PAWEŁ WIŚNIEWSKI

 

Mieszkańcy pełnej magii Toskanii mówią, że mają wszystko – od wysokich gór na północy, ze śniegiem w zimie (Apenin Toskański), przez bardzo żyzne rolnicze obszary Valdery, którymi spływa do Morza Liguryjskiego rzeka Arno, po przepiękne tereny nadmorskie ciągnące się od granic Ligurii i do prowincji Grosseto na południowych krańcach regionu. Poza tym są tu jeszcze malownicze Wyspy Toskańskie, na czele z Elbą, objęte ochroną w ramach parku narodowego. W opinii Toskańczyków trudno więc doszukiwać się choćby odrobiny przesady.

 

Nazwa tej krainy historycznej i zarazem regionu administracyjnego w środkowych Włoszech wiąże się z Etruskami (łac. Etrusci lub Tusci), ludem zamieszkującym w starożytności Etrurię (rejon znajdujący się w centralnej części Półwyspu Apenińskiego, pokrywający się mniej więcej z dzisiejszą Toskanią, zachodnią Umbrią i północnym Lacjum) od ok. VIII w. p.n.e. do I stulecia p.n.e. W miastach i miasteczkach na każdym kroku można znaleźć ślady etruskiego dziedzictwa. Przypominają o nim stare mury miejskie, zachowane budowle i kamieniste dukty piesze.

 

Toskania jest niezmiernie zróżnicowana pod względem zarówno geologicznym, jak i krajobrazowym. Na północy leżą piękne górskie tereny, włączone częściowo do Parku Narodowego Apeninu Toskańsko-Emiliańskiego (Parco Nazionale dell’Appennino Tosco-Emiliano – również w regionie Emilia-Romania). Apenin Toskański zajmuje obszar od przełęczy Cisa do źródeł rzeki Tyber. W granicach Toskanii wznosi się należący do niego nieduży łańcuch zwany Alpami Apuańskimi. Najwyższym szczytem tych ostatnich jest Monte Pisanino (1946 m n.p.m.). Tutaj znajdują się złoża znanego na całym świecie szlachetnego białego marmuru z Carrary (marmuru karraryjskiego). Jego wydobywanie wyrządza – niestety – dość znaczne szkody w środowisku naturalnym. Głębokie wyżłobienia w zboczach widać z odległości wielu kilometrów. Na ten problem zwracają uwagę włoskie ruchy ekologiczne, ale korzyści ekonomiczne płynące ze sprzedaży marmuru są tak duże, że państwo ciągle przyznaje prywatnym podmiotom nowe licencje na jego wydobycie. Poza tym w Toskanii zbiegają się wilgotne i gorące prądy morskie i kontynentalne. Dlatego lata bywają tu upalne i parne, a wilgotność powietrza dochodzi w tym czasie nawet do 70–80 proc.

 

WŁOSKA SIELANKA

 

Rytm tutejszego życia, zwłaszcza na prowincji, wyznacza pogoda. Tak w przypadku rolników, jak i innych mieszkańców Toskanii to ona wpływa na codzienny rozkład dnia.

 

Z samego rana budzi Toskańczyków śpiew ptaków, beczenie kóz i dźwięk kościelnego dzwonu. Włosi do kościoła chodzą często bardziej ze względów towarzyskich niż religijnych. W małych miejscowościach do wypełnionej ludźmi świątyni zaglądają też czasem psy czy koty w poszukiwaniu swoich właścicieli. Sama msza to przede wszystkim okazja do spotkania. Przed jej rozpoczęciem nie siedzi się w ciszy, lecz prowadzi ożywione rozmowy na temat najnowszych lokalnych wydarzeń. Włoskie nabożeństwa są krótkie i konkretne, bo ważniejszą częścią poranka jest śniadanie (colazione), jadane zazwyczaj w pobliskim barze.

 

W takim lokalu umiejscowionym w tzw. circolo w budynkach gminnych koncentruje się życie zarówno towarzyskie, jak i kulturalne. Obowiązkowy element pierwszego posiłku stanowi kawa, doskonała nawet w najmniejszym barze. Włochów można oszukać na różnych rzeczach, ale nie na jakości ich ulubionego napoju. Dlatego zazwyczaj najgorszą kawę podaje się w takich obiektach jak dworce czy lotniska, gdzie pojawia się więcej turystów niż miejscowych. Jedne z najlepszych barowych ekspresów produkuje się właśnie we Włoszech. Do kawy zwykle zamawia się coś słodkiego (dolce), a sam rytuał picia trwa minimum kilka minut. Dobry bar można rozpoznać już z daleka po aromacie unoszącym się na ulicy i dużej liczbie miejscowych. Pyszny włoski napój serwuje się też w tzw. pasticceriach, czyli odpowiednikach polskich cukierni. Często prowadzą je kolejni potomkowie jednej rodziny wytwarzający własne niepowtarzalne wypieki i korzystający z sekretnych przepisów.

 

Po śniadaniu Toskańczycy udają się do pracy. Mieszkańcy tego regionu nierzadko mają małe warsztaty i rodzinne firmy w swoich domach. Do południa Włosi myślą o pranzo, czyli obiedzie, i niemal wszędzie toczą rozmowy właśnie na ten temat. Pracę zresztą wykonują zwykle bez pośpiechu w oczekiwaniu na sjestę. Gdy zbliża się godzina 13.00, wszyscy wychodzą coś zjeść. Znawcy twierdzą, że tożsamość i kultura Włochów kształtowały się i kształtują właśnie podczas posiłków, które wzmacniają przecież więzi. 

 

W toskańskiej kuchni jest dużo świeżych produktów, w tym warzyw i aromatycznych ziół. Na pierwsze danie często podaje się minestrę (minestrone to za długie słowo dla Toskańczyka), czyli zupę warzywną. Każda gospodyni ma na nią swój własny przepis. Na drugie zazwyczaj serwuje się pastę (makaron) np. z sosem pomidorowym, niejednokrotnie z przydomowych pomidorów, i mięso, zwłaszcza drobiowe lub wołowe, bardzo rzadko wieprzowe, zastępowane dziczyzną. W Toskanii często przyrządza się specjalne hodowlane gołębie, a także wróble (paserotti). Wyjątkowo smaczne jest też pieczywo z małych rodzinnych piekarni z długoletnią tradycją, jedzone z oliwą i czosnkiem. Na stole pojawiają się również owoce, zwłaszcza cocomero, czyli arbuz, który syci i zaspokaja pragnienie.

 

Po obiedzie każdy udaje się na sjestę czy krótką drzemkę. Kto wie, jak wygląda toskańskie lato z temperaturami powietrza do ok. 40°C i wysoką wilgotnością, nie dziwi się temu zwyczajowi. W takich warunkach po sutym włoskim posiłku zwyczajnie nie da się utrzymać na nogach. Po sjeście jedni wracają do pracy, a inni do swoich domowych obowiązków i… zaczynają odliczać czas do kolacji. Cena trwa tu często godzinami. W lecie zasiada się do niej pod gołym niebem i urozmaica się ją dużą ilością wina lub grappy. Toskańczycy spożywają kolacje w domu albo licznych barach i osteriach. Potem siedzą długo na nieśmiertelnych plastikowych krzesełkach ustawionych wzdłuż knajpek czy na podwórkach i zastanawiają się, jaka ma być jutro pogoda i co będą jedli.

 

HISTORIA MIEJSKICH MURÓW

 

IMG 4160

Panorama uroczej Florencji z ogromną kopułą wspaniałej Katedry Matki Boskiej Kwietnej i wieżą Starego Pałacu

© MAGAZYN ALL INCLUSIVE/PAWEŁ PAKIEŁA

 

PH VOLTERRA VAL CECINA 136

Volterra – widok na Baptysterium św. Jana i katedralną dzwonnicę

© ARCHIVIO CONSORZIO TURISTICO VOLTERRA

 

W Toskanii warto odwiedzić jej klimatyczne, malownicze i zabytkowe miasta. Nad rzeką Serchio leży 90-tysięczna Lukka (Lucca). Główne atrakcje turystyczne znajdują się tutaj w obrębie renesansowych murów. Ośrodek założyli Etruskowie, a w 180 r. p.n.e. stał się on kolonią rzymską. Lukka przez ok. 200 lat (w IX i X w.) była głównym miastem Toskanii, aż w końcu utraciła swoje znaczenie, gdy toskańską stolicą została Florencja.

 

Wspomniane mury obronne, otaczające rejon historycznej zabudowy, zachowały się do dziś w bardzo dobrym stanie. Głównym placem jest Piazza dell’Anfiteatro, na którym wznosił się kiedyś rzymski amfiteatr. Symbol Lukki stanowi Katedra św. Marcina (Cattedrale di San Martino), wybudowana w tzw. stylu romańsko-pizańskim w drugiej połowie XI stulecia. Przylega do niej charakterystyczna 58-metrowa wieża kościelna z brązowego marmuru w części dolnej i białego w części górnej. Warto zobaczyć również Kościół św. Michała Archanioła (Chiesa di San Michele in Foro) z XI–XIV w. Uwagę zwraca przede wszystkim jego piękny fronton z kolumnadami. W mieście każdego lata odbywa się znany w Europie festiwal muzyczny Lucca Summer Festival, na który przyjeżdżają gwiazdy z całego świata (jego jubileuszową, 20. edycję zaplanowano na dni od 14 czerwca do 23 lipca 2017 r.).

 

Niedaleko Lukki leży Piza słynąca głównie z jednego z symboli Włoch, czyli niemal 56-metrowej Krzywej Wieży (Torre Pendente). Właściwie gdyby nie przypadek i błąd budowniczych, to miejsce nie cieszyłoby się tak dużą popularnością wśród turystów. Budowla została jednak wzniesiona częściowo na obszarach bagiennych, dlatego z czasem zaczęła się przechylać w jedną stronę. Od wielu lat wieża poddawana jest zabiegom mającym zabezpieczyć ją przed upadkiem i dzięki temu ciągle można wchodzić na jej szczyt i podziwiać panoramę miasta.

 

Pizę także założyli Etruskowie. Między XI i XIII w. była potężną republiką (istniejącą do 1406 r.), która wzbogacała się na wyprawach przeciw Saracenom na Sycylii i Sardynii. Od początku XVI stulecia miasto zaczęło podupadać. Nanoszone przez rzekę Arno muł i piasek utrudniały funkcjonowanie portu. 

 

Do najbardziej znanych pizańskich zabytków należy plac Katedralny (Piazza del Duomo), inaczej plac Cudów (Piazza dei Miracoli). Oprócz Krzywej Wieży (czyli dzwonnicy) znajduje się na nim Katedra (Duomo di Pisa), Baptysterium św. Jana Chrzciciela (Battistero di San Giovanni Battista) i historyczny cmentarz (Camposanto Monumentale). Poza tym warto obejrzeć też Bazylikę św. Piotra Apostoła (Basilica di San Pietro Apostolo, San Piero a Grado), Kościół Matki Boskiej od Ciernia (Chiesa di Santa Maria della Spina) czy plac Rycerzy (Piazza dei Cavalieri). 

 

Livorno to przede wszystkim ważny port morski. W pierwszej połowie XVII w. wielki książę Toskanii Ferdynand II Medycejski (1610–1670) postanowił powiększyć miasto – tak powstał poprzecinany kanałami handlowy dystrykt Nowa Wenecja (Venezia Nuova). W tej okolicy znajdują się dawne obiekty obronne: Stara i Nowa Forteca (Fortezza Vecchia i Fortezza Nuova). Przy placu Wielkim (Piazza Grande) stoi natomiast Katedra św. Franciszka (Cattedrale di San Francesco), którą rozpoczęto budować pod koniec XVI stulecia. Główną ulicę tego rejonu Livorno stanowi Via Grande z butikami znanych marek.

 

Podczas zwiedzania Toskanii nie wolno pominąć ponad 380-tysięcznej Florencji. Miasto swoją nazwę zawdzięcza Juliuszowi Cezarowi, który w 59 r. p.n.e. tutejszą kolonię dla żołnierzy ochrzcił mianem Florentii. Początki ośrodka związane są z Etruskami, a największy jego rozkwit nastąpił za czasów rządów słynnego włoskiego rodu – Medyceuszy.

 

Najważniejszym florenckim zabytkiem jest Katedra Matki Boskiej Kwietnej (Cattedrale di Santa Maria del Fiore lub po prostu Duomo). W tym miejscu znajdowała się pierwsza tutejsza chrześcijańska katedra. Świątynię pod wezwaniem św. Reparaty wzniesiono prawdopodobnie na przełomie IV i V w., a po zburzeniu przez Ostrogotów w VI stuleciu odbudowano. Obecna budowla powstawała w latach 1296–1436 i ma największą ceglaną kopułę na świecie projektu Filippa Brunelleschiego (1377–1446). Z tej kopuły lub sąsiedniej Dzwonnicy Giotta (Campanile di Giotto) można podziwiać przepiękną panoramę całej Florencji. Warto odwiedzić także Ogród Boboli (Giardino di Boboli) i plac Michała Anioła (Piazzale Michelangelo). Po drugiej stronie rzeki Arno wznosi się Bazylika Matki Boskiej (Basilica di Santa Maria Novella) z zegarem słonecznym i sferą armilarną (sferycznym astrolabium) – przyrządem do wyznaczania współrzędnych ciał niebieskich z 1572 r.

 

Poza tym do najciekawszych tutejszych zabytków należą jeszcze Baptysterium św. Jana (Battistero di San Giovanni), Stary Pałac (Palazzo Vecchio) z repliką rzeźby Dawid Michała Anioła (1475–1564), Bazylika św. Krzyża (Basilica di Santa Croce) i Galeria Uffizi (Galleria degli Uffizi). Ta ostatnia jest mekką miłośników malarstwa – znajdują się w niej największe arcydzieła takich artystów jak Sandro Botticelli, Leonardo da Vinci, Tycjan, Rafael Santi, Michał Anioł, Caravaggio, Albrecht Dürer, Peter Paul Rubens, Rembrandt czy Antoon van Dyck.

 

WIEŻE, KONIE I WINO

 

Jeśli chcemy poczuć atmosferę dawnych czasów, koniecznie musimy odwiedzić urokliwe miasto Volterra (zwane kiedyś Volaterrae). Zostało ono zbudowane na skale, na wysokości ponad 530 m n.p.m. W okolicy wydobywa się alabaster, co do dziś stanowi ważną dziedzinę tutejszej gospodarki. 

 

Ośrodek ten należał niegdyś do 12 głównych miast starożytnej Etrurii. Już w tamtych czasach Etruskowie wykorzystywali alabaster do produkcji urn i sarkofagów. Z tego okresu zachowały się mury miasta, w granicach których znajduje się większość atrakcji turystycznych Volterry. Pod koniec III w. p.n.e. ośrodek włączono do imperium rzymskiego. Obecnie przypominają o tym ruiny antycznego teatru.

 

Najbardziej znaną bramą miejską jest Porta all’Arco (wzniesiona od południa), na której wciąż widać starożytne rzeźby. Centrum miasta wyznacza plac Priori (Piazza dei Priori) z Pałacem Priori (Palazzo dei Priori, czyli ratuszem) zbudowanym w latach 1208–1257. Oprócz tego warto zobaczyć także Pałac Pretorianów (Palazzo Pretorio) oraz plac św. Jana (Piazza San Giovanni) z Baptysterium św. Jana (Battistero di San Giovanni) i Katedrą Wniebowzięcia NMP (Cattedrale di Santa Maria Assunta) z XII stulecia. Gdy zbliżamy się do Volterry, z daleka możemy już dostrzec potężną Fortecę Medyceuszy (Fortezza Medicea – obecnie mieści się tu więzienie). Cenne eksponaty z czasów Etrusków obejrzymy w Museo Etrusco Guarnacci.

 

Duch przeszłości unosi się również w położonym na wzgórzu, na wysokości 324 m n.p.m., San Gimignano zwanym średniowiecznym Manhattanem ze względu na widoczne już z oddali wysokie czworokątne wieże przypominające współczesne drapacze chmur. Nazwa miasta wywodzi się od imienia biskupa Modeny – św. Geminiana (312–397). Wspomniane wieże powstawały pomiędzy XIII i XV w. i do dziś zachowało się ich 14. Oprócz podnoszenia prestiżu swoich właścicieli pełniły też funkcje obronne. 

 

Centralny punkt miasta stanowi plac Katedralny (Piazza del Duomo) z Kolegiatą Wniebowzięcia NMP (Collegiata di Santa Maria Assunta). Wewnątrz świątyni znajdują się freski w stylu szkoły sieneńskiej. Obok wznosi się ratusz miejski (Palazzo Comunale) z muzeum, zwany także Palazzo del Popolo lub Palazzo Nuovo del Podestà. Stojąca tuż przy nim 54-metrowa wieża – Torre Grossa – jest najwyższa w San Gimignano. W pobliżu wzbija się w niebo z kolei najstarsza tutejsza tego typu budowla – Torre Rognosa (Torre dell’Orologio albo Torre del Podestà) z początku XIII stulecia (należąca do Palazzo Vecchio del Podestà).

 

Położona na południowy wschód stąd niemal 55-tysięczna Sienasłynie przede wszystkim z Il Palio – widowiskowego wyścigu konnego w centrum miasta, odbywającego się podczas festynu na cześć Matki Boskiej. Pierwotnie powstała tu etruska osada. W V w. ośrodek stał się siedzibą biskupów. Siena wzbogaciła się dzięki rozwojowi handlu i usytuowaniu na ważnych szlakach handlowych. Od dawna pozostawała jednak w konflikcie z Florencją i do dziś znajduje się w jej cieniu. 

 

Nad głównym sieneńskim placem – Piazza del Campo – góruje Torre del Mangia. Wieża ta ma 88 m wysokości, a z umieszczonego na niej punktu widokowego można podziwiać przepiękną panoramę. Tuż obok znajduje się też Palazzo Pubblico, w którym aktualnie funkcjonuje Muzeum Miejskie (Museo Civico). Ważnym zabytkiem jest katedra z XIII–XIV w. – Duomo di Siena.

 

Dwa razy w roku (2 lipca i 16 sierpnia) odbywa się tutaj wspomniany wyścig Palio di Siena na cześć Matki Boskiej. Poprzedzają go parady, pochody i zawody rozgrywane między 17 dzielnicami miasta (contradami). Oprócz gonitwy najbardziej widowiskowo prezentuje się żonglowanie wielkimi jedwabnymi chorągwiami.

 

Podczas wizyty w Toskanii nie wolno nie zajrzeć również do regionu cenionego przez koneserów i smakoszy wina. Obejmuje on tereny sześciu prowincji: Florencji, Sieny, Arezzo, Pizy, Prato i Pistoi. Znajdują się tu urocze wzgórza Chianti (Colline del Chianti). Winorośl uprawiali na tym obszarze już Etruskowie, a na szeroką skalę wino zaczęto wytwarzać w czasach średniowiecza. Sposób produkcji właściwego chianti opracowano w XVII lub XVIII w., kiedy rozpoczęto wykorzystywać szczep sangiovese wraz z innymi odmianami (w zdecydowanie mniejszych proporcjach). Słynne Chianti Classico powstaje od 1716 r. tylko na tym historycznym terenie (w prowincjach Florencja i Siena). Tutejsze winnice mają prawo do umieszczania symbolu regionu – Gallo Nero, czyli czarnego koguta, który kiedyś był znakiem utworzonej w 1384 r. Ligi Chianti (Lega del Chianti). Logo to obecnie gwarantuje, że wino zostało wyprodukowane zgodnie z wielowiekową recepturą. Do atrakcji krajobrazowych w tym rejonie należy droga o długości ok. 61,5 km, zwana Chiantigianą, która prowadzi z Florencji do Sieny przez jedne z najbardziej malowniczych obszarów Włoch, wykorzystywane często jako tło w produkcjach filmowych.

 

Jeśli o filmach już mowa, trzeba koniecznie wspomnieć o tych związanych z magiczną Toskanią. Sceny do pierwszej części wzruszającego obrazu Życie jest piękne (1997) Roberta Benigniego, kiedy to Guido zabiega o Dorę, kręcono w mieście Arezzo. Tłem dla Angielskiego pacjenta (1996) z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem było Montepulciano, Forte dei Marmi, Ripafratta (w gminie San Giuliano Terme) i okolice Pienzy. Ta francuska aktorka zagrała zresztą także w innym filmie, w którym wykorzystano urocze toskańskie krajobrazy, a mianowicie Zapiskach z Toskanii (2010). W Livorno rozgrywa się akcja niezmiernie klimatycznego włoskiego dramatu Coś pięknego z 2010 r. ze wspaniałą ścieżką dźwiękową. Jednym z najbardziej znanych obrazów kojarzonych z tym regionem Włoch jest Pod słońcem Toskanii (2003) – jego bohaterka, amerykańska pisarka (grana przez Diane Lane), zakochuje się w tym miejscu i jego mieszkańcach, gdy przenosi się do tutejszej starej Willi Bramasole w malowniczej Cortonie. Scenariusz do niego powstał na podstawie autobiograficznej książki Frances Mayes. Ta włoska kraina prezentuje się też wyjątkowo pięknie w kadrach dramatu Ukryte pragnienia (1996) Bernarda Bertolucciego.

 

POWIEW MORSKIEJ BRYZY

 

Na południu Toskanii warto wybrać się do kilku miejsc. W 30-tysięcznym Piombino funkcjonuje drugi co do wielkości port w regionie (po Livorno). Historyczna część miasta leży na wysuniętym cyplu otoczonym z trzech stron wodą. W tej okolicy Morze Liguryjskie łączy się z Tyrreńskim. Nadmorską aleją Ludu (Viale del Popolo) dotrzemy do kamiennych schodków prowadzących na kamieniste wybrzeże. W samym centrum Piombino znajduje się mała piaszczysta plaża. Z placu Bovia (Piazza Bovio) rozciąga się piękny widok na morze, a przy sprzyjających warunkach można stąd zobaczyć nawet odległą Korsykę.

 

Grosseto to z kolei typowe toskańskie miasto z historią etruską i rzymską. Najbardziej znanym reliktem z czasów panowania Rzymian w tej okolicy jest Via Aurelia (starożytna droga łącząca Rzym z Pizą, zbudowana w III w. p.n.e.). Na wygląd Grosseto znaczny wpływ miała potężna rodzina Medyceuszy. Symbol tego stanowi choćby plac Dantego (Piazza Dante), przy którym stoją najstarsze i najważniejsze budynki miasta. Ciekawym obiektem jest tutaj Palazzo Aldobrandeschi, neogotycki pałac z 1903 r. obłożony w dolnej części trawertynem, obecnie siedziba władz prowincji Grosseto.

 

Położony dalej na południe półwysep Monte Argentario (Promontorio dell’Argentario) był kiedyś wyspą, ale został połączony ze stałym lądem dwoma piaszczystymi pasami: Tombolo della Giannella i Tombolo della Feniglia. Pasmo wapiennych gór kontrastuje tu z błękitem Morza Tyrreńskiego. W tej okolicy znajdziemy przepiękne piaszczyste plaże i urocze zatoczki. Dwie tutejsze dawne osady rybackie – Porto Ercole i Porto Santo Stefano – zmieniły się dziś w modne kurorty turystyczne. W miejscu, w którym zaczyna się Tombolo della Feniglia, usytuowana jest malownicza Ansedonia (gmina Orbetello). Na górującym nad nią cyplu zachowały się ruiny starożytnej kolonii rzymskiej Cosa (założonej w 273 r. p.n.e.). W miejscowym muzeum archeologicznym (Museo Archeologico Nazionale e Antica Città di Cosa) można obejrzeć związane z nią eksponaty. 

 

Na półwysep ze stałego lądu prowadzą trzy drogi. Jedna z nich, wiodąca wzdłuż skierowanego w stronę Monte Argentario cyplu, przecina malowniczą miejscowość Orbetello. Obecnie to głównie elegancki kurort, w którym zachowało się wiele cennych zabytków etruskich, średniowiecznych i hiszpańskich. Na teren historycznej części miasteczka prowadzi Porta Medina Coeli (Porta Nuova) – brama wzniesiona w 1697 r. Poza tym na zainteresowanie zasługuje Konkatedra Wniebowzięcia NMP (Concattedrale di Santa Maria Assunta), Pałac Gubernatora (Palazzo del Governatore), Kościół Matki Boskiej Łaskawej (Chiesa della Madonna delle Grazie) z drugiej połowy XIII stulecia i pozostałości fortyfikacji zbudowanych przez Hiszpanów z dawną prochownią Polveriera Guzman z 1692 r., w której działa obecnie muzeum archeologiczne.  

 

U wybrzeży Toskanii leży również inny niezmiernie atrakcyjny turystycznie zakątek Włoch. Mowa o archipelagu rozciągniętym wzdłuż wschodnich brzegów francuskiej Korsyki. Tworzy go siedem głównych wysp: Elba, Giglio, Capraia, Montecristo, Pianosa, Giannutri i Gorgona oraz wiele mniejszych wysepek i skał (Palmaiola, Cerboli czy Formiche di Grosseto). Nie przypominają one zbyt mocno reszty kraju, dlatego można się na nich poczuć niemal jak na innym kontynencie.

 

Wyspy Toskańskie zostały ukształtowane w okresie triasu, czyli ok. 250–200 mln lat temu. Występuje tu wiele chronionych gatunków flory i fauny, w tym endemicznych, np. ślimaki Oxychilus pilula i Oxychilus gorgonianus, motyl Coenonympha elbana czypodgatunki żmii żebrowanej Vipera aspis francisciredi i Vipera aspis montecristi. Cały archipelag (zwłaszcza Gorgona, Palmaiola, Cerboli, Montecristo oraz w nieco mniejszym stopniu Capraia i Elba) jest miejscem odpoczynku i sezonowego pobytu licznych gatunków ptaków podczas migracji z północy na południe (i w drugą stronę). Zaskoczeniem dla europejskiego turysty może być także fakt, że w tej czarującej okolicy obserwuje się delfiny i migrujące płetwale zwyczajne czy kaszaloty. 

 

Region objęto ochroną utworzonego w 1996 r. dziewiczego Parku Narodowego Wysp Toskańskich (Parco Nazionale Arcipelago Toscano), który zajmuje obecnie powierzchnię aż ponad 790 km². Najwyższym punktem jest tutaj Monte Capanne (1019 m n.p.m.), góra znajdująca się na Elbie (w jej zachodniej części). 

 

DUCH NAPOLEONA

 

Pocztówkowa Elba, nazywana „Królową Archipelagu” (La Regina dell’Arcipelago), to trzecia co do wielkości włoska wyspa (po Sycylii i Sardynii). Ma powierzchnię 223,5 km2i wybrzeże o długości 147 km. Leży na Morzu Tyrreńskim w odległości 10 km od portu Piombino i 50 km od francuskiej Korsyki w granicach administracyjnych prowincji Livorno. 

 

Gdy wyspę zamieszkiwali Ligurowie, jej nazwa brzmiała Ilvates. Starożytni Grecy ląd ten zwali Aithàle, Aithàleia lub Aithalìa, co pochodzi od greckiego słowa określającego dym (aithàle). W tym czasie prowadzono tu wytop metali w paleniskach. Atrakcyjną Elbę najeżdżali Etruskowie, Kartagińczycy i Rzymianie, a później Ostrogoci, Longobardowie i Saraceni. Następnie wyspa stała się częścią Republiki Pizy, a później nabyta została przez władcę Piombino (Signoria di Piombino), gdy Piza w 1399 r. trafiła w ręce włoskiego rodu arystokratycznego Visconti. W 1534, 1544 oraz 1553 i 1555 r. w całym regionie dokonali zniszczeń tureccy korsarze – najpierw pod wodzą słynnego Barbarossy (ok. 1478–1546), a następnie admirała floty osmańskiej Turguta (1485–1565). W 1548 r. książę Toskanii Kosma I Medyceusz (1519–1574) rozkazał architektowi Giovanniemu Cameriniemu stworzyć projekt potężnie ufortyfikowanego miasta nazwanego wówczas Cosmopoli (dzisiejsze Portoferraio). Od 1557 r. strategicznie położona wyspa staje się zależna od Hiszpanii jako tzw. Stato dei Presidi („Państwo Garnizonów”, istniejące do 1801 r.). W XVIII stuleciu znajdowała się również we władaniu Austriaków i Królestwa Neapolu. W 1802 r. ten kuszący wiele mocarstw malowniczy skrawek lądu przeszedł na własność Francuzów i rozkwitł ekonomicznie.

 

Po zmuszeniu do abdykacji w 1814 r. 3 maja przybył do Portoferraio, największego miasta wyspy, Napoleon Bonaparte (1769–1821). Towarzyszyło mu 600 żołnierzy Gwardii Cesarskiej, a wśród nich także szwadron polskich szwoleżerów zwany Szwadronem Elby. Formację tę utworzył ówczesny major Paweł Jan Jerzmanowski herbu Dołęga (1779–1862). Miała ona być częścią nowej armii francuskiego wodza. Żołnierze polscy byli znani z doskonałego wyszkolenia i świetnego posługiwania się bronią. Napoleon zamieszkał w Portoferraio, najpierw na chwilę w ratuszu, później w Villi dei Mulini. Korzystał też z letniej rezydencji w San Martino (Villa di San Martino). Odwiedzali go głównie najbliżsi: matka Letycja, siostra Paulina i kochanka Maria Walewska. Wyspiarze do dziś wspominają 10-miesięczny pobyt w tych stronach cesarza Francuzów, ponieważ zainicjował on budowę dróg, szkół, teatru i wodociągów, stworzył obowiązującą obecnie flagę Elby i zreformował miejscowe podatki. 

 

Na kongresie wiedeńskim wyspę włączono do Wielkiego Księstwa Toskanii, a w 1860 r. stała się ona częścią jednoczącego się Królestwa Włoch. W dniach 17–20 czerwca 1944 r. wojska francusko-senegalskie wyzwoliły ją spod okupacji niemieckiej (tzw. Operacja „Brassard”).

 

Dziś Elba stanowi głównie prawdziwy raj dla turystów, wielbicieli wyśmienitej kuchni i znawców win. Dominuje tutaj klimat śródziemnomorski za wyjątkiem najwyższego punktu wyspy, czyli Monte Capanne, gdzie podczas zimy bywa dość chłodno i czasem nawet może padać śnieg. Średnie roczne temperatury powietrza wynoszą ok. 11,5–17°C, latem termometry wskazują nawet do 36°C. Elba jest bardzo dobrze połączona z kontynentalną częścią Toskanii i resztą Włoch. Kursuje na nią wiele promów z Piombino, w miejscowości Marina di Campo znajduje się także nieduże lotnisko.

 

Główne miasto wyspy stanowi ponad 10-tysięczne Portoferraio, które zbudowała rodzina Medyceuszy. Historia ośrodka i jego nazwa związana jest z okolicznymi kopalniami rudy żelaza (ferro znaczy po włosku właśnie „żelazo”). Po wyczerpaniu złóż w 1981 r. miasto zamieniło się w cel wyjazdów turystycznych z przepiękną mariną dla jachtów i malowniczymi plażami w okolicy.

 

Blisko centrum Portoferraio leży Villa dei Mulini (Palazzina dei Mulini), w której znajdowała się oficjalna rezydencja Napoleona. W rzeczywistości to dawne zabudowania przy starym młynie dostosowane do potrzeb francuskiego wodza. Można tu obejrzeć wnętrza, które urządzono specjalnie dla niego.

 

Na wyspie warto odwiedzić również Marinę di Campo w gminie Campo nell’Elba. Znajdziemy w niej wszystko, co potrzebne jest do udanego wypoczynku: piaszczyste plaże, urocze widoki oraz bary, kawiarnie i restauracje z pysznym jedzeniem.

 

R

Krystalicznie czyste wody wokół Elby

© ROBERTO RIDI

 

Elba i okoliczne wysepki są rajem dla miłośników eksploracji morskich głębin. To dobre miejsce zarówno do zrobienia kursu nurkowego i rozwijania swoich umiejętności, jak i do nurkowania rekreacyjnego. Wokół wyspy nurkowie znajdą naturalne atrakcje jak jaskinie, tunele, groty, ściany pełne barwnych koralowców, a także wraki statków i samolotów oraz wspaniałą dziewiczą przyrodę. Można tu zaobserwować m.in. gorgonie, korale szlachetne, gąbki, graniki wielkie, barakudy, prażmy, dorady, ośmiornice, strzępiele, kielczaki i mureny śródziemnomorskie, kraby, krewetki czy skorpeny. Urokliwe zatoczki są odpowiednie dla osób początkujących, jaskinie – dla bardziej zaawansowanych. 

 

Koło formacji o nazwie Formiche della Zanca (obok Capo Sant’Andrea) odkryjemy podwodne tunele i przejścia, pionową ścianę o wysokości od 20 do 40 m z mnóstwem czerwonych gorgonii oraz bogatą faunę, np. barakudy, tuńczyki i strzępiele. W pobliżu Mariny di Campo znajduje się Scoglio della Triglia, grupa skał, niedaleko której na dnie spoczywa posąg Matki Boskiej. Między Elbą a Giglio leżą trzy skalne wysepki zwane Formiche di Grosseto – zaawansowani nurkowie schodzą w tym miejscu na głębokość 200 m wzdłuż ściany obrośniętej czarnymi koralowcami i gąbkami, wśród graników wielkich, kongerów, muren, tuńczyków, barakud, homarów i langust. Sama Giglio, znana głównie z powodu wypadku włoskiego statku wycieczkowego Costa Concordia ze stycznia 2012 r., przyciąga wspaniałą przejrzystością wody i ciekawym podwodnym światem. 

 

Nurkom przypadną też do gustu z pewnością dziewicze rejony Scoglietto di Portoferraio (zejście na głębokość ok. 20–35 m), Capo Sant’Andrea i zatoka Nisporto z uroczą plażą (koło Rio nell’Elba). U północnych wybrzeży Elby dostępne są zarówno naturalne atrakcje, np. groty, jak i interesujące wraki. Do najsłynniejszych należą frachtowiec Elviscot koło miejscowości Pomonte w gminie Marciana (tzw. Relitto di Pomonte), zbudowany w 1960 r. dla armatora z Neapolu (zatonął 10 stycznia 1972 r.), i niemiecki samolot Junkers Ju 52 (zestrzelony 9 września 1944 r.) w pobliżu Portoferraio.

 

Niezmiernie dużą popularnością na wyspie cieszy się również turystyka rowerowa. Na Elbie jest wiele tras dla cyklistów, o różnym poziomie trudności. Najbardziej polecane są te wiodące po rozległym Capoliveri Bike Park, droga prowadząca z Porto Azzurro do Rio nell’Elba z tzw. La Fonte di Coppi (źródłem nazwanym tak na cześć słynnego włoskiego kolarza torowego i szosowego Fausta Coppiego (1919–1960), a także malownicze tereny wokół Monte Calamita (413 m n.p.m.) na południowym wschodzie, szczytu Cima del Monte (516 m n.p.m.) na wschodzie, miejscowości San Martino w centrum lądu (w gminie Portoferraio) i Monte Capanne na zachodzie. Poza tym panują tu znakomite warunki do uprawiania żeglarstwa, wind- czy kitesurfingu.

 

Warto poznać tutejsze tradycje kulinarne mające wiele wieków. Prosta i zdrowa kuchnia łączy smaki owoców morza, ryb i świeżych produktów pochodzących z wyspy. Do każdego dania można dobrać lokalne wino doskonałej jakości, np. białe Elba Ansonica DOC czy Elba Moscato DOC, różowe Elba Rosato DOC, musujące Elba Bianco Spumante DOC oraz wyśmienite słodkie czerwone Elba Aleatico Passito DOCG. Na niewielkich miejscowych targach kupimy też wyroby z małych gospodarstw takie jak oliwy, sery, wędliny, pieczywa, makarony, miody, marmolady, słodkości czy likiery. Na wyspie powstaje niezmiernie ceniony miód z rozmarynu (miele di rosmarino), który uznano w 2002 r. na popularnym konkursie w toskańskim Montalcino za najlepszy w całych Włoszech. Na tym czarującym lądzie należy również spróbować dwóch tutejszych pysznych likierów. Pierwszy z nich to karmazynowy alkermes, dzięki przyprawom korzennym (cynamonowi, goździkom, kardamonowi, wanilii czy kolendrze) bardzo aromatyczny. Był to napój alkoholowy niezmiernie lubiany przez członków rodziny Medyceuszy, dlatego nazywano go „likierem Medyceuszy” (liquore dei Medici). Doskonała mortella zawdzięcza z kolei swój intensywny zapach mirtowi.   

 

Najbardziej docenianymi i znanymi produktami z Elby są obecnie wyśmienite kosmetyki marki Acqua dell’Elba (wody toaletowe i perfumowane, żele pod prysznic, kremy do ciała). Na wyspie znajduje się też siedziba firmy Locman (założonej w 1986 r.) wytwarzającej ekskluzywne zegarki, charakteryzujące się oryginalnym stylem, perfekcją wykonania i zaawansowaną technologią. Tę markę doceniają gwiazdy filmu, mediów, muzyki i sportu.

 

WŚRÓD WYSP ARCHIPELAGU

 

Villa Romana Giannutri Roberto Ridi

Ruiny rzymskiej Villi Domizia (Villi Domitia) z I–II w. n.e. na Giannutri

© ROBERTO RIDI

 

Przy okazji wizyty na magicznej Elbie warto zainteresować się pozostałymi wyspami archipelagu. Giglio (24 km2) przyciąga turystów piaszczystymi brzegami, malowniczymi klifami i urokliwymi zatoczkami, a także spokojnymi szlakami pieszymi prowadzącymi przez dziewicze tereny oraz wymarzonymi wręcz warunkami dla miłośników nurkowania i wspinaczki. Na uwagę zasługują tutejsze czarujące plaże Campese, Cannelle, Caldane i Aranella z krystalicznie czystą wodą. 

 

Capraia ma 19,3 km2 powierzchni i leży pomiędzy Gorgoną a Elbą. Jest trzecia co do wielkości w archipelagu. Turyści przypływają na tę wyspę cieszyć się przepięknymi krajobrazami i wspaniałą naturą. Znajduje się tu m.in. Forte di San Giorgio z XVI w.

 

Natomiast Montecristo (10,4 km²) została objęta ochroną ścisłego rezerwatu przyrody i dostęp do niej mają jedynie naukowcy, studenci czy dziennikarze (maksymalnie 1000 osób rocznie po otrzymaniu specjalnego pozwolenia, na które czeka się średnio ok. 3 lat). W swojej powieści Hrabia Monte Christo uwiecznił ją francuski pisarz Aleksander Dumas (1802–1870). Autor odwiedził ponoć tę wyspę w 1842 r. i dlatego uznał ją za znakomite miejsce do rozgrywania się części akcji swojej książki.

 

Pianosa (10,3 km² powierzchni) w najwyższym punkcie osiąga zaledwie 29 m n.p.m. Przez wiele lat funkcjonowała na niej kolonia karna, a od 1968 r. więzienie dla groźnych przestępców należących głównie do włoskiej mafii. Dziś dawne więzienne zabudowania są główną atrakcją historyczną wysepki, a liczba odwiedzających turystów jest ściśle limitowana (może tu przybyć tylko do 250 osób dziennie) ze względu na ochronę bioróżnorodności.

 

Niewielka Giannutri (2,6 km²) w kształcie półksiężyca to najbardziej wysunięta na południe wysepka archipelagu. Znajdują się na niej m.in. ruiny rezydencji z I–II w. n.e. należącej do rodziny cesarza Nerona (Villa Domizia, Villa Domitia), pozostałości rzymskiej świątyni (Conventaccio) i portu (Porto Romano).

 

Dla odmiany Gorgona leży najdalej na północ. Ma powierzchnię 2,25 km2, a jej najwyższy punkt mierzy 255 m n.p.m. Obecnie działa tu od 1869 r. kolonia karna. Turyści mogą odwiedzać tę urokliwą wyspę po uzyskaniu zgody włoskiego Ministerstwa Sprawiedliwości i władz więziennych. 

 

Podróż po kontynentalnej Toskanii i jej dziewiczym archipelagu ze zniewalającą Elbą na czele dostarcza rozmaitego rodzaju emocji i wrażeń: od zachwytu nad pięknem przyrody i różnorodnością krajobrazów przez zdumienie rodzące się, gdy zaczynamy dostrzegać niezmiernie bogatą historię zaklętą w architekturze, aż po błogość, jaką przynosi delektowanie się wyśmienitymi specjałami lokalnej kuchni, których nie spróbujemy nigdzie indziej na świecie. Dlatego każdy powinien dobrze się zastanowić, zanim wybierze się do tego cudownego, pełnego magii regionu Włoch. Kto raz tutaj przyjedzie, zakocha się w tym czarującym miejscu na zawsze, a od tej miłości nie ma ucieczki.

Artykuły wybrane losowo

Filipiny – kawałek nieba dla każdego

 

MAGDALENA BURDAK

www.1000krokow.pl

 

Filipiny są jak skrawek Ameryki Łacińskiej pośrodku Oceanu Spokojnego. To raj dla każdego, kto lubi beztroski wyspiarski luz, różnorodną przyrodę, przepiękny świat podwodny i ciekawą kulturę. Filipińczycy słyną ze swojej religijności i… niepunktualności. Na Filipinach czasu się nie mierzy. Zegarek warto zostawić w domu i dać się całkowicie pochłonąć niepowtarzalnej atmosferze tego niesamowitego kraju.

 

Na Archipelag Filipiński składa się 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, położonych w Azji Południowo-Wschodniej i otoczonych wodami Oceanu Spokojnego. Najczęściej dzieli się je na trzy regiony: Luzon – leżący na północy, z główną wyspą o tej samej nazwie i znajdującą się na niej stołeczną Manilą, Mindanao – usytuowany na południu, i Visayas – obejmujący centralne wyspy takie jak Cebu, Bohol czy Siquijor. Fascynującą tutejszą kulturę wzbogaciły wpływy zarówno hiszpańskie i malajskie, jak i chińskie i amerykańskie. Można je dostrzec m.in. w religii, zwyczajach, języku lub kuchni.

 

Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego z wyraźnymi cechami monsunowego, co sprawia, że jest tu gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi 27–28°C. Na archipelagu występuje ok. 13,5 tys. gatunków roślin, w tym 3,2 tys. rosnących jedynie na tutejszych wyspach, i wiele endemicznych gatunków zwierząt takich jak wyrak filipiński, wół mindorski, małpożer, kanczyl ciemny (filipiński), świnia wisajska, lotokot filipiński (kaguan), sambar kropkowany (jeleń Alfreda) czy krokodyl filipiński. Prawdziwe skarby Filipin czekają jednak pod wodą. W niewielu częściach świata można znaleźć tak ogromną różnorodność życia morskiego: przepiękne kolorowe rafy i 2,4 tys. gatunków ryb, a to wszystko ukryte w ciepłym i krystalicznie czystym oceanie. Do tego na dnie leżą również zatopione statki, które stanowią dodatkową atrakcję dla nurków. Z takich właśnie powodów ten kraj cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród osób nurkujących z butlą, jak i uprawiających jedynie snorkeling.

 

POGODNI WYSPIARZE

 

Filipińczycy są gościnni, uśmiechnięci i bardzo uczynni. Mówi się, że to jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo burzliwej historii i często powtarzających się katastrof naturalnych zachowali oni niezachwiany optymizm. W 1521 r. dotarł tu portugalski żeglarz Ferdynand Magellan i włączył archipelag do ziem podległych Hiszpanii. Kolonię założył w lutym 1565 r. hiszpański konkwistador Miguel López de Legazpi. Po 333 latach panowania Europejczyków na wyspach wybuchł bunt przeciwko kolonizatorom. W 1898 r. Filipiny zostały wciągnięte w konflikt pomiędzy USA a Hiszpanią, który dotyczył wpływów na Kubie. W jego efekcie i zgodnie z podpisanym pod koniec XIX w. traktatem paryskim zwierzchność nad archipelagiem przejęły Stany Zjednoczone. Te – niestety – nie zgodziły się na przekształcenie kolonii w niezależne państwo, co zmusiło Filipińczyków do kontynuowania walki o niepodległość, którą uzyskali dopiero w lipcu 1946 r. Po II wojnie światowej w kraju wybuchły protesty chłopów, ale zostały stłumione. Wybrany w 1965 r. prezydent Ferdinand Marcos wprowadził rządy dyktatorskie. Stały się one przyczyną strajków i licznych wystąpień niezadowolonych obywateli. Sytuacja w państwie ustabilizowała się w 1986 r., kiedy doszło do pokojowego przewrotu i zakończenia dyktatury. Obecnie Filipiny są jednym z szybciej rozwijających się krajów Azji, a rząd skupia się na tym, aby zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom.

 

bohol 04 highres

Wzgórza Czekoladowe na wyspie Bohol

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

NA TALERZU

 

Kadayawan Festival 2 

Filipińskie dzieci na Festiwalu Kadayawan w mieście Davao na Mindanao

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

Unikający konfliktów Filipińczycy uwielbiają karaoke, koszykówkę, festyny, walki kogutów i dobre jedzenie. Ich kuchnia czasami zaskakuje Europejczyków. Łatwo można w niej dostrzec wpływy zarówno hiszpańskie, jak i chińskie, a także malajskie, indonezyjskie, hinduskie i amerykańskie. Na stołach królują proste i niedrogie potrawy, na co duży wpływ ma panująca na Filipinach bieda. Nauczyła ona mieszkańców gotowania z dostępnych i tanich produktów.

 

Podczas podróży po wyspach najczęściej trafia się na dania określane mianem adobo, które można uznać za filipiński specjał narodowy. Nazwę tę stosuje się zarówno w przypadku potrawy, jak i sposobu jej przyrządzania. Adobo to kawałki mięsa kurczaka bądź wieprzowiny, owoce morza lub warzywa gotowane w marynacie z octu, sosu sojowego, czosnku i czarnego pieprzu. Najpopularniejszą i dość kontrowersyjną przekąską uwielbianą przez Filipińczyków jest balut – ugotowany w jajku w skorupce kaczy embrion, często z zalążkiem dzioba, piór czy kości. Kilkunastodniowe zarodki kaczki uchodzą za przysmak i afrodyzjak. Niestety, obcokrajowcy raczej nie decydują się na ich degustację z uwagi na wygląd, konsystencję i zapach. Baluty najłatwiej kupić w nocy, gdyż sprzedawane są na ulicach i podawane z koszy, w których cały czas utrzymuje się wysoką temperaturę. Bardziej wybredni smakosze mogą spróbować popularnego na Filipinach deseru halo-halo. Stanowi on mieszankę lodów, mleka, słodkiej fasoli i owoców. Warto też napić się buko – soku ze świeżego kokosa.

 

 Makati by Night

Nowoczesne centrum biznesowe Manili po zmroku rozbłyska światłami

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

MIASTO KONTRASTÓW

 

Większość odwiedzających Archipelag Filipiński zaczyna swoją podróż od stolicy kraju – Manili, która znajduje się w południowej części wyspy Luzon. Gdyby chcieć opisać to miasto trzema słowami, byłyby to kontrast, hałas i chaos. Takie właśnie wywołuje pierwsze wrażenie. Duży wpływ ma na to fakt, że jest ono najgęściej zaludnioną metropolią świata (na 1 km² przypada tu aż ponad 71,2 tys. osób!). Tłumy ludzi, ogromny ruch samochodowy, hałas, feeria barw i zapachów sprawiają, że Manila bywa miejscem bardzo męczącym. Jeżeli jednak da się jej szansę, można odkryć prawdziwą perłę Orientu – przepiękne miasto, które zyskuje na uroku dzięki swoim licznym kontrastom.

 

Administracyjna stolica Filipin jest także najszybciej rozwijającym się ośrodkiem Azji Południowo-Wschodniej. Najlepiej oddają to nowoczesne obszary pełne biurowców, drapaczy chmur, ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów. Jeśli jednak chce się poczuć kolonialny klimat, trzeba odwiedzić najstarszą część metropolii – Intramuros. Założyli ją Hiszpanie, którzy w czerwcu 1571 r. podbili Manilę. Można tutaj znaleźć piękne kamienice, zabytkowe kościoły czy historyczne pałace. W tym rejonie warto zajrzeć do muzeum Casa Manila, które stanowi kopię tradycyjnego kolonialnego domu.

 

TRUMNY I POLA RYŻOWE

 

W głębi wyspy Luzon, na północ od stolicy odkryjemy inny świat. W wysokich górach leżą małe miejscowości. Jedną z nich jest Sagada, gdzie czekają na nas przepiękne piesze trasy, małe pola ryżowe, ukryte w tropikalnym lesie wodospady i nieprzeniknione jaskinie. Ta nieznana kiedyś osada słynie z oryginalnego sposobu grzebania zmarłych, który polega na zawieszeniu trumny ze zwłokami na skale. Jak brzmi uzasadnienie tej tradycji? Otóż dusza ludzka musi być bliżej nieba, czuć powiew świeżego powietrza i ciepło promieni słońca. Tylko wtedy szczęśliwa odejdzie do raju. Do niektórych trumien przytwierdzone są krzesła. Oznaczają one, że zmarły odszedł w zaświaty w pozycji siedzącej. Na taki rodzaj pochówku pozwolić sobie mogą tylko rodowici i majętni mieszkańcy Sagady.

 

Miejscowość kryje jeszcze jeden skarb – przepiękne jaskinie Sumaguing i Lumiang. Wyprawa przez ich korytarze, wąskie szczeliny, podziemne jeziora, rzeki i ogromne komory jest jedną z niezapomnianych atrakcji całych Filipin. Pod Sagadą można oglądać przepiękny podziemny świat, który tworzą labirynty przejść oraz stalagmity i stalaktyty przypominające niebywałe, misternie rzeźbione figury. Dodatkowo uwagę turystów zwracają stosy drewnianych trumien ułożone u wejścia do Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave).

 

Na południowy wschód stąd znajdują się miejscowości Banaue i Batad z tarasami ryżowymi, które są dumą grupy etnicznej Ifugao. Filipińczycy uważają je za ósmy cud świata. Tarasowe pola liczą sobie przeszło 2 tys. lat. Zostały zbudowane tylko pracą rąk ludzkich, bez użycia maszyn. Do dziś ryż uprawia się tu w tradycyjny sposób.

 

PODZIEMNA RZEKA

 

Większości osób Filipiny kojarzą się z przepięknymi plażami, białym piaskiem i kolorowymi rafami. Wszystko to znajdziemy właśnie na Palawanie. Wyspa ta leży w południowo-zachodniej części archipelagu. Niedaleko miejscowości Sabang usytuowany jest jeden z 7 Nowych Cudów Natury – Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa. Tutejsza podziemna rzeka (Cabayugan) uchodzi za jedną z najdłuższych na świecie. Ciągnie się przez 8,2 km, z czego turyści zobaczyć mogą tylko pierwsze 1,5 km. Jaskinie krasowe zwiedza się małą łódką, sterowaną przez przewodnika. Pod ziemią panuje absolutna cisza i aby jej nie zakłócać, każdy z odwiedzających otrzymuje słuchawki z nagranym wcześniej opisem. Wszystko wokół spowija całkowity mrok, jedynej latarki używa przewodnik i to on oświetla najważniejsze do obejrzenia miejsca. Niezmącony spokój rzeki i jej ogrom robią niesamowite wrażenie. Z łatwością można się tutaj przekonać, jak wielka jest siła natury.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Każdy, kto kiedykolwiek zawita na Filipiny, spotka się z określeniem island hopping. Zwrot ten oznacza zwiedzanie pobliskich małych, nierzadko niezamieszkanych, wysepek, plaż i raf połączone z pływaniem i snorkelingiem. Najpopularniejszy na Palawanie rejon na taką wycieczkę znajduje się w północnej jego części, w okolicy miasta El Nido, zwanego Niebem na Ziemi. Leży tu archipelag Bacuit składający się z 45 niewielkich wysp, które skrywają niesamowite i przepiękne plaże, zatoczki, laguny i jaskinie. W trakcie całodniowej wyprawy tradycyjną filipińską łodzią banca mamy okazję zobaczyć niedostępne brzegi pokryte śnieżnobiałym piaskiem, ponurkować w poszukiwaniu żółwi, obejrzeć niezmiernie kolorową rafę czy popływać kajakiem pomiędzy dzikimi i bezludnymi skrawkami lądu. W El Nido oferuje się cztery wycieczki (oznaczone kolejno literami A, B, C i D), różniące się umieszczonymi w programie miejscami.

 

Do najczęściej odwiedzanych wysepek należy Miniloc, otoczona przepięknymi lagunami – Big Lagoon, Small Lagoon i Secret Lagoon. Aby zobaczyć tę ostatnią, trzeba przecisnąć się przez wąskie przejście ukryte pod olbrzymim wapiennym klifem zanurzonym w wodzie. Helicopter Island swoim kształtem przypomina z kolei mały śmigłowiec. Na Sekretną Plażę (Secret Beach) na Matinloc trafia się przez skalny otwór. Większość z wysp archipelagu Bacuit to ogromne wapienne skały wyrastające pionowo z wody, pokryte bujną zielenią i niewielkimi plażami. Jeżeli jednak ktoś chciałby znaleźć rajski zakątek, ale woli pozostać na Palawanie, powinien w El Nido wypożyczyć skuter i udać się w stronę północnego krańca lądu. Leżą tutaj dzikie plaże, do których trudno dojechać samochodem, takie jak Nacpan Beach. Ma ona 4 km długości i przy odrobinie szczęścia będziemy na niej jedynymi turystami. Usypany ze śnieżnobiałego piasku brzeg oblewa krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy uginają się od kokosów, a nieliczne skromne bary zapraszają do odpoczynku w wygodnym hamaku.

 El Nido Resorts Apulit

El Nido Resorts Apulit Island

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

W SERCU ARCHIPELAGU

 

Centralną częścią Filipin jest region Visayas. To właśnie na jedną z jego wysp (Limasawę) w marcu 1521 r. przypłynęła ekspedycja Ferdynanda Magellana. Hiszpanie przywieźli ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus (Santo Niño) i chrześcijaństwo. Na Cebu, w mieście o tej samej nazwie wbito krzyż (Cruz de Magallanes) i ochrzczono pierwszych mieszkańców archipelagu. Ferdynand Magellan zginął jednak 27 kwietnia 1521 r. na sąsiedniej Mactan w walce z wojownikami miejscowego wodza Lapu-Lapu. Kilkadziesiąt lat później do wysp Visayas przybiła kolejna wyprawa z Hiszpanii. Na jej czele stał Miguel López de Legazpi, któremu udało się wprowadzić chrześcijaństwo i ustanowić pierwszą stolicę kolonii hiszpańskich w Azji. Tak właśnie w Cebu, dziś najstarszym założonym przez Hiszpanów mieście na archipelagu (jako Villa de San Miguel w dniu 27 kwietnia 1565 r.), narodził się kraj znany dzisiaj jako Filipiny.

 

W tym największym, ponad 920-tysięcznym ośrodku miejskim regionu Visayas warto poszukać pozostałości po kolonizatorach. W Bazylice Dzieciątka Jezus (Basílica del Santo Niño, najstarszym kościele katolickim na Filipinach, wzniesionym w 1565 r.) można zobaczyć cudowną figurkę Santo Niño. To właśnie w miejscu, w którym stoi świątynia, Ferdynand Magellan ochrzcił pierwszych wyspiarzy. W małym i niepozornym budynku kaplicy nieopodal bazyliki znajduje się krzyż postawiony przez portugalskiego żeglarza, a właściwie jego zachowane fragmenty umieszczone w drewnianej konstrukcji nowego krzyża.

 

Na Cebu ciekawie spędzimy czas również poza stolicą prowincji. W okolicy miasta Moalboal i pobliskiej wysepki Pescador (po hiszpańsku Rybak) można obserwować ogromne ławice sardynek. Niedaleko pod wodą kryją się jedne z piękniejszych filipińskich raf. Znakomitym miejscem na wypoczynek są dwie plaże – Panagsama i Biała (White Beach). Osoby lubiące aktywne wyprawy powinny wybrać się na wycieczkę pod któryś z licznych wodospadów, np. Kawasan Falls. 

 

Cebu słynie też z innej, dość kontrowersyjnej atrakcji. W pobliżu miasta Oslob można spotkać rekiny wielorybie, które przyciągają codziennie rzesze turystów. Ekolodzy jednak regularnie zwracają uwagę, że zbyt duża ingerencja w naturalne środowisko tych największych na świecie ryb wpływa negatywnie na ich populację.

 

SPOTKANIE Z REKINAMI

 

Na Filipinach mamy niesamowitą okazję zobaczyć na własne oczy rekiny wielorybie. Te całkowicie niegroźne dla ludzi ryby żywią się planktonem i prowadzą migracyjny tryb życia. Przebywają codziennie wiele kilometrów. W poszukiwaniu pożywienia pojawiają się w okolicy wspomnianego Oslob. Lokalni rybacy, którzy czyszczą w morzu swoje sieci, zauważyli, że rekiny przypływają, aby najeść się resztkami z połowów. Sytuację postanowiono więc wykorzystać i ze spotkań z tymi fascynującymi stworzeniami zrobić atrakcję turystyczną. Niestety, karmione codziennie ogromne ryby nauczyły się łatwego zdobywania pokarmu i porzuciły swój migracyjny tryb życia, zaburzając tym samym ekosystem. Popularność tego miejsca sprawia, że turystów i łodzi jest coraz więcej, a rekiny narażone są na zranienie i negatywne skutki zbyt bliskiego kontaktu z człowiekiem.

 

Na Filipinach te niesamowite zwierzęta można spotkać także w rejonach, gdzie ludzie nie ingerują tak mocno w środowisko naturalne, m.in. w okolicy wyspy Pamilacan na morzu Bohol (Mindanao). Tutejsi rybacy, kiedyś polujący na rekiny, dziś oferują wyprawy, na których wypatruje się tych olbrzymów i delfinów. Największe na świecie ryby spotyka się również koło rybackiej miejscowości Donsol, znajdującej się w południowej części Luzonu.

 

KRAINA UŚMIECHU

 

Podczas pobytu na Filipinach nie wolno ominąć wyspy Bohol. To niewątpliwie wizytówka kraju – reprezentuje wszystkie jego wspaniałości, przyciąga niepowtarzalnymi atrakcjami i pięknymi plażami. Te ostatnie najłatwiej znaleźć na czarującej wysepce Panglao, połączonej z Bohol dwoma mostami. Turyści lubiący malownicze kurorty i restauracje z lokalnym jedzeniem powinni odwiedzić słynną plażę Alona. Osobom ceniącym sobie spokój spodoba się raczej popularna wśród miejscowych Dumaluan. W tej części Bohol warto zdecydować się na rejs na małe, urokliwe wysepki, np. Pamilacan z lasami koralowców i podwodnym sanktuarium żółwi morskich czy Balicasag, w okolicy której można spotkać delfiny i rekiny wielorybie.

 

Ciekawym sposobem na spędzenie czasu jest też wycieczka rzeką Loboc (Loay). W jej rejonie kręcono sceny do filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Podczas rejsu podziwia się cudowne widoki i delektuje lokalnymi daniami, a to wszystko przy filipińskiej muzyce na żywo. Amatorów mocnych wrażeń Bohol przyciąga wspaniałymi parkami przygód, w których można zjechać na linie zawieszonej nad tropikalnym lasem, wspinać się po skałach, eksplorować jaskinie lub spłynąć rwącą rzeką.

 

NIETYPOWE WZGÓRZA

 

Większość osób przybywa jednak na Bohol, aby zobaczyć wyjątkowy cud natury, jakim są Wzgórza Czekoladowe. Składa się na nie ok. 1270 wapiennych pagórków o wysokości od 30 do 120 m. Wzniesienia zaskakują prawie idealnie stożkowatym kształtem i do dzisiaj naukowcy nie ustalili ich pochodzenia. Filipińczycy wierzą, że powstały za sprawą olbrzymów. Jedna z legend mówi o tym, że pagórki utworzyły ogromne łzy wylane przez giganta Arogo płaczącego nad utraconą miłością. Według innej opowieści to głazy, którymi rzucali w siebie olbrzymi. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od koloru traw porastających wzniesienia – w porze suchej stają się one ciemnobrązowe. Jednak Wzgórza Czekoladowe równie pięknie prezentują się w kolorze zielonym.

 

POD OSŁONĄ NOCY

 

Innym symbolem wyspy Bohol jest maleńkie stworzenie, które większość ludzi myli z małpką. Mowa tu o wyraku filipińskim. Wyrakowate są ssakami naczelnymi i prowadzą nocny tryb życia. Wyróżniają je ogromne oczy i kończyny zakończone cieniutkimi palcami. Większość dnia przesypiają z jednym zamkniętym okiem, przytulone do gałęzi drzew. Mimo iż wyraki filipińskie uznano za gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia, ich populacja nadal drastycznie maleje. Sprawy nie ułatwia fakt, że samica rodzi tylko dwa młode w ciągu całego roku. Na Bohol można zobaczyć te niezwykłe stworzenia z bliska. Odpowiednim do tego miejscem jest ośrodek w miasteczku Corella należący do Philippine Tarsier Foundation, w którym zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku i pod opieką wolontariuszy.

 

ZACZAROWANY LĄD

 

Na Filipinach leży jeszcze jedna wyjątkowa wyspa, słynąca z magicznej mocy. Filipińczycy starają się ją omijać, gdyż boją się duchów i mieszkających tu szamanów. Siquijor, bo tak się nazywa, można objechać na skuterze w jeden dzień. W tutejszych lasach i górach znajdują się prawdziwe skarby: jeziora z wodospadami, tajemnicze jaskinie, malowniczo położone punkty widokowe i… szamani. Tych ostatnich wcale nie tak łatwo spotkać. Choć przestali trudnić się czarną magią i zajmują się dziś raczej uzdrawianiem, to w miejscowych budzą ogromny respekt.

 

Siquijor z pewnością spodoba się wielbicielom przepięknych widoków. Mówi się, że to właśnie tutaj można oglądać najpiękniejsze zachody słońca na Filipinach. W trakcie zwiedzania trzeba koniecznie wybrać się pod Balete Tree w Campalanas, uważane za najstarsze drzewo na wyspie (ponoć ponad 400-letnie), spod którego korzeni wytryska źródło. Według miejscowych w jego wnętrzu mieszkają duchy. Szamani wykonują w pobliżu drzewa swoje obrzędy. W tej okolicy można skorzystać z naturalnego peelingu stóp w basenie z małymi rybkami.

 

Podczas wizyty na Siquijor warto też zjechać z głównej drogi i poszukać ukrytych plaż i wodospadów. Przy odrobinie szczęścia trafi się na Kagusuan. Tę przepiękną i niedostępną plażę urozmaicają olbrzymie głazy wyrzucone przez morze. Najprawdopodobniej nie spotkamy tu żywej duszy.

 

Sardynia – miłość od pierwszego wejrzenia

 

ALEKSANDRA GĄSOWSKA

 

 Prawdopodobnie nie da się pojechać na Sardynię i nie wrócić zakochanym w jej klimacie, różnorodności, krajobrazach, atmosferze, kulturze, tradycjach, winie, jedzeniu i ludziach. Są tacy, którzy tu przybyli i już zostali. Aż trudno uwierzyć, że ten raj znajduje się tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, bo już niespełna trzy godziny lotu od Polski.

 

Obecnie Polacy plasują się na dziewiątym miejscu na liście turystów ze świata najliczniej odwiedzających tę piękną wyspę. Ze względu zarówno na coraz bardziej efektywną promocję regionu, jak i uruchomione nowe połączenia lotnicze do Alghero (Wizz Air z Warszawy i Katowic) i Cagliari (Ryanair z Krakowa i Modlina), liczba naszych rodaków wybierających ten kierunek na spędzenie urlopu ciągle rośnie.

 

Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ Sardynii nie da się opisać, trzeba jej doświadczyć każdym zmysłem. Ta wyspa, która była wielokrotnie podbijana, dziś sama podbija serca turystów. Można poczuć się na niej jak dziecko w fabryce czekolady Willy’ego Wonki. Sardynia spełnia marzenia plażowiczów, miłośników sportów ekstremalnych, ludzi lubiących aktywnie spędzać czas w górach i na wodzie, rodzin z dziećmi i seniorów, poszukiwaczy zaginionych cywilizacji, kolekcjonerów wyjątkowego rękodzieła, osób uwielbiających uczestniczyć w barwnych lokalnych świętach i zabawach oraz prawdziwych smakoszy.

 

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

 

Sardyńska kuchnia wiele mówi o mieszkańcach wyspy, jej historii i miejscowych tradycjach i jest tak różnorodna jak sami Sardyńczycy. Królują w niej proste, lecz oryginalne i wyraziste smaki, lokalne zwyczaje kulinarne mieszają się z wpływami katalońskimi, arabskimi, liguryjskimi, rzymskimi, genueńskimi, pizańskimi i sabaudzkimi. Z powodu licznych najazdów wyspiarze często chronili się w głębi lądu i osiedlali w centralnej, górzystej jego części. Dlatego też Sardyńczycy zajmują się pasterstwem i rolnictwem, a bardziej niż dania ze stworzeń morskich cenią sobie potrawy z warzyw, baraniny czy koźliny. Ziemię darzą zresztą niebywałym szacunkiem. Być może z tego względu Sardynia wiedzie prym wśród włoskich regionów specjalizujących się w uprawach biologicznych.

 

Bez wątpienia warto tu spróbować przepysznych kiełbas i salami, a w szczególności porceddu – młodego prosięcia (8–10 kg) pieczonego przez wiele godzin na ruszcie, przyprawionego jedynie solą morską i przygotowywanego tradycyjnie przez pasterzy ze wzgórz Barbagii. W tym rejonie hoduje się sardyńską rasę owiec (sarda), których mleko służy do produkcji znakomitych serów. Króluje wśród nich pecorino, w tym pecorino sardo. Co ciekawe, Sardynia jest największym wytwórcą pecorino romano i największym w Europie producentem serów owczych. Powstają tutaj również sery z koziego i krowiego mleka, np. pachnąca świeżością ricotta, która wyśmienicie smakuje z lokalnym miodem i cienkim, chrupiącym sardyńskim chlebem carasau (pane carasau). Ten ostatni przyrządza się według starej receptury. Piecze się go dwukrotnie – przed drugim razem płaski pszeniczny placek rozdziela się jeszcze na pół. Przepis na ten chleb został stworzony z myślą o pasterzach, którzy przebywali z dala od domu przez długie miesiące i potrzebowali zapasów jedzenia. Carasau sprawdzał się znakomicie jako prowiant, ponieważ nadaje się do spożycia nawet do roku od wypieczenia. Na Sardynii niemal w każdej miejscowości znajdziemy nieco inną odmianę tego pieczywa. Różne są także sposoby jego przyrządzania, a w procesie produkcji często uczestniczy kilka domostw.

 

Ze słodkich wypieków warto skosztować pokrytych cytrynowym lukrem ciasteczek mostaccioli czy rujoli z ricotty, kostek z pigwowej marmolady cotognata, orzechowych kulek bucconettos i babeczek zwanych cardinali (cardinales). Poza tym wyśmienicie smakują teżculurgiòni (culurgiònes) – swoim kształtem przypominają pierogi, a konsystencją polskie kopytka, tradycyjnie wypełnia się je nadzieniem z ziemniaków, sera i mięty.

 

Nadmorskie kurorty są rajem dla smakoszy ryb i owoców morza. Na pewno zachwycą ich podawane na rozmaite sposoby małże, langustynki (homarce), krewetki i kraby. Specjałem, którego nie można nie spróbować, jest bottarga, solona i suszona ikra cefala.

 

W sardyńskim winie da się wyczuć ślady czasów, kiedy wyspę zdobywali przedstawiciele różnych kultur, a w szczególności wpływy hiszpańskie. Na Sardynii występuje wiele odmian winorośli, zarówno tych uprawianych w innych regionach Morza Śródziemnego, jak i lokalnych, niespotykanych nigdzie indziej, takich jak Cannonau, Semidano, Nuragus, Girò, Monica, Torbato czy Vernaccia di Oristano. Do owoców morza doskonale pasuje schłodzone wyważone białe Vermentino. Do mięs natomiast Sardyńczycy rekomendują wina czerwone: wytwarzane już przez starożytne ludy Cannonau i cieszące się coraz większą popularnością Carignano del Sulcis.

 

 BOGATA HISTORIA

 

Sardynia to prawdziwa mozaika kultur. Można ją odkrywać całe życie i nigdy nie poznać w pełni. Niektórzy nawet twierdzą, że jest ona zaginioną Atlantydą, a tajemnicza starożytna cywilizacja nuragijska, która rozwijała się na wyspie od XIX do II w. p.n.e., osiągnęła świetność równą wspaniałości mitycznych Atlantów. Jej przedstawiciele nie pozostawili jednak po sobie żadnych tekstów, dlatego przez wiele lat ich kultura uznawana była za bardzo prymitywną i niezasługującą na uwagę. Dopiero od niedawna badacze interesują się nią coraz częściej. Najnowsze odkrycia dowodzą, że cywilizacja ta przeżywała swój największy rozkwit w okresie X–VIII w. p.n.e. Do dziś zachowały się m.in. groby gigantów, statuetki z brązu, rzeźby z piaskowca w Mont’e Prama i zagadkowe kamienne wieże, czyli nuragi. Tych ostatnich obiektów, wciąż w dobrym stanie, na całej Sardynii jest ok. 7 tys. Najwięcej znajduje się w Dolinie Nuragów (Valle dei Nuraghi) w centralnej części lądu. Co ciekawe, niektóre nuragijskie budowle przypominają bardzo architektoniczne konstrukcje z odległych krajów, np. święta studnia Funtana Coberta wBallao wygląda podobnie jak ta zachowana koło wioski Garlo w Bułgarii.

 

Do 238 r. p.n.e. na wyspie panowali Kartagińczycy, których wyparli Rzymianie. Ci pierwsi zostawili po sobie wiele śladów. Do czasów obecnych przetrwały m.in. fragmenty domów, cmentarzy czy sanktuarium (tofet) poświęcone bogini Tanit w starożytnym mieście Nora. Kilka stuleci wcześniej, ok. IX w. p.n.e. u wybrzeży Sardynii zbudowali swoje pierwsze porty handlowe feniccy żeglarze. W 540 r. p.n.e. Fenicjanie weszli w konflikt z miejscową ludnością i zwrócili się o pomoc do Kartaginy, która stopniowo podbiła większość wyspy. Po każdym najeździe rdzenni mieszkańcy przenosili się dalej w głąb lądu, na górzyste tereny Barbagii. Wśród Sardyńczyków nadal żywe jest przekonanie, że do ich małej ojczyzny niebezpieczeństwo zawsze przychodzi od morza. Na Sardynię zawitali również Grecy. W miejscu fenickiej osady założyli w VII w p.n.e. kolonię Olbia, później rozbudowaną przez Kartagińczyków. Obecnie to czwarte największe sardyńskie miasto (z 60 tys. mieszkańców). Znajdują się w nim port morski i lotnisko będące bramą do Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda).

 

Po Rzymianach pojawili się tu Wandalowie (od 456 do 534 r.), Bizantyjczycy i Arabowie. Wyspa należała także do Genui i Pizy, a następnie papież Bonifacy VIII (ok. 1230–1303) podarował ją w 1295 r. władcom Aragonii (na mocy traktatu w Anagni). Kilkaset lat później była nawet krótko (przez kilka lat) w rękach Austrii, która wymieniła ją z Sabaudią na Sycylię. Od 1720 r. Sardynią rozporządzała dynastia sabaudzka i w wyniku tego w 1861 r. stała się ona częścią Włoch. Jednak do dziś wyspiarze mówią, że są przede wszystkim Sardyńczykami, a dopiero potem Włochami.

 

 SARDYŃSKA BARCELONA

 

 Do Alghero możemy dolecieć bezpośrednio z Warszawy i Katowic liniami Wizz Air (w sezonie letnim). Miasto zadziwia już od pierwszych chwil, ponieważ przyjezdni czują się w nim jak na hiszpańskim wybrzeżu. Takie skojarzenia przywodzi na myśl miejscowa architektura, układ uliczek, lokalna kuchnia, przypominający kataloński język (dialekt algherese, alguerés), którym posługują się mieszkańcy, czy też flaga miasta składająca się z żółto-czerwonych pasów. Nawet nazwiska wielu osób brzmią jak w Hiszpanii. Skąd na północnym wschodzie Sardynii wzięła się mała Barcelona (Barceloneta)? Otóż w 1354 r. Alghero zdobył król Piotr IV Aragoński (1319–1387). Sprowadził do niego nowych osadników, m.in. z Katalonii. W 1372 r. Aragończycy wysiedlili ostatnich miejscowych buntowników. Miała to być kara za spisek tutejszej wpływowej genueńskiej rodziny Doria.

 

Obecnie w mieście mieszka na stałe 44 tys. ludzi. Znajdują się w nim małe, klimatyczne restauracje, piękny nadmorski deptak sąsiadujący z aragońskimi basztami, marina i niewielki port, z którego można wyruszyć w rejs wzdłuż wybrzeża i do pobliskich Grot Neptuna (Grotte di Nettuno). Nocny spacer uliczkami urokliwej starej części Alghero, po tętniącym życiem i romantycznym nabrzeżu jest dobrym sposobem na dostrojenie zmysłów do nieśpiesznego rytmu tego niezwykłego miejsca, gdzie wystawy sklepów cieszą oczy wyrobami z wydobywanego nieopodal koralu oraz jedynej w swoim rodzaju ceramiki.

 

W dzień warto wybrać się na wycieczkę łodzią po wcześniejszym zaopatrzeniu się w prowiant – focaccię del Milese, przysmak polecany przez okolicznych mieszkańców. Jeśli nie wieje zbyt mocno, bez problemu dostaniemy się do wspomnianych Grot Neptuna, do których rejsy organizowane są praktycznie co godzinę. Dwa razy w ciągu dnia można także popłynąć na spotkanie z delfinami. Do jaskini dotrzemy również drogą lądową – schodami z 656 stopniami (Escala del Cabirol). Powstały w latach 50. XX w. i prowadzą w dół z malowniczego szczytu klifu Capo Caccia. Niezależnie od wyboru trasy, Groty Neptuna robią na odwiedzających ogromne wrażenie. To jedna z głównych atrakcji na Sardynii. W ich wnętrzu możemy poczuć się jak tytułowy bohater powieści J.R.R. Tolkiena Hobbit, czyli tam i z powrotem w jaskini Golluma. W środku znajduje się słone jezioro Lamarmora o długości 120 m i szerokości 25 m, zasilane przez wodę morską. Choć ścieżka turystyczna ma 580 m, szacuje się, że system grot ciągnie się przez ok. 4 km. Oprócz jeziora, zachwyt budzą ogromne stalaktyty i stalagmity oraz nacieki jaskiniowe. Samo zwiedzanie trwa mniej więcej 40 minut, a wyprawa łodzią z portu w Alghero – 30–40 minut.

 

Pobyt w mieście dostarczy nam rozrywki na nawet kilka dni. Możemy leniwie wylegiwać się na jednej z okolicznych przepięknych plaż, wieczorami wyruszyć na zwiedzanie, wybrać się na zakupy w małych sklepikach, podziwiać zachody słońca przy orzeźwiającym aperitifie. W Alghero warto odwiedzić barokowy kościół jego patrona św. Michała Archanioła (Chiesa di San Michele Arcangelo). Kolorowa kopuła świątyni przepięknie mieni się w słońcu. Poza tym na zainteresowanie zasługuje pochodząca z XVI stulecia Katedra Matki Boskiej Niepokalanej (Cattedrale di Santa Maria Immacolata), skromna z zewnątrz, ale zachwycająca w środku, i XV-wieczny Kościół św. Franciszka (Chiesa di San Francesco, przebudowany w XVI w.) w stylu katalońskiego gotyku. Otaczające zabudowania miejskie baszty i mury chronią je od czasów panowania Aragończyków. Alghero jest jednym z niewielu włoskich miast warownych, w których zachowało się w dobrym stanie ponad 70 proc. murów obronnych. Ciągną się od Forte della Maddalena do Torre di Sulis (Torre dell’Esperò Rejal). Na północny zachód od placu Sulisa (Piazza Sulis) wybrzeża bronią bastiony poświęcone sławnym żeglarzom i podróżnikom: Bastioni Cristoforo Colombo, Bastioni Antonio Pigafetta, Bastioni Ferdinando Magellano i Bastioni Marco Polo.

 

W okolicy Alghero znajduje się nekropolia Anghelu Ruju ze słynnymi grobowcami zwanymi domami wróżek (domus de janas). Wiek tego odkrytego na początku XX stulecia cmentarza szacuje się nawet na 5 tys. lat. Nieopodal miasta jest też kompleks nuragów wraz z otaczającą je wsią i największym obiektem – Palmavera. Budowle powstawały w epoce brązu i żelaza. Oprócz tego warto również wyruszyć na Capo Caccia, zanurzony w szmaragdowym morzu wapienny cypel z licznymi jaskiniami. W jego pobliżu znajduje się wiele miejsc nurkowych, to także odpowiedni teren na trekking lub wspinaczkę.

 

Poza tym w rejonie Alghero można żeglować, pływać motorówką, uprawiać snorkeling, surfować czy wybrać się na degustację wina do winnicy albo odpoczywać na jednej z tutejszych plaż. Niedaleko miasta leży malownicza Spiaggia Lido di San Giovanni. Najbardziej urokliwe plaże są oddalone stąd o zaledwie kilka minut jazdy autobusem lub samochodem. Należą do nich Maria Pia (ok. 4 km), Punta Negra (7 km), La Speranza (9 km), Le Bombarde (10 km), Lazzaretto (11 km) i Mugoni (16 km).

 

Na wspomnienie zasługuje też wreszcie La Pelosa w miejscowości Stintino (mniej więcej 55 km na północ od Alghero). Jej zdjęcia stanowią popularny motyw pocztówek. To jedna z najpiękniejszych plaż nie tylko na Sardynii, ale prawdopodobnie również na świecie. Turkusowe morze oblewa wybrzeże pokryte delikatnym, białym piaskiem. Nieopodal na małej wysepce wznosi się aragońska wieża (Torre della Pelosa). Woda jest przejrzysta i ciepła, można w niej brodzić wiele metrów od brzegu. Niestety, w sezonie La Pelosę wypełniają tłumy turystów. Warto ją jednak odwiedzić nawet tylko dla samego spektakularnego widoku.

 

 REJS PO ARCHIPELAGU

 

 W poszukiwaniu małych, urokliwych plaż koniecznie trzeba pojechać na północny wschód wyspy, czyli na Szmaragdowe Wybrzeże (Costa Smeralda). Swoją nazwę zawdzięcza kolorowi wody, jaki morze przybiera w tej okolicy. Na całodniowy rejs po tutejszym malowniczym archipelagu La Maddalena (Arcipelago di La Maddalena) można wypłynąć z portu w Palau. Tylko wyspy La Maddalena, Caprera i Santo Stefano są zamieszkane, reszta (Spargi, Santa Maria, Budelli i Razzoli) pozostaje dzika i nietknięta ludzką ręką. W styczniu 1994 r. utworzono w tym rejonie Park Narodowy Archipelagu La Maddalena (Parco Nazionale dell’Arcipelago di La Maddalena).

 

Niektórych miejsc w tym niezmiernie ciekawym regionie nie będzie nam dane zobaczyć z bliska. Różową Plażę (Spiaggia Rosa) na Budelli wolno podziwiać jedynie z łodzi. Nazwano ją w ten sposób ze względu na barwę piasku. Charakterystyczne różowe drobiny to w rzeczywistości pokruszone pancerzyki otwornic Miniacina miniacea. Turyści nie mają już tutaj wstępu, ponieważ zabierali ze sobą na pamiątkę nietypowy piasek i w ten sposób niszczyli ten wyjątkowy zakątek. Na pozostałych wyspach również znajdziemy piaszczyste i otoczone skałami zatoczki. Promieniami słońca, przyjemnie ciepłą wodą i piękną przyrodą dookoła nas możemy cieszyć się na plażach na Santa Marii (Cala Santa Maria), Caprerze (Spiaggia di Cala Coticcio) i Spargi (Cala Corsara).

 

Na La Maddalenie pospacerujemy po wąskich uliczkach i zaułkach niewielkiego, uroczego miasteczka o tej samej nazwie. Na Caprerze z kolei odwiedzimy grób Giuseppe Garibaldiego (1807–1882). Ten włoski bohater narodowy umarł właśnie na tej wyspie. Przed śmiercią poprosił podobno o przestawienie swojego łóżka tak, aby mógł z niego widzieć morze.

 

Widok na zabytkowe Alghero od strony morza

Alghero panorama

© UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

 

 LUKSUS I NATURA

 

Costa Smeralda nosi jeszcze jeden przydomek, a mianowicie Wybrzeże VIP-ów. To tutaj największe gwiazdy odpoczywają z dala od błysków fleszy i przybywają miliarderzy, tu odbywają się wykwintne przyjęcia na wartych miliony dolarów jachtach. Do lat 60. XX w. ten rejon Sardynii był miejscem zupełnie dzikim i nieznanym. Mało żyzne ziemie, dziedziczone przez kobiety, nie mały dla Sardyńczyków wartości. Jednak gdy nad tą częścią wyspy przelatywał książę Aga Chan IV, przywódca ismailickich nizarytów, od razu się w niej zakochał. Odkupił więc za grosze od lokalnych właścicieli ich działki i w ciągu dwóch dekad przemienił region w ekskluzywną enklawę dla znanych ludzi, którzy chcieli uciec przed zgiełkiem i rozgłosem.

 

W ten sposób powstała cała infrastruktura umożliwiająca turystom pobyt na Szmaragdowym Wybrzeżu. Osuszono nadbrzeżne mokradła, zbudowano międzynarodowe lotnisko w Olbii i hotele. Od podstaw wzniesiono miejscowość, która stała się synonimem luksusu. Porto Cervo zaprojektował znany włoski architekt Luigi Vietti (przy projektach na Costa Smeralda pracowali jeszcze Francuz Jacques Couëlle i jego syn Savin oraz Włoch Michele Busiri Vici), któremu Aga Chan IV wyznaczył wiele rygorystycznych wytycznych. Przede wszystkim książę zadbał o to, żeby ograniczyć do minimum ingerencję w środowisko naturalne. Architekt otrzymał zadanie wykorzystania zastanych walorów tego miejsca w taki sposób, aby jednocześnie stworzyć miasteczko funkcjonalne, komfortowe i wkomponowane w piękny krajobraz. Wszystkie materiały służące do budowy musiały być dostępne na wyspie. Domy w Porto Cervo nie przewyższają drzew, możemy spotkać tu budynki, w które skały czy roślinność zostały niejako wtopione. To wyjątkowy przykład symbiozy architektury z naturą. Kolory ścian odpowiadają barwie okolicznych skał, kostki brukowe są granitowe, bramy wjazdowe i tarasy wykonano z drewna cedrowego. Wszelkie instalacje ukryto pod ziemią, nie dostrzeżemy też żadnych reklam, ponieważ wieszanie plakatów jest surowo zabronione. Dodatkowo książę roboty budowlane zlecał miejscowej ludności. Dziś sardyńska branża turystyczna szczyci się tym, że za cel stawia sobie dbanie o środowisko naturalne. Gdy Aga Chan IV zaczynał realizować swoje pomysły na Szmaragdowym Wybrzeżu, to podejście wydawało się rewolucyjne.

 

W Porto Cervo znajdują się prywatne rezydencje, mały Kościół Gwiazdy Morza (Chiesa di Stella Maris), luksusowe butiki, restauracje i port, w którym ogromne wrażenie robią zacumowane w nim jachty. Dzięki wyjątkowo harmonijnie zaprojektowanemu otoczeniu podkreślającemu piękno krajobrazu tutejsza marina zachwyca bardziej niż ta w Monako. Porto Cervo jest miejscowością, jakiej nie zobaczymy nigdzie indziej na świecie – ekskluzywną, lecz pełną klasy i nie narzucającą się swoim blichtrem naturze.

 

 OZDOBA WŁOCH

 

 Na północy wyspy nie sposób przeoczyć Castelsardo, prawdziwej perły wśród malowniczych sardyńskich miasteczek. Nad spienionymi morskimi falami i aragońską wieżą góruje w nim zamek. Historia miasta jest długa i pełna intrygujących zwrotów akcji. Za datę powstania Castelsardo przyjmuje się 1102 r., to jednak data umowna. Nowe osady zaczęto wznosić na Sardynii po 1016 r., czyli po pokonaniu muzułmańskiej flotyMudżahida (Mujāhida), władcy Denii, przez połączone siły Sardyńczyków, Pizańczyków i Genueńczyków. W geście wdzięczności za okazaną pomoc czterej królowie sardyńscy podarowali sojusznikom nieurodzajne ziemie nadmorskie, na których ci zbudowali twierdze i skąd rozpoczęli swoją ekspansję na wyspie. Tereny, gdzie dziś znajduje się Castelsardo, otrzymała wpływowa rodzina Doria z Genui, a zamek pozostawał w jej posiadaniu od 1102 do 1448 r. Usytuowana na wzniesieniu budowla była niezmiernie trudna do zdobycia, w środku zebrano zasoby wody pitnej i zapasy jedzenia na kilka lat oblężenia. Panowało przekonanie, że nikt nie podbije tak naprawdę Sardynii, jeśli nie zdobędzie tej fortecy. Początkowo nazywano ją Zamkiem Genueńskim (Castel Genovese), a po zagarnięciu jej przez Aragończyków – Zamkiem Aragońskim (Castel Aragonese). W 1527 r. flota rodziny Doria próbowała odzyskać twierdzę, ale – niestety – po kilku dniach oblężenia musiała przerwać atak. Przez kolejne wieki miasto i cała wyspa zmagały się z głodem i epidemiami. W 1720 r. Castel Aragonese przeszedł w ręce dynastii sabaudzkiej – Wiktor Amadeusz II (1666–1732) dostał Sardynię od Austrii w zamian za Sycylię. Kolejny król, Karol Emanuel III (1701–1773), zmienił w 1769 r. nazwę fortecy na Zamek Sardyński, czyli Castelsardo.

 

Obecnie w twierdzy znajdują się sale ślubne, a także Muzeum Plecionkarstwa Śródziemnomorskiego. Przedmioty z trawy morskiej wyplatano w różnych formach. Pełniły wiele funkcji – służyły za naczynia do użytku domowego, były stosowane do połowu ryb i skorupiaków, wykorzystywano je jako łodzie. W Castelsardo można kupić przepiękne tradycyjne kosze. Nawet jeśli nie należą do najtańszych, są praktyczną i oryginalną pamiątką, bardzo charakterystyczną dla Sardynii, podobnie jak wyroby z korka. Obok zamku wnosi się Konkatedra św. Antoniego Opata (Concattedrale di Sant’Antonio Abate), konsekrowana w 1622 r. Jej ołtarz zdobi XV-wieczny obraz Madonny z Dzieciątkiem na tronie. Warto zwiedzić też katakumby, w których powstała interesująca ekspozycja rzeźb i obrazów. Natomiast Kościół Matki Boskiej Łaskawej (Chiesa di Santa Maria delle Grazie) zachwyca prostotą i skromnym wystrojem. W środku znajdziemy drewnianą rzeźbę Jezusa. W świątyni ma swoją siedzibę Bractwo Krzyża Świętego. Jeżeli dopisze nam szczęście, trafimy na próbę pieśni wielkanocnych, które mężczyźni ze wspólnoty zawsze wykonują w kwartetach. To magiczny, nieporównywalny do niczego rodzaj muzyki. W Wielki Poniedziałek (Lunissanti) w miasteczku odbywa się procesja z krzyżem, podczas której członkowie bractwa, odziani w białe szaty i szpiczaste kaptury, modlą się poprzez swój śpiew.

 

Castelsardo to niezwykłe miejsce. Podczas pobytu na północy Sardynii trzeba koniecznie je odwiedzić i spędzić tu choćby jeden dzień na spacerze i zwiedzaniu. Jeśli poczujemy się zmęczeni, możemy usiąść, aby napić się prosecco i posilić się sardyńskimi przysmakami, najlepiej w którejś z klimatycznych knajpek z przepięknym widokiem na wyjątkowy zamek będący jednym z symboli wyspy.

 

DZIKOŚĆ DUSZY

 

Widok na Nuoro, główny ośrodek miejski we wciąż dzikiej Barbagii

Barbagia2

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

W Sardynii łatwo się zakochać i to nie tylko w jej wspaniałych plażach, lecz także malowniczym górzystym wnętrzu lądu. Prawdziwym sercem tej wyspy, które bije nieustannie od dawien dawna, jest Barbagia. Przez zdobywców była nazywana krainą barbarzyńców i bandytów, ale tak naprawdę stanowi ona centrum ojczyzny Sardyńczyków. Tu rodziły się zwyczaje i tradycje. W tej surowej krainie hołdowano również kiedyś prawu wendety. Nad wioskami górują w niej skalne masywy Supramonte i Gennargentu z najwyższym szczytem Punta La Marmora (1834 m n.p.m.). Barbagia to raj dla osób kochających dziką naturę, wyprawy trekkingowe i wspinaczkę oraz… prostą, tradycyjną kuchnię. Charakterystyczne dla tego regionu są też murale – forma społecznej i politycznej ekspresji, których najwięcej znaleźć można w miasteczku Orgosolo. Mieszkańcy tej części wyspy wydają się niejako przyrośnięci do ziemi, a ta odwzajemnia to przywiązanie, choć każda ze stron w tym związku pozostaje tak samo wierna, jak i surowa.

 

JASKINIE I GOŚCINA U PASTERZY

 

Fragment świętej studni w osadzie nuragijskiej Sa Sedda ’e Sos Carros

 

Wykopaliska

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

Z Alghero warto wybrać się doBarbagii na wycieczkę jeepami. Wyrusza się na nią z samego rana, żeby o godz. 9.00 przesiąść się w miejscowości Oliena do samochodów i spędzić cały dzień na wyprawie po górach i jaskiniach urozmaiconej oglądaniem stanowiska archeologicznego. Widoki po drodze są przepiękne – gdy po opuszczeniu nadmorskich kurortów przeniesiemy się w głąb Sardynii, możemy poczuć się jak w zupełnie innym świecie. Dobrze zabrać ze sobą przewodników, zwłaszcza osoby pochodzące z tego regionu, które z pasją opowiadają o każdym odwiedzanym miejscu i dzielą się historiami mrożącymi niekiedy krew w żyłach.

 

Jaskinia Sa Oche wita nas sylwetką spoglądającej z półki skalnej czarnej pantery. Otwór w skale przypomina dzikiego kota strzegącego przejścia. Temperatura powietrza znacznie się obniża już kilka metrów od wejścia do groty, co w letnim upale przynosi niezwykłą ulgę. Jaskinia jest tak naprawdę korytem górskiej rzeki wydrążonym przez jej nurt i przez część roku bywa całkowicie zalana. Zanim woda piętrząca się w podziemnych korytarzach wypłynie na zewnątrz, wydaje bardzo donośne odgłosy, czym ostrzega zamieszkujących dolinę ludzi przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Stąd pochodzi nazwa groty. Sa Oche oznacza w języku sardyńskim „głos”.

 

Kolejny punkt wyprawy to stanowisko archeologiczne Sa Sedda ’e Sos Carros – nuragijska wioska zbudowana ok. 1300 r. p.n.e. Kompleks składa się z mniej więcej 150 okrągłych i owalnych chat, centralnej budowli i świątyni. Jednak ze względu na brak funduszy większa część osady nie została odkopana. Do zwiedzania udostępniono zespół świątynny. Powstał on ku czci bóstw wody. Jego centrum wyznacza święta studnia z widocznymi do tej pory głowami muflonów. Kiedyś równomiernie tryskała z nich woda.

 

W okolicy miasteczka Oliena znajduje się Su Gologone, krótki strumień zasilający rzekę Cedrino. W rzeczywistości tworzy on prawdopodobnie podziemną rzekę, której odkryty został jedynie mały fragment. Speleologom podczas kilku niebezpiecznych ekspedycji udało się zejść do tej pory maksymalnie na głębokość 135 m (w 2010 r.). Nad wodą wypływającą ze źródła wznosi się niewielki kościół. Na jego ścianach dostrzeżemy ślady po powodziach nawiedzających tę okolicę. Znaczą mury aż pod sam sufit.

 

Zaledwie kilka kilometrów od Olieny leży jedna z najdzikszych i najbardziej fascynujących części Sardynii – zatoka Orosei (Golfo di Orosei). Za jej wyjątkową ozdobę uchodzą wspaniałe plaże takie jak Cala Goloritzè, Cala Luna i Cala Mariolu oraz przepiękna jaskinia zwana Grotta del Bue Marino.

 

Po całodziennym zwiedzaniu doskonałym odpoczynkiem jest prawdziwa uczta u pasterzy, którzy już od rana przygotowują ricottę i przez wiele godzin pieką porceddu oraz inne mięsiwa. W cieniu drzew można wypocząć, napić się i najeść do syta, a nawet poznać nieco pasterskie zwyczaje. Na przystawkę pasterze podają zimne wędliny i oliwki, pane carasau z miodem i świeżą ricottą, a do tego czerwone wino Cannonau. Danie główne stanowią pieczone kiełbasy i rozpływające się w ustach prosię z rusztu. Na deser są owoce, sery owcze i kozie, liście sałaty rzymskiej polane miodem i… kieliszek grappy. Ten prosty posiłek dostarcza doznań kulinarnych godnych najlepszej restauracji.

 

To tylko krótki opis niewielkiego skrawka Sardynii, na której znajdziemy wszystko, czego turyści mogą zapragnąć. Na zboczach szczytu Bruncu Spina (1829 m n.p.m.) w masywie Gennargentu pojeździmy nawet na nartach. Dlatego po pierwszej wizycie i każdej kolejnej chce się tu znowu wrócić. Nie sposób też poznać do końca całej wyspy, zawsze odkrywa się na niej coś zupełnie nowego. Sardynia jest jednocześnie przystępna i tajemnicza, otwarta i zagadkowa, po prostu niezmiernie fascynująca.

 

Cala Goloritzè, niezmiernie fotogeniczna nieduża plaża w zatoce Orosei

Cala GoloritzÉ

© RENATA TRAVEL

 

 

Dominikańskie rozmaitości

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

<< „Dominikana, ta czarująca diablica, usidliła mnie, owinęła wokół palca. Wabi feromonami, od których kręci mi się w głowie” – tak przeważnie odpowiadam, kiedy ktoś pyta mnie (a zdarza się to nader często), dlaczego wybrałem ten kraj, dlaczego poświęciłem mu tyle czasu i dlaczego wciąż do niego wracam. Przepadłem na dobre w 2006 r., podczas pierwszej podróży. Zakochałem się od razu! Pamiętam to nocne tropikalne niebo nad Puerto Plata – gwiazdy wisiały tak nisko, że można je było przesuwać dłońmi. I to powietrze, lepkie, wilgotne, nasycone mieszanką odurzających zapachów. Potem Dominikana wzywała mnie wielokrotnie, wymęczyła duchotą i nieziemskim upałem, wyciągnęła ze mnie hektolitry potu, zabrała oszczędności, pozbawiła alternatyw, była zaborcza. Ale dała w zamian jedno – jakąś namiastkę szczęścia, niesłychaną beztroskę, z którą dorosły mężczyzna nie powinien się już tak obnosić. Nie oddałbym ułamka czasu, jaki jej poświęciłem. >>

Niedawno przekonałem się o czymś jeszcze: wspaniale jest pokazywać Dominikanę innym ludziom, na żywo. Uwielbiam spoglądać na miejsca, które dobrze znam, czyimiś oczami. Lubię stanąć z boku i popatrzeć, jak inni reagują, jakie towarzyszą im emocje. Właśnie wtedy dopełnia się podróż, nierzadko w sposób zaskakujący. Najważniejsze są przy tym fascynacja, entuzjazm, świeże wrażenie. Jeśli ktokolwiek miałby ochotę ze mną pojechać, zabiorę go z przyjemnością. Jednak kiedy wróci do domu, odczuje prawdziwy koszt wyprawy – przyjdzie mu słodko cierpieć, bo Dominikana nie pozwoli o sobie zapomnieć. Dominikański bakcyl wnika w duszę trwale i skutecznie.

 

Często otrzymuję pytania, w jaki sposób najlepiej poznawać ten kraj, jaką formę wakacji wybrać: jechać na własną rękę czy skorzystać z licznych ofert biur podróży. Odpowiadam wówczas przewrotnie. Jeśli ktoś znajduje w sobie siłę i czuje potrzebę podróżowania samodzielnego, lubi po prostu być w drodze, pragnie wyjechać po to, aby poznać z bliska miejsca i ludzi – nie ma dla niego lepszego regionu na Karaibach niż Dominikana. To kraj szalonej geografii, fantastycznej energii, niebywale życzliwych mieszkańców, z którego można czerpać garściami. Taki sposób zwiedzania praktykuję od lat i nie zamieniłbym go na żaden inny. Jeżeli z kolei komuś wydaje się, że potrzebuje porządnego odpoczynku w zjawiskowym otoczeniu, blisko basenu i baru z koktajlami oraz plaży ocienionej wysmukłymi palmami kokosowymi, pośród uczynnych ludzi, którzy zrobią wszystko, aby czuł się wyjątkowo od rana do wieczora (co zawiera się w cenie oferty all inclusive) – również powinien zdecydować się na Dominikanę. Taki jest właśnie fenomen tego kraju. A mnie czego brakuje najbardziej, kiedy wracam z tropiku w polskie realia, za czym tęsknię najmocniej, co wspominam najchętniej? Oto krótki przegląd dominikańskich zauroczeń i rozmaitości, do których żywię największy sentyment…

 

Carro público jest niezmiernie popularnym dominikańskim środkiem transportu

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

ZACIEŚNIANIE WIĘZI

Nie mogę bez nich żyć, normalnie funkcjonować w latynoskiej przestrzeni, są mi potrzebne, są użyteczne, charakterne. Stanowią nieodłączną część pejzażu dominikańskich miast takich jak stołeczne Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros, mkną też nieprzerwanie gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany, po prostu – rządzą na drogach. Mam na myśli wieloosobowe taksówki, zwane carros públicos. To zwykłe auta osobowe, przeważnie wysłużone toyoty, mazdy lub inne modele wyprodukowane przed laty w Japonii, do których wsiada zawsze więcej pasażerów, niż powinno zgodnie z przepisami. Nie są to żadne wymuskane gabloty, raczej wyjeżdżone gruchoty, 100 razy stukane, obolałe ze starości, bez połowy okablowania, zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc.

Wiele z tych wehikułów działa, o dziwo, normalnie, inne… tylko udają, że jeżdżą. Jednak chętnych do wspólnej podróży nie brakuje. Dlaczego? Bo carros públicos są względnie tanie, łatwo dostępne i wyrobione muzycznie – bachata, merengue, reggaetondudnią w nich aż miło. Co więcej, można w nich zacieśnić (i to dosłownie!) więzi z ludźmi… Kto był w Republice Dominikańskiej i korzystał z tego środka transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie pośladków, skręcanie w precel rąk i nóg.

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach lub przedniej szybie (bywa, że strzaskanej). Z nich też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle wiodą ważniejszymi komunikacyjnymi arteriami w mieście. Kierowcom wybitnie zależy na wydajnym przewozie pasażerów, dlatego hołdują zasadzie: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze może co najwyżej przez auto przepływać (i jedynie chłodzić podróżnych), a nie nim jechać.

Szczęśliwą liczbą dla każdego kierowcy carro público jest siódemka. Oznacza ona, iż zebrał wreszcie komplet pasażerów i wolno mu wcisnąć mocniej gaz. Nie będzie już ostentacyjnie zwalniał, ciągle trąbił i dawał stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż mogą liczyć na miejsce. To moment, kiedy kierowca sobie odpuszcza. I to nie dlatego, że ma jakieś opory, martwi się o przeciążenie auta czy myśli o kontroli drogowej, nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do kasy syndykatu, dla którego pracuje, dodatkowe pesos. Tyle że pasażerowie mu na to nie pozwolą – każda „puszka sardynek” ma swoją nieprzekraczalną pojemność! Czasem pozycja, jaką człowiek jest w stanie przybrać w przepełnionym carro público, zawstydziłaby niejednego giętkiego jogina.

Wiem, że wiele osób obawia się korzystać z tych leciwych wehikułów. Zraża je choćby niezbyt zachęcający wygląd. Można to zrozumieć. Z drugiej strony carros públicos to swojego rodzaju zjawisko społeczne – trzeba mu się przyjrzeć, najlepiej podczas obserwacji… uczestniczącej. Kierowcom tych nierzadko aut zombie nie opłaca się ich klepać, reperować, dopieszczać w warsztatach, malować nowym lakierem, dokręcać im reflektorów, podnosić zderzaków piłujących asfalt. Wóz musi jeździć, trzymać się na kołach. I wozić ludzi po swojej odwiecznej, ustalonej trasie. Jego wygląd ma drugo- albo i trzeciorzędne znaczenie. Kiedy dwa gruchoty zderzą się lekko, drasną w korku lub przy innej okazji, to być może nowe wgniecenie wyrówna stare nierówności na karoserii. Samochód nowy lub odrestaurowany nie nadaje się po prostu na carro público. Miejscowi kierowcy o tym wiedzą, a rozbawieni turyści strzelają tym jeżdżącym kuriozom setki zdjęć.

Mam również wielką słabość do innych środków lokalnego transportu. W Dominikanie chodzenie nie jest sprawą oczywistą. Jeśli ktoś spaceruje po mieście albo uprawia trekking w dzikim terenie, bo lubi z natury zdzierać nogi do bólu, to choćby szedł prostą drogą lub krążył po wertepach, może być pewien, że znienacka zjawi się przy nim usłużny osobnik na swoim stalowym rumaku, zwanym tu motoconcho (nowiutkim lub steranym życiem). I na pewno ów osobnik zaproponuje spotkanemu nieznajomemu podwózkę. W Dominikanie transport szuka człowieka, nie odwrotnie. Nieraz ta pogoń za klientem przybiera karykaturalne formy. Jednak nie sposób wyobrazić sobie przemieszczania się po tutejszych miastach, miasteczkach, małych i dużych wioskach bez tych pożytecznych motocykli taksówek. Wszędzie jest ich pełno. Produkują niewyobrażalną ilość spalin, hałasu i zamieszania. Ale wydają się częstokroć niezastąpione. Jeśli mamy w kieszeni trochę zmiętych pesos, a o własnych nogach już dalej nie pójdziemy – zatrzymajmy się. Właściciel motoconcho rozpozna ten sygnał i zjawi się od razu, żeby zabrać nas tam, gdzie tylko zechcemy. Czasem w zakorkowanej polskiej stolicy marzą mi się takie osobliwe rozwiązania komunikacyjne. Tak jak marzy mi się powrót do Río San Juan.

 

 

Kolorowy sklep ze świeżymi owocami i warzywami w spokojnym Río San Juan

© MARCIN WESOŁY/www .caribeya.pl

 

TROPIK DZIWNIE ZNAJOMY

W tym niewielkim miasteczku leżącym na północnym wybrzeżu kraju i pogrążonym w popołudniowym letargu wyczułem niegdyś zapachy znane mi z dzieciństwa, ze wsi mojego zmarłego dziadka. Bardzo mnie to rozczuliło. W parnym tropiku, jakieś 8,5 tys. km od domu, w powietrzu wibrowało coś nieuchwytnego, lecz niesłychanie swojskiego. Na Karaibach zamiast wierzb płaczących rosną palmy królewskie czy kokosowe. Więcej w tym rejonie mangowców niż gruszy lub jabłoni. Przyroda i klimat są inne niż w Polsce, podobnie jak i ludzie. A jednak odnajduję tu ślady czegoś, co mocno utrwaliło mi się w pamięci i za czym tęsknię.

Karaiby to kraina jakby ciągle zawieszona między jawą a snem. Nie dziwi więc fakt, że niektórzy wybitni pisarze, jak choćby Kolumbijczyk Gabriel García Márquez (1927–2014), potrafili czerpać z tej rzeczywistości inspirację do tworzenia wspaniałej, ponadczasowej literatury. W Polsce także miewałem takie miejsca, gdzie świat wydawał się odrealniony, ale już do nich nie wrócę, do tej dziadkowej chałupy, gdzie były cztery sypialnie, każda na inną porę roku...

Za to, na szczęście, mogę ponawiać wizyty w Río San Juan, które działa na mnie jak magnes i skradło mi duszę. Zapewne to za sprawą miejscowych, którzy mówili, że w Río jest tranquilo („spokojnie”), że otacza je piękna naturaleza („przyroda”), że trzeba koniecznie pójść na kameralną plażę, gdzie przychodzą tylko Dominikańczycy. Chodziło im o El Caletón, to cudo leżące kawałek za miasteczkiem. Zwali je pieszczotliwie la playita, całkiem trafnie, bo to rzeczywiście była plażyczka i taką pozostała – 200 m drobnego piasku, morze koloru, jaki od razu można polubić, tafla wody ledwo wzruszona i faktycznie więcej miejscowych niż obcych. Jedni odbywali sjestę, leniuchowali na leżakach stojących pod migdałowcami albo w cieniu wybujałych okazów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), zwanej tu uva de playa („winogronem plażowym”), inni jedli smakowitego kurczaka z ryżem, pili rum Brugal i piwo Presidente, schłodzone, jak Bóg przykazał.

El Caletón nie zmieniła się do dzisiaj, choć wówczas było na niej zupełnie dziko – żadnego normalnego baru czy garkuchni, ludzie przywozili wałówkę ze sobą, siadali i zaczynali biesiadę. Z biegiem czasu powstała wydajniejsza infrastruktura, na szczęście nieinwazyjna, a typowo karaibska, drewniana, idealna, aby zjeść pyszne ryby, owoce morza i wypić piña coladę prosto z wydrążonego ananasa, po czym wyjeść do reszty miąższ. Wciąż mam wiele powodów, żeby tutaj wracać. Zresztą najważniejszy z nich zawiera w sobie wszystkie pozostałe: po prostu Río San Juan wydaje mi się przejmująco znajome, wręcz rodzime i przenosi mnie w lata szczenięce, na dziadkową wieś, dokąd z radością jeździłem, aby spędzać na niej każde wakacje. Dominikańskie siano pachnie tak samo jak polskie, a tutejsze krowy muczą jak nasze. Popołudniami siadywaliśmy z dziadkiem na ławce przed wielką chałupą i wyjadaliśmy z garnka bób, który ugotowała nam babcia. Lubiłem nadgryzać sinawą łupinę bobu, wyciskać z niej miękki środek i go zjadać. Oto Karaiby magiczne, Karaiby zwodnicze – odurzą człowieka, zakpią z niego, namieszają mu w głowie, przeniosą go w czasie i przestrzeni.

 

 

Playa Frontón usytuowana na końcu rajskiego półwyspu Samaná, na wschód od Las Galeras

© MARCIN WESOŁY/www.caribeya.pl

 

PRZYSTANEK W RAJU

Kompletnie odurzony pozostaję też od 2006 r. atmosferą sielskiej miejscowości Las Galeras, leżącej gdzieś na skraju dominikańskiego świata, na półwyspie Samaná. Kiedyś, gdy krążyłem całymi dniami po Santo Domingo z aparatem i notesem, jedynie słyszałem (zazwyczaj od taksówkarzy pochodzących z tamtych rejonów) o tej prawdziwej tierra de coco – „ziemi kokosa”. Mówiono mi, że to piękna okolica, wciąż dzika, bez roju turystów. Byłem zbyt blisko tej kuszącej wizji, aby ją porzucić dla spraw, które mogły poczekać. Zresztą jak dotąd z plaży, morza i słońca miałem w nadmiarze tylko słońce, prażące niemiłosiernie na stołecznych ulicach. A przecież znajdowałem się w Dominikanie, na Karaibach!

Wciąż pamiętam, że ledwo zipiąca toyota pick-up (której pakę wypełniali rozgadani pasażerowie, ich bagaże oraz inwentarz w postaci nadpobudliwych kurczaków) wyhamowała niemalże w lazurowej wodzie zatoki Rincón. W tym miejscu kończyła się droga i kierowca zaczynał fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt zastąpił piasek w kolorze mąki kukurydzianej. Plażę ocieniały pochyłe kokosowe palmy, targane morską bryzą. Miałem przed oczami karaibską pocztówkę, i to bez retuszu. Do dzisiaj opowiadam o tym każdemu, a komu mogę demonstruję ten cud na żywo. Gdy docieram do Las Galeras, niezmiennie ogarnia mnie szczenięcy zachwyt. Co za ulga, że człowiek czasem zapomina, jaki jest dorosły i jak wiele zjadł rozumów. Wtedy reaguje spontanicznie i nie tłumi emocji, a szczęście czyni z niego nieszkodliwego dzikusa.

To malownicze pueblo nieprzerwanie przyciąga swojskością, kameralną atmosferą i spokojem. Człowiek, który pokona kilka tysięcy kilometrów, aby uciec od europejskiej ciasnoty, znajdzie tu kawałek swojego wyczekiwanego raju. Tych, których zabieram do Las Galeras, oczarowuje lokalna gościnność. Jest im tak dobrze, że nie chcą wracać… A ja czerpię z tego ogromną radość. Oczywiście, miejscowość ewoluuje. Zmiany są raczej subtelne, a nie gwałtowne, lecz zauważalne. Prowadzi tutaj już porządna droga, pojawia się coraz więcej komfortowych pensjonatów i hotelików, poza tym niedawno w pobliżu zbudowano stację benzynową (choć pokątny handel paliwem w butelkach po piwie Presidente kwitnie po staremu).

Nie udało mi się uchować tego miejsca przed innymi, o czym na początku naiwnie marzyłem. Po prostu Las Galeras (mimo iż położone pozornie z dala od świata) jest na tyle zjawiskowe, że nie mogło pozostać nieodkryte. Poniekąd daje jakieś wyobrażenie o raju, ze swoimi czarującymi zatoczkami, cichymi plażami i połaciami wybujałej, soczystej roślinności. A ludzie pragną takiej tropikalnej rajskości i zawsze będą jej poszukiwać…

 

 

Pożywna zupa sancocho uważana za jedną z narodowych potraw Republiki Dominikańskiej

© Minis terio de Turis mo de Rep úbli ca Dominicana

 

KULINARNE OBJAWIENIA

W Dominikanie szukam również dobrych smaków, które potem próbuję odtworzyć w Polsce (co tylko połowicznie mi się udaje). Niestety, wiele z tutejszych potraw smakuje dokładnie tak, jak powinno, jedynie w konkretnym miejscu i czasie, w sprzyjającej atmosferze: w przyplażowym barze wymalowanym w barwy reggae, w restauracji położonej na klifie omywanym przez wody zatoki Rincón, w ulicznej garkuchni opartej na grillu skleconym ze starej beczki, w cafeterii liczącej ponad 80 lat, w jadłodajni z domowymi posiłkami, gdzie robotnicy budowlani jedzą obiad w towarzystwie biznesmenów, w otwartym od ćwierćwiecza bistro prowadzonym przez nobliwego dona, któremu kłania się całe miasteczko. Od lat powracam do tych samych punktów gastronomicznych, bo jestem pewny, że zawsze zjem w nich smacznie i nie zapłacę za tę przyjemność wygórowanej ceny. Mam swoje miejscówki w Santo Domingo, Sosúa, Río San Juan czy Las Galeras. Chętnie je zarekomenduję.

Mosha jest Jamajczykiem, który od wielu lat mieszka w Republice Dominikańskiej. Przy plaży Sosúa prowadzi bar „Mosha’s Reggae Lounge”, gdzie serwuje wyśmienitego kurczaka zwanego Jamaican jerk chicken. Przyrządza go z niezwykłą pieczołowitością według oryginalnych rodzinnych receptur, z użyciem blisko 25 różnych składników. Natarte przyprawami kawałki kurczaka są marynowane przez noc, a następnie – co istotne i co podkreśla Mosha – dopiero po złożeniu zamówienia przez klienta piecze się je na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczną cechę tej potrawy. Dopełnienie stanowi ryż po jamajsku z mlekiem kokosowym (Jamaican rice and peas) oraz świeża sałatka. Pyszne karaibskie jedzenie jest gotowane z pasją i po domowemu. Wszystkie pozycje w menu są wyśmienite i warte swojej ceny. Poza tym Mosha przygotowuje znakomite „poncze na rumie” (rum punches), które potrafią umilić oczekiwanie na danie główne.

Jednym z najważniejszych punktów na kulinarnej mapie obszaru Zona Colonial (Ciudad Colonial) w Santo Domingo jest jadłodajnia „Omeroliza D’Comer”. Warto do niej zajrzeć szczególnie w porze obiadowej. Lokal ten, leżący w nieznacznym oddaleniu od głównego turystycznego deptaku El Conde, cieszy się wielką popularnością wśród miejscowych. Przyciąga pysznym, tanim (i uzależniającym!) jedzeniem z repertuaru kuchni dominikańskiej. Duże porcje nakładane są z sercem przez właścicieli. Mięso wołowe, wieprzowe czy drobiowe przyrządzane na różne sposoby wyczekuje swoich amatorów, zawsze jest soczyste i aromatyczne. Towarzyszą mu rozmaite dodatki: maniok, gotowane i smażone platany (plátanos fritos), fasola w sosie, kawałki dojrzałego, maślanego awokado (w sezonie). Pośród świetnych zup można trafić na słynne treściwe sancocho. Kuszące i obszerne menu zmienia się częściowo każdego dnia, co sprzyja nowym odkryciom i raduje podniebienie. Warto spróbować czegoś nietypowego, jak choćby rabo encendido – pokrojonych ogonów wołowych, duszonych w smacznym, nieco pikantnym sosie. W końcu jak powiedział znany amerykański podróżnik i smakosz Andrew Zimmern (prowadzący pogramy z telewizyjnej serii Bizarre Foods), który uwielbia czerpać przyjemność z oryginalnego jedzenia, jeśli coś wygląda dobrze, zjedz to!. Tutaj wszystko wygląda dobrze, a portfel nie zadrży przy rachunku.

„La Cafetera Colonial”, znana bardziej jako „La Cafetera”, stanowi ikonę obszaru Zona Colonial. Ta kultowa, ponad 85-letnia kawiarnia w sercu kolonialnego Santo Domingo sprawia wrażenie, jakby stała w nim od zawsze, a cała reszta wiekowych murów jest jedynie imponującą dobudówką wokół niej. To kulturalna oś historycznej dzielnicy, azyl intelektualistów, komentatorów politycznych, rozmaitych artystów, ekscentryków i turystów. Wewnątrz przeszłość scala się z teraźniejszością, a człowiek przyjezdny z tutejszym. Wchodząc tu, od razu czujemy dotyk historii, sięgającej pamiętnego 1930 r., kiedy władzę w kraju przejął Rafael Leónidas Trujillo (w praktyce utrzymał ją przez 31 lat, aż zginął w zamachu, choć urząd prezydenta sprawował w sumie jedynie lat 18) i huragan San Zenón zdewastował doszczętnie dominikańską stolicę. Wtedy też narodziła się „La Cafetera”, oczywiście, z miłości do kawy. Założył ją hiszpański imigrant Benito Paliza. Lokal łączył w sobie cechy europejskiej kawiarni i bistra, gdzie można wpaść na dobrą kawę albo piwo i przekąsić coś, dyskutując o palących sprawach polityczno-społecznych. Miejsce służyło zarówno cyganerii czy twórcom, jak i ludziom biznesu. W czasie dyktatury konspirowali tutaj przeciwnicy Trujilla. W „La Cafeterze” wciąż czuć przyciągającą atmosferę nostalgii. Gdzieniegdzie panuje półmrok i chłód, nawiewany wiatrakami łopoczącymi na suficie. Kunsztowny szyld, jakby żywcem wyjęty z innej epoki, przylgnął do ściany nad wejściem niczym wielki, brązowy gekon. W środku znajduje się wąskie przejście, wysokie sklepienie, a na tyłach – kameralna wnęka z kilkoma stolikami. Centrum stanowi masywny i długi kontuar z rzędem taboretów oraz niezawodna maszyneria do parzenia wybornej café dominicano. Repertuar trunków i przekąsek jest skromny, lecz sprawdzony, od lat ten sam: kawa, wedle gustu, świeże soki owocowe, grillowane kanapki na każdy apetyt i trochę wypieków, w tym przepyszne ciasto biszkoptowe. Rządzi, oczywiście, kawa oceniana przez stałych bywalców jako najlepsza na świecie. Niewiele w tym przesady.

Całkiem zrozumiałe są również zachwyty spektakularnym widokiem na zatokę Rincón, jaki rozciąga się ze szczytu malowniczego klifu, gdzie powstała restauracja „El Cabito”. Do tego miejsca, oddalonego o ok. 3 km od centrum Las Galeras, można dojść piechotą ścieżką prowadzącą pośród bujnych plantacji bananowców lub podjechać motoconcho. Lokal prowadzi przeuroczy, troszczący się o gości Hiszpan z Majorki – Tomeu. Przygotowuje rewelacyjną paellę z owocami morza, również dla większej grupy. Czekanie uprzyjemnia dobrze schłodzone, hiszpańskie białe wino. Potem na stół wjeżdża ogromna paellera wypełniona po brzegi szafranowym ryżem, krewetkami i małżami (w tym „scyzorykami” – navajas, czyli okładniczkami, nożeńcami). Niegdyś kręcono tu fragment jednego z odcinków popularnej serii podróżniczo-kulinarnej Bez rezerwacji z nieodżałowanym Anthonym Bourdainem (tragicznie zmarłym na początku czerwca 2018 r.). W „El Cabito” warto zgrzeszyć nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu, choć tanio nie będzie. Zazwyczaj restauracja nadaje się najlepiej na kulinarną rozpustę wieńczącą pobyt na przepięknym półwyspie Samaná.

Za to miejscem, które nie wyróżnia się niczym specjalnym, jest „Comedor Rossy” przy głównej ulicy w Las Galeras. Mamy tutaj wiatę, pod nią kilka stołów nakrytych bordowymi obrusami, plastikowe krzesła, żwirek zamiast litej posadzki, naturalną klimatyzację i tablicę z nazwami kilku dań. Jeden z gości oblizuje palce po brunatnym sosie z duszonego kurczaka, drugi miesza fasolę z ryżem na talerzu i pałaszuje radośnie, inny uruchamia motocykl, trzymając w dłoni styropianowe pudełka z obiadem na wynos. To w zasadzie typowa dominikańska jadłodajnia jak setki innych w kraju. Żadnych fajerwerków. I właśnie to jest jej siłą, ta zwyczajna niezwyczajność. Można przemknąć obok, nie zauważyć jej i… stracić szansę na to, że stanie się naszą ulubioną miejscówką. Właścicielka „Comedor Rossy” z ekipą gwarantują domową atmosferę i dobre jedzenie. Najlepsze są świeże ryby a la plancha, czyli grillowane na beczkowym grillu tuż przed podaniem: soczyste, aromatyczne, pełne smaku, serwowane z dodatkami – ryżem, smażonymi bananami i fasolką w sosie (która smakuje wszędzie w Dominikanie tak samo, jakby istniała jakaś jedyna, uniwersalna receptura!). Obok talerza pojawia się oczywiście lodowate piwo Presidente albo orzeźwiający sok naturalny z różnych dostępnych owoców (ananasa, papai, guawy, limonki). „Comedor Rossy” potrafi człowieka nakarmić i sprawić, aby tu wrócił.

Z kolei w Río San Juan za kultowy punkt na mapie kulinarnej uchodzi licząca sobie ponad ćwierć wieku „La Casona”. Jej właściciel, Freddy Casona, jest w miasteczku postacią znaną i szanowaną. Wraz z żoną Carmen prowadzą lokal, w którym serwują najlepsze empanadas (smażone przekąski w kształcie nieco większych pierogów) w zasięgu wielu kilometrów. Już podczas pierwszej wizyty rozpoznaje się w nim galaktyki smaków dzięki przebogatemu wyborowi różnego rodzaju nadzienia: ryba, kalmar, langusta, krab, kurczak, wieprzowina, wołowina, ser, warzywa oraz wyśmienite połączenia tychże farszów. Do tego można zamówić świeże soki. Jest tak pysznie, że człowiek zje tutaj dwie empanadas na śniadanie i wróci na obiad, choćby po to, aby skosztować potrawki z krabów. Następnego dnia rytuał powtórzy. Oto magia tego miejsca.

Zresztą ten czar, ta różnorodność i wszelaka obfitość znakomicie określają Dominikanę, definiują jej charakter i przyciągają przybysza, który ani ciałem, ani duchem nie może się od niej uwolnić, czego sam jestem najlepszym przykładem. Pragnę tu wracać, do tych dominikańskich rozmaitości, po kolejne porcje zauroczeń…

 

Wydanie jesień-zima 2018