Artykuły wybrane losowo

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...

 

Stolice Japonii

JĘDRZEJ SAPTOWSKI

www.malyglobtroter.pl

 

<< Kraj Kwitnącej Wiśni intryguje Europejczyków nie od dziś. Wzrost zainteresowania sztuką japońską na naszym kontynencie dało się zauważyć w drugiej połowie XIX w., po tym jak Stany Zjednoczone wymusiły na Japonii otwarcie się na świat po latach izolacji. Dziś trudno sobie wyobrazić europejski rynek bez produktów z ojczyzny Japończyków: elektroniki, samochodów, mangi i filmów anime czy sushi, a ten wyjątkowy region Azji cieszy się dużą popularnością również wśród turystów z Polski. >>

Tu, w okolicy Wysp Japońskich, spotykają się płyty tektoniczne. Dlatego rejon ten nawiedzają trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Czerwone koło na charakterystycznej fladze państwa symbolizuje słońce, do którego nawiązuje złocista chryzantema z kamonu (herbu) cesarza.

Pagoda zespołu świątynnego Kiyomizu-dera na zboczu góry Otowa i panorama Kioto

© Kyoto Convention & Visitors Bureau

 

Podróż po stolicach Japonii stanowi jeden z ciekawszych sposobów na poznanie wyjątkowych atrakcji Kraju Kwitnącej Wiśni. Opisane przeze mnie Nara, Kioto, Kamakura, Osaka i Tokio pełniły funkcje najważniejszych ośrodków w państwie. To ostatnie miasto do dziś odgrywa tę rolę.

 

NARA – PIERWSZA STOLICA

W położonej niedaleko Kioto i Osaki Narze, pierwszej formalnej stolicy Japonii (w latach 710–784), znajduje się aż osiem obiektów wpisanych wspólnie na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (pod nazwą „historyczne zabytki starożytnej Nary”) i ponad 1,2 tys. swobodnie spacerujących jeleni wschodnich (sika). Największą atrakcją poza tymi sympatycznymi zwierzętami jest tutaj mierzący niemal 15 m, wykonany z brązu posąg Daibutsu (Wielkiego Buddy).

Autobus dowiózł nas do oddalonego od dworca kolejowego o ok. 2 km Parku Nara (Nara-kōen), gdzie stoi Tōdai-ji – kompleks świątynny ze wspomnianą figurą. Wypełniony turystami autokar aż się przechylił, kiedy pasażerowie spostrzegli za oknami pierwsze jelenie wschodnie. Zwierzęta zupełnie nie przejmowały się obecnością samochodów i ludzi, swoim zachowaniem przypominały raczej krowy na indyjskich ulicach. Gdy dojechaliśmy do celu, naszym oczom ukazała się osobliwa scena. Turyści otoczeni przez jelenie sika robili im mnóstwo zdjęć z całkiem bliska, a czasem musieli wręcz ratować się ucieczką, kiedy te zbyt natarczywie domagały się poczęstunku i podgryzały im ubrania. Trudno mi ocenić tę atrakcję, ale zdaję sobie sprawę, że obecność tych zwierząt nie jest w tym miejscu przypadkowa. Były i są uważane (podobnie jak lisy) za boskich posłańców.

Gdy minęliśmy znudzone i w większości zmęczone upałem jelenie i zaaferowane nimi tłumy oraz liczne stoiska z pamiątkami, dotarliśmy do Wielkiej Bramy Południowej (Nandai-mon), gdzie stanęliśmy oko w oko z pięknymi rzeźbami strażników Niō broniących wstępu na teren Tōdai-ji. Pawilon Wielkiego Buddy (Daibutsu-den), jedna z największych drewnianych budowli świata, imponuje swoimi rozmiarami (ma 48 m wysokości, 57 m długości i 50 m szerokości). Z daleka robi wrażenie masywnego i przysadzistego. Z bliska dostrzegamy misterną konstrukcję łączeń między wielkimi i małymi elementami pokrytymi kolorowymi zdobieniami. Warto nadmienić, że obecny obiekt stanowi jedynie dwie trzecie pierwotnego założenia (został zmniejszony w 1709 r.). W głównym holu znajduje się Daibutsu, wizerunek Wajroczany. Według historyków miał on chronić mieszkańców przed epidemią czarnej ospy. Kiedy obserwuję spokojne twarze buddyjskich posągów, zawsze odnoszę wrażenie, że spoglądają na wiernych z troską. Może dzięki temu, nawet gdy przybierają tak ogromne rozmiary, nadal wydają się bliskie. We wnętrzu świątyni znajdują się też inne rzeźby. Co szczuplejsi próbują przecisnąć się przez otwór w jednej z belek konstrukcji. Podobno jeśli komuś się uda, z pewnością zostanie oświecony.

Chram szintoistyczny zwany Kasuga-taisha, założony w 768 r., położony jest w odległości ok. 1 km od Tōdai-ji. Droga do niego prowadzi przez Park Nara. Kiedy podążaliśmy nią pod górę wśród kamiennych latarni wotywnych kontrastujących z zielenią liści drzew i krzewów, mijaliśmy kolejne punkty sprzedaży łakoci dla jeleni sika (senbei, czyli rodzaju japońskich ryżowych krakersów) i ludzi karmiących je wprost z ręki. Zastanawiając się, co robią kobiety zajmujące się sprzedawaniem tych przysmaków, że zwierzęta omijają je z daleka, przeszliśmy przez wielką bramę (torii) należącą do chramu. Tu mogliśmy w końcu odpocząć i jednocześnie podziwiać zgrabne sylwetki budynków i wspaniałą, bujną roślinność.

Po drodze do stacji odwiedziliśmy pięciokondygnacyjną pagodę kompleksu Kōfuku-ji i w pobliskiej knajpce zjedliśmy pyszne okonomiyaki, czyli rodzaj placków podawanych na rozgrzanej płycie w stoliku. Każdy może wybrać do nich własne składniki, zarówno mięsne, jak i wegetariańskie, i w ten sposób skomponować odpowiadającą mu wersję. To proste danie jest tutaj równie popularne jak ramen czy sushi, a jedną z pierwszych osób, które przybliżyły je Polakom, był Marcin Bruczkowski. W swojej książce Bezsenność w Tokio (2004 r.) opisał 10 lat spędzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkim gorąco polecam tę pozycję.

 

Imponujący brązowy posąg Wielkiego Buddy w Narze ma mniej więcej 15 m wysokości

© JĘDRZEJ SAPTOWSKI/www.malyglobtroter.pl

 

KIOTO – STOLICA TRADYCJI

Do Kioto trafiliśmy w trakcie lipcowego Festiwalu Gion (Gion Matsuri), jednego z największych tego rodzaju wydarzeń w Japonii. Święto, które zgodnie z tradycją obchodzi się prawie nieprzerwanie od 869 r., związane jest z szintoistycznym chramem Yasaka, założonym ponad 1350 lat temu (w 656 r.). Zainicjowano je, aby uwolnić się od panującej wówczas zarazy. Później mieszkańcy osady Gion, obecnie jednego z obszarów administracyjnych Kioto, co roku dziękowali za ratunek i prosili bogów o ochronę przed kolejnymi nieszczęściami. Początkowo najpierw na ulicach ustawiano halabardy (hoko) odstraszające złe moce, a następnie młodzi mężczyźni przyciągali świątynne wozy, w których miał znajdować się duch bóstwa zwalczającego plagi. Dziś festiwal składa się z wielu mniejszych wydarzeń, ale nadal najważniejszą ceremonią jest procesja wozów odbywająca się w tym czasie dwukrotnie – 17 i 24 lipca. My obserwowaliśmy przygotowania do mniejszego pochodu, który kończy najważniejszą część obchodów. Wieczorem pięknie oświetlone lampionami, różniące się od siebie m.in. wielkością i znaczeniem wozy yama i hoko stoją w wąskich, zamkniętych dla samochodów uliczkach. Spod jednego z nich zazwyczaj widać już kolejny, oddalony o kilkadziesiąt metrów. Do niektórych można wejść. Ich dzieje i symbolikę opisano na przypiętych tabliczkach, przed którymi tłoczą się ludzie. Wszystkie sklepy i restauracje są pełne gości. Na wielu okolicznościowych stoiskach sprzedaje się rozmaite przysmaki i wykonuje piękne, tradycyjnie zdobione pamiątki. Z wozów dobiegają dźwięki dzwonków i piszczałek oraz śpiewy i okrzyki siedzących na nich uśmiechniętych chłopców. Wśród spacerujących jest sporo osób ubranych w kimona, które można kupić lub wypożyczyć w licznych punktach w mieście. Pomimo tłumów wokół panuje magiczna atmosfera i każdemu polecam wziąć udział w tym wydarzeniu.

O poranku obserwowaliśmy na ulicach demontaż wiszących świateł, pod którymi nie mogłyby się zmieścić najwyższe konstrukcje – wysokość największych hoko dochodzi nawet do 25 m. Usiedliśmy na zacienionym chodniku i przyglądaliśmy się ostatnim przygotowaniom. Ludzie na ulicy z niecierpliwością wpatrywali się w zakręt, zza którego miał wyłonić się pierwszy wóz. Dokładnie o wyznaczonej w programie porze pierwsi uczestnicy procesji ubrani w historyczne stroje przemaszerowali przed nami, witając się z mieszkańcami i turystami. Za nimi przejechały mniejsze wozy yama, następnie znów pojawili się ludzie. Potem wjechały wielkie wozy hoko, które ciągnęło po asfalcie kilkudziesięciu mężczyzn. Ich ruchy poprzedzone były głośnym okrzykiem połączonym z serią gestów wykonywanych przez dwie osoby sterujące pojazdem. Wszystko odbywało się niezwykle synchronicznie, przy akompaniamencie dzwonków, piszczałek i śpiewów kilkunastu chłopców siedzących na górze wozu. Na zakrętach pod ogromne, drewniane koła kładziono cienkie, bambusowe łodygi, żeby ułatwić przemieszczanie się ważących nawet 12 t platform. Zebrani Japończycy z dumą obserwowali korowód, dyskretnie szukając najlepszego ujęcia za pomocą swoich nowoczesnych smartfonów.

Kioto było stolicą Japonii i miastem cesarzy przez ponad tysiąc lat (od 794 do 1868 r.). Oszczędzone w czasie II wojny światowej (choć zostało wytypowane jako jeden z celów zrzucenia bomby atomowej), przetrwało także wiele naturalnych katastrof. Znajduje się w nim tak dużo zabytków klasy światowej, że najlepiej spędzić tu co najmniej kilka dni. To i tak wystarczy jedynie na szybkie zwiedzanie i parę chwil wytchnienia. Sanktuaria szintoistyczne, ok. 1,6 tys. świątyń buddyjskich, niezliczone historyczne zakątki, targi czy w końcu wspaniała tutejsza kuchnia – te wszystkie atrakcje sprawiają, że trafiający do miasta turyści często planują do niego jeszcze wrócić.

Warto wiedzieć, że Kioto jest jedną z największych metropolii w Japonii (ok. 1,5 mln mieszkańców). Dlatego należy dobrze zastanowić się nad wyborem odpowiedniego miejsca na nocleg i sposobu poruszania po mieście. Odległości między najważniejszymi atrakcjami są bardzo duże. My polecamy doskonałe centrum informacji turystycznej na dworcu głównym (Kyōto-eki). Pracujący w nim mężczyzna niemal czytał w naszych myślach, gdy rozpisywał na świetnie opracowanych mapach wszelkie trasy, podpowiadał nam najlepsze pory zwiedzania czy podawał ceny za wstęp do poszczególnych zabytków.

Według nas koniecznie należy odwiedzić – oczywiście – słynną Świątynię Złotego Pawilonu (Kinkaku-ji). Warto dotrzeć do niej jak najwcześniej, aby chociaż spróbować uniknąć tłumów odwiedzających to urokliwe miejsce. Niedaleko znajduje się Świątynia Uspokojonego Smoka (Ryōan-ji) z kamiennym ogrodem, będącym jednym z najbardziej znanych widoków z Kioto. Fushimi Inari Taisha to z kolei niesamowicie ciekawe sanktuarium położone na rozległym zalesionym wzgórzu Inari, znane z niemal niekończących się korytarzy torii. Zobaczymy tutaj także niezliczone ilości kamiennych rzeźb lisów symbolizujących wysłanników Inariego, czyli japońskiego bóstwa (kami) płodności. O doskonałą fotografię zdecydowanie łatwiej w wyższych partiach kompleksu, do których dociera znacznie mniej turystów. Duże wrażenie zrobiła na nas też inna świątynia. Eikan-dō Zenrin-ji z pięknymi ogrodami i wspaniałą architekturą słynie również z rzadkiego wizerunku Buddy Nieograniczonego Światła z głową skierowaną na bok (Mikaeri Amida). Dotarliśmy także do kompleksu Kiyomizu-dera, z którego roztacza się cudowny widok na Kioto. Główny hol i drewniana weranda są aktualnie remontowane, ale to miejsce ma w sobie nadal dużo uroku i warto je odwiedzić, żeby napić się wody z wodospadu Otowa zapewniającej pomyślność. Trochę rozczarowała nas słynna Ścieżka Filozofów (Tetsugaku-no-michi) i Świątynia Srebrnego Pawilonu (Ginkaku-ji), na pewno trzeba jednak powłóczyć się po uliczkach Gionu, dzielnicy rozrywki, tradycyjnych eleganckich restauracji (ryōtei) i gejsz oraz przejść się wąską alejką Ponto-chō. Piękny zamek Nijō (Nijō-jō) przypomina z kolei o potędze szogunów z rodu Tokugawa. Nowoczesne oblicze miasta dobrze oddaje niesłychanie ciekawy architektonicznie budynek dworca głównego (Kyōto-eki), gdzie na górnych piętrach znajduje się centrum gastronomiczne z wieloma restauracjami i pasaż wiszący kilkadziesiąt metrów nad centralną halą. Świetne miejsce na zakupy stanowi Targ Nishiki (Nishiki Ichiba) z tradycyjnymi sklepikami z wachlarzami, drogimi papierami, tkaninami i innymi punktami z upominkami.

 

KAMAKURA – STOLICA SZKOŁY ZEN

Wycieczkę do Kamakury polecam każdemu, kto ma trochę czasu, żeby wyrwać się z Tokio choć na kilka godzin. Dojedziemy tutaj szybko pociągiem, a jedna z linii prowadzi bezpośrednio z Międzynarodowego Portu Lotniczego Narita. Mały dworzec (Kamakura-eki) wypełniony jest mapami i ulotkami wskazującymi największe atrakcje, funkcjonuje na nim też jak zwykle świetna informacja turystyczna. Miasto słynie z popularnych wśród surferów piaszczystych plaż, ważnych świątyń i drugiego co do wielkości w Japonii (po kompleksie świątynnym Tōdai-ji w Narze), ok. 121-tonowego posągu Daibutsu. Najważniejszy kompleks sakralny – Kenchō-ji – i wspomniana statua są od siebie oddalone i leżą po przeciwnych stronach Kamakury, warto więc skorzystać z autobusów, aby oszczędzić czas i siły. Po pozostawieniu plecaków w skrytce (koszt ok. 600 jenów, czyli 20 złotych, za cały dzień przechowania dwóch sztuk średniej wielkości) ruszyliśmy w kierunku Kōtoku-in z figurą Daibutsu. Ukryta wśród zieleni, blisko 13,5-metrowa (razem z podstawą) rzeźba Buddy Nieograniczonego Światła ukazuje się dopiero z niewielkiej odległości. Pomimo jej rozmiarów cały kompleks sprawił na mnie wrażenie bardzo przyjaznego i kameralnego. Sądzę, że powinno się go odwiedzać właśnie z powodu harmonijnego połączenia z otoczeniem. Historycy podkreślają, że posąg znajdował się wewnątrz świątyni, zniszczonej przez tsunami w 1498 r. Kataklizm sprawił, że siedzący pod gwiazdami Budda stał się wizytówką Kamakury.

Buddyjskie świątynie w mieście należą do rinzai, czyli jednej z dwóch głównych szkół japońskiego buddyzmu zen (druga to sōtō). Wśród nich jest m.in. Kenchō-ji, najstarszy klasztor zen (wzniesiony w 1253 r.) i najczęściej odwiedzany, ale my wybraliśmy się do Klasztoru Doskonałego Oświecenia (Engaku-ji). Można do niego dotrzeć po kilkuminutowym spacerze ze stacji kolejowej Kita-Kamakura (wstęp w cenie 300 jenów, czyli ok. 10 złotych). Położony na uboczu, nie przyciąga tłumów turystów. Dzięki temu mieliśmy przyjemność zwiedzać go w niemal zupełnej samotności. W kompleksie zbudowanym na zalesionym zboczu na osi północ-południe znajduje się aktualnie 18 kaskadowo umiejscowionych świątyń. Całość robi wspaniałe wrażenie. Podczas odkrywania kolejnych zakątków klasztoru byliśmy zauroczeni zarówno wykorzystywanymi do dzisiaj przez mnichów wnętrzami, jak i ich otoczeniem, w tym cmentarzem z pokrytymi mchem figurkami Buddy. Na terenie kompleksu znajdziemy też grób japońskiego mistrza sztuk walki Gichina Funakoshiego (1868–1957), który jako pierwszy użył nazwy karate, określając w ten sposób walkę bez użycia broni. Na jego grobowcu widnieje cytat: Karate nie jest sztuką agresji.

 

Neon japońskiej korporacji Glico koło mostu Ebisu (Ebisubashi) na kanale Dōtonbori

© Osaka Govern ment Touris m Bureau /JNTO

 

OSAKA – STOLICA NEONÓW

Dziwna była końcówka tego meczu – podsumował naszą pogawędkę przy przyrządzaniu takoyaki przygotowujący je uśmiechnięty Japończyk. Ale wasza drużyna awansowała i zagraliście świetne spotkanie z Belgią, a my odpadliśmy – odpowiedziałem, odbierając gorącą porcję smażonych w specjalnej foremce kulek z ciasta i ośmiornicy, posypanych dużą ilością płatków suszonego, wędzonego tuńczyka pasiastego zwanego bonito. Żegnając się, życzyliśmy sobie szczęścia podczas kolejnych mistrzostw świata, a ja zamyśliłem się nad uniwersalnym językiem kibiców piłki nożnej. Zajadając się parzącym przysmakiem, dotarliśmy do kolejnego ulicznego stoiska, tym razem serwującego taiyaki (w dosłownym tłumaczeniu „pieczona dorada”), czyli nadziewane ciastko w kształcie ryby. Wybraliśmy najpopularniejsze nadzienie – pastę z osładzanej czerwonej fasoli azuki. Po przejściu następnych kilkudziesięciu metrów zobaczyliśmy długą kolejkę ludzi czekających na porcje drobno siekanej wołowiny z Kobe pochodzącej od krów Wagyū. Z mocnym postanowieniem powrotu ruszyliśmy wzdłuż kanału Dōtonbori spotkać najpopularniejszą postać w tym mieście – biegacza z reklamy firmy Glico.

Osaka to po Tokio najważniejsza metropolia Japonii, wielki port, węzeł komunikacyjny, ośrodek kulturalny i ekonomiczno-gospodarczy. Słynie z fantastycznej kuchni i życia nocnego toczącego się w zatłoczonych uliczkach Minami. Najbardziej znanym widokiem z Osaki jest wielki neon korporacji Glico przedstawiający biegnącego człowieka, który pojawił się nad kanałem Dōtonbori w 1935 r. Gdy stoi się pod nim i obserwuje feerię barw i światła z elewacji każdego budynku można dostać oczopląsu, ale nie da się przejść koło tego spektaklu obojętnie. Mnie ten migający, kolorowy zawrót głowy odpowiadał i z otwartymi ze zdziwienia ustami wpatrywałem się w kolejne pulsujące reklamy odbijające się w wodach kanału Dōtonbori. Tłum ludzi dorównywał ściskowi na najbardziej zatłoczonych ulicach Tokio, czasami trudno było się przecisnąć. Z położonych przy deptaku restauracji i klubów dobiegała głośna muzyka i nawoływania zapraszające do środka. Sklepy przeżywały prawdziwe oblężenie, widoczne przez wielkie, oświetlone witryny, ale długie kolejki do kas nie odstraszały nowych kupujących.

Aby odpocząć na chwilę od zgiełku, szukaliśmy położonej ledwie 200 m dalej Hozenji Yokocho. W tym miejscu tradycja spotyka się z nowoczesnością. Spokojna, ciasna uliczka z usytuowaną pośrodku świątynią – Hōzen-ji – i tradycyjnymi restauracjami zauroczyła nas swoją magiczną atmosferą. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w stronę Shinsaibashi-suji. Ten niemal 600-metrowy deptak to skupisko sklepów, restauracji i barów. Zanim jednak do niego dotarliśmy, byliśmy świadkami głośnej manifestacji przeciwników Expo 2025 (planowanego w Osace). Przed ok. 100-osobową grupą w większości starszych osób jechał samochód typu pick-up z ustawioną na cały regulator muzyką elektroniczną. Protestujący seniorzy podrygiwali w rytm nowoczesnej muzyki i skandowali hasła wypisane na trzymanych bannerach. Wszystko to z uśmiechem na ustach i w otoczeniu kilku policjantów. Tak doszliśmy do obszaru Amerikamura, nad którym góruje ustawiona na dachu wieżowca miniatura Statui Wolności. To miejsce odwiedzane przez liczną młodzież. Znajduje się tu wiele kafejek, barów i sklepików z niedrogimi i niestandardowymi ciuchami. Po drodze do hotelu nie zapomnieliśmy – oczywiście – spróbować soczystej wołowiny z Kobe. Przyrządzona na naszych oczach i podana z plastrem ananasa była pysznym podsumowaniem wieczoru w błyszczącej Osace.

 

Wiszący Tęczowy Most (Rainbow Bridge) na sztuczną wyspę Odaiba w Zatoce Tokijskiej

© Yasufu mi Nis hi/JNTO

 

TOKIO – STOLICA STOLIC

Dwukrotnie w XX w. prawie całkowicie zniszczone (przez katastrofę naturalną, jaką było wielkie trzęsienie ziemi w regionie Kantō we wrześniu 1923 r., oraz nalot dywanowy pod koniec II wojny światowej) Tokio ma imponującą liczbę mieszkańców – ponad 38 mln w obszarze metropolitalnym (Greater Tokyo Area). Leży na styku płyt tektonicznych, w strefie dużej aktywności sejsmicznej. W wyniku tego jest zagrożone wielkimi trzęsieniami ziemi, które według naukowców powtarzają się w tym miejscu co 100–150 lat. To jedno z centrów światowej gospodarki. Stolica kraju przyciąga jak magnes Japończyków i turystów z całego globu.

Na lotnisku Narita, usytuowanym mniej więcej 60 km na wschód od centrum Tokio, wylądowaliśmy koło 19.00. Szybko przeszliśmy kontrolę szczegółowo informowani o kolejnych krokach przez pracowników portu i odnaleźliśmy drogę na peron kolejowy. Jeszcze w Polsce wykupiliśmy bilet uprawniający nas do 45-minutowej podróży do stacji Asakusa pociągiem Keisei Skyliner (www.keisei.co.jp) i trzydniowy bilet na metro. Wydrukowane potwierdzenie wymieniliśmy na właściwe bilety przy dokładnie oznaczonym stanowisku obsługi pasażerów. Do odjazdu mieliśmy jeszcze 15 minut, więc zdecydowaliśmy się, że spróbujemy w punkcie Japan Rail wymienić kupiony w Polsce voucher na dwutygodniowy Japan Rail Pass. Nasz karnet uprawniał nas do podróżowania po Japonii większością pociągów. Również tutaj procedura trwała nie więcej niż 5 minut.

Na stacji Asakusa po raz pierwszy spotkaliśmy się z mapą tokijskiego metra. Choć początkowo czuliśmy się bezradni, szybko zaczęliśmy poruszać się intuicyjnie. Wodząc palcem po kolorowych torach, odnaleźliśmy naszą stację i drogowskazy prowadzące do naszej linii. Ruszyliśmy w drogę, ale po chwili zdziwieni wyszliśmy na powierzchnię. Ponieważ straciliśmy z oczu strzałki, rozglądaliśmy się wokół po ruchliwym skrzyżowaniu. W oddali zobaczyliśmy 634-metrową wieżę Tokyo Skytree, a tuż obok twarz uśmiechniętego japońskiego robotnika. Czy może Pan nam pomóc? – zapytałem po angielsku. Tak – odpowiedział także w tym języku. Szukamy linii A – przyznałem. Proszę przejść na drugą stronę ulicy i tam 100 m dalej będzie wejście – dodał i ręką wskazał nasz cel. W ten sposób już na początku podróży pozbyliśmy się jakichkolwiek obaw związanych z dogadywaniem się w Japonii w języku angielskim.

Tokijski system komunikacji publicznej ma imponującą liczbę połączeń i linii. Większe stacje są dobrze ze sobą skomunikowane i świetnie oznakowane. Oprócz nazw nadano im numery, co bardzo ułatwia odnalezienie się na mapie. Należy jedynie pamiętać, że niektóre punkty łączące różne linie mogą być oddalone od siebie o kilkaset i więcej metrów. Według nas metro (z dziewięcioma liniami) to najwygodniejszy środek transportu w Tokio. Bez trudu dotarliśmy do stacji Asakusabashi i wyszliśmy na pustą ulicę. Trochę zagubieni wróciliśmy w pobliże wejścia do metra i połączyliśmy się z internetem przez wi-fi (ta usługa jest dostępna na każdej ze 179 tokijskich stacji i w wielu punktach w mieście). Nawigacja wskazała nam drogę i po 10 minutach byliśmy w hostelu. Po szybkim zameldowaniu się, rozpakowywaliśmy się w naszym pierwszym pokoju kapsułowym, żeby po chwili wyjść na wieczorny spacer. W ten sposób rozpoczęliśmy kilkudniową, niezapomnianą przygodę z miastem, podczas której staraliśmy się choć trochę poznać jego niezliczone oblicza.

Tokio to nieskończona liczba targów, sklepów, kramów i wielopiętrowych galerii handlowych – od najdroższych butików w regionie Ginza i okręgu Shibuya przez ikoniczną Akihabarę nazywaną największym marketem elektronicznym świata oraz Asagaya Anime Street w podziemiach stacji kolejowej, gdzie fani anime znajdą gadżety z ulubionymi bohaterami, po zaskakujące sklepiki w Harajuku (części dzielnicy Shibuya), olbrzymi targ rybny Tsukiji z aukcją tuńczyków (zamknięty 6 października 2018 r. i przeniesiony do Toyosu) i punkty z pamiątkami w okolicy 175-metrowej alei Yanaka Ginza. W każdym kolejnym miejscu mieliśmy wrażenie, że sklepy są wszędzie i wszędzie jest mnóstwo kupujących. Inną kategorię stanowią rozsiane po całym mieście i równie licznie odwiedzane, a przy tym bardzo praktyczne, minimarkety sieci 7-Eleven, FamilyMart czy Lawson czynne często 24 godziny na dobę przez cały tydzień, w których można kupić niemal wszystko: od serwowanego na wynos smażonego kurczaka, gorącej i schłodzonej kawy przez kilkadziesiąt dań do odgrzania w mikrofalówce po koszule, parasolki i gazety. Podobno w całej Japonii takich punktów działa aż ok. 50 tys. Z kolei świetne miejsce na zakup pamiątek znajduje się w okolicach Sensō-ji. Nakamise-dōri, tradycyjna handlowa uliczka, która prowadzi do tej buddyjskiej świątyni, ożywa w godzinach przedpołudniowych. Na straganach sprzedaje się mydło i powidło, m.in. piękne laleczki kokeshi czy kiczowate samurajskie miecze. Z kolei sprzęt kuchenny, w tym tysiące słynnych japońskich noży, znajdziemy przy położonej niedaleko, kultowej ulicy Kappabashi.

Poza tym Tokio wypełniają fantastyczne restauracje, bary, fast foody, punkty gastronomiczne i uliczne stragany serwujące lokalne przysmaki. W leżącej pod Dworcem Tokio (Tōkyō-eki) strefie street foodu przed prawie każdą knajpką ustawiają się długie kolejki. W niewielkich witrynach na plastikowych talerzach prezentuje się równie sztuczne wersje serwowanych dań. Wybraną potrawę zamawia się następnie w automacie. Po krótkim oczekiwaniu w szybko kurczącej się kolejce i przekazaniu rachunku obsłudze w ciągu kilku minut ląduje przed nami prawdziwe jedzenie. Zawsze dostajemy wodę i pałeczki, a przy niektórych daniach także specjalny fartuch chroniący ubranie przed pobrudzeniem. Należy też koniecznie odwiedzić małe bary sushi w okolicach Ueno czy Asakusy, gdzie zjedzone porcje rozlicza się na podstawie kolorów i liczby odstawianych talerzyków. Bardzo popularne są tu również zestawy sushi sprzedawane w supermarketach i sklepach ekologicznych. Przed wejściem do pociągu trzeba kupić bentō, czyli specjalnie zapakowane przekąski, składające się z ryżu, ryby lub mięsa, a także pikli i gotowanych warzyw.

W Tokio znajduje się mnóstwo niezwykłych miejsc kultu religijnego, chramów szintoistycznych, świątyń buddyjskich, cmentarzy i muzeów. Sensō-ji, najstarszy w stolicy (z pierwszej połowy VII w.) i oblegany kompleks buddyjski, warto odwiedzić jak najwcześniej, żeby uniknąć tłumów. Do chramu szintoistycznego Meiji dociera się przez Park Yoyogi i kilka ogromnych, drewnianych torii. Można tutaj odpocząć od zgiełku wielkiego miasta. Kompleks poświęcony pamięci cesarza Meiji i cesarzowej Shōken został oddany do użytku w latach 20. XX stulecia. Po poważnych zniszczeniach podczas II wojny światowej odbudowano go w 1958 r. To miejsce niezmiernie popularne wśród Japończyków pragnących wziąć tradycyjny ślub. Z kolei Muzeum Narodowe w Tokio szczyci się olbrzymimi zbiorami dzieł sztuki i artefaktów, z których setki uznano za skarby narodowe Japonii. Odwiedzenie go polecam wszystkim chcącym przyjrzeć się z bliska misternie zdobionej ceramice, tkaninom, zbrojom i mieczom samurajów oraz japońskim rzeźbom czy poznać historię rozwoju sztuki Kraju Kwitnącej Wiśni. Za to spacer po pięknym cmentarzu Yanaka zaskoczył mnie odrobinę inną atmosferą niż ta, którą zwykle wyczuwam podczas wizyty na nekropoliach w Polsce. Tu także było cicho i spokojnie, ale nastrój tego miejsca nie przytłoczył mnie, a raczej skłonił do zadumy. Fascynująca Japonia ma naprawdę wiele twarzy…

 

Wydanie jesień-zima 2018

Na drogach Turkmenistanu i Uzbekistanu

WIOLETTA HUTNIK

WOJCIECH ILKIEWICZ

www.wojtektravel.pl


Podczas podróży po Azji Środkowej możemy wyruszyć w drogę wzdłuż kojarzącego się z magią Dalekiego Wschodu Jedwabnego Szlaku, ze zdumieniem odetchnąć z ulgą w białym mieście na pustkowiu, udać się na poszukiwania znikającego morza czy zajrzeć do niesamowitej ognistej dziury w ziemi, przypominającej piekło w miniaturze, albo poczuć się jak bohater powieści „Proces” Franza Kafki, gdy przyjdzie nam czasami zmierzyć się z biurokratyczną machiną. W tej suchej i gorącej krainie nic nie jest oczywiste. Na każdym kroku dostrzeżemy mnóstwo zadziwiających miraży.

Więcej…