Ionia_islands_Corfu_Old_town_photo_M_Mitzithropoulos.jpg

Często odwiedzane przez celebrytów urocze Fiskardo na Kefalinii

©GREEK NATIONAL TOURISM ORGANISATION/M. MITZITHROPOULOS


Pięć odsłon Wysp Jońskich

Agnieszka Zawistowska


Piękne plaże otoczone turkusową wodą, doskonałe lokalne potrawy i niezliczone legendy rozbudzające wyobraźnię – to wszystko oferują urokliwe Wyspy Jońskie. Jednak na tym archipelagu położonym na Morzu Jońskim na zachód od wybrzeży Półwyspu Bałkańskiego (w tym Peloponezu) czeka nas znacznie więcej atrakcji. Aby się o tym przekonać, wystarczy zaledwie parę godzin lotu z Polski.

Ithaca_photo_A_Nikolopoulos.jpg

Wyprawa kajakami u brzegów Itaki

©GREEK NATIONAL TOURISM ORGANISATION/A. NIKOLOPOULOS


Do Wysp Jońskich zalicza się większe Kefalinię (Kefalonię), Korfu (Kerkyrę), Zakintos (Zakynthos), Lefkadę (Leukadę, Lefkas), Itakę i Paksos (Paxi), a także mniejsze Antipaksos, Kalamos, Kastos czy Meganisi. Historycznie uznaje się za ich część również Kithirę, leżącą na południe od Półwyspu Peloponeskiego. Od 1864 r. region ten, objęty wcześniej protektoratem Wielkiej Brytanii, należy do Grecji.

Gdy w teatrze unosi się kurtyna, naszym oczom ukazuje się nowa scenografia. Stosując ten zabieg, chciałabym przedstawić Wam, drodzy Czytelnicy All Inclusive, pięć wysp archipelagu – każdą w innej odsłonie, bo wszystkie prezentują odmienny zestaw dekoracji, na który składają się cudowne krajobrazy, ślady historii, mitologiczne opowieści i gościnni Grecy. Kurtyna w górę!

Fiskardo5.jpg

Często odwiedzane przez celebrytów urocze Fiskardo na Kefalinii

©REGION OF IONIAN ISLANDS - REGIONAL UNIT OF KEFALONIA



Korfu

Homer umiejscowił na Korfu jeden z najpiękniejszych epizodów Odysei, a grecki poeta z III w. p.n.e. Apollonios z Rodos wspomniał w swoim eposie Argonautica, że to na niej Argonauci znaleźli schronienie przed kolchidzką flotą. Ten skrawek lądu upodobali sobie także cesarzowa Austrii i królowa Węgier Elżbieta Bawarska, zwana Sissi (1837–1898), która poleciła wybudować tu Pałac Achilleion (stanowiący jej letnią rezydencję), poeta angielski George Byron (1788–1824) oraz twórcy przygód filmowego Jamesa Bonda, agenta brytyjskiego wywiadu.

Miejscowi nazywają ją Kerkyra (Kerkira) od imienia greckiej nimfy Korkyry, porwanej przez Posejdona. Jednak toponim wywodzi się od słowa „Koryfo” oznaczającego „Dwa Wzgórza”, bo taki krajobraz ujrzeli pierwsi osadnicy. Obecnie wyspę zamieszkuje na stałe ok. 110 tys. osób, z czego ponad jedna trzecia żyje w leżącej pośrodku wschodniego wybrzeża stolicy całego regionu, tj. Korfu. Jednym z centralnych punktów miasta jest deptak Liston. W tutejszych restauracjach i barach gromadzą się zarówno turyści, jak i mieszkańcy. Zastawione kawiarnianymi stolikami arkady nie zawsze były dostępne dla wszystkich. W czasie okupacji weneckiej mogli pod nimi spacerować jedynie arystokraci znajdujący się na liście uprawnionych, stąd nazwa miejsca – wyjaśnia Anna Witkowska, przewodniczka i malarka mieszkająca na Korfu od 30 lat.

Stąd udajemy się do Kanoni – słynnego punktu widokowego nieopodal stolicy, z którego rozciąga się malownicza panorama z białym Klasztorem Vlacherna oraz Wyspą Mysią (Pontikonissi). Z niego już blisko do Mon Repos, willi zbudowanej w latach 1828–1831 dla Fredericka Adama (1781–1853), brytyjskiego generała pełniącego tu funkcję lorda wysokiego komisarza. Posiadłość stanowi popularny cel spacerów ze względu na otaczający ją park z bujną roślinnością. Na całej Korfu zresztą jej nie brakuje. Z tego powodu zyskała sobie miano „Zielonej Wyspy”.

Okolica stolicy regionu Wyspy Jońskie słynie również z pięknych plaż. Na wschodnim wybrzeżu na pewno warto wybrać się do Barbati, Ipsos, Agios Stefanos, a także Kouloury czy Kalami. Zachodni brzeg też ma wiele do zaoferowania, m.in. kameralną miejscowość Paleokastritsa. To właśnie w tej okolicy sztorm wyrzucił na ląd Odysa. Znalazła go królewna Nauzykaa i zaprowadziła do swojego ojca – władcy Feaków. Ten pomógł tułaczowi powrócić na Itakę. Niedaleko plaży wnoszą się góra, wewnątrz której kręcono zdjęcia do jednego z filmów o Jamesie Bondzie Tylko dla twoich oczu (1981), oraz skała, uchodząca za statek Ulissesa przemieniony przez Posejdona w kamień. Wspaniały widok na zatoczkę w kształcie serca można podziwiać z Lakones – wioski położonej raptem kilometr od Paleokastritsy.

Również w północno-zachodniej części wyspy znajduje się miejscowość Arillas znana z licznych centrów holistycznych i mikrobrowaru Corfu Beer. Tutejsze piwo, niepasteryzowane i bogate w witaminy, jest po prostu doskonałe. Zależało nam na stworzeniu unikalnego produktu, a nie dotarciu do masowego klienta – tłumaczy Claudio Mouzakitis, jeden z założycieli firmy. Zakład polecam odwiedzić na początku października, kiedy odbywa się pięciodniowy festiwal tego złocistego trunku (wstęp bez opłat). W tym roku Corfu Beer współorganizuje go wraz z włoskimi browarnikami, więc na pewno atmosfera będzie gorąca!

Na Korfu warto wybrać się także na wycieczkę w góry, wśród których leży najstarsza osada na wyspie. Palaia Peritheia (na mapach widniejąca często jako Stara Perithia) to opuszczona wioska z XIII w. usytuowana na wzniesieniu Pantokrator (906 m n.p.m.). Do lat 50. XX w. zamieszkiwało ją ok. 900 ludzi, obecnie zostały tylko 3 osoby. 130 domów popadło w ruinę, zachowało się natomiast 8 świątyń zbudowanych w stylu bizantyjskim. Zresztą to właśnie od nich pochodzi nazwa miejscowości, bo peritheia oznacza „wokół kościołów”. Żeby się tu dostać, trzeba pokonać drogę pełną serpentyn, ale atmosfera i historia osady oraz pastitsiada (lokalna potrawa z makaronu z sosem pomidorowym i mięsem koguta) podawana u Nikosa w Ognistra Taverna wynagradzają każdy trud.

Nie sposób zwiedzić Korfu w tydzień, lecz jeśli zdołacie wygospodarować jeden dzień, udajcie się w rejs statkiem (m.in. Britannia Cruises) na wysepki Paksos i Antipaksos. Podczas takiej całodniowej wycieczki zobaczymy błękitne groty i rajskie plaże. Do jednej z jaskiń (na Antipaksos) dostaniemy się tylko od strony wody. Ostatni przystanek na trasie stanowi portowe miasteczko Gaios na niewielkiej Paksos – najmniejszej z głównych Wysp Jońskich. Według mitologii została ona stworzona przez boga morza Posejdona, który w jej grotach uwił miłosne gniazdko dla siebie i swojej żony Amfitryty.

Lefkada

Znacznie spokojniejsza od Korfu jest Lefkada (Leukada, Lefkas), połączona z lądem mostem. Cieszy się ona dużą popularnością wśród mieszkańców kontynentu, którzy szukają na niej schronienia przed codziennym zgiełkiem i pośpiechem. Nic w tym dziwnego, bo ta część archipelagu ma w sobie jakąś magię. Złociste plaże i lazurowe laguny urzekły mnie, gdy tylko je zobaczyłam. Przywodziły mi na myśl te widziane w Tajlandii czy Indonezji. Dlatego też Lefkadę zwie się „Białą Wyspą”. Wystarczy udać się na wyprawę wzdłuż zachodniego wybrzeża na południe od jej stolicy – Lefkady (Lefkas), żeby co kilkanaście kilometrów od nowa popadać w zachwyt.

Agiofylli_LK0577.jpg

Biała plaża Agiofili koło miejscowości Vassiliki na Lefkadzie 

©REGION OF IONIAN ISLANDS - REGIONAL UNIT OF LEFKADA



Pierwsza plaża na trasie – dziewicza Pefkoulia – uchodzi za jedną z najpiękniejszych, ale zdecydowanie więcej uroku posiada ta przy Agios Nikitas, cudnej wiosce z tradycyjną architekturą. Mieszkańcy wyspy najchętniej wypoczywają na Kathismie, która w sezonie bywa dość tłoczna. Jednak wizytówkami Lefkady są dwa inne miejsca: Egremni i Porto Katsiki. Ta ostatnia plaża, okolona wysokimi klifami, co roku znajduje się w czołówce najurodziwszych w Europie. Żeby się do niej dostać, trzeba pokonać 80-stopniowe schody. Odwiedzenie Egremni stanowi już większe wyzwanie – należy zejść aż po 347 stopniach. Amatorzy aktywnego wypoczynku, a szczególnie windsurfingu, powinni udać się do położonej w pobliżu malowniczej rybackiej miejscowości Vassiliki (Vasiliki), otoczonej zatoką z długim piaszczystym brzegiem. Tutaj można samodzielnie lub pod okiem instruktora zaszaleć na desce. Obok sportów wodnych Lefkada oferuje wiele szlaków dla miłośników biegania, wycieczek rowerowych czy trekkingu. Na pewno warto odwiedzić wodospady Dimossari (Dimosari) nieopodal miasteczka Nydri na wschodnim wybrzeżu. Przeprawa przez wypełniony bujną roślinnością kanion będzie dużą atrakcją. Po niej polecam zrelaksować się wśród kaskad i zażyć odświeżającej kąpieli w przejrzystych wodach. Kolejnym popularnym miejscem spacerów jest także okolica osady Kaligoni, w której niegdyś znajdowały się solniska. Pracujące tu kobiety nosiły na głowie kosze z solą potrafiące ważyć nawet 40 kg!

Lefkada słynie również ze swojej wyśmienitej kuchni. Koniecznie trzeba spróbować tutejszych specjałów: raginady – chleba skropionego oliwą, na którym kładzie się małe rybki gavros, trzymane wcześniej przez 3 dni w marynacie z solą i octem, taramy (taramasalaty) – pasty z ikry, oraz ladopity – ciastka wyrabianego z oliwy z oliwek i syropu z winogron, z posypką z migdałów i sezamu. Wszystkie smakują przepysznie!

Kefalinia

Gdy przejeżdżamy przez kolejny region Kefalinii (Kefalonii), moja przewodniczka Vavet wzdycha: Uwielbiam moją wyspę właśnie dlatego, że w każdej chwili mogę zmienić scenerię. Rzeczywiście, jest ona bardzo zróżnicowana, choć jednocześnie niezmiernie urokliwa. Południe w znacznym stopniu różni się od północy nie tylko krajobrazem, ale i zabudową – to wynik trzęsienia ziemi, które nawiedziło ten ląd (i inne południowe Wyspy Jońskie) w sierpniu 1953 r. Po południowej stronie znajdziemy najwyższą górę archipelagu – Ainos – mierzącą 1628 m n.p.m. Jej okolica stanowi od 1962 r. park narodowy (ze względu na występowanie wielu endemicznych gatunków roślin i zwierząt). Początkowo wąska i kręta droga na szczyt w granicach obszaru chronionego zmienia się w dobrej jakości szlak, dlatego nie należy się zrażać. Warto zostawić samochód i udać się na spacer. Podczas wędrówki natrafimy na punkty widokowe, z których rozpościera się panorama Kefalinii i sąsiadujących z nią wysp.

Kierując się w stronę Sami – jednego z miasteczek portowych, natkniemy się na Donkey Trekking Kefalonia w wiosce Grizata. Dla dzieciaków to frajda, bo mogą pojeździć na osiołkach, a dla dorosłych świetna okazja, aby w trakcie trekkingu podziwiać wspaniałe krajobrazy – przekonuje Katharina Fehring, założycielka farmy osłów. To jednak nie jedyna atrakcja leżąca w okolicy. Kilkanaście kilometrów dalej znajdują się grota Dragorati, słynąca z ponadtysiącletnich stalaktytów i stalagmitów oraz doskonałej akustyki (niegdyś odbywały się w niej koncerty), a także jaskinia Melissani, nazywana Jaskinią Nimf. To określenie pochodzi z mitologii i od odkrytych tu figurek nimf oraz przedmiotów nawiązujących do kultu boga Pana, pochodzących z IV i III w. p.n.e.

W północno-zachodniej części Kefalinii, w regionie Pylaros, odkryjemy prawdziwy cud natury, czyli plażę Mirtos (Myrtos) uważaną za jedną z najpiękniejszych w basenie Morza Śródziemnego. Otoczona strzelistymi klifami zachwyca turkusowymi wodami i białym piaskiem. Należy do najczęściej fotografowanych miejsc na wyspie. Amatorzy kąpieli słonecznych powinni też odwiedzić zatokę Katelios z plażą Kaminia (znaną także jako Mounda), gdzie pojawiają się żółwie karetta (Caretta caretta), oraz plażę Xi, położoną nieopodal miasteczka Lixouri na zachodzie lądu. Ta ostatnia słynie z czerwonego piasku korzystnie wpływającego na stan skóry.

Znana z hollywoodzkiego filmu Kapitan Corelli (2001) wyspa szczyci się również swoimi winami. Jednych z najlepszych tego rodzaju trunków miałam okazję spróbować w Gentilini Winery & Vineyards w wiosce Minia nieopodal Argostoli (Argostolionu) – 10-tysięcznej stolicy Kefalinii. Winnica wytwarza 6 głównych gatunków, w tym flagową białą Robolę, ale i eksperymentuje, tworząc odmiany sezonowe. Za uprawę winorośli na plantacji odpowiada Giorgos Koukouvinos, prawdziwy pasjonat, który nie tylko opowie nam o samym procesie produkcji szlachetnych trunków, ale i udzieli wskazówek, jak je serwować.

Wycieczkę po Kefalinii warto zakończyć w jej północnym rejonie, gdzie znajduje się niezmiernie urokliwe Fiskardo, choć ze względu na przebudowę drogi dojazd jest utrudniony. Ta portowa osada przyciąga nie tylko rzesze turystów przypływających do niej każdego dnia statkami wycieczkowymi, ale i celebrytów, którzy na kilka chwil opuszczają swoje jachty, żeby wstąpić do jednej z tutejszych restauracji na lunch.

Itaka


Jeżeli na Itace zawołamy Kapitanie, mój kapitanie!, możemy mieć niemal stuprocentową pewność, że któryś z będących w pobliżu mężczyzn zareaguje na nasz okrzyk. To dlatego, że wyspę zamieszkuje rekordowa jak na Grecję liczba osób pełniących tę funkcję. Mityczna ojczyzna Odyseusza przyciąga co roku wielu żeglarzy. Aby móc jednak zawinąć do jednego z jej portów, należy zarezerwować miejsce z wyprzedzeniem.

Tutejsze krajobrazy przypominają scenerię z bajki. Przemierzając niezmiernie zieloną i malowniczą Itakę, będziemy podziwiać spektakularne widoki. Czekają one na nas szczególnie podczas przejażdżki nowo wybudowaną drogą z wioski Stavros do Anogi, uważanej za najstarszą i najwyżej położoną osadę na wyspie (w miejscowym XII-wiecznym kościele obejrzymy świetnie zachowane bizantyjskie freski), i dalej trasą w kierunku Klasztoru Katharon. Tylko nie zapomnijcie zabrać aparatów!

Nieopodal urzekającej zatoki Afales na północy leży mała miejscowość Kalamos z kamienną studnią często utożsamianą z homerowskim źródłem Melanydros. Według legendy każdy, kto napije się z niego wody, powróci kiedyś na Itakę. Ja nie wahałam się ani chwili. Także w tym rejonie rozciąga się najpopularniejsza itacka plaża Filiatro, jednak większą atrakcję stanowią dzikie odcinki wybrzeża, na które można dostać się tylko łódką. Te zacumujemy m.in. w Vathi – stolicy wyspy – lub w Kioni. W tej drugiej miejscowości warto zatrzymać się z kilku powodów. Po pierwsze, wioska słynie z pięknej architektury, po drugie, otaczają ją cudne plaże, a po trzecie, zjecie tutaj wyśmienitą musakę w tawernie Mills.

Skoro już o kuchni mowa, trzeba wspomnieć też o charakterystycznej dla Itaki potrawie o nazwie tserepa. Przygotowuje się ją w glinianym garnku i piecze w piecu opalanym drewnem. Podstawą dania jest kurczak (ale można użyć również mięsa z kozy lub królika), do którego dodaje się ziemniaki, pomidory, paprykę, czosnek i przyprawy. Ten specjał serwuje niemal każda tawerna czy restauracja na wyspie, jednak miejscowi twierdzą, że prawdziwą tserepę potrafią zrobić tylko nieliczne itackie kobiety. Spróbujemy jej np. we wsi Perahori w regionie Marathias. Tę wyjątkowo tradycyjną osadę zamieszkuje ok. 1 tys. osób, głównie rolników.

Na koniec warto dodać, że miejscowości na Itace mają swoje festyny, organizowane w dzień imienin świętego, który im patronuje. Najwięcej takich uroczystości przypada na lipiec i sierpień. Główny festiwal odbywa się zawsze co roku w okolicach 10 sierpnia. Wtedy na placach w itackich miasteczkach kobiety sprzedają lokalne produkty i swoje specjały.

Zakintos

Wizytę w winnicach, darmową pieszą wycieczkę typu city tour, zajęcia jogi na plaży o poranku, szaloną zabawę do białego rana w Laganas, a nawet organizację ślubu – to wszystko oferuje Zakintos (Zakynthos). Wyspa znana jest przede wszystkim z najsłynniejszej greckiej zatoki Navagio, zwanej także Zatoką Wraku (u jej brzegu spoczywa od 1980 r. statek przemytniczy Panagiotis), która wcina się w jej północno-zachodni brzeg. Można się tu dostać łodzią lub obejrzeć ten popularny zakątek z lotu ptaka. Druga propozycja wydaje się ciekawsza, bo po drodze zobaczymy też urokliwe zatoki Porto Roxa, Porto Limnionas oraz Porto Vromi. Koniecznie trzeba również zajrzeć do siedliska żółwi karetta. Jeżeli zechcecie ujrzeć te zwierzęta na własne oczy, popłyńcie w rejs na wysepkę Marathonisi w zatoce Laganas, stanowiącej od 1999 r. Morski Park Narodowy Zakintos. Mieszka w nim ok. 80 proc. ich lokalnej populacji. Widok tych stworzeń to niezapomniane przeżycie.

Amatorzy wodnego szaleństwa powinni wybrać się na wschodni przylądek Vassilikos (Vasilikos). W pobliżu plaży St. Nicholas czeka ich jazda na skuterze wodnym, nurkowanie, parasailing i wiele innych atrakcji. Największą zaletą tego zakątka są spokojne wody i przystępne ceny. To świetna okolica na wypad z dziećmi.

Mam także propozycję dla romantyków. Na południowym krańcu wyspy znajduje się mała, urokliwa wioska Keri, otoczona drzewkami oliwnymi. Miejsce jest o tyle niezwykłe, że można z niego podziwiać jedne z najpiękniejszych zachodów słońca w Grecji. Za inny wspaniały punkt widokowy uchodzi wzgórze Bochali (Bohali) wznoszące się nad tutejszą stolicą – Zakintos (Zakynthos). Rozpościera się z niego piękna panorama miasta. Robi ona duże wrażenie szczególnie po zapadnięciu zmroku, gdy zapalają się wszystkie światła. Polecam przyjść tutaj na kolację do tawerny To Spiti Tou Lata, prowadzonej przez Anastasiosa Tapinisa, i skosztować ragoût z koguta czy stifado z królikiem. Doskonałe jedzenie serwuje również knajpka To Kantouni należąca do Sakisa, którego matka na pewno nie pozwoli nam wyjść głodnymi (sama się o tym przekonałam). Stolik najlepiej w niej jednak zarezerwować z wyprzedzeniem, bo lokal posiada niewielkie rozmiary, a chętnych na przepyszne dania z jego kuchni nie brakuje.

Świetnych regionalnych produktów spróbujemy też w górskiej wiosce Kiliomeno, w której mieści się sklepik Melissiotisses. Kupimy w nim m.in. chleb, przyprawy, a także dżemy czy likiery w wielu, czasem zaskakujących smakach. Skoro już mowa o napojach wyskokowych, miłośnicy wina koniecznie powinni udać się do prowadzonej od trzech pokoleń winnicy Grampsas w miejscowości Lagopodo położonej pośrodku wyspy, nieopodal żeńskiego Klasztoru Panagia Eleftherotria. Na pewno nie pożałują oni tej wyprawy, bo tutejsze szlachetne trunki – podawane wraz z lokalnymi serami – są naprawdę rewelacyjne!

Artykuły wybrane losowo

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

Etiopia – Tybet Czarnego Lądu

ANNA KRYPA
WWW.COMEANN.COM

 

<< Etiopia hipnotyzuje intensywnym aromatem kawy, zachwyca bogactwem i różnorodnością zabytków, wspaniałą kulturą i zapierającymi dech w piersiach dziewiczymi krajobrazami. To najbardziej górzysty kraj Afryki, a swoim niesamowitym urokiem przyciąga miłośników trekkingu z całego świata, którym oferuje niezliczoną liczbę tras i szlaków. Nigdy niedotknięty kolonizacją jest także, obok Japonii i Iranu, jednym z najstarszych państw na ziemi. >>

Więcej…

Beneluks – prekursor Unii Europejskiej

PAWEŁ PAKIEŁA

 

Belgia kojarzy się nam przede wszystkim z centrum Unii Europejskiej. Podróż po tym zróżnicowanym etnicznie, językowo i kulturalnie kraju turyści często zaczynają od jego stolicy – Brukseli, stanowiącej jeden z trzech regionów państwa według podziału dokonanego w 1963 r. Na południe od niej rozciąga się francuskojęzyczna Walonia, z mnóstwem wartych zobaczenia miejsc, takich jak Durbuy, Tournai, Namur, Dinant, Bastogne, Liège czy Mons. Przemieszczając się z belgijskiej metropolii na północ, znajdziemy się w niderlandzkiej strefie językowej, Regionie Flamandzkim, gdzie do miejsc najczęściej odwiedzanych należą Brugia i Antwerpia. Historyczna kraina Flandria rozciąga się też dalej na zachód wzdłuż wybrzeża Morza Północnego i wchodzi m.in. w skład kolejnego z państw Beneluksu – Holandii. Zwiedzając ten kraj, oprócz słynnych atrakcji Rotterdamu, Hagi czy Amsterdamu, nie wolno zapomnieć o farmach serowarskich. Kończąc naszą podróż w Wielkim Księstwie Luksemburga, powinniśmy w naszych planach uwzględnić jego stolicę – miasto Luksemburg, malowniczą miejscowość Vianden czy dolinę rzeki Mozeli oraz zielone Ardeny.  

Więcej…