WOJCIECH KUDER

 

<< Odkąd na początku XX stulecia wynaleziono pierwszy małoobrazkowy aparat fotograficzny, podróżowanie zaczęło nierozerwalnie wiązać się z dokumentowaniem rzeczywistości w kadrach. Dziś następca „camery obscury” towarzyszy człowiekowi wszędzie – od zaśnieżonych szczytów Himalajów po piaski Sahary i porywający magią tysiąca barw wodny świat Wielkiej Rafy Barierowej u wybrzeży Australii, na lądzie, w powietrzu i głęboko pod ziemią, wśród soczystej zieleni tropikalnych lasów Amazonii i surowej bieli niedostępnej Arktyki… >>

 

 FOT. INDIA TOURISM FRANKFURT Tadź Mahal w Agrze w Indiach – mauzoleum cesarzowej Mumtaz Mahal

Nic tak doskonale nie oddaje przecież niepowtarzalnego klimatu miejsca czy atmosfery wydarzenia jak znakomite ujęcie, które na ułamek sekundy zatrzymuje czas i w perfekcyjny sposób utrwala to, co najcenniejsze i warte pokazania. Przez długie dziesięciolecia ani odrobinę nie zmalały godne podziwu pasja i poświęcenie fotografów-globtroterów. Powstała za to nowa forma turystyki – fotoekspedycje. Obecnie to już nie tylko osobliwe hobby zarezerwowane dla garstki zapaleńców, ale prawdziwa moda, która podbija serca milionów ludzi na całej ziemi.  

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive chcielibyśmy zaprezentować alternatywę dla standardowych podróży – połączenie przyjemnego z pożytecznym, czyli poznawania fascynujących zakątków globu z nauką robienia doskonałych zdjęć. O przybliżenie tematu poprosiliśmy ekspertów w tej dziedzinie. Czym są dla nich fotoekspedycje? – To wyprawy przeznaczone dla wszystkich ludzi, fotografów i podróżników, dla których poznawanie świata i uwiecznianie go w kadrach stało się sensem życia. Podczas tego typu ekspedycji jest niezmiernie ważne, aby doświadczać autentycznych rzeczy: obcować z naturą, odwiedzać miejsca nieopisane w przewodnikach i rozmawiać z mieszkańcami odwiedzanych krajów o ich prawdziwym życiu. Dzięki temu zdobędziemy wyjątkowe zdjęcia i niezapomniane przeżycia, zasmakujemy egzotycznych potraw, poczujemy orzeźwiającą morską bryzę, a w naszych uszach i duszach już na zawsze rozbrzmiewać będzie lokalna muzyka… – uważaMarek Szymczakowski, prezes Good Photo Adventure Team.

FOT. TOURSIM NEW ZELAND/FRASER CLEMENTS

okolice kurortu Queenstown należą do ulubionych miejsc fotografów w Nowej Zelandii

 

Znakomite połączenie

Postęp technologiczny, a co za tym idzie miniaturyzacja i większa dostępność sprzętu fotograficznego sprawiają, że coraz więcej turystów nie rozstaje się w trakcie swoich wojaży po świecie z aparatem. Nie ma w tym nic dziwnego, bowiem – jak przyznaje Miłosz Kaleciński z Przygody4x4 – podróżowanie i fotografia uzupełniają się wręcz doskonale. – Fotoekspedycja to, najkrócej mówiąc, zorganizowany wyjazd dla osób, które kochają fotografować i chcą połączyć swoją pasję z odkrywaniem nowych miejsc. Słowo „ekspedycja” nie jest tutaj przypadkowe, bowiem często są to wyjazdy o charakterze trekkingu czy wypraw off-roadowych. Dzięki takiej formule ich uczestnicy mogą nie tylko podnieść swoje umiejętności, ale i przeżyć niezapomnianą przygodę – tłumaczy nasz rozmówca. Fenomen tego typu imprez tkwi właśnie w zachowaniu odpowiedniej proporcji pomiędzy czasem spędzanym na robieniu zdjęć i przeznaczonym na pozostałe aktywności, dlatego ważny bywa wybór kierunku interesującego także z innych względów niż walory wizualne. Dodatkowy smaczek dla fotografów-globtroterów stanowią m.in. ekstremalne przejażdżki jeepami, zdobywanie nieprzystępnych górskich szczytów czy przedzieranie się przez gęste zarośla równikowej dżungli. – Fotoekspedycje nierzadko zasługują na miano prawdziwych wypraw, ponieważ dotarcie w niektóre miejsca wymaga czasami zdecydowanie więcej wysiłku niż przemieszczanie się z hotelowego pokoju na fotel w autobusie. Ich głównym celem jest odkrycie wyjątkowych plenerów fotograficznych i zdobycie wspomnień na długie lata – opisuje Jerzy Arsoba z biura podróży Arsoba Travel.

FOT. KENIA TOURISM BOARD

Kenia – przelot balonem nad Rezerwatem Narodowym masai mara

 

Recepta na sukces

Gwarancję powodzenia w tym przypadku stanowi jednak wybranie nie tylko ciekawych zakątków świata, ale również właściwej osoby prowadzącej, która powinna łączyć w sobie cechy dobrego przewodnika i eksperta do spraw fotografii. Idealnymi kandydatami są profesjonalni fotograficy pragnący dzielić się swoją fachową wiedzą, dużym doświadczeniem i znający odwiedzane rejony niczym własną kieszeń. – Tylko wówczas trafia się w odpowiednie miejsca o odpowiedniej porze dnia i ma się wystarczająco dużo czasu, żeby w pełni wykorzystać ich walory. Oznacza to czasem zrezygnowanie z wygody, aby dotrzeć gdzieś przed wschodem słońca, albo zarwanie nocy, gdy opuszcza się plener dawno po zmroku. Jeśli piloci grupy są jednocześnie fotografikami, wówczas fotoekspedycje mogą przekształcać się w warsztaty fotograficzne, na których otrzymuje się sporą dawkę wiedzy teoretycznej i którym towarzyszą dyskusje na temat formy i znaczenia fotografii – mówi Tomasz Czarnecki z eclipses.eu i adventure2. To właśnie osoba przewodnika decyduje w głównej mierze o sukcesie. Potwierdza to Magdalena Michalska-Szmidt, kierownik ds. marketingu w firmie Nikon Polska, która jednocześnie dodaje, że ze względu na specyfikę tego rodzaju turystyki cała sfera organizacyjna musi być perfekcyjnie przygotowana, dopięta na ostatni guzik. – W fotoekspedycjach Akademii Nikona najważniejsza jest satysfakcja uczestników z poznawania nowych, często bardzo egzotycznych miejsc. Organizujemy kilka wyjazdów w roku, zawsze indywidualnie zaplanowanych z fotografem-wykładowcą naszej akademii, który zna doskonale dany teren i wie, jakie atrakcje tam czekają. Jego podopieczni mogą skupić się tylko na tym, co najważniejsze – fotografowaniu i szlifowaniu warsztatu pod okiem profesjonalisty. To my, jako organizator, całkowicie dbamy o bezpieczeństwo i komfort od wylotu z Polski do powrotu do naszego kraju. Poza tym dzięki kameralnym grupom (8–12 osób) nasz specjalista ma szansę poświęcić wystarczająco dużo czasu każdemu uczestnikowi. Na 2–3 tygodnie przed wyjazdem spotykamy się, żeby lepiej się poznać oraz porozmawiać o fotografii i oczekiwaniach wobec imprezy. Co więcej, fotoekspedycje Akademii Nikona odróżnia od innych wyjazdów fotograficznych możliwość bezpłatnego wypożyczenia sprzętu, w tym obiektywów i lustrzanek, również tych profesjonalnych, o jakich marzy niejeden zawodowiec – opowiada Magdalena Michalska-Szmidt.

 

Na każdą kieszeń

Wbrew powszechnemu mniemaniu, że ten typ turystyki zarezerwowany jest wyłącznie dla najbogatszych, w rzeczywistości grono wybierających tego rodzaju oferty ciągle się powiększa. Dzieje się tak, gdyż coraz bardziej przystępne stają się ceny, zarówno jeśli chodzi o sprzęt do fotografowania, jak i profesjonalnie zorganizowane kursy, których każdego roku przybywa na naszym rynku. – Koszt wyjazdów fotograficznych zależy od kilku czynników: kierunku wyprawy, wielkości grupy, programu i długości pobytu. Rozrzut cenowy bywa zatem duży: od 200 zł za 2-dniowe warsztaty fotografii ulicznej w Warszawie do 10 tys. zł za 2-tygodniowe zwiedzanie Kuby w bardzo kameralnej grupie 5 uczniów z jednym instruktorem. Myślę, że wśród wielu propozycji wszyscy znajdą coś na swoją kieszeń – zapewnia Sylwia Huber z Aslema Tours. Trudno się z tym nie zgodzić, bowiem różnorodność ofert na rynku wydaje się wprost niezliczona. W tej sytuacji już przy budżecie na poziomie jedynie kilkuset złotych można wybierać pomiędzy kilkoma równie atrakcyjnymi programami.  

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Wielki Kanion Kolorado w uSA

 

Najpopularniejsze kierunki

Fenomen fotoekspedycji polega na tym, że nigdy nie zabraknie ciekawych miejsc do odwiedzenia i uwiecznienia na zdjęciach. Każdy bez trudu odkryje własną ziemię obiecaną, która swym pięknem i unikalnością zafascynuje go bez reszty. – Dziś niemal wszędzie można dotrzeć z aparatem. Organizatorzy oferują klientom duży wybór kierunków, począwszy od krótkich weekendowych wyjazdów do którejś z europejskich stolic, a skończywszy na prawdziwie ekstremalnych eskapadach w rejony tropikalne lub polarne. Największą popularnością cieszą się Stany Zjednoczone i Meksyk, Kuba, Indie, Indochiny, Nepal, Namibia oraz Peru i Boliwia – wymienia Miłosz Kaleciński z Przygody4x4. Szczególnie kraje Dalekiego Wschodu oraz Ameryki Łacińskiej działają dziś jak magnes na poszukujących inspiracji fotografów-podróżników. Przyciągają swoją zachwycającą egzotyką, dziewiczą przyrodą, niesłychanym bogactwem tematów fotograficznych, kolorami, światłem i gościnnością, z jaką wita się tam przyjezdnych. – Azja bywa częstym punktem docelowym fotoekspedycji zapewne dlatego, że jest stosunkowo tania (wśród egzotycznych dla Polaków regionów), ale także bardzo wdzięczna do fotografowania. Spotykani na trasach ludzie są otwarci, naturalni i chętnie pozują, o co trudniej w krajach arabskich czy niektórych afrykańskich. Oprócz dalekich wypraw klienci bardzo chętnie wybierają się też na wypady do europejskich miast: Barcelony, Berlina, Londynu, Amsterdamu czy Paryża, aby uczyć się tzw. fotografii ulicznej – uchwycenia w kadrze specyfiki miejsc i unikalnych momentów. Wizyty w metropoliach Starego Świata nierzadko łączymy z oglądaniem wystaw wielkich mistrzów fotografii. Sporo warsztatów organizujemy również w niezmiernie malowniczych polskich plenerach, takich jak Bieszczady, Bory Tucholskie czy Suwalszczyzna – mówi Sylwia Huber z Aslema Tours. Jak więc widać wybór odpowiedniej oferty zależy wyłącznie od wyobraźni i zasobności portfela osoby pragnącej przeżyć niezapomnianą przygodę z aparatem w dłoni. Niesłabnącym zainteresowaniem wśród miłośników fotografowania cieszą się też m.in. słynące z niezwykłych krajobrazów Australia i Nowa Zelandia, dzika Kamczatka, malownicza Toskania, tajemnicza Gruzja czy fascynująca magią potężnych fiordów Norwegia. Za absolutne fotoekspedycyjne hity uchodzą także Japonia oraz Wyspy Owcze i Islandia. Ostatnio coraz większą popularność zdobywają również mało znane w Polsce, niezmiernie kolorowe i pasjonujące kraje, jak np. Bhutan, Gwatemala, Kolumbia czy Wenezuela.

FOT. CANADIAN TOURISM COMMISSIONPADDY PALLIN

 Północ Kanady – fotografowanie łosi

 

Moda na aktywność

O tym, że turystyka aktywna, do której bez wątpienia zaliczymy fotoekspedycje, zdobywa coraz szersze grono zwolenników, nikogo nie trzeba już specjalnie przekonywać. Potwierdza to też Magdalena Michalska-Szmidt i nadmienia, że w przypadku niektórych kierunków wyjazdów chętnych jest aż tylu, że tworzy się listy rezerwowych, a nawet kolejne tury. – Obserwujemy stały wzrost zainteresowania wyprawami fotograficznymi Akademii Nikona i zdarza się, że brakuje nam wolnych miejsc. Tak było przy okazji kursu w Namibii z Marcinem Kydryńskim, tak jest również z wyjazdem do Bhutanu pod okiem Pawła Chary. W tej chwili już co czwarty uczestnik wybiera nas po raz drugi. Świadczy to niewątpliwie o wysokim poziomie naszych ofert. Ta popularność wynika zapewne z tego, że proponujemy kierunki interesujące zarówno z punktu widzenia podróżnika, jak i fotografa, oraz nietuzinkowe programy. Nie ma dwóch identycznych fotoekspedycji, chyba, że klienci wyrażają taką potrzebę. Najczęściej wyjeżdżają z nami osoby, które cenią sobie komfort i chcą skupić się tylko na fotografii i poznawaniu nowych miejsc, a nie na mierzeniu się z trudnymi warunkami i dzikością przyrody. Już sama atmosfera wyprawy bywa wystarczająco emocjonująca! Podczas wyjazdów między uczestnikami zawiązują się także bliższe relacje, prawdziwe przyjaźnie. Dlatego po powrocie do kraju często utrzymują oni stały kontakt ze sobą oraz naszym fotografem. Powoli, pod egidą Akademii Nikona, zaczyna się tworzyć wyjątkowe grono podróżników-fotografów. Mamy nadzieję, że tych ludzi, których łączy wspólna pasja, będzie jeszcze więcej – podsumowuje kierownik ds. marketingu

Artykuły wybrane losowo

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.

 

Toskańskie dolce far niente

ANNA KŁOSSOWSKA

italiannawdrodze.blogspot.com

 

<< „A tavola ’un s’invecchia”, czyli „Przy stole się nie starzeje” – przekonuje w lokalnym dialekcie regionalne przysłowie. Właśnie od posiłku z kieliszkiem wina warto zacząć podróż po Toskanii. Niekoniecznie trzeba ruszać tropem zdyszanych grup, w tempie „presto” zaliczających w letnim skwarze popularne zabytki: Krzywą Wieżę w Pizie, Piazza del Campo w Sienie słynącej z wyścigu konnego, Palio, czy Katedrę Matki Boskiej Kwietnej z kopułą Filippa Brunelleschiego i tzw. Most Złotników, Ponte Vecchio, we Florencji. Jest tu wiele innych miejsc do zobaczenia. >> 

Więcej…

Estonia – dziedziczka Inflantów

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS VOLMER
<< „Mój kraj ojczysty, moje szczęście, radość” –
pierwsze słowa estońskiego hymnu narodowego dobrze odzwierciedlają uczucie, które przez wieki kształtowało świadomość narodową mieszkańców tego nadbałtyckiego rejonu i dodawało im sił w pokonywaniu wielu tragicznych zakrętów historii. Ziemie te narażone były nieustannie na najazdy i podlegały cały czas obcym wpływom. W epokach średniowiecza i renesansu panowali na tych terenach Niemcy, Duńczycy, Rusini i Szwedzi, a nawet chwilowo Polacy, a w ostatnich dekadach – aż do odzyskania niepodległości w 1991 r. – Rosjanie. Dzisiaj, po 22 latach od wyzwolenia, Estończycy żyją w stabilnym, prężnie rozwijającym się państwie. Co więcej, stolica kraju – Tallin, stała się ważnym europejskim ośrodkiem biznesowym i jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w północnej części Europy. >> 

Więcej…