka

Wkrótce Międzynarodowy Dzień Dziecka. Wielu rodziców zastanawia się, w jaki sposób spędzić ten szczególny dzień ze swoimi pociechami, aby przyniósł jak najwięcej radości i pozostawił przyjemne wspomnienia. Możliwości na uczczenie tego święta jest naprawdę wiele. 

Czytaj Więcej >>

Najciekawsze pomysły na Majówkę

Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku!  Czytaj więcej >

Najlepsze wiosenne wyjazdy typu city break

City break to alternatywna opcja dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu wybrać się na dłuższy wypoczynek. Obejmuje ona wyjazdy weekendowe do najciekawszych miejsc w Europie. Krótkoterminowa wycieczka pozwala na wypoczynek oraz zapoznanie się z kulturą i kuchnią danego regionu.  Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

W 7 dni dookoła Islandii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

 

<< Islandia bywa często określana mianem „Nowej Zelandii Europy”. Swoje piękno i popularność wśród turystów zawdzięcza wyjątkowemu położeniu geograficznemu, a także surowemu i wilgotnemu klimatowi. Przyciąga podróżników przede wszystkim wspaniałą przyrodą, iście księżycowymi krajobrazami oraz ogromnymi przestrzeniami niezamieszkałych terenów. Za jedną z głównych atrakcji tej fascynującej wyspy uważa się wulkany, których jest ok. 130. Aż 18 spośród nich było aktywnych w ciągu ostatnich dwunastu stuleci. Do największych należą Askja, Katla, Hekla, Hvannadalshnúkur (będący jednocześnie najwyższym szczytem kraju – 2110 m n.p.m.) i Eyjafjallajökull (który spowodował ogromne zamieszanie w międzynarodowym ruchu lotniczym w kwietniu 2010 r.). Poza tym znajdziemy tu również gejzery, gorące źródła, lodowce, wodospady i fiordy. Nie należy też zapominać o tym, że ze względu na bliskość koła podbiegunowego północnego latem na Islandii słońce świeci prawie 24 godziny na dobę, a zimą występują noce polarne, podczas których na niebie pojawiają się przepiękne zorze.>>

Ísland, czyli po islandzku „Kraina Lodu”, leży w północnej części Oceanu Atlantyckiego, na południe od koła podbiegunowego północnego oraz ok. 290 km na wschód od Grenlandii i 750 km na północny zachód od Szkocji. Na jej terytorium składa się głównie wyspa Islandia, a także kilka mniejszych wysepek, w tym archipelag Vestmannaeyjar. Funkcję stolicy pełni Reykjavík, a największymi spośród pozostałych trzydziestu miast są Kópavogur, Hafnarfjörður, Akureyri, Reykjanesbær i Garðabær. Jedynie w tych sześciu ośrodkach miejskich liczba ludności przekracza 10 tys. Jednak to nie one stanowią o niezwykłej atrakcyjności tego kraju, lecz jego nieskazitelna i różnorodna przyroda.

Więcej…

Ale Meksyk!

ROBERT PAWEŁEK

 

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< W promieniach gorącego tropikalnego słońca podróżnicy wyruszają przez półwysep Jukatan śladami dawnej cywilizacji Majów. Gdzieś tutaj praktykowano tajemnicze obrzędy. Układ gwiazd i planet decydował o życiu tysięcy ludzi. Dziś wspaniałym piramidom schodkowym, zamiast ołtarzy ofiarnych, towarzyszą stragany z pamiątkami. W głębi dżungli kuszą nurków fascynujące podziemne jaskinie – cenoty. A na strudzonych wędrowców czekają miękkie złote piaski Riwiery Majów (Riviera Maya). Czy można sobie wyobrazić lepszą wyprawę? >>

 

Na pierwszy rzut oka półwysep Jukatan wydaje się płaski jak… tortilla. W zdecydowanej większości wznosi się zaledwie kilka metrów nad poziomem morza. Z lotu ptaka widać niewysokie lasy tropikalne i sawanny przecięte prostymi jak strzała drogami. W pasie nadmorskim królują namorzyny. Ten z pozoru mało urozmaicony widok nie zapowiada wielkich atrakcji, jakie tu na nas czekają...

Więcej…

Panama – na styku dwóch oceanów i Ameryk

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

<< Jednym z pierwszych widoków witających przyjezdnych w stolicy Panamy (Ciudad de Panamá) jest skupisko szklanych wieżowców dumnie górujących nad wodami Zatoki Panamskiej. Panorama dzielnicy finansowej przywodzi na myśl nowoczesne metropolie i może sugerować, że przybyliśmy do kraju żyjącego w znanym nam europejskim rytmie. Gdy wyruszymy poza miasto, szybko uświadomimy sobie, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. >>

Panama to wiecznie zielone lasy deszczowe, malownicze góry, rajskie wyspy i plaże oraz urokliwe miasteczka i ich serdeczni mieszkańcy. W tym kraju z karaibską duszą dzieje Indian przeplatają się z historią tworzoną przez konkwistadorów i pirackimi podbojami, o których do dziś krążą legendy. Prawdziwa egzotyka czeka w nim na odkrycie.

 

Nie pamiętam dokładnie, z czym kojarzyła mi się Panama, zanim się do niej udałam. Myślę, że był to, jak w przypadku wielu osób, słynny Kanał Panamski. Ten majstersztyk inżynierii swoich czasów, łączący Atlantyk z Pacyfikiem, który nieporównywalnie skrócił czas morskich podróży, nadal pozostaje jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Rocznie przeprawia się przez niego ok. 14 tys. statków. I choć od ponad 100 lat jest symbolem Panamy, to nie on zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci. Teraz ten piękny zakątek Ameryki Centralnej kojarzy mi się z czymś innym.

 

W TROPIKALNYM LESIE

Dziś ten kraj to dla mnie przede wszystkim tropikalne lasy, z dusznym, wilgotnym powietrzem i sufitem zieleni nad głową. I mimo iż Panama jest różnorodna, blisko 40 proc. jej powierzchni zajmują właśnie wiecznie zielone lasy deszczowe, odznaczające się niezwykłą rozmaitością roślin i zwierząt. Liczba występujących tu gatunków flory i fauny należy do największych na świecie. Ich rozwinięciu się sprzyjały nie tylko panujące w tym regionie warunki klimatyczne, lecz także fakt, że niczym most łączy on obie Ameryki. Dlatego zawsze stanowił miejsce mieszania się gatunków.

Różnorodność ta była niegdyś jeszcze większa, ale budowa wspomnianego Kanału Panamskiego i związane z nią wycinki odbiły się negatywnie na ekosystemie. Od wielu lat lasy w Panamie karczuje się również pod plantacje, a przede wszystkim pod pastwiska dla bydła. Sytuacja jest jednak pod pewnym względem paradoksalna. Otóż obszary leśne są ponoć niezbędne do nawadniania kanału i utrzymania jego żeglowności. Wbrew pozorom więc tutejsze lasy, zwłaszcza te w okolicach Ciudad de Panamá, wydają się nie być zagrożone, a to z powodów praktyczno-ekonomicznych. Możliwe zatem, że inwestycja, której zrealizowanie przyczyniło się niegdyś do tylu zniszczeń w środowisku, stanie się strażnikiem przyrody. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Tropikalny las deszczowy porasta wiele regionów kraju. Jednym z najłatwiej dostępnych jest Park Narodowy Soberanía, położony około pół godziny jazdy samochodem od centrum stolicy (mniej więcej 25 km). Choć leży w niedalekiej odległości od dużych ośrodków miejskich, to jednak nie niewielki skrawek leśnego obszaru, lecz rozległy teren o powierzchni ponad 195 km². Mimo niesamowitej wilgotności i mnogości chronionych gatunków nie napotkałam tutaj pijawek, co po moich dawniejszych doświadczeniach nie tylko mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło. Przez park prowadzi 10-kilometrowa trasa, którą w XVI w. Hiszpanie przewozili złoto i towary z Kalifornii i Ameryki Południowej. Dziś Camino de Cruces jest jednym z kilku dostępnych miejscowych szlaków. Należą do nich m.in. Sendero El Charco (800 m długości) czy Camino del Oleoducto (17 km), z których można obserwować setki gatunków ptaków. Podczas wędrówki wśród tutejszej bujnej zieleni aż trudno uwierzyć, że tylko pół godziny dzieli ten park od zgiełku stolicy.

Połacie lasu deszczowego znajdują się także w okolicach Boquete w prowincji Chiriquí, niewielkiego, górskiego miasteczka założonego na początku XX stulecia. Miejsce to leżało na szlaku poszukiwaczy złota, pragnących odnaleźć najszybszą drogę do Pacyfiku. Z początku to właśnie oni zaczęli się tu osiedlać. Dziś Boquete znane jest jako mekka ekspatów. Przyciąga również miłośników jazzu, kawy, a przede wszystkim okolicznej przyrody, czyli gór i wulkanów obrośniętych mglistym, tropikalnym lasem.

Kiedy chmury nie zalegają zbyt nisko, już w drodze do miasteczka dostrzec można górujący nad wszystkim wulkan Barú (3475 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Panamy. Zdobycie jego wierzchołka stawia sobie za cel wiele przybywających tutaj osób. Zapewne i my zrobilibyśmy tak samo, ale nie podjęliśmy tego wyzwania m.in. ze względu na brak czasu. Nie trzeba jednak wchodzić na wulkan, żeby docenić urok tego miejsca. Wystarczy wybrać się na wędrówkę którymś z leśnych szlaków. Podczas spaceru Sendero Los Quetzales (ok. 9,6 km długości) można wypatrzeć rzadko spotykane, pięknie ubarwione kwezale herbowe. Trasa Cascada Escondida, jak wskazuje jej nazwa, prowadzi do ukrytego wodospadu. I choć on sam nie wywarł na mnie dużego wrażenia, jego okolica, pełna majestatycznych drzew, warta jest każdej spędzonej w niej chwili.

Tropikalne lasy w rejonie Boquete skrywają także łakomy kąsek dla miłośników opuszczonych miejsc. Mowa o rezydencji w Bajo Mono, której budowę rozpoczął 40 lat temu niejaki José Domingo Serracín, bogaty posiadacz ziemski lepiej znany jako don Pepe. Atak serca położył kres jego życiu, a zarazem realizacji budowlanego projektu. Rezydencja nigdy nie została ukończona, gdyż rodzina inwestora raczej się nią nie interesowała. Dziś zamieszkały przez nietoperze pałac coraz bardziej wtapia się w krajobraz mglistego lasu. To jedno z piękniejszych opuszczonych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć.

W panamskich lasach rośnie też puchowiec (ceiba), zwany inaczej drzewem kapokowym. Według Majów on właśnie zrodził pierwszego człowieka i dlatego jest dla nich święty. Stanowi również pomost między rzeczywistością a niebiosami i światem podziemnym.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o przesmyku Darién (Tapón del Darién, Región del Darién), czyli najbardziej dzikim, niedostępnym i malarycznym fragmencie tropikalnego lasu, nie tylko w skali kraju, ale i świata. Oddziela on Panamę od Kolumbii i sprawia, że przekroczenie lądowej granicy między tymi państwami uchodzi za zadanie prawie niemożliwe. Z tego powodu przemieszczanie się pomiędzy Ameryką Centralną i Południową lądem jest niezwykle trudne (choć nielicznym się udaje). Darién to rozległe bagna porośnięte gęstym, ciemnym lasem, będące domem Indian Guna (Kuna) i Embera-Wounaan (Chocó) oraz schronieniem narkotykowych karteli i kolumbijskich rebeliantów. Aby zapuścić się głębiej w ten rejon, trzeba nie tylko wynająć lokalnego przewodnika, ale i skrupulatnie się przygotować.

 

FOLKLOR I FESTIWALE

Opuśćmy teraz zielone i wilgotne regiony Panamy, aby przenieść się w okolicę całkiem odmienną. Półwysep Azuero, bo o nim mowa, jest najgorętszym i najbardziej suchym miejscem w kraju. Nawet pora deszczowa omija część jego rejonów (wschodnie wybrzeże), w których ostatni deszcz widziano dawno temu. Tam, gdzie opady docierają, są rzadsze i mniej obfite niż w reszcie Panamy. Był to właśnie jeden z powodów, dla których tu trafiliśmy. Rozpoczynająca się w maju pora deszczowa dała nam się we znaki na tyle, że szukaliśmy schronienia przed strugami deszczu. Półwysep warto jednak odwiedzić nie tylko, aby uciec przed opadami. Miasteczka Azuero są głównymi ośrodkami panamskiego folkloru. W żadnej innej części kraju nie organizuje się tylu festiwali i nie obchodzi z takim zaangażowaniem karnawału. Imprezom towarzyszy rywalizacja w przygotowaniu barwnych kostiumów, występów, a i mocniejszych trunków nikt sobie specjalnie nie żałuje. Kiedy na półwyspie nie przypada czas fiesty, można zatopić się w powolnym rytmie życia niewielkich, spokojnych na co dzień miasteczek.

Historyczną i kulturalną stolicą regionu (i prowincji Herrera) jest Chitré, największe miasto na Azuero. Niewątpliwie ma ono swój urok, jednak pomiędzy festiwalami nie czeka w nim szczególnie wiele atrakcji. Znajduje się tutaj kilka zabytkowych kościołów oraz Museo de Herrera z pokaźnymi zbiorami sztuki prekolumbijskiej. Pierwszą osadą hiszpańską w regionie była Parita, założona w połowie XVI stulecia. Dziś to niewielkie, spokojne miasteczko uważane jest przez niektórych za jedno z najładniejszych w kraju. Jego centrum wyznacza Kościół św. Dominika Guzmána (Iglesia de Santo Domingo de Guzmán). To jedyna budowla w miejscowości wyższa niż poziom pierwszego piętra. W jej okolicy zbiegają się uliczki z kolorową kolonialną zabudową, która zachowała się w szczególnie dobrym stanie.

Warto odwiedzić również położone nieopodal Pedasí. To niewielkie, urokliwe miasteczko z domami w stylu kolonialnym. Sporą część jego mieszkańców stanowią emeryci, którzy postanowili właśnie tu spędzić resztę życia. W Pedasí możemy cieszyć się licznymi piaszczystymi plażami bez tłumów i kameralnymi knajpkami oraz korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych (surfingu, kitesurfingu, wędkarstwa czy nurkowania). Warto stąd także popłynąć łódką na pobliską wysepkę Iguana.

 

Ze strąków nasiennych puchowca (ceiby) pozyskuje się włókno zwane kapokiem

© Agnies zka Szwed/www.szwedacz.com

 

TU RZĄDZĄ GADY

Isla Iguana oddalona jest od panamskiego wybrzeża o zaledwie ok. 5 km. Ma niewielką powierzchnię (mniej więcej 0,55 km²), jednak miłośnicy gadów, którzy chcieliby je spotkać w naturalnym środowisku, zdecydowanie powinni ją odwiedzić. Jak sama nazwa wskazuje, wyspę z jakiegoś powodu upodobały sobie iguany (a dokładniej legwany czarne i zielone). W jej okolicy żyje ich znacznie więcej niż ludzi. Niektóre z nich są zupełnie dzikie, inne – nieco oswojone. Chowają się w zaroślach lub wygrzewają na nadmorskich skałach. Choć legwany do dziś stanowią jedno ze źródeł mięsa w Ameryce Środkowej i Południowej, a bamboo chicken czy chicken of the tree (jak nazywa się ich mięso) dla wielu jest rarytasem, te z Iguany nie trafiają na miejscowe stoły. W utworzonym w 1981 r. na wyspie rezerwacie (Isla Iguana Wildlife Refuge) kategorycznie zabrania się polowań na wszelką zwierzynę – jaszczurki bywają w nim raczej dokarmiane niż zjadane. I chociaż same potrafią zapewnić sobie pożywienie, nie pogardzą również darowaną przez człowieka miską ryżu. Warto dodać, że gady niesłusznie uważane są za zwierzęta mało kontaktowe. Legwany rozwinęły cały system mowy ciała służący komunikacji między sobą, a także z innymi gatunkami. Poprzez kiwanie głową i ruchy fałdami skórnymi na podgardlu nawiązują i podtrzymują społeczne interakcje.

Na Iguanie roi się też od pustelników. Ze względu na brak pancerza na miękkim odwłoku skorupiaki te ukrywają go w znalezionych muszlach martwych mięczaków. W ciągu swojego życia muszą ich szukać kilka razy, gdyż kiedy urosną, potrzebują większego lokum. Zarówno rozmiar, jak i przydatność pancerza pustelnik bada szczypcami. Ponieważ muszle gwarantują temu skorupiakowi przetrwanie, nierzadko toczy o nie walki.

Spokój wyspy został drastycznie zakłócony podczas II wojny światowej, gdy armia Stanów Zjednoczonych zrobiła z niej poligon artyleryjski. W ramach ćwiczeń na Iguanę i otaczającą ją rafę koralową zrzucano bomby i pociski. Aby oczyścić teren, w latach 90. XX w. zdetonowano dwie bomby, które utknęły w pobliżu pod wodą. I choć na pierwszy rzut oka po tych wydarzeniach nie pozostał już żaden ślad, zachwiały one mocno tutejszym ekosystemem. Na szczęście dziś legwany i inne zwierzęta mają się świetnie, a dzika przyroda wciąż się rozwija.

Osoby planujące wizytę na wyspie muszą być przygotowane na uiszczenie opłaty za przebywanie na terenie rezerwatu. W przypadku przyjezdnych wynosi ona 10 dolarów amerykańskich, obywatele Panamy płacą mniej (4 dolary). Na Iguanie nie można nocować. Nie ma na niej także zaplecza gastronomicznego, dlatego trzeba wziąć ze sobą własny prowiant i zapas wody.

 

Ubrana w tradycyjny strój uczestniczka styczniowej Parady Tysiąca Polleras na Azuero

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

LAS DESZCZOWY INACZEJ

To jeszcze nie koniec atrakcji rzadko odwiedzanego półwyspu Azuero. W położonym tu Parku Narodowym Sarigua można zobaczyć las deszczowy w nietypowej, suchej odsłonie. Sam park powstał w 1984 r. i zajmuje powierzchnię 8 tys. ha. Na pierwszy rzut oka jego teren przywodzi na myśl półpustynię. Spaloną ziemię w odcieniu pomarańczowym pokrywają miejscami wyschnięte krzewy. Powietrze jest bardzo gorące i suche. Jak dowiemy się z informacji na ścieżce edukacyjnej, na powstanie tego jałowego krajobrazu miało wpływ wysokie stężenie soli w tutejszej glebie. Niegdyś obszar parku zajmowało morze, które przez wieki cofało się, pozostawiając rozległą, słoną lagunę zwaną albiną. Wiatry wywiewały zalegającą sól, co przyczyniło się do zaniku wegetacji w regionie. Dla wielu Panamczyków Sarigua jest też smutnym świadectwem destrukcyjnego wpływu człowieka na otaczającą go przyrodę. Od XIX stulecia głównym sprawcą postępujących na tym terenie zniszczeń są właśnie ludzie. Latami prowadzili wycinki i wypalanie okolicznej wątłej roślinności, żeby budować farmy, które i tak się tutaj nie utrzymały.

Mimo iż krajobraz parku może wydać się monotonny i budzić nie do końca przyjemne skojarzenia, uważam, że nie warto go omijać. Choćby dlatego, że wizyta w nim stanowi okazję do zobaczenia suchego lasu deszczowego. Na tego typu obszarach ilość opadów deszczu oscyluje w okolicach 1 m rocznie. Jednak przez trzy, cztery miesiące w roku nie spada na nich ani jedna kropla wody. W Parku Narodowym Sarigua taka sytuacja ma miejsce od stycznia do kwietnia. Suszę wzmagają silne, gorące wiatry. Suche lasy deszczowe Azuero są szczególnie narażone na pożary. Często powodują je rolnicy wypalający pola.

Poza tym Park Narodowy Sarigua to również ważny ośrodek kultury prekolumbijskiej. Znaleziono w nim fragmenty przedmiotów sprzed ponad 11 tys. lat. Według archeologów już wtedy istniała tu rybacka wioska, co oznacza, że może być to miejsce najstarszego ludzkiego osadnictwa w Panamie.

 

SPOTKANIE Z HISTORIĄ

Przenieśmy się znów w inny rejon kraju, do prowincji Colón, a konkretnie do Portobelo. To położone na północy Przesmyku Panamskiego, liczące ok. 5 tys. mieszkańców portowe miasto wygląda dziś dość niepozornie. Ruiny okazałych fortów (na czele z Castillo de San Jerónimo, Fuerte de San Jerónimo) pozwalają się jednak domyślać, że w przeszłości odgrywać mogło doniosłą rolę. I tak było w istocie. Portobelo stanowiło niegdyś najważniejszy port na ziemiach obecnej Panamy i uchodziło za jedno z najwspanialszych miast w ówczesnym świecie. To właśnie stąd Hiszpanie wywozili do Europy skarby Inków oraz innych rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej i Południowej. Na grabieże te zazdrośnie spoglądały pozostałe potęgi kolonialne, na czele z Brytyjczykami. Sytuacji nie poprawiały hiszpańskie ataki na angielskie statki. Wszystko to doprowadziło do wybuchu konfliktu. Walki o Portobelo toczyły się kilkakrotnie, a najsłynniejsza z nich znana jest jako wojna o ucho Jenkinsa.

Robert Jenkins był walijskim kapitanem żeglugi. Gdy jego statek Rebecca został zatrzymany w kwietniu 1731 r. przez Hiszpanów u wybrzeży Kuby, wdał się w potyczkę z jednym z hiszpańskich oficerów, który odciął mu ucho. Jenkins zabrał ze sobą odciętą małżowinę i pokazywał w świecie jako dowód na hiszpańskie okrucieństwo. Zwrócił się też do brytyjskich władz o wzięcie odwetu. I choć historia z uchem nie była faktycznym powodem wybuchu wojny, posłużyła za dość dobry pretekst. W listopadzie 1739 r. sześć statków dowodzonych przez admirała Edwarda Vernona rozpoczęło ostrzał Portobelo i po 24 godz. zdobył on miasto. Siły wystarczyło Brytyjczykom na trzy tygodnie okupacji, ale w tym niezbyt długim czasie zniszczyli zarówno forty, jak i wiele budynków, pozostawiając jeden z najwspanialszych portów ówczesnego świata w ruinie. Portobelo podźwignąć się z tego nieszczęścia miało dopiero ponad 170 lat później, po wybudowaniu Kanału Panamskiego.

Zanim jednak miasto spustoszyli Brytyjczycy, padało ono łupem największej i najgroźniejszej pirackiej braci, jaką znały Karaiby – bukanierów. Ich szeregi zasilali ludzie wyjęci spod prawa, a także byli żołnierze czy zbiegowie uciekający przed prześladowaniami religijnymi. Tak zwane Bractwo Wybrzeża organizowało łupieżcze wyprawy i plądrowało kraje czy wyspy w regionie karaibskim. Bukanierzy znani byli z okrucieństwa, szczególnie w stosunku do wszystkiego co hiszpańskie. Bezpieczny przyczółek znaleźli sobie w Port Royal, dawnej stolicy Jamajki. Mogli w nim liczyć na wsparcie lokalnych władz, a mieszkańcy wyspy uważali ich za obrońców i dźwignię miejscowego handlu.

Zdobycie Portobelo, z którego wypływały zagrabione peruwiańskie skarby, stanowiło dla piratów niemałe wyzwanie. Zadania podjął się ochrzczony królem bukanierów Walijczyk Henry Morgan. Osiągnięty sukces zapewnił mu szacunek współbraci i otworzył drogę do wielkiej pirackiej kariery. Jego ludzie zdobyte 11 lipca 1668 r. miasto okupowali przez dwa tygodnie. Spędzili je na piciu i świętowaniu oraz zuchwałych grabieżach, gwałtach i morderstwach. Opuścili Portobelo po wynegocjowaniu okupu w wysokości 100 tys. dolarów hiszpańskich (reales de a ocho). I choć była to kwota jak na tamte czasy bardzo wysoka, bukanierzy wydali ją w iście pirackim stylu – w barach i domach uciech Port Royal. Henry Morgan znany jest dziś przede wszystkim z etykiet jamajskiego rumu nazwanego jego imieniem – Captain Morgan. Produkował ponoć wyśmienity trunek, a jeśli wierzyć producentowi, receptura jego wyrobu od XVII w. nie uległa zmianie. Po tej napaści Portobelo wracało powoli do dawnego trybu życia. W końcu nie był to pierwszy ani ostatni atak, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Żaden z nich nie podkopał znacząco pozycji słynnego portu. Uczyniła to dopiero wiele lat później wojna o ucho Jenkinsa.

Dziś w centrum miasta stoi Kościół św. Filipa (Iglesia de San Felipe), który został wzniesiony w drugiej dekadzie XIX stulecia. Jego budynek jest biały, w przeciwieństwie do czczonego w nim Czarnego Chrystusa (Cristo Negro). Tego typu przedstawienie Jezusa stanowi obiekt kultu w wielu krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Łączy w sobie chrześcijaństwo z wierzeniami lokalnymi. Symbolizuje nadzieję wiernych na nadejście czarnego Mesjasza, który wyzwoli ciemnoskórych ludzi od zła utożsamianego z dominacją białego człowieka. W epoce kolonialnej chodziło głównie o dominację polityczną i ekonomiczną oraz związane z nią niewolnictwo, dziś rzecz tyczy się narzucania wzorców kulturowych.

 

Cayo Coral – malownicza wysepka sąsiadująca z Bastimentos w archipelagu Bocas del Toro

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

RAJSKIE ARCHIPELAGI

San Blas i Bocas del Toro to najbardziej rajskie archipelagi Panamy. Na tym pierwszym można nie tylko obcować z dziewiczą przyrodą, ale i zaznajomić się z grupą etniczną Guna (Kuna). Tych 365 wysepek położonych na Morzu Karaibskim należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala).

Na północnym zachodzie kraju leży prowincja Bocas del Toro z archipelagiem o tej samej nazwie. To jedno z częściej odwiedzanych miejsc w Panamie, znane przede wszystkim z plaży Red Frog na wyspie Bastimentos, gdzie żyją wytwarzające jad, jaskrawe drzewołazy karłowate, a także plaży z licznymi rozgwiazdami (Playa de las Estrellas, Playa Estrella) na Wyspie Kolumba (Isla Colón). Na Bocas del Toro popularnością cieszy się też deep boarding, szerzej na świecie raczej nie praktykowany. W największym skrócie da się go określić jako nurkowanie za motorówką. Ciągnie ona za sobą człowieka trzymającego się deski przymocowanej do łodzi za pomocą liny. Podczas swoistego podwodnego lotu podziwia się rafy koralowe, ławice egzotycznych ryb i inne skarby Morza Karaibskiego. Należy jednak dobrze opanować manewrowanie trzymaną deską, bo od umiejętnego zwracania jej do góry zależy możliwość złapania oddechu. Do takiego nurkowania warto również założyć odpowiedni strój kąpielowy, gdyż ze względu na dużą prędkość i opór wody zaskakująco łatwo można zgubić ubranie.

Panama to w dalszym ciągu kraj dość mało popularny wśród polskich turystów. Szkoda, że tak się dzieje, bo znajduje się w niej wiele atrakcji. To kraina wspaniałych lasów deszczowych, pięknych wysepek, licznych gatunków flory i fauny oraz urokliwych miasteczek z karaibską duszą. Do tego zamieszkują ją gościnni i życzliwi ludzie, którzy chętnie zaznajomią nas z bogatą kulturą i historią swojej tropikalnej ojczyzny.

 

Wydanie jesień-zima 2018