Mandryl barwnolicy (Gabon)
IMG 8889

Jenot azjatycki (Polska, Warmia)

Jenot

ROBERT GONDEK

www.szczytyafryki.pl

Podróżuję po różnych zakątkach naszego globu od ponad dwudziestu lat. Najchętniej wyjeżdżam do Afryki, ale nie tylko tam. Odwiedziłem już ponad pięćdziesiąt państw na całym świecie, w tym siedemnaście właśnie na tym kontynencie. Lubię chodzić po górach. W trakcie swoich wyjazdów skupiam się na przyrodzie. Fotografuję ptaki, zwierzęta i krajobrazy. To moja wielka pasja.


Słonie afrykańskie (Malawi)

00001 473

 

Po raz pierwszy wybrałem się w podróż na Czarny Ląd w 2001 r. Zabrałem ze sobą aparat kompaktowy marki Vivitar i 13 klisz. To miało mi wystarczyć na trzy tygodnie i wyprawę przez Republikę Południowej Afryki, Suazi i Lesotho. Na 36-klatkowych filmach zamierzałem utrwalić zwierzęta z Parku Narodowego Krugera oraz krajobrazy Przylądka Dobrej Nadziei i Gór Smoczych. Przed zrobieniem każdego zdjęcia musiałem się zastanawiać, czy na pewno warto je wykonać i czy nie zabraknie mi klisz na dalszą podróż. Wróciłem z 468 fotografiami, które okazały się źle skadrowane, nieostre i ciemne, ale nie przywiązywałem do tego wagi. Ze wszystkimi wiązały się przecież jakieś historie i wspomnienia.


Mój pierwszy wyjazd na kontynent afrykański nie był podróżą fotograficzną. Nie miałem wówczas odpowiedniego sprzętu, nie umiałem robić dobrych zdjęć, nie interesowałem się tym. W trakcie tej wyprawy po raz pierwszy jednak zobaczyłem na wolności zwierzęta znane mi do tej pory z filmów przyrodniczych i ogrodów zoologicznych, takie jak lwy, słonie, nosorożce, hipopotamy i zebry. To było niezwykłe przeżycie. Zapamiętałem zwłaszcza dwie wyjątkowe sceny, które do tej pory są dla mnie wizytówką Afryki. Wieczorem przemierzam Park Narodowy Krugera podczas burzy. Dookoła niebo znaczą błyskawice. Leje deszcz i jest już prawie ciemno. W świetle reflektorów pojawiają się sowy. Stoją na drodze co kilkadziesiąt metrów. Nagle odlatują z szeroko rozpostartymi skrzydłami, trzymając w szponach żabę lub węża. Scena powtarza się kilkanaście razy. Drugie wspomnienie również wiąże się z tym słynnym parkiem. Za parę chwil słońce zajdzie za horyzont. Powoli przemierzam okolicę samochodem. Nagle na środku laterytowej drogi, nagrzanej promieniami słonecznymi za dnia, zauważam leżące lwy. Jest ich pięć, może sześć. Śpią, a ja muszę zjechać nieco na bok, aby je ominąć. Zatrzymuję się w pobliżu i czekam. Po chwili jeden wstaje, zagląda przez zamknięte okno do środka. Nagle ziewa kilkadziesiąt centymetrów ode mnie. Dzieli nas tylko szyba. Potem lew rozgląda się dookoła i leniwie kładzie na jezdni. Nie zrobiłem dobrych zdjęć, ale wiedziałem, że kiedyś będę chciał wrócić i fotografować zwierzęta.

 

WSPÓŁCZESNE MOŻLIWOŚCI

Obecnie z trzytygodniowego wyjazdu przywożę prawie 10 tys. ujęć, kilkadziesiąt minut filmów i setki kadrów do filmów poklatkowych (tzw. time-lapse photography). Czasy się zmieniły, nie jesteśmy już ograniczeni liczbą klatek na kliszach, które zajmują sporo miejsca i wymagają wywołania po powrocie, żeby zobaczyć, co udało nam się uwiecznić. Dobry sprzęt fotograficzny stał się niemal powszechnie dostępny. Możemy podróżować bez większego problemu praktycznie wszędzie, gdzie tylko byśmy chcieli, a informacje na temat interesujących nas regionów coraz łatwiej znaleźć.

               
Moje zagraniczne wyjazdy to głównie wyprawy w góry, w trakcie których staram się zdobyć najwyższy szczyt odwiedzanego kraju. Zazwyczaj nie ma wtedy czasu na fotografowanie zwierząt. Na to zajęcie poświęcam drugą część podróży. Oczywiście, często te dwa etapy łączą się ze sobą. Przykładowo etiopskie góry Semien stanowią idealny region na robienie zdjęć dżeladom – małpom wąskonosym z endemicznego gatunku zamieszkującego ten rejon Afryki. Żyją one w grupach, są niezbyt płochliwe i nie trzeba się specjalnie starać, aby ich nie przestraszyć. Wielkie stada tych zwierząt przechadzają się dookoła ludzi. Można je po prostu spotkać na trasie trekkingu. Wystarczy usiąść na kamieniu i obserwować, jak wychodzą po urwistych skałach ze swoich schronień na górskie łąki. Znakiem rozpoznawczym dżelad jest nieowłosiony czerwony fragment skóry na klatce piersiowej. Z tego powodu nazywane są małpami o krwawiących sercach. Stanowią one jednak swojego rodzaju wyjątek. Większość zwierząt i ptaków musimy wytropić. Bardzo często, aby nam się udało, potrzebujemy także szczęścia i kogoś, kto podpowie nam, gdzie szukać lokalnej fauny. Ja przy planowaniu podróży zawsze sprawdzam, co można sfotografować w rejonie, do którego się wybieram, i czy dany okres będzie dobry na robienie zdjęć. Kilka odwiedzonych przeze mnie miejsc wydaje się szczególnie wartych uwagi dla miłośników podglądania przyrody.


MIESZKAŃCY AFRYKI

Styczeń w Rwandzie jest znakomitym czasem na obserwację goryli górskich w Parku Narodowym Wulkanów. To wspaniałe stworzenia zagrożone wyginięciem. Na zboczach wulkanicznego łańcucha Wirunga (położonego w Demokratycznej Republice Konga, Ugandzie i Rwandzie) żyje ich jeszcze ok. 500. Można je też spotkać w ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (mniej więcej 380 osobników). Te największe małpy świata zamieszkują wysokie góry. Stado liczy od kilku do kilkunastu sztuk. Każdej rodzinie goryli górskich przewodzi dorosły samiec zwany srebrzystogrzbietym ze względu na kolor sierści na plecach. Jego wygląd budzi duży szacunek. Gdy stanie na tylnych kończynach jest ogromny. Te wyjątkowe zwierzęta wywierają niezwykłe wrażenie, gdy w odległości kilku metrów od nas pozują do zdjęć. Osoby marzące o ujrzeniu goryli górskich w Rwandzie powinny przygotować się jednak na spory wydatek. Trzygodzinna wyprawa z przewodnikiem kosztuje 750 dolarów amerykańskich (USD).


W sąsiedniej Ugandzie również w styczniu warto wybrać się do Parku Narodowego Kibale. Oprócz szympansów, z których słynie, zobaczymy tu dwanaście innych gatunków małp, takich jak koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe czy ugandyjskie gerezy rude. Władze tego obszaru chronionego organizują wycieczki zwane chimpanzee tracking. Ich uczestnicy mają okazję znaleźć się w samym środku liczącego ok. 100 osobników stada. To niesamowite doświadczenie. Szympansy są wszędzie – w koronach drzew zrywają owoce palm i figi, wędrują tuż obok swoimi ścieżkami i niezbyt interesują się naszą obecnością.


W Gabonie z kolei na wrzesień przypada koniec pory suchej. Terytorium kraju w ponad 80 proc. pokrywa gęsty wilgotny las równikowy, w którym występują słonie afrykańskie leśne, goryle nizinne, szympansy, bawoły leśne i mandryle. Zwierzęta te są bardzo płochliwe i trudno je wytropić wśród drzew. Na szczególną uwagę zasługują mandryle zaliczane do rodziny koczkodanowatych. Aby je zobaczyć, warto odwiedzić Park Lékédi. Żyje w nim ok. 140–180 tych małp, w tym kilka dorosłych samców. Jeden z nich to przywódca stada. Męskie osobniki mają niezwykłe ubarwienie nosów. W wieku ok. 6 lat, gdy osiągają dojrzałość płciową, skóra na ich nozdrzach i wokół nich staje się biało-czerwona. Mandryle obserwujemy w lesie. Siedzimy na ławce i czekamy. Ponad sto małp krąży dookoła nas. Wędrują w poszukiwaniu korzeni, liści, owoców i owadów. Nie są tak płochliwe, jak w innych miejscach w Gabonie. Przyzwyczaiły się do obecności badaczy Mandrillus Project, którzy od 2012 r. spędzają w ich towarzystwie kilkanaście godzin dziennie i sporządzają notatki ze swoich obserwacji. Dzięki temu fotografowie mają doskonałą okazję do zrobienia wyjątkowych zdjęć mandryli.


Botswana stanowi prawdziwy raj dla miłośników ptaków. Ja byłem tu w maju. Obszar rzeki Okawango i jej delty, wpisanej w 2014 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, zamieszkują liczne ssaki, gady, płazy, ryby i owady. Oprócz tego na powierzchni ok. 20 tys. km2 występuje ponad 400 gatunków ptaków. Podczas organizowanych przez lokalne agencje wypraw z przewodnikami mamy szansę ujrzeć mnóstwo tych wspaniałych kolorowych stworzeń, m.in. żołny białoczelne, zimorodki malachitowe, kraski liliowopierśne, rybaczki srokate, rybiarki duże, bieliki afrykańskie, żabiru, czaple, koronniki szare, warugi, ibisy czczone i wiele innych. Pływamy po Okawango, zagłębiamy się w kanały i rozlewiska delty, żeby dotrzeć do miejsc znanych tylko wtajemniczonym. Czasem wystarczy po prostu posiedzieć cierpliwie nad rzeką, bagnem czy jeziorem. Możemy się ukryć pod siatką maskującą, ale nie musimy. Ptaki przylecą na pewno i to w ogromnej liczbie, więc będziemy zadowoleni. Tak wielu i tak pięknych nie widziałem nigdzie indziej na świecie.


W kwietniu, na koniec pory deszczowej w Namibii zdarzają się wieczorne burze, dzięki którym krajobraz wygląda dużo ciekawiej. Wjeżdżamy do Parku Narodowego Etosza, jednego z najstarszych (jego historia zaczyna się już w 1907 r.) i największych (22 275 km² powierzchni) tego typu obszarów na kontynencie afrykańskim. Możemy tu zrobić zdjęcia wszystkich zwierząt należących do słynnej Wielkiej Piątki Afryki, czyli słonia, bawoła, lwa, lamparta i nosorożca czarnego uważanych tradycyjnie za najniebezpieczniejsze gatunki Czarnego Lądu. Takich miejsc jest na nim więcej, ale w tym parku stworzone zostały specjalne warunki do obserwowania fauny. Tuż obok kempingów znajdują się podświetlane zbiorniki wodne, które są niczym scena ustawiona dla widzów. Nocą siadamy wygodnie na ławce i patrzymy na gromadzące się nad wodą zwierzęta. Słonie, zebry czy żyrafy przychodzą tu po upalnym dniu, żeby ugasić pragnienie. Stado ciągnie za stadem. Nosorożce wchodzą do zbiornika. Z oddali dobiega ryk lwa. Kto wie, może za chwilę będziemy świadkami polowania…


W Malawi w październiku wybieramy się do Parku Narodowego Liwonde. Leży on wzdłuż rzeki Shire. Rejs o poranku stanowi wyśmienitą okazję do podglądania słoni. Te największe ssaki lądowe uwielbiają wodę i chłodzące kąpiele. W stadach liczących kilkanaście sztuk wchodzą do rzeki, aby uchronić się przed upałem. Młode słonie świetnie się bawią. Gdy nurkują, ponad powierzchnię wody wystają im tylko trąby. Po chwili wspinają się na swoich większych towarzyszy. My siedzimy w łódce z aparatami w dłoniach. Nasi modele prezentują się wspaniale.

W AMERYCE POŁUDNIOWEJ I POLSCE


Legwan galapagoski (Galapagos, Ekwador)

IMG 7122

Nie mniej interesująca kraina dla fotografów przyrody znajduje się po drugiej stronie Atlantyku. Na trzytygodniową podróż po Ekwadorze lecę w styczniu. Spędzam czas na chodzeniu po górach, odwiedzinach w Rezerwacie Przyrody Cuyabeno i lasach deszczowych regionu Mindo. Pogoda jest zmienna i często pada, ale to przecież normalne w tych stronach. Wspomniane lasy deszczowe zachwycają wielką różnorodnością ptaków (ok. 500 gatunków). W Rezerwacie Las Tangaras wystarczy po prostu aparat i trochę cierpliwości. W ciągu pół godziny, siedząc na werandzie miejscowego schroniska, fotografuję czternaście różnych gatunków kolibrów spośród ponad stu, które występują w Ekwadorze. Jednak to nie dla nich wybrałem się do tego odległego kraju. Codziennie rano, ok. 6.00 odbywa się w okolicy wyjątkowy spektakl, jedyny na całym świecie. Po pół godzinie marszu docieram do miejsca (zwanego lek), gdzie piękne, ubarwione na pomarańczowoczerwono samce rupicoli (skalikurka andyjskiego) starają się o względy samiczek. Nurkują pomiędzy gałęziami i śpiewają.


Innym razem w styczniu trafiłem na ekwadorski archipelag Galapagos. To kraina ptaków, żółwi i legwanów. Gospodarzami są w niej zwierzęta, człowiekowi przypada rola gościa. Wędrujemy plażą, na której znajduje się więcej legwanów morskich niż ludzi. Docieramy na bezludną wysepkę Seymour Norte stanowiącą prawdziwe ptasie królestwo. Fregaty wielkie budują gniazda na krzewach. Samce głuptaków niebieskonogich wykonują swój taniec godowy na przybrzeżnych skałach. Przestępują z nogi na nogę, prezentując przed samicami absurdalnie wyglądające jasnobłękitne kończyny. Pelikany brunatne nurkują w poszukiwaniu zdobyczy, aby po paru chwilach wynurzyć się z dziobem i workiem skórnym pełnym wody, ryb i wodorostów. Nie trzeba tu szukać punktu obserwacyjnego ani używać siatek maskujących. Ptaki są wszędzie. Wystarczy chwilę poczekać i zaraz się zjawiają. Może w tym czasie przejdzie obok nas legwan morski lub lądowy (galapagoski), a na pobliskiej plaży zacznie się wylegiwać uszanka galapagoska lub kotik galapagoski.


Także Polska doskonale sprawdza się jako cel wyprawy fotograficznej. Zdjęcia zwierzętom zrobimy w naszym kraju o każdej porze roku. Zimą nad Biebrzą wypatrzymy m.in. łosie, bobry czy przepięknie ubarwione wilki. Na wiosnę praktycznie wszędzie można wybrać się na obserwowanie ptaków i ich toków (zalotów). W lato mamy szansę spotkać niedźwiedzia w Bieszczadach, borsuka na Mazurach albo jenota na Warmii. Jesienią lasy i łąki zmieniają się w rykowiska dla jeleni i bukowiska dla łosi. Polska przyroda jest wyjątkowo piękna i charakteryzuje się ogromną różnorodnością zwierząt. Często nie doceniamy tego, co znajduje się na wyciągnięcie ręki. Aby sfotografować wilki, lisy, borsuki, łosie, jelenie, jenoty, niedźwiedzie, dudki, żołny, zimorodki, puszczyki, sóweczki i setki innych gatunków nie musimy podróżować do Afryki bądź Ameryki Południowej. Powinniśmy tylko wiedzieć, jakie stworzenia nas interesują oraz gdzie i kiedy udaje się je spotkać.

ODPOWIEDNIE WARUNKI

Możemy wyróżnić cztery główne sposoby tworzenia okazji do fotografowania fauny. Pierwszy, chyba najbardziej popularny, stanowi safari. To parodniowa wycieczka, podczas której mamy większą lub mniejszą szansę na spotkanie dzikich zwierząt. Odbywa się zazwyczaj samochodami terenowymi w kilkuosobowym gronie. Terytoria parków narodowych przemierza się wyznaczonymi polnymi, szutrowymi lub laterytowymi drogami. Safari może być też piesze albo wodne, choć nie na wszystkich obszarach chronionych organizuje się te rodzaje wypraw. Taki sposób podglądania zwierząt cieszy się niezmiernie dużą popularnością w Afryce Południowej i Wschodniej, np. w Tanzanii, Kenii czy Ugandzie. Gdy przejrzymy oferty biur podróży dotyczące wyjazdów na kontynent afrykański, zorientujemy się, że w większości w ich programie znajduje się safari. W Namibii, Botswanie i Republice Południowej Afryki zaplanujemy wyprawę samodzielnie, z wykorzystaniem własnego środka transportu (wynajętego na miejscu). Co ciekawe, niekoniecznie wszędzie musimy poruszać się autem terenowym z napędem na cztery koła, ale zwykle pozwoli nam ono na dotarcie do innych, bardziej interesujących zakątków i – oczywiście – obserwację dzikich zwierząt z lepszej perspektywy.


Każde safari dostarcza niezapomnianych przeżyć i jest wyjątkową przygodą. Często zrobimy na nim również świetne zdjęcia i zobaczymy mnóstwo różnych gatunków fauny. Jednak z punktu widzenia fotografa to nie do końca to, na co liczy. Zwierzęta spotyka się całkowicie przypadkowo. Wyprawa zorganizowana we własnym zakresie pozwala zaoszczędzić pieniądze, ale jednocześnie stwarza mniejsze szanse na dotarcie do miejsc, o których istnieniu wiedzą lokalni przewodnicy. Safari piesze czy wodne stanowi z kolei ciekawą atrakcję, lecz trudno natknąć się podczas niego na płochliwe stworzenia. Mimo wszystko są to dobre i bardzo popularne wycieczki fotograficzne, w których często brałem udział i nadal planuję uczestniczyć.


Drugi sposób stworzenia warunków do fotografowania przyrody to profesjonalnie przygotowany pod tym kątem kilkudniowy pobyt na terytorium parków, w których występują dzikie i rzadkie zwierzęta. Podczas przeglądania wielu dostępnych ofert możemy natrafić na naprawdę wyjątkowe propozycje. W tym przypadku musimy liczyć się jednak ze znacznymi wydatkami. Organizacją takich programów nierzadko zajmują się zawodowi fotografowie we współpracy z lokalnymi placówkami. Wyprawy są specjalnie przygotowane ze względu na ich cel, a obejmują m.in. transport dużej ilości sprzętu fotograficznego i zakwaterowanie w przerwach pomiędzy sesjami oraz wybór pleneru, pory roku i dnia, a także gatunków zwierząt, które mają być tematem zdjęć. Mogą zostać ukierunkowane na fotografowanie np. lwów, lampartów i gepardów w tanzańskim Parku Narodowym Serengeti, niedźwiedzi w Finlandii, maskonurów na Islandii albo cyklicznych wydarzeń, takich jak spektakularna Wielka Migracja lub przeloty albo toki konkretnych ptaków. Uczestnicy znajdują się zwykle pod opieką uznanego fotografa i jego doświadczonych asystentów. W przerwach pomiędzy sesjami często odbywają się również warsztaty fotograficzne, w trakcie których recenzuje się ujęcia, udziela rad i wskazówek dotyczących też obróbki materiału. Na tego rodzaju wyprawie nie liczymy już tylko na szczęście i przypadek, dzięki czemu zwiększają się nasze szanse na wykonanie dobrego zdjęcia. Takie wyjazdy fotograficzne organizują np. David Lloyd, Will Burrard-Lucas i Dana Allen, a w Polsce – Michał Mrozek, Tomasz Tomaszewski czy Marcin Kydryński.


Trzeci sposób to podróż do regionu zamieszkanego przez interesujące nas zwierzęta i wynajęcie dobrego lokalnego przewodnika. W niektórych krajach jest naprawdę trudno o odpowiednią osobę, ale są takie miejsca w Kenii, Tanzanii, Ugandzie, Ghanie czy Ekwadorze, gdzie możemy znaleźć kompetentnych ludzi. Znają oni doskonale rejony występowania wybranych przez nas gatunków ptaków lub ssaków i dodatkowo rozumieją potrzeby i wymagania fotografów.


Na koniec pozostaje nam jeszcze tzw. zasiadka w czatowni, czyli w niewielkim obiekcie zbudowanym i przystosowanym do obserwowania i fotografowania fauny. Stawia się je często w celu podglądania konkretnych gatunków nad wodą, w górach, lasach i na łąkach. Fotograf ukrywa się wewnątrz i przez kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt godzin czeka cierpliwie na zwierzęta. Aby zwiększyć prawdopodobieństwo pojawienia się ich w zasięgu wzroku, stosuje się specjalnie przygotowaną przynętę. W zależności od gatunku mogą to być mięso, owoce lub warzywa. Podczas fotografowania przyrody w Polsce korzystałem z kilku tego typu miejsc.


WYPOSAŻENIE FOTOGRAFA

Nie trzeba mieć drogiego sprzętu, żeby zrobić dobre zdjęcie. Wiele świetnych fotografii powstaje przy użyciu naprawdę niedrogich urządzeń. Są to często proste bezlusterkowce, aparaty kompaktowe czy niezbyt zaawansowane modele aparatów lustrzankowych ze stosunkowo tanimi teleobiektywami. Takie wyposażenie wystarczy do fotografowania przyrody w trakcie zwykłego safari.


Oczywiście, nie da się także ukryć, że odpowiednie body (korpus), obiektyw bądź stabilny statyw pozwalają osiągnąć lepszy efekt, bardziej zbliżyć obiekt, zrobić więcej ujęć w ciągu jednej sekundy lub wykonać ostre zdjęcie w gorszych warunkach oświetleniowych. Ja osobiście używam obecnie sprzętu marki Canon i kilku teleobiektywów (inne osoby z redakcji magazynu All Inclusive korzystają np. z aparatów Pentax, a także Nikon, Olympus i Sony). Nie wyobrażam sobie wyprawy fotograficznej, na którą nie zabrałbym obiektywu o odpowiedniej ogniskowej. Dlatego bardzo często podczas wędrówki po górach mam ze sobą kilkunastokilogramowy plecak, którego zawartość stanowi w większości wyposażenie fotografa. Choć przemieszczanie się z ciężkim bagażem jest niewygodne, warto się przemęczyć, bo nigdy nie wiadomo, czy za chwilę w okolicy nie pojawi się coś interesującego. Bez sprzętu pod ręką okazja na zrobienie zdjęcia przepadnie.


Dlatego też uważam, że oprócz sprawdzonego aparatu i obiektywów przy fotografowaniu przyrody ważne są trzy rzeczy. Po pierwsze – trzeba mieć trochę szczęścia, po drugie – przyda się pomysł i umiejętność dobrego kadrowania, a po trzecie – musimy uzbroić się w cierpliwość. Bez tego wszystkiego o ciekawe i wyjątkowe ujęcie bywa bardzo trudno.


POMOC SPECJALISTÓW

Wyjazd fotograficzny możemy – oczywiście – zorganizować sobie sami, o ile w rejonie, do którego się wybieramy, nie obowiązują inne zasady. W tym przypadku pomocne są jednak wyspecjalizowane biura podróży. Na polskim rynku jedną z najbogatszych ofert w tym zakresie ma Klub Podróży Horyzonty. Obejmuje ona nie tylko wyjazdy do Afryki, ale również m.in. na Islandię, Lofoty, Węgry, Kubę, do Finlandii, Bułgarii, Włoch, Brazylii bądź Wietnamu. Wyprawy proponowane przez biura turystyczne odbywają się pod opieką uznanych polskich fotografów, takich jak Marcin Dobas czy Przemysław Antoni Kunysz.


Można także poszukać informacji na temat organizatorów lub ekspertów od fotografii działających w miejscu, do którego się wybieramy. Często polecanymi na forach internetowych przewodnikami specjalizującymi się w zdjęciach ptaków są np. Willy Kombe w Kenii i Harriet Kemigisha w Ugandzie. Gdy zdecydujemy się na konkretną osobę, nie pozostanie nam nic innego, jak zebrać grupę ludzi o podobnych zainteresowaniach i wyruszyć w podróż. Po dotarciu do celu pomocą będzie nam służył nasz opiekun.


Jeśli chcemy fotografować w Polsce, możemy zwrócić się do kilku tutejszych biur oferujących parodniowe pobyty w atrakcyjnych pod względem fotograficznym miejscach. Tego rodzaju wyjazdy w naszym kraju organizują też polscy fotografowie: Magdalena Sarat i Łukasz Łukasik (Fotoczaty), Marek Kosiński z Białowieży oraz Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk (BiesCzaty). Wykorzystują oni swoje bogate doświadczenie zawodowe podczas kilkudniowych warsztatów nad Biebrzą, na Mazurach, w Puszczy Białowieskiej i Bieszczadach.


Są wreszcie specjaliści w dziedzinie fotografii znający doskonale region, w którym mieszkają. Dzięki temu wiedzą, gdzie dokładnie warto wybrać się z aparatem. Często stawiają w tych miejscach czatownie, z których zainteresowane osoby mogą fotografować zwierzęta: jenoty, bieliki i jastrzębie (Warmia – Zbigniew Maćko), rybołowy, orliki krzykliwe i borsuki (Mazury – Krzysztof Stasiaczek), niedźwiedzie, wilki, rysie, orły przednie i puszczyki uralskie (Bieszczady – Mateusz Matysiak i Bogusław Kowalczyk).


ZDOBYĆ DOŚWIADCZENIE

Pasję fotograficzną odkryłem w trakcie podróży do dalekich krajów. To, co podczas nich miałem okazję oglądać, było mi nieznane, wydawało się niezmiernie ciekawe i inne. Zapragnąłem utrwalić te niesamowite obrazy. Podziwiałem kolorowe ptaki, zapierające dech w piersiach widoki. Po wielu latach podróżowania po Afryce, Ameryce Południowej i Azji, zachwycaniu się krajobrazami i egzotycznymi zwierzętami zacząłem zwracać baczniejszą uwagę na polską przyrodę. Gdy byłem na Mazurach, nad Biebrzą czy w Tatrach, dostrzegałem urodę tych regionów. W nich także żyją interesujące ptaki i ssaki, a tutejsze krajobrazy są równie piękne jak te z innych części świata. Choć my mamy takie widoki na co dzień, mieszkańcom Azji, Afryki, Ameryki lub Australii wydają się one egzotyczne, nieznane. Aby zrobić ciekawe zdjęcie, wcale nie musimy jechać bardzo daleko. Fotografowanie przyrody to po prostu wspaniała pasja. Żeby ją w pełni realizować, trzeba fotografować dużo, w różnych warunkach, w coraz innych miejscach. Warto więc robić to w Polsce i pozostałych krajach świata, w czatowniach, podczas safari, nad wodą, w górach i lasach – jednym słowem wszędzie.

Artykuły wybrane losowo

PORTUGALIA – NA KOŃCU ŚWIATA

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Podobno kiedyś odpoczywali tutaj bogowie. Stąd Vasco da Gama wyruszał na podbój nowych lądów. Dziś ściągają tu podróżnicy, golfiści, amatorzy przygód na zielonych, górskich szlakach oraz miłośnicy doskonałych win. Niewielka Portugalia urzeka urodą plaż i wiosek rybackich. Kusi wspaniałymi zabytkami i wiecznym słońcem. >>

Na południu kraju znajdują się piaszczyste zatoki, malownicze porty rybackie, wypielęgnowane pola golfowe i mariny zapełnione jachtami. To raj dla aktywnych turystów, żeglarzy i surferów, a także zwykłych miłośników plażowania. Wystarczy jednak ruszyć na północ, a krajobraz się zmienia, staje się bardziej wyżynny, a nawet górski. Dwie wielkie rzeki – Tag (po portugalsku Tejo) i Duero (nazywana w Portugalii Douro), biorące swój początek w Hiszpanii, płyną w kierunku zachodnim przez kraj i wpadają do Oceanu Atlantyckiego. W ich ujściach leżą stołeczna Lizbona oraz Porto, skąd pochodzi najsłynniejszy portugalski produkt – wino porto.

Więcej…

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Filipiny – kraj tysięcy wysp

DARIUSZ METEL

 

<< Ten przepiękny, malowniczy kraj o powierzchni 300 tys. km2 leży w Azji Południowo-Wschodniej, na Oceanie Spokojnym. Od północy oblewają go wody cieśniny Luzon, a od północnego zachodu – Morza Południowochińskiego. Z kolei na wschodzie rozciąga się Morze Filipińskie. Na południu i południowym zachodzie natrafimy zaś na morza Celebes i Sulu. >>

W archipelagu, na którym położone są Filipiny, jest aż 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, z czego 880 pozostaje zamieszkanych. To jeden z najbogatszych obszarów na świecie pod względem bioróżnorodności. Okoliczne wody kryją przepiękne rafy koralowe i rzadkie gatunki egzotycznych ryb. Turystom ten kraj kojarzy się przede wszystkim z rajskimi plażami z białym piaskiem i lazurowym morzem.

 

Wzgórza Czekoladowe pokrywa gęsta trawa

© Philippine Department of Tourism/David Hettich, Tobias Hauser

 

Filipiny mają ponad 106 mln mieszkańców, niestety, nie należą do bogatych państw, ale wciąż się rozwijają. Ze względu na położenie geograficzne występują tu tajfuny. Nie zniechęca to jednak turystów, z każdym rokiem przybywa ich coraz więcej. Stolicą kraju jest Manila – jedna z największych metropolii na świecie (w granicach obszaru metropolitalnego żyje ok. 13 mln ludzi). Znajdują się w niej m.in. dzielnice biznesowe (Makati) i turystyczno-rozrywkowe (Ermita). Mimo nowoczesnego charakteru miasta nadal można natknąć się w nim na slumsy, zwłaszcza w dzielnicy Tondo.

 

KRAJ W PIGUŁCE

Przygodę z Filipinami koniecznie trzeba zacząć od mojego numeru jeden – wyspy Bohol. Leży ona w samym sercu obszaru administracyjnego Visayas. Stąd promem można dotrzeć na Camiguin, Siquijor, Cebu czy do miasta Dumaguete na Negros. Słyszałem, iż o Bohol mówi się, że to Filipiny w pigułce, ponieważ mamy tutaj wszystkiego po trochu. Na wyspie poznamy kulturę i historię kraju, odpoczniemy na piaszczystych plażach, ponurkujemy z delfinami, wybierzemy się na wycieczkę w celu obserwowania dzikich zwierząt oraz spróbujemy przepysznych, tradycyjnych filipińskich dań. Poza tym spotkamy na niej także otwartych, pomocnych i radosnych Filipińczyków.

                Warto tu udać się w okolice Wzgórz Czekoladowych. Składa się na nie ok. 1270 kopców o bardzo regularnych kształtach, porośniętych trawą. Mniej więcej 30 km na wschód od stolicy wyspy, miasta Tagbilaran, leży miejscowość Loboc. Przepływa przez nią rzeka o tej samej nazwie, po której pływają łodzie przerobione na restauracje. Uczestnicy rejsu przy lokalnej muzyce zajadają się filipińskimi przysmakami. Na pokładzie podaje się kurczaka adobo, owoce morza, ryż, przeróżne ryby, wieprzowinę i – oczywiście – owocowe desery. Jeśli łódź udaje się w głąb tropikalnego lasu, podczas zachodu słońca pasażerowie mają dużą szansę, żeby zobaczyć tysiące świetlików. Nad tą rzeką Francis Ford Coppola kręcił sceny do swojego dramatu wojennego Czas apokalipsy (1979 r.).

Pięknym miejscem jest błękitny wodospad Mag-Aso koło miasteczka Antequera. W upalne dni warto zanurzyć się w jego wodach, aby nieco się ochłodzić. Jeśli ktoś chce poczuć dreszczyk emocji, może pójść w ślady miejscowych i skoczyć na główkę z wysokiego na 10 m brzegu.

Osobom lubiącym aktywny wypoczynek spodoba się Danao Adventure Park. Do wyboru są tu takie atrakcje jak zwiedzanie jaskiń, wspinaczka po korzeniach na klifie, ślizg nad wąwozem czy skok wahadłowy. Wszystko to możliwe jest dzięki naturalnemu ukształtowaniu terenu. Poza tym od września do lutego można też popływać z rekinami wielorybimi w okolicy miasteczka Oslob na pobliskiej wyspie Cebu. Na Bohol za wielką atrakcję turystyczną uchodzi również sanktuarium wyraków filipińskich (tarsjuszy), w którym spotkamy się oko w oko z tymi jednymi z najmniejszych małpiatek na świecie.

 

SAM ŚRODEK RAJU

Na przepięknej, piaszczystej wysepce Pamilacan bungalow wynajmiemy już za równowartość 60 złotych za dobę (oczywiście, standard zakwaterowania można podnieść przy wyższej opłacie). W cenę wliczone są śniadanie, kolacja, niezliczona ilość tropikalnych owoców oraz świeżych ryb i owoców morza, takich jak ośmiornice czy krewetki. Plaża jest zupełnie bezludna. Można na niej znaleźć wspaniałe, duże, kolorowe muszle. Za atrakcję turystyczną uchodzą tutaj czarne jeżowce, które smakują jak słona ikra.

Od niedawna prąd na Pamilacan zapewniają baterie słoneczne. Niestety, ze względu na brak dostępu do wody pitnej nieliczni mieszkańcy (ok. 2 tys.) muszą przywozić ją z miasta Baclayon na wyspie Bohol. Poza bungalowami i zabudowaniami mieszkalnymi znajduje się tu też kościół, sąsiadujący z ruinami ponad 200-letniego hiszpańskiego fortu. Pamilacan to prawdziwa filipińska wieś. Wyspiarze hodują świnie, kozy, krowy, a nawet koguty. Wyspę pokrywa zielona trawa, wśród której rosną ogromne palmy.

 

PODZIEMNY ŚWIAT

W centrum wyspy Palawan leżą lasy namorzynowe i pola uprawne, na których rosną palmy kokosowe, kukurydza i ryż. Ona sama przyciąga bajecznymi krajobrazami i parkami zamieszkanymi przez dzikie zwierzęta. Wzdłuż linii brzegowej rozciągają się piaszczyste plaże oblewane krystaliczną wodą. W okolicy wyspy z całą pewnością warto udać się na nurkowanie. Widok tropikalnych raf koralowych jest nie do opisania. Inną wspaniałą rozrywką będzie tzw. island hopping. Taka wycieczka łodzią trwa cały dzień. Jej uczestnicy przemieszczają się z jednej plaży na drugą, z laguny do laguny. Po drodze koniecznie należy odwiedzić małą wioskę rybacką Sabang. To właśnie w tutejszym Parku Narodowym Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (umieszczonym w 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO) płynie podziemna rzeka (Cabayugan), która ma długość 8,2 km (do zwiedzania udostępniono ok. 1,5 km). Za wstęp do wioski trzeba zapłacić. Można to zrobić już na miejscu lub niedaleko Puerto Princesa – głównego miasta wyspy, gdzie znajduje się lotnisko. Park został okrzyknięty w 2011 r. jednym z 7 Nowych Cudów Natury.

 

KRÓLESTWO PLAŻ

Na północy Palawanu położone jest blisko 50-tysięczne miasto El Nido. Ze względu na rozbudowaną ofertę noclegów cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Mimo to zachowało swój lokalny charakter. Nadal nie można w nim płacić kartą i działa tu tylko jeden bankomat, dlatego przed przyjazdem lepiej zaopatrzyć się w gotówkę. W pobliżu miasta leży archipelag Bacuit, znajdujący się pod ochroną jako rezerwat przyrody. Wiele przewodników turystycznych uważa go za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Organizuje się na niego jednodniowe wycieczki (koszt w przeliczeniu to ok. 90 złotych), podczas których posiłek podaje się na rajskiej wysepce.

Szczególnie warto odwiedzić okoliczne plaże. Każda z nich jest nieco inna. Wąską plażę miejską w El Nido wypełniają stoliki. Trudno nie zauważyć licznych łódek, które cierpliwie czekają na turystów. Z całą pewnością nie da się tu odpocząć w ciszy i spokoju. Mimo to warto odwiedzić to miejsce, choćby po to, aby obejrzeć spektakularny zachód słońca, które chowa się za malowniczymi górami.

Corong-Corong też nie nadaje się na spokojne plażowanie. Plaża ta leży w południowej części miasta, niedaleko nowego terminalu autobusowego. Można wybrać się na nią na romantyczne spacery i drinka w jednej z nastrojowych knajpek.

Zupełnie inna jest Las Cabanas. To prawdziwa perełka wśród plaż na wyspie Palawan, idealna na leniwe wylegiwanie się na piasku, kąpiel w krystalicznie czystym morzu i długie spacery. Najlepiej odwiedzić ją rano, gdy bywa niemal pusta, a wokół panuje błoga cisza, oraz o zachodzie słońca, bo właśnie z niego słynie. Tę fenomenalną grę świateł i kolorów koniecznie trzeba zobaczyć.

Ogromną, piaszczystą plażę Duli oblewa turkusowa woda. Jej główną zaletą jest to, że turyści zbytnio jej nie oblegają. Znajdziemy tutaj za to kilka miejsc idealnych do uprawiania surfingu. Dlatego Duli warto polecić miłośnikom sportów wodnych.

Najpopularniejsza w tym rejonie Nacpan uchodzi również za najpiękniejszą. Znajduje się ona na północ od El Nido, bliżej Duli. Jest szeroka, piaszczysta, zachwyca czystą wodą. Niestety, zwykle goszczą na niej tłumy ludzi, ze względu na których zastawiono ją byle jakimi restauracjami. Dlatego można ją sobie odpuścić.

Prawdziwym rajem dla samotników będzie za to Papaya. Na tę plażę dostaniemy się jedynie drogą morską. Leży ona bardzo blisko El Nido. Ponieważ przypływa się na nią prywatną łodzią, można tu zostać tak długo, jak się pragnie.

 

Wyspa Coron koło Palawanu, z wapiennymi skałami

© Philippine Department of Tourism

 

NIEZNANY SKARB

Mało jeszcze znanym regionem Filipin są wyspy Caramoan (w regionie Bicol) rozsiane w pobliżu półwyspu o tej samej nazwie (części największej filipińskiej wyspy Luzon – ok. 110 tys. km² powierzchni). Zaczynają one jednak budzić coraz większe zainteresowanie wśród turystów. Rejon przypomina nieco El Nido, ale warto go polecić przede wszystkim z uwagi na fakt, że nie dociera tu aż tak wiele ludzi.

Caramoan potrafią zauroczyć. Zdecydowanie polecam spędzić czas na jednej ze spokojnych, białych plaż. Warto przyjrzeć się imponującym, wapiennym skałom i zanurzyć się w turkusowej wodzie, pod której powierzchnią można oglądać kolorowe morskie ryby. Tutaj z całą pewnością da się poczuć bliskość z naturą. Co ciekawe, właśnie w tej okolicy kręcono jedną z edycji amerykańskiej serii telewizyjnej Survivor.

Na Luzon wznosi się też Mayon (2463 m n.p.m.), należący do najpiękniejszych czynnych wulkanów na świecie. Jego szczyt ma kształt stożka. Można go zdobyć bez większego problemu (koszt całodniowej wyprawy z przewodnikiem wynosi 100 dolarów amerykańskich).

 

OSOBLIWA TRADYCJA

Na Filipinach za każdym razem odkryjemy coś nowego. Podczas jednej z moich licznych wycieczek w te strony miałem okazję zobaczyć, jak miejscowi obchodzą Wielkanoc.

                Mniej więcej 80 proc. Filipińczyków jest katolikami. W Wielki Czwartek w Manili rusza procesja z udziałem mężczyzn przebranych za apostołów. Kapłani odprawiają mszę Wieczerzy Pańskiej z obrzędem obmywania nóg. Następnie Filipińczycy z rodzinami i przyjaciółmi odwiedzają siedem kościołów. W takim właśnie momencie znalazłem się w filipińskiej stolicy. Atmosfera zbliżających się świąt była odczuwalna praktycznie na każdym rogu ulicy, gdzie ustawiono stoliki z figurkami Matki Boskiej i Jezusa, różańcami oraz świecami. Wokół klęczeli ludzie zanurzeni w modlitwie. Na twarzach przechodzących widniały szczere uśmiechy. Głośno rozmawiali i z radością oczekiwali zbliżającego się święta.

W Wielki Piątek, pomimo krytyki ze strony zwierzchników kościelnych, na Filipinach wciąż praktykuje się zwyczaj przybijania ochotników do krzyża. Filipińscy biskupi zaznaczają, że tradycje biczowania i krzyżowania w czasie Wielkiego Tygodnia mają korzenie w animizmie i nie są aprobowane przez Kościół katolicki. W ponad 300-tysięcznym mieście San Fernando w prowincji Pampanga na wyspie Luzon w ramach przygotowań do Wielkiego Piątku mieszkańcy na niewielkiej górze w okolicy ustawiają trzy duże krzyże (w dzielnicy San Pedro Cutud). Z tego miejsca ruszają biczujący się pokutnicy. Maszerują wąskimi uliczkami aż do centrum miasta, pod Katedrę Metropolitalną (Metropolitan Cathedral of San Fernando). W tym dniu na ogromnym placu spotyka się tłum wierzących. Oprócz nich są także ekipy telewizyjne, które przyjeżdżają z całego świata, żeby udokumentować to wydarzenie. Wokół placu stoją namioty z barami oraz punkty medyczne, w razie gdyby komuś trzeba było udzielić pomocy.

Typowy pokutnik przemierza trasę boso, trzymając w dłoniach półtorametrowy bicz, na którego końcu znajdują się krótkie, bambusowe patyczki. Biczuje się ok. 3 godz., raniąc plecy ociekające krwią. Mimo 37°C nie przerywa. Koło 13.00 do tysięcy ludzi zgromadzonych na placu w centrum miasta dołączają żołnierze, którzy prowadzą Jezusa wraz z Maryją. Zakończeniem pochodu jest ukrzyżowanie Zbawiciela – jego rolę odgrywa ochotnik. Wraz z nim zostaje ukrzyżowanych jeszcze 14 osób. Do drewnianych krzyży mocuje się metalowe dyby, wzdłuż których mocno i energicznie rozciąga się ręce pokutników. Nie jest to zwyczajne przedstawienie. Słychać krzyki wiernych i obserwujących. Podczas stawiania krzyża w pionie w tłumie rozlega się płacz, czuć wielkie poruszenie. Ludzie na nowo przeżywają mękę Jezusa.

Wielkopiątkowe ukrzyżowania pierwotnie były rytuałem katolickim, jednak na przestrzeni lat zamieniły się w spektakl, który przyciąga tysiące turystów. Choć praktyk tych Kościół nie pochwala i uważa je za wypaczenie wiary, dotychczas nie udało się położyć im kresu. To widowisko wywiera ogromne wrażenie na oglądających, bo wygląda wyjątkowo realnie. Z tego powodu na długo zapada w pamięć. Filipińska tradycja krzyżowania ochotnika nie jest długa. W latach 80. XX w. pewien Filipińczyk, Ruben Enaje, spadł z drabiny przy rusztowaniu i przeżył upadek. Uznał to za cud, postanowił więc podziękować Bogu za uratowanie mu życia. Podczas wielkopiątkowych obchodów w 1985 r. wziął ciężki drewniany krzyż na swoje barki i udał się na górę, gdzie po raz pierwszy dał się ukrzyżować. Zwyczaj trwa do dziś, a Ruben Enaje krzyżuje się co roku w Wielki Piątek, a wraz z nim ok. 20 innych osób.

Ochotnicy przybijani do drewnianych krzyży podczas corocznych obchodów Wielkiego Piątku
© Dariusz Metel

POJEDYNEK KOGUTÓW

Z kolei w mieście Puerto Princesa na Palawanie można odwiedzić wielką, profesjonalną arenę do walk kogucich. Według filipińskiej tradycji każdy mieszkaniec kraju powinien posiadać koguta. Nie chodzi tutaj o kwestie żywieniowe, ale o szacunek sąsiadów. Im lepszy ptak (champion), tym większe poważanie wśród miejscowych. Sabong, czyli walki kogutów, to prawdziwy sport. Oprócz dostarczania oczywistych emocji pozwala też zarobić. Rozgrywki są traktowane niezmiernie poważnie, za wygrany pojedynek można dostać równowartość 75 złotych. Dla Filipińczyków to naprawdę spora kwota. Walka trwa średnio kilkanaście minut – jeśli podczas pierwszych dziesięciu koguty nie zaczynają walczyć, uznawana jest za nieważną.

Zanim jednak ptak stanie na ringu, wymaga specjalnego przygotowania, tzw. uzbrojenia. Do jego nóg przymocowuje się specjalne ostrza, czyli tore, które stają się dodatkową bronią w walce. Kogut przy wyskoku zadaje cios tym ostrzem i tak pokonuje przeciwnika. Zdarzają się bardzo zaciekłe, krwawe potyczki, wtedy nawet sam sędzia, który z bliska śledzi cały pojedynek, musi uważać na swoje bezpieczeństwo.

 

Soczyście zielone tarasy ryżowe znajdujące się w Banaue na wyspie Luzon

© Philippine Department of Tourism

 

POLA NA ZBOCZACH

Podczas opisywania Filipin, nie można zapomnieć o spektakularnych polach ryżowych. W trakcie podróży po tym kraju trzeba je koniecznie zobaczyć.

Jedne z nich znajdują się w okolicy Banaue (w północnej części wyspy Luzon). Zabudowania tego górskiego miasteczka skupione są praktycznie wzdłuż jednej, długiej ulicy. Na centralnym placu stoją kolorowe jeepneye, czyli zmodyfikowane modele jeepa, i mnóstwo trójkołowych rowerów. Blaszane domy nie robią wrażenia na turystach. Uwagę przyciągają liczące aż ok. 2 tys. lat, przepiękne, soczyście zielone tarasy ryżowe, które uchodzą za ósmy cud świata. Uważa się, że ludzie zbudowali je, nie używając maszyn, co czyni je wyjątkowym obiektem. Leżą na pokrytych bujną roślinnością zboczach górskich.

W prowincji Ifugao znajduje się w sumie pięć tarasów ryżowych (w Kordylierach Filipińskich – Batad i Bangaan – oba w Banaue, a także Mayoyao w Mayoyao, Hungduan w Hungduan i Nagacadan w Kiangan), które wpisano w 1995 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Widoki w ich okolicach zapierają dech w piersiach. Można tutaj podziwiać wspaniały, ok. 30-metrowy wodospad Tappiya, w którego wodach warto ochłodzić się po podróży z oddalonej o mniej więcej 30 minut drogi wioski Batad. Niestety, to malownicze miejsce jest bardzo oblegane przez turystów.

 

WISZĄCE TRUMNY

Filipiny to nie tylko rajskie plaże i turkusowa woda, ale również piękne góry. Najsłynniejszą górską miejscowością jest Sagada. Swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim tajemniczym jaskiniom i wiszącym trumnom. Niecodzienny sposób chowania zmarłych zapoczątkowała ludność Igorot (Cordillerans), która zamieszkuje północne tereny Luzonu. Zwyczaj głosi, że każdy powinien za swojego życia własnoręcznie wykonać trumnę z jednego kawałka drewna, aby po śmierci zostać w niej pochowany. Zmarłych zawijano w koce i obwiązywano liśćmi rattanu. Rodzina i przyjaciele nieśli później tak przygotowane zwłoki pod skały. Tam owinięte ciało układano w trumnie w pozycji embrionalnej. Wierzono, że skoro człowiek w takiej pozycji przyszedł na świat, to i w tej samej powinien z niego odejść. Trumna po zamknięciu była umieszczana na wcześniej przygotowanym miejscu na skale, wnoszono ją po drabinie. Według wierzeń dzięki usytuowaniu ciała na wysokości zmarły miał bliżej do nieba. Inna hipoteza mówi, że takie nietypowe umieszczanie zwłok stanowiło nagrodę za godne życie.

Podczas wizyty w Sagadzie trzeba także zobaczyć pobliskie, połączone ze sobą jaskinie: Lumiang i Sumaguing. W pierwszej z nich również chowano zmarłych. W ciemnych, podziemnych komorach znajduje się ponad 100 drewnianych skrzyń z ciałami, które mają po kilkaset lat. Należy jednak pamiętać, że jaskinie można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Dobrze też zabrać buty na zmianę, ponieważ w środku zbiera się dużo wody. Poza tym koniecznie trzeba wziąć ze sobą latarkę. Jaskinie są ogromne. Do wejścia prowadzą długie, strome, kamienne schody. Należy na nich bardzo uważać, aby się nie przewrócić. Stopnie są wilgotne od spadających na nie kropel wody.

Obszerna Jaskinia Pogrzebowa Lumiang (Lumiang Burial Cave) wyróżnia się ładnymi korytarzami z pojedynczymi naciekami. Podczas jej zwiedzania będziemy zmuszeni często pochylać się i przeciskać przez zwężenia. Jaskinia jest jednak całkiem łatwa do przejścia, a wędrówka po niej to przyjemność.

Sumaguing ma inny charakter korytarzy. Są one większe, zdobi je także więcej nacieków. Na samym końcu znajduje się piękna, kilkumetrowej wysokości formacja naciekowa przypominająca szeroki, zamrożony wodospad.

 

PRZYDATNE INFORMACJE

Przed wyjazdem na Filipiny warto dowiedzieć się kilku rzeczy. Bezpłatną wizę, ważną przez 30 dni, turyści otrzymują na lotnisku – pracownik wbija ją do paszportu po przylocie na miejsce (paszport musi być ważny jeszcze przynajmniej sześć miesięcy). Aby ją dostać, trzeba okazać bilet na wyjazd z Filipin (powrotny do Polski lub do innego kraju). Jeśli nie będziemy go mieć, nie zostaniemy przepuszczeni przez granicę. Największe i najważniejsze filipińskie lotnisko – Międzynarodowy Port Lotniczy Ninoy Aquino – znajduje się w rejonie Manili.

                Jako turyści możemy korzystać z polskiego prawa jazdy przez cztery tygodnie. Po ich upływie powinno się wyrobić lokalne pozwolenie na prowadzenie pojazdów. Przed wyjazdem na Filipiny nie trzeba szczepić się profilaktycznie przeciw żadnym chorobom. Jeśli wybieramy się tu w sezonie (od grudnia do maja), powinniśmy zarezerwować sobie miejsca noclegowe przed przybyciem. Poza sezonem zwykle nie ma problemów ze znalezieniem zakwaterowania już po przylocie. Do wyboru są hotele, hostele i mniej liczne obiekty typu guesthouse (domki gościnne). Zanim zdecydujemy się na jakieś miejsce, powinniśmy sprawdzić, jaki oferuje standard.

 

W DRODZE DO RAJU

Filipiny to idealne miejsce na wakacje. Podróż do tego kraju jest jak ucieczka do raju, gdzie odkrywa się nowy, nieznany świat i… samego siebie. Tutaj można wyjść poza swoją sferę komfortu, docenić piękno przyrody i wartość życia. Wycieczka na Filipiny pozwala oderwać się od rzeczywistości. Ten kraj stanowi wielką mozaikę kultur, dlatego przypadnie do gustu turystom zmęczonym popularnymi kurortami nastawionymi na europejskich urlopowiczów.

Jednak jak każde miejsce na ziemi i to również ma swoje ciemniejsze strony. Znajdziemy tu nie tylko bezludne wyspy i soczyste arbuzy. Natkniemy się także na niewyobrażalne ilości śmieci w największych miastach i spotkamy smutne spojrzenia bezdomnych dzieci śpiących na ulicy. Filipiny są piękne, ale i pełne sprzeczności. Dlatego przed wyjazdem na nie należy przemyśleć swoje nastawienie do podróży. Do tego kraju trzeba podejść świadomie, być przekonanym o tym, że chce się do niego pojechać. W wycieczce na rajskie plaże Filipin chodzi o coś głębszego niż odhaczenie kolejnego punktu z listy marzeń. To miejsce potrafi rozkochać w sobie, ale umie też zawieźć, szczególnie osoby nastawione na idealne wakacje. Jednak po kilku dniach pobytu tutaj zazwyczaj przestaje się zwracać uwagę na niedogodności. Zapomina się również o stresie, codziennym pędzie, potrzebie posiadania coraz to nowych rzeczy. Podróż po Filipinach przede wszystkim skłania do refleksji na temat życia. W tym kraju prawdziwą przyjemnością jest delektowanie się smakiem kokosa i poznawanie zwykłych, szczerych ludzi. Problemy miejscowych, takie jak brak dostępu do wody pitnej czy prądu, także wydają się bardziej realne. Po pobycie na Filipinach człowiek zaczyna się zastawiać, na czym tak naprawdę mu zależy. W Europie mamy różne udogodnienia technologiczne i możliwość kupienia butów z najnowszych kolekcji projektantów, ale czy to pomaga nam w uczeniu się szacunku do ludzi? Na Archipelagu Filipińskim można nauczyć się akceptowania innych i samego siebie oraz tego, że w życiu chodzi o coś więcej niż konsumowanie dóbr.

 

Wydanie lato-jesień 2018