KAZIMIERZ POPŁAWSKI
www.eesti.pl

<< Chociaż małą Estonię można przemierzyć z zachodu na wschód i z północy na południe w ciągu kilku godzin, nie warto się spieszyć. Lato również długo zbiera się do wizyty w tym kraju. Kiedy już tutaj zajrzy, oferuje podróżnikom to, co najlepsze – słoneczną pogodę, ciepłe morze i białe noce. >>

24 czerwca, gdy dzień staje się najdłuższy w roku, a noc kurczy się do zaledwie paru godzin, Estończycy obchodzą swoje największe święto – Jaanipäev (Dzień św. Jana). Chowają się wtedy w swoich domkach letniskowych, wyjeżdżają na wyspy i nad jeziora. Wieczorami rozpalają ogniska i bujają się na wielkich trapezowych huśtawkach. Czas sprzyja świętowaniu, bo po zimie i nie zawsze ciepłej wiośnie nadchodzi początek sezonu letniego. To także najodpowiedniejszy okres, aby zawitać do Estonii.
Wyjazd do tego nadbałtyckiego kraju w okolicy Dnia św. Jana jest dobrym pomysłem, ale należy pamiętać o zwiększonym wtedy lokalnym ruchu turystycznym. Jeśli planujemy odwiedzić jedną z malowniczych estońskich wysp, powinniśmy wcześniej zarezerwować nocleg czy bilety na prom, żeby nasze wakacje nie przerodziły się w małą szkołę przetrwania.

 

OD WYSPY DO WYSPY
W Estonii już 23 czerwca (Dzień Zwycięstwa – Võidupüha, też wolny od pracy) największe miasta położone na stałym lądzie pustoszeją, a tłoczno robi się w ośrodkach letniskowych na Saremie (est. Saaremaa) czy Hiumie (est. Hiiumaa). Także Parnawa (Pärnu), estońska letnia stolica, przeżywa istne oblężenie przez turystów.
     Wysp w tym kraju mamy pod dostatkiem, bo doliczono się ich aż ponad 1,5 tys. W większości nie posiadają zbyt dużej powierzchni i tylko kilka jest zamieszkanych. Największa z nich to Sarema (2673 km²) – na niej również czeka na przybyszów najwięcej atrakcji. Zwiedzanie należy jednak rozpocząć od Muhu (198 km²), ponieważ prom przybija do jej brzegów do portu w Kuivastu, skąd dalej prowadzi droga zbudowana na kilkukilometrowej grobli. Blisko tej trasy, w zachodniej części wyspy, znajduje się niewielka wieś Koguva. Osada niewiele zmieniła się w ciągu wieków – zamiast płotów są w niej omszałe kamienie, za którymi stoją chaty kryte strzechą i rosną wysokie drzewa. To, co przypomina nam, że nadal jesteśmy w XXI, a nie XVI w., to duże nowoczesne samochody zaparkowane na posesjach i dostęp do internetu.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/LEMBIT MICHELSON

Największa estońska wyspa Sarema ma aż 1300-kilometrowe wybrzeże


     W drodze do Kuressaare, 13-tysięcznej stolicy Saremy, trzeba zatrzymać się koniecznie w dwóch małych miejscowościach. W wiosce Angla można zobaczyć zabytkowe wiatraki, które stanowią symbol wyspy. Kiedyś były one elementem miejscowego krajobrazu, dziś kilka ocalałych ustawiono w tej okolicy. Dużo łatwiej dostrzec je na pochodzących stąd produktach wszelkiego rodzaju: piwie, wódce, mleku, maśle, chlebie i innych.
     Estonia szczyci się największą na świecie liczbą kraterów po uderzeniach meteorytów na 1 km². We wsi Kaali powstało ich aż 9, a największy, liczący 110 m średnicy, wypełnia woda jeziora Kaali (Kaalijärv).
     W Kuressaare znajduje się najlepiej zachowany zamek średniowieczny w tej części Europy. Dojedziemy do niego przez miasteczko, którego najstarsze zabudowania tworzą pierzeje ulicy Lossi, a więc Zamkowej. Mury budowli pamiętające XIV w. mieszczą obecnie Muzeum Saremy, prezentujące historię oraz przyrodę tego regionu. Dalej za twierdzą rozciąga się niewielka plaża.
     Za ogromną tutejszą atrakcję uchodzi Park Narodowy Vilsandi, obejmujący zachodnie brzegi, przybrzeżne wysepki oraz morze. Słynie on z populacji fok szarych. Na malutkiej, niezamieszkałej Innarahu przychodzą na świat ich młode.
     Z Saremy dotrzemy na Hiumę promem kursującym między Triigi i Sõru. Jest ona drugą co do wielkości wyspą Estonii (989 km² powierzchni), a jednocześnie także najbardziej zalesionym i najmniej ludnym rejonem kraju. Jej najwyższy punkt stanowi półwysep Kõpu, gdzie stoi 36-metrowa latarnia morska z 1531 r. o kształcie przypominającym kobietę ubraną w rozłożystą suknię i z czerwonym nakryciem głowy.
     Największe miasto na Hiumie to Kärdla, która liczy zaledwie 3 tys. mieszkańców. Życie płynie w niej wolno wśród zielonych terenów i „bębnów”, czyli mostków przerzuconych nad strumieniami. Na samym początku sierpnia odbywa się tutaj popularny festiwal kawiarniany – Kärdla kohvikutepäev. Podczas niego mieszkańcy często zapraszają gości do swoich ogrodów. Jego najbliższa edycja będzie miała miejsce w dniach od 31 lipca do 2 sierpnia 2015 r.

 

ŚPIEWAJĄCE PIASKI I POSOWIECKIE PAMIĄTKI
Prom łączący Hiumę ze stałym lądem cumuje w pobliżu Haapsalu. Ta miejscowość należy do najstarszych w kraju (otrzymała prawa miejskie w 1279 r.), o czym świadczy średniowieczny zamek. Jak przystało na tego rodzaju zabytek, wiąże się z nim legenda. Nawiedza go podobno Biała Dama – duch kochanki jednego z kanoników, która za karę za zabroniony związek miała zostać zamurowana w fortecy.
     Haapsalu było niegdyś stolicą estońskich Szwedów. Swoje dzieciństwo spędziła tu Ilon Wikland (ur. w 1930 r.), autorka rysunków do książek Astrid Lindgren (1907–2002), m.in. popularnej powieści Dzieci z Bullerbyn. Artystkę musiały zainspirować niewielkie kolorowe, drewniane domki stojące przy cichych ulicach miasteczka. Prawdziwą przyjemnością dla najmłodszych podróżników może być wizyta w galerii poświęconej Ilon Wikland, w której przyjrzą się magicznemu światu stworzonemu przez pisarkę i ilustratorkę.
     Na trasie z Haapsalu do Tallina warto zatrzymać się w dwóch miejscach. Kilka promieni słońca i orzeźwienie w morzu oferuje Laulasmaa. Ta spokojna, mało uczęszczana plaża znana jest ze swojej... muzykalności. Podczas szorowania stopami po piasku usłyszymy charakterystyczne dźwięki. Do atrakcji zalewu utworzonego w rejonie dawnego więzienia i kamieniołomów w Rummu zalicza się natomiast skoki do wody z więziennych okien, opalanie się na zboczach wyrobiska i spacery po wymytych deszczem wąwozach hałd. To rozrywka szczególnie godna polecenia miłośnikom klimatów postindustrialnych...

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/AIRE EDER

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/MAKSIM NIKIFOROV


     Niedaleko stąd znajduje się półwysep Pakri z miejscowością Paldiski, niegdyś bazą treningową radzieckich atomowych łodzi podwodnych. Dziś stanowi blokowisko z portem, ale wyróżnia ją położenie blisko bardzo malowniczych i wysokich na 25 m klifów. Widać z nich archipelag Pakri, na którym podziwiać można pozostałości po czasach sowieckich. W trakcie wędrówki po należących do niego dwóch wysepkach (Suur-Pakri i Väike-Pakri) trzeba przestrzegać zasad bezpieczeństwa – ze względu na niewybuchy i miny nie wolno schodzić z wyznaczonych ścieżek ani rozpalać ognia.

 

KOROWÓD TALLIŃSKICH BASZT
Tallińskie Stare Miasto to prawdziwa perła średniowiecznej architektury. Pastelowe kamienice wznoszą się przy ulicach brukowanych kamieniami (tzw. kocie łby). Całość otaczają mury, bramy i baszty, a panoramę urozmaicają strzeliste wieże kościołów. Jak przystało na tak wiekowy ośrodek, co krok napotkamy tu legendy go dotyczące. Opowieść o starcu z jeziora Ülemiste tłumaczy budowlaną gorączkę, historia o tajemniczym majstrze wyjaśnia, skąd wzięły się pieniądze na postawienie Kościoła św. Olafa – kiedyś najwyższego obiektu w Europie (159-metrowego), a podanie o bitwie u stóp wzgórza Toompea mówi, jak Duńczycy otrzymali w 1219 r. swoją flagę, czyli Dannebrog.
     Tallin przez wiele wieków, właściwie do końca XIX stulecia, składał się z dwu odrębnych części. Górne Miasto leży na kilkudziesięciometrowym wzniesieniu, które według estońskiej legendy jest grobem mitycznego króla o imieniu Kalev. Ze względu na dogodną lokalizację jeszcze przed oficjalnym założeniem ośrodka na początku XIII w. istniał tutaj gród Estów – przodków współczesnych Estończyków. Później urzędowała na tym obszarze szlachta i najważniejsi duchowni. Dolne Miasto, położone u podnóży wzgórza Toompea, było centrum kupiecko-rzemieślniczym.
     Choć dawny podział to już odległa historia, łatwo rozpoznać jego granice nie tylko po zachowanych bramach, ale również po charakterystycznych gmachach. W Zamku Toompea i Domu Stenbocka nawet współcześnie swoją siedzibę mają estoński parlament (Riigikogu) oraz rząd. W Dolnym Mieście warto zwrócić uwagę na Dom Wielkiej Gildii oraz Dom Bractwa Czarnogłowych. Pierwsza organizacja skupiała najważniejszych kupców miejskich, a druga – tych, którzy nie mogli przystąpić do tej pierwszej, m.in. obcokrajowców i nieżonatych. Na fasadzie drugiego z budynków wypatrzymy polskie akcenty – nad oknami wyrzeźbiono podobizny króla Zygmunta III Wazy i królowej Anny.
     Tallińskie Stare Miasto okala malowniczy korowód baszt. Ze względu na swoje kształty, wielkość czy funkcje, które pełniły, doczekały się one zabawnych nazw. Najbardziej okazałą ochrzczono Grubą Małgorzatą, najwyższą – Wysokim Hermanem, tę z niegdysiejszym więzieniem dla panien lekkich obyczajów – Basztą Dziewiczą. System miejskich obwarowań liczy obecnie prawie 2 km murów, 25 wież i kilka bram.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/KAUPO KALDA

Mury Starego Miasta w Tallinie


     Podczas zwiedzania Tallina należy poświęcić dzień lub dwa na wizytę w dzielnicach położonych wokół historycznego centrum, zwłaszcza tych nadmorskich. Ta jego część nosi ślady panowania Rosji i Związku Radzieckiego. Carskie imperium włączyło obszar Estonii w swoje granice po wielkiej wojnie północnej toczącej się w latach 1700–1721. Z tego okresu pochodzi przepiękny zespół pałacowo-parkowy Kadriorg (Kadrioru). W barokowej rezydencji mieści się dziś Muzeum Sztuki Kadriorg (Kadrioru Kunstimuuseum). Wokół parku powstała później dzielnica, która obecnie słynie z cennej architektury drewnianej. W tym rejonie koniecznie trzeba wstąpić do Muzeum Sztuki Kumu (Kumu Kunstimuuseum). Na północ stąd znajduje się z kolei najpopularniejsza miejska plaża – Pirita.
     Bliżej Starego Miasta wznoszą się budynki dawnego portu hydroplanów, w którym przed kilku laty otworzono oddział Estońskiego Muzeum Morskiego (Eesti Meremuusem) – Lennusadam. Jego gmach zachwyca konstrukcją i akustyką. W pobliskich byłych koszarach i więzieniu działa centrum kultury alternatywnej. Wspaniały widok na te dwa obiekty oraz letnie zachody słońca zapewnia Linnahall – niegdysiejsza miejska sala koncertowa, przypominająca betonową piramidę ze ściętym stożkiem.

 

JEDEN DZIEŃ W HELSINKACH
Zaledwie 80 km na północ od Tallina, po drugiej stronie Zatoki Fińskiej, leżą Helsinki. Obie stolice dzieli 3-godzinne połączenie promowe. Wyprawa do Finlandii będzie ciekawym jednodniowym urozmaiceniem podróży do Estonii. Miasto to historyczna mieszanka wpływów szwedzkich i rosyjskich.
     Najstarszą częścią Helsinek jest ocalała z pożaru XVII-wieczna dzielnica Kruununhaka, rozciągnięta między portem a neoklasycystyczną Katedrą przy placu Senackim – symbolem stolicy. Ogromna biała bryła świątyni dominuje w miejscowej panoramie. Wejścia do wspomnianego portu pilnuje twierdza Suomenlinna (Fińska Twierdza) albo po szwedzku Sveaborg (Szwedzka Twierdza). Założono ją na sześciu wyspach, a przeprawa promem do jej brzegów trwa zaledwie pół godziny.

 

W KRAINIE ZATOK
Po powrocie do Estonii najlepiej wyruszyć na wschód. W odległości mniejszej niż godzina drogi samochodem z Tallina (ok. 70 km) znajduje się prawdziwa perła przyrody kraju. Park Narodowy Lahemaa, duma Estończyków, to najstarszy tego rodzaju teren chroniony na całym obszarze poradzieckich krajów bałtyckich (utworzony w 1971 r.). Jego nazwa w tłumaczeniu na język polski oznacza „Krainę Zatok” i rzeczywiście w tym rejonie morze często wcina się w ląd, a półwyspy wychodzą daleko w Zatokę Fińską. Uwięziona woda Bałtyku nagrzewa się tu miejscami nawet do 25°C, co zachęca do kąpieli.
     Lahemaa to także malownicze mokradła – mozaika kęp traw i runa, karłowatych sosen oraz płytkich zbiorników i oczek wodnych, w których jak w lustrach przegląda się błękitne niebo i chmury nisko sunące nad horyzontem. Podczas wędrówki ścieżką przecinającą bagno Viru warto wejść na wieżę obserwacyjną oraz zażyć kąpieli w położonym na szlaku jeziorze. Idealnym momentem na taką wyprawę będzie wschód słońca, między godz. 4.00 i 5.00. Krajobraz spowija wtedy niemal mistyczna mgła.
     Skarbem parku są również poniemieckie majątki szlacheckie oraz wsie rybackie. Najpiękniejsze arystokratyczne rezydencje znajdziemy w Palmse, Sagadi i Vihuli. Duże wrażenie robi też klasycystyczny pałac Kolga, obecnie remontowany. Na wybrzeżu najlepiej odwiedzić urokliwe osady Altja oraz Käsmu, którą ze względu na bogate tradycje marynarskie zwie się „Wioską Kapitanów”.

 

ESTOŃSKA NIAGARA
Na obrzeżach Parku Narodowego Lahemaa odkryjemy natomiast najpotężniejszy w kraju naturalny wodospad Jägala. Woda spada tutaj z szerokiego progu, który osiąga 8 m wysokości. Nazywa się go estońską Niagarą. Od tej amerykańskiej różni się jednak pewnymi szczegółami: zdecydowanie mniejszymi wymiarami i faktem, że nie rozdziela go granica dwóch państw.
     Próg Jägali stanowi fragment klintu bałtyckiego – struktury geologiczno-morfologicznej, ciągnącej się od szwedzkiej wyspy Olandia aż po Sankt Petersburg w Rosji. W Estonii tworzy on klify Panga na Saremie, wspomniane wcześniej klify w okolicach Paldiski i północne wybrzeża. To za jego sprawą doliczymy się w tym kraju kilkudziesięciu wodospadów. Na północy zachwyca także 30,5-metrowy Valaste, który powstał w wyniku melioracji terenu.
     W regionie północno-wschodnim rosną lasy Alutaguse. Tu w specjalnej chatce można podglądać niedźwiedzie brunatne. Estońska populacja tych potężnych ssaków należy do największych w Europie – liczy ponad 600 sztuk.
     Przy samej granicy z Rosją leży Narwa. Miasto było niegdyś jednym z najpiękniejszych w basenie Morza Bałtyckiego, a królowie szwedzcy rozważali mianowanie go drugą stolicą swojego królestwa. Zniszczenia wojenne ominęły jedynie kilka zabytkowych obiektów, przez co dzisiaj ten 60-tysięczny ośrodek przypomina raczej duże blokowisko. Zachował się m.in. Zamek Hermana, który góruje na lewym brzegu rwącej rzeki Narwy. Po przeciwległej stronie, już na terytorium rosyjskim, znajduje się forteca w Iwangorodzie. To jedyne miejsce na kontynencie europejskim, gdzie przy granicy stoją naprzeciwko siebie dwie wrogie twierdze.

 

MISTYCZNE DOZNANIA
We wschodniej Estonii mistycyzm prawosławia miesza się z estońskim zamiłowaniem do nowoczesności. W drodze na południe na pewno trzeba zatrzymać się koło Kuremäe przy prawosławnym klasztorze żeńskim (Piuchtickim Monasterze Zaśnięcia Matki Boskiej). Siostry obowiązuje reguła milczenia i wszystkie prace muszą wykonywać samodzielnie. Szczególne wrażenie kompleks wywołuje wieczorem, kiedy z cerkwi dobiegają chóralne śpiewy i dociera blask świateł. Na dziedzińcu stoją wysokie wieże drewna na opał, a niedaleko stąd bije źródło, z którego według zakonnic wypływa uzdrawiająca woda.
     Klasztor wzniesiono w 1891 r. w pobliżu ogromnego jeziora Pejpus rozdzielającego Rosję i Estonię. Wzdłuż estońskiego brzegu mieszkają rosyjscy staroobrzędowcy, którzy uciekali tutaj w XVII w. po reformie liturgicznej patriarchy Nikona. Modlą się oni w molennach, oświetlanych tradycyjnymi świecami, a czyniąc znak krzyża, składają nie trzy, lecz dwa palce. Zajmują się rybołówstwem i uprawą cebuli, toteż zwą ich czasem „cebulowymi Rosjanami”. Lokalnych potraw z dodatkiem tego warzywa spróbujemy w restauracji w miejscowości Kolkja.
     Na południe od jezior Pejpus i Pskowskiego rozciąga się kraina Setomaa, zamieszkiwana przez 10-tysięczną prawosławną mniejszość Seto, lud spokrewniony z Estończykami. Wyróżniają ich wiara i język. Jako mieszkańcy pogranicza łączą wpływy obu kultur i w ugrofiński seto wplatają rusycyzmy. Charakterystycznymi elementami ich tradycyjnych strojów są damski srebrny sõlg (duży napierśnik) i wyrabiana z monet biżuteria, ważąca nieraz nawet kilka kilogramów. Więcej o tej interesującej grupie etnicznej dowiemy się w muzeum we wsi Obinitsa, która w 2015 r. pełni funkcję Ugrofińskiej Stolicy Kultury.

 

SERCE ESTONII BIJE W TARTU
Największym miastem południowej części kraju jest Tartu, nazywane sercem Estonii – to z niego wywodzi się zwyczaj organizowania festiwali pieśni, tutaj rozpoczęło się przebudzenie narodowe w XIX w., właśnie miejscowi studenci wyświęcili państwową flagę. Ośrodek posiada wielowiekowe tradycje akademickie. Szwedzki król Gustaw II Adolf (1594–1632) założył w nim w 1632 r. drugi uniwersytet w Europie Północnej (Uniwersytet w Tartu – Tartu Ülikool). Warto wspomnieć, że uczelnia powstała na fundamentach gimnazjum jezuickiego ufundowanego przez polskich władców w krótkim, bo ok. 40-letnim, okresie panowania na tych ziemiach na przełomie XVI i XVII stulecia. Za drugą łatwo dostrzegalną pamiątkę po rządach Polski uchodzi biało-czerwona flaga nadana przywilejem Stefana Batorego w 1584 r.
     W 100-tysięcznym Tartu studenci stanowią jedną czwartą populacji, dlatego w czerwcu lub we wrześniu bary i kluby bywają wypełnione po brzegi. Z rynku z barokowym Ratuszem (Tartu raekoda) najlepiej wybrać się na spacer ulicą Ülikooli (Uniwersytecką), przy której znajduje się główny gmach uniwersytetu, a następnie na wzgórze Toome. Wznoszą się na nim ruiny ogromnej katedry – w ich części utworzono muzeum uniwersyteckie Tartu Ülikooli muuseum. Popularnością cieszy się też Stary Teatr Anatomiczny – Vana Anatoomikum (należy jednak pamiętać, że nie jest to atrakcja dla dzieci).

FOT. ENTERPRISE ESTONIA - ESTONIAN TOURIST BOARD/MEELIS LOKK

Fontanna „Całujący się Studenci” na placu Ratuszowym w Tartu


     Na południe od Tartu leżą dwa znane regiony związane ze sportem. W Otepää odbywają się zawody Pucharu Świata w biegach narciarskich. Justyna Kowalczyk, która wielokrotnie stawała tu na najwyższym stopniu podium, mówi o tym ośrodku w samych superlatywach. Nie ma w tym nic dziwnego, ta dyscyplina to w Estonii sport narodowy i jej mieszkańcy podchodzą do organizacji konkursu z pełnym profesjonalizmem.
     Tuż przy granicy z Łotwą napotkamy wyżynę Haanja. Jej najwyższy szczyt – Suur Munamägi – sięga aż... 318 m n.p.m. Wieńczy go wieża obserwacyjna z 1939 r., z której rozciąga się piękny widok dochodzący do granic Rosji i Łotwy. Po wejściu na górę lub spływie kajakowym we wsi Taevaskoja, czyli malowniczej dolinie rzeki Ahja, warto zostać jeszcze trochę w okolicy. Wieczorem zrelaksujemy się tutaj w typowy dla Estończyków sposób. To z regionu Võru wywodzi się tradycja estońskiej sauny dymnej, która w 2014 r. została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W takim pomieszczeniu dym ucieka przez niewielki lufcik pod sufitem, przez co wewnątrz gromadzi się sporo sadzy. Mimo tego jest to miejsce niezmiernie sterylne – w przeszłości kobiety rodziły w nim dzieci. Zwyczaj nakazuje, żeby w saunie przebywać nago, a po rozgrzaniu ciała ochłodzić się w jeziorze lub potoku. Tego rodzaju korzystny dla zdrowia odpoczynek będzie świetnym zakończeniem podróży po fascynującej Estonii.

Artykuły wybrane losowo

Urlop w słonecznej Toskanii

ALEKSANDRA SEGHI

www.aleksandraseghi.com

 

<< Po zimie, która na jeden dzień pojawiła się w Pistoi, innych toskańskich miastach i na Elbie i spowodowała, że zamknięto nawet szkoły, region szykuje się do wiosny. Temperatury podskoczyły do 16°C. W powietrzu wyczuwa się nadchodzące ciepłe dni. Toskania budzi się do życia. >>

 

W Toskanii można zatrzymać się na wypoczynek w urokliwej wiejskiej willi

© VISIT TUSCANY/KINZICA SORRENTI SMT TUSCANY

 

 

W barze, przy cappuccino z dużą pianką, ludzie zaczynają rozmawiać o wycieczkach i wypoczynku. Nie tylko turyści zagraniczni czy Włosi z dalszych części kraju wybierają się na wyprawy po Toskanii. Również sami Toskańczycy lubią wyskoczyć gdzieś niedaleko na weekend i skorzystać z cudownego klimatu tego regionu. Nie brakuje w nim w końcu niczego. Dlatego warto wcześniej zaplanować, jak spędzimy tutaj czas.

Toskania rozciąga się wzdłuż Morza Liguryjskiego i Tyrreńskiego. Jej terytorium znaczą też zbocza Apeninów Północnych z najwyższym szczytem Monte Cimone (2165 m n.p.m.). W granicach tego regionu administracyjnego Włoch znajdują się poza tym m.in. Wyspy Toskańskie z Elbą na czele.

 

PRAWDZIWA SIELANKA

Na początek należy się zastanowić, gdzie zatrzymać się na noc. Jednymi z najprzyjemniejszych miejsc noclegowych w Toskanii są obiekty agroturystyczne. Usytuowane zazwyczaj w malowniczych okolicach i z dala od zgiełku miast idealnie nadają się dla osób marzących o błogim odpoczynku. Wokół nich rozpościerają się naturalne krajobrazy, czasem otaczają je zielone wzgórza lub winnice czy gaje oliwne. Nikt nie zakłóca spokoju wczasowiczom, a w letnie noce słychać tylko cykanie świerszczy. Nie wiem dlaczego, ale w takich miejscach niebo jest prawie zawsze gwieździste. Żeby się zrelaksować, wystarczy położyć się na leżaku i wpatrywać w te miliony świateł nad naszymi głowami.

                Coraz więcej obiektów agroturystycznych decyduje się na zakładanie basenów. Dzięki nim przyciągają przede wszystkim rodziny z dziećmi. Maluchy trudno wyciągnąć na całodniowe zwiedzanie miast turystycznych. Dlatego dobrym pomysłem jest spędzenie części dnia na poznawaniu okolicy, a reszty na odpoczynku nad basenem. Większość właścicieli tego rodzaju miejsc zajmuje się nie tylko wynajmem apartamentów czy pokoi, ale również rolnictwem. Prawie wszyscy uprawiają własne oliwki i winogrona, a niektórzy także warzywa i owoce. Jeśli mieszkają blisko lasu, zbierają też jagody lub jeżyny oraz grzyby, przyrządzane później na różne sposoby. Gospodarze nierzadko hodują również kozy czy owce. W gospodarstwach agroturystycznych często można wykupić posiłki na cały dzień. Same śniadania serwowane są w obiektach typu bed and breakfast (z pokojami do wynajęcia). Goście mogą liczyć na wspaniałe poranne uczty. Na stole nie brakuje domowych wypieków, takich jak crostata (tradycyjne włoskie kruche ciasto) z dżemem lub kremem orzechowym czy mięciutka ciambella (obwarzanek, babka w kształcie wieńca) ze świeżą ricottą. Niektórzy właściciele na życzenie przygotowują śniadanie na słono, na które składają się jaja na twardo lub jajecznica, wędliny, masło oraz sery. W obiektach agroturystycznych z apartamentami wynajmujący mogą przyrządzać jedzenie sami, gdyż kuchnie są w pełni wyposażone. Wśród sprzętów domowych znajduje się – oczywiście – włoska moka (kawiarka), niezbędna do zaparzenia prawdziwego, mocnego espresso. Gospodarze to zazwyczaj ludzie bardzo serdeczni. Często panuje u nich rodzinna atmosfera. Swoich gości z ochotą zapraszają na wspólnego grilla lub pieczenie pizzy. Z radością pokazują, czym zajmują się na co dzień. Poza tym chętnie odpowiadają na wszystkie pytania, pomagają w rozwiązywaniu problemów. Znakomicie znają także okolicę, więc potrafią powiedzieć, gdzie najlepiej pojechać i co warto zwiedzić. Są zatem zawsze do naszej dyspozycji.

 

ZABYTKOWE MIASTA

Kiedy mamy już wybrane miejsce do zakwaterowania, pozostaje nam szczegółowo zaplanować pobyt. Jeśli odwiedzamy Toskanię pierwszy raz, to – oczywiście – musimy udać się do Florencji, Sieny, Lukki czy Pizy. Tym dwóm ostatnim miastom wystarczy poświęcić jeden dzień. Do Lukki najlepiej wybrać się rano, aby spokojnie obejść centrum historyczne znajdujące się za starymi miejskimi murami. Warto rozważyć też wycieczkę rowerową. Po wspomnianych murach można chodzić, biegać albo jeździć na jednośladzie. Ich obwód wynosi ok. 4,25 km. W centrum znajdują się wypożyczalnie zarówno zwykłych rowerów, jak i tandemów. Udostępnia się je na godziny lub dni.

                Podczas wizyty w Lukce nie wolno zapomnieć zajrzeć do cukierni „Buccellato Taddeucci” (Piazza San Michele), gdzie sprzedaje się słynne buccellato, ciasto drożdżowe z rodzynkami i anyżem. W środku na ścianie wisi zdjęcie przedstawiające właścicieli z papieżem Janem Pawłem II, który dostał od nich właśnie ten specjał. Tuż obok lokalu, przy ulicy Santa Lucia znajduje się piekarnia oferująca schiacciatę (płaski toskański chlebek). Zawsze ustawia się do niej kolejka, ale warto odczekać swoje, żeby spróbować tego smakołyku.

                Z Lukki polecam udać się do Pizy. Mimo tłumu turystów da się w niej znaleźć miejsce postojowe na płatnym parkingu tuż przy placów Cudów (placu Katedralnym). Oprócz zwiedzenia Katedry i Baptysterium św. Jana Chrzciciela czy wejścia na Krzywą Wieżę warto przejść się uliczkami miasta, np. wzdłuż rzeki Arno. W tej okolicy właśnie wznosi się jeden z najmniejszych kościołów we Włoszech – Chiesa di Santa Maria della Spina. Został erygowany w 1230 r. i nazwany Chiesa di Santa Maria di Pontenovo, gdyż w jego pobliżu znajdował się most łączący dwie ulice: Sant’Antonio i Santa Maria. Jak podają źródła, od 1333 r. w gotyckiej świątyni był przechowywany cierń z korony Jezusa (wł. spina oznacza „cierń”, „kolec”). W XIX w. relikwię przeniesiono do Kościoła św. Klary (Chiesa di Santa Chiara).

 

Baptysterium na obszernym placu Cudów w Pizie

© VISIT TUSCANY

 

WYPOCZYNEK NAD MORZEM

Z Pizy w mgnieniu oka dotrzemy nad samo morze. Nie ma nic wspanialszego od spaceru wzdłuż morskiego brzegu. Poza sezonem parkowanie jest darmowe. Parkometry zdejmuje się i pozostają po nich same słupki. W sezonie natomiast obowiązują taryfy godzinne, na pół dnia lub na cały dzień. Warto mieć przy sobie drobne pieniądze, gdyż parkometr nie przyjmuje banknotów czy kart płatniczych, a najbliższy bar bądź kiosk znajduje się często bardzo daleko i zapłacenie za postój może stanowić problem. Z Pizy szybko dostaniemy się do Mariny di Pisa lub Mariny di Vecchiano. Ta druga miejscowość szczyci się szerszą plażą. Niestety, poza sezonem wybrzeże bywa pokryte wszystkim, co zdołało wyrzucić morze. Dopiero tuż przed przybyciem wczasowiczów na plażach zaczynają się generalne porządki.

                Z Mariny di Vecchiano w niecałą godzinę dotrzemy pieszo do Torre del Lago (Torre del Lago Puccini). Miejscowość żyje zazwyczaj również poza sezonem. Działają w niej bary lub małe restauracyjki. Przy samym rondzie otwarty jest lokal gastronomiczny, w którym sprzedaje się pizzę na kawałki (pizza al taglio). Możemy wybrać ulubione smaki, a właścicielka pizzerii odgrzeje nam je w piecu.

                W sezonie wszystkie plaże są oblegane przez wczasowiczów. W takich miejscowościach jak Viareggio czy Lido di Camaiore (Camaiore) trudno o wolne miejsce. W tej pierwszej darmowa plaża jest bardzo mała (znajduje się tuż przy molo). Wielbicielom morskich i słonecznych kąpieli pozostaje opłacenie leżaka na płatnej plaży. Ceny są wysokie i zróżnicowane. Najlepiej rozejrzeć się po okolicy, aby móc wybrać najlepszą ofertę. Opłaty różnią się w zależności od tego, czy chcemy korzystać z plaży przez pół dnia, czy cały dzień.

Z Viareggio można przejść się deptakiem aż do samego Lido di Camaiore. W lato warto pamiętać o okularach przeciwsłonecznych, gdyż białe płyty chodnikowe tak mocno odbijają promienie słoneczne, że wręcz oślepiają. Poza tym trzeba koniecznie chronić głowę przed słońcem. W lipcu czy sierpniu temperatury są bardzo wysokie. Przy deptaku znajdują się bary, restauracje i sklepy odzieżowe największych włoskich stylistów. Należy pamiętać, że wymienione miasta odwiedzają chętnie celebryci. Dlatego działają w nich drogie sklepy i luksusowe hotele. W Viareggio mieszka m.in. Marcello Lippi, były trener włoskiej reprezentacji w piłce nożnej (w latach 2004–2006 i 2008–2010). Miasto słynie także z jednego z najważniejszych karnawałów we Włoszech, porównywanego do tego organizowanego w samym brazylijskim Rio de Janeiro. Platformy karnawałowe przygotowywane są przez cały rok w ogromnych halach na peryferiach Viareggio. Całe wydarzenie transmituje telewizja. W 2018 r. padł rekord popularności – organizator zabawy zarobił 2,352 mln euro, czyli o 1 mln euro więcej niż w 2014 r.

 

JACHTY I MARMUR

W Toskanii można również aktywnie spędzać czas na pływaniu jachtem. Na stronach internetowych znajdziemy informacje o wszystkich portach w regionie oraz wypożyczalniach łodzi. Do wyboru jest wynajęcie samej jednostki lub wraz z kapitanem. Ceny są bardzo zróżnicowane i dochodzą nawet do 1 tys. euro za osobę. W Toskanii funkcjonują liczne firmy specjalizujące się w organizacji wycieczek na morzu. W swojej ofercie mają rejsy jednodniowe, weekendowe czy tygodniowe. Poza tym można także wybrać się na pobliską Korsykę albo malownicze Wyspy Toskańskie (np. Elbę, Giglio albo Capraię). W internecie sprawdzimy też aktualną sytuację pogodową oraz kierunek i siłę wiatru.

Jeśli będziemy w okolicach wybrzeża, powinniśmy podjechać również do Carrary i Pietrasanty. Pierwsze miasto słynie z najlepszego i najpiękniejszego marmuru na świecie, który wydobywa się w tej okolicy od czasów Etrusków. To tu przyjeżdżał Michał Anioł, aby wybrać materiał do swoich rzeźb takich jak Pieta watykańska (1498–1500) czy Dawid (1501–1504). W Carrarze znajduje się wiele warsztatów obrabiających marmur. Działa w niej także Miejskie Muzeum Marmuru (Museo Civico del Marmo). Na turystów czeka tutaj jeszcze jedna atrakcja – zwiedzanie kamieniołomu wraz z przewodnikiem. Oferują je prywatne firmy, zajmujące się wydobywaniem marmuru. Wycieczkę po kopalni odkrywkowej należy zarezerwować z wyprzedzeniem, szczególnie w okresie letnim.              

                Pietrasanta bliska jest sercom Polaków, gdyż mieszkał w niej i pracował polski rzeźbiarz Igor Mitoraj (1944–2014). Swoje dzieła tworzył też w marmurze karraryjskim. W mieście znajdziemy wiele śladów po słynnym artyście. Niemalże na każdym kroku można tu natknąć się na jego rzeźby. Warto zajrzeć na miejski cmentarz i odwiedzić grób Igora Mitoraja – usytuowany jest tuż przy wejściu, po prawej stronie. Polecam przejść się po całej nekropolii i przyjrzeć się nagrobkom i rzeźbom. Cmentarz robi ogromne wrażenie, ponieważ pomniki na nim zostały wykonane w cennym białym marmurze karraryjskim.

 

GÓRSKIE WĘDRÓWKI

Podczas pobytu w Toskanii można nie tylko zwiedzać jej miasta i miasteczka. Osoby lubiące aktywne wakacje powinny rozważyć wyprawy trekkingowe. Region pokrywają wzgórza, kręte drogi czy lasy. Wędrówkom towarzyszą wspaniałe widoki. Na terenach górskich wytyczono wiele szlaków. W księgarniach dostępne są ciekawe książki dotyczące tras spacerowych. Toskanię pieszo uwielbiają przemierzać nie tylko turyści, lecz także jej mieszkańcy. W weekendy miejscowi często wybierają się na wycieczki. W rejonie Pistoi wiele osób jeździ do miejscowości Doganaccia, gdzie zostawia auto i udaje się o własnych siłach nad jezioro Scaffaiolo. Wprawdzie znajduje się ono częściowo już na terytorium Emilii-Romanii, ale można się do niego dostać również od strony toskańskiej. Jezioro magazynuje wodę pochodzącą z opadów deszczu i stopniałego śniegu. Leży ono na wysokości 1775 m n.p.m. W okolicy rozciągają się lasy, w których rośnie bardzo dużo owoców. Tereny te słyną m.in. ze znakomitych jagód, wykorzystywanych przez miejscowych do produkcji dżemów i likierów. Koło Scaffaiolo znajduje się nieduże schronisko (istniejące już od 1878 r. Rifugio Duca degli Abruzzi, 1787 m n.p.m.), oblegane szczególnie w sezonie letnim. Można w nim zjeść gorący posiłek lub lody i wypić kawę. Nad samym jeziorem Toskańczycy i turyści chętnie urządzają pikniki z rodziną albo przyjaciółmi.

Jednym z moich ulubionych rejonów trekkingowych są okolice Pomarance w prowincji Piza. Niedaleko miasteczka biegnie ścieżka, którą najpierw dotrzemy do opuszczonych term San Michele alle Formiche, a następnie do ruin opactwa celestynów z 1377 r. San Michele alle Formiche. Trasa jest łatwa i przyjemna. Przy termach znajduje się duży drewniany stół i ławy idealne na piknik.

                Trekking można uprawiać też wzdłuż Drogi Franków (Via Francigena). To historyczny transalpejski szlak komunikacyjny, ciągnący się od Canterbury w Anglii po Rzym. Kiedyś pielgrzymi podróżowali nim do grobu św. Piotra. Trasa liczy w sumie ok. 1610 km, przez Toskanię biegnie odcinek o długości 380 km. Szlak cieszy się obecnie dużą popularnością, szczególnie wśród ludzi młodych. Na stronie internetowej regionu (www.regione.toscana.it/via-francigena) znajduje się interaktywna mapa z zaznaczonymi poszczególnymi fragmentami trasy oraz ważnymi informacjami dotyczącymi np. noclegów i miejsc odpowiednich na posiłki. Niektóre fragmenty Drogi Franków pokrywa asfalt, na tych odcinkach jeżdżą również samochody. Kamienne trakty na szlaku można przemierzać pieszo, rowerem lub konno.

 

NA ROWERZE I NA KONIU

Toskania stanowi też świetny region do uprawiania sportów rowerowych. Zawodowi kolarze ćwiczą się w niej w pokonywaniu wzgórz. Na dwóch kółkach chętnie przemierzają ją także amatorzy. Na górskich drogach często zauważymy zorganizowane grupy cyklistów. Uczestnicy wycieczek są w różnym wieku. Podczas podróży po Toskanii przekonamy się, że sport ten uprawiają również starsi ludzie. Wysportowani mężczyźni często ścigają się z młodszymi, mało doświadczonymi rowerzystami. Jedna ze znanych tras wiedzie z Pistoi do San Baronto. Obowiązkowo trzeba sobie na niej zrobić przystanek przy źródle bijącym przy samej drodze. Po krótkim odpoczynku jedni zjeżdżają do pobliskiego miasteczka Lamporecchio, a inni zmierzają albo do Vinci, w którym urodził się 15 kwietnia 1452 r. Leonardo da Vinci, albo aż do Empoli. Grupy pasjonatów tego sportu częściej spotkamy w weekendy niż w ciągu tygodnia. Od poniedziałku do piątku na drogach trenuje więcej zawodowych kolarzy.

                Kolejnym pomysłem na aktywne spędzanie czasu w Toskanii jest jazda konna. W regionie nie brakuje stadnin, bo Toskańczycy lubią jeździectwo. Ten rodzaj sportu cieszy się zainteresowaniem nie tylko wśród dorosłych. W wielu obiektach prowadzi się też lekcje dla dzieci. Do 8. roku życia nasze pociechy mogą jeździć na kucach. Starsze dzieci wsiadają na duże konie. Przed odwiedzeniem stadniny warto dowiedzieć się, jaki styl jest w niej praktykowany (angielski czy westernowy). Wizytę umawia się zwykle z kilkudniowym wyprzedzeniem. W niektórych obiektach czasem istnieje możliwość wykupienia jednorazowej przejażdżki.

                W Toskanii działa stadnina prowadzona przez mieszane małżeństwo – Polkę i Włocha. Centro Ippico Pegaso znajduje się w Collesalvetti w prowincji Livorno. Specjalizuje się w jeździe amerykańskiej, inaczej westernowej (monta americana). Ze względu na to, że właściciele organizują wiele wyjazdów trekkingowych w teren, wizyta w ośrodku możliwa jest tylko po wcześniejszym uzgodnieniu. Zainteresowani mogą wykupić nocleg w pobliskim obiekcie agroturystycznym. Obecnie Agnieszka i Toni oferują przede wszystkim trekkingi konne w regionie Garfagnana w prowincji Lukka, nad morzem, na wzgórzach Livorno czy w okolicach Collesalvetti, a także na północy Włoch, np. w prowincji Trydent. Konie zawożone są w konkretne miejsce i stamtąd rozpoczyna się wyprawa. Takie wycieczki trwają nawet cztery dni. Oferta skierowana jest do osób powyżej 16. roku życia, które jeździły już wcześniej konno. Wyjazdy nad morze są zazwyczaj dwudniowe. Uczestnicy wyprawy nocują w dużym namiocie wojskowym ustawionym na terenie Parco dei Poggetti na wzgórzach powyżej Rosignano Marittimo w prowincji Livorno. Takie wycieczki stanowią niezapomniane przeżycie. Oprócz regularnie oferowanych trekkingów Agnieszka i Toni organizują indywidualnie zamawiane grupowe wyjazdy konne.

                Jeśli nie interesuje nas jeździectwo, ale lubimy konie, możemy wybrać się na tor Ippodromo Sesana do Montecatini Terme w prowincji Pistoia. Odbywają się tu widowiskowe wyścigi kłusowe dwukołowymi zaprzęgami o nazwie sulki. Konie biegną z maksymalną prędkością 55 km/godz. i pokonują dystans od 1,6 tys. do 2,4 tys. m. Podczas jednego biegu startuje co najwyżej 16 zawodników.

 

Wulkaniczna Capraia – trzecia co do wielkości w archipelagu Wysp Toskańskich

© VISIT TUSCANY

 

CHWILA RELAKSU

Po aktywnym spędzaniu czasu warto nieco odpocząć. W Toskanii można zrelaksować się w termach oraz ośrodkach spa i wellness. W regionie występują liczne gorące źródła. Wypływające spod ziemi wody osiągają temperaturę od 25 do 52°C. Jednym z najpiękniejszych miejsc na kąpiel są termy koło miejscowości Saturnia znajdującej się na nizinie Maremma w prowincji Grosseto. Naturalne baseny wypełniają wody o dużym stężeniu siarkowodoru i dwutlenku węgla. Z części term (Cascate del Mulino i Cascate del Gorello) można korzystać za darmo. Pozostały fragment należy do luksusowego hotelu – Terme di Saturnia Spa & Golf Resort, oferującego liczne zabiegi.

                Na kolejne źródła trafimy w Bagno Vignoni w prowincji Siena. W samym centrum miasteczka znajduje się duży zbiornik z parującą wodą. Nie wolno do niego wchodzić. Nogi można zanurzyć na obrzeżach Bagno Vignoni. Przez miejscowość biegną kanały, w których płynie gorąca (52°C), siarczana woda. W miasteczku funkcjonuje – oczywiście – płatny kompleks termalny, gdzie wykonuje się zabiegi estetyczne i lecznicze (zalecane w przypadku osteoporozy i artretyzmu).

                Niedaleko Bagno Vignoni znajdują się darmowe Terme di San Filippo (Bagni San Filippo), które są zawsze oblegane przez turystów. Warto odwiedzić je w lecie, mimo iż trudno wtedy o miejsce parkingowe. Wapienne zbiorniki robią duże wrażenie. Temperatura wody dochodzi do 48°C. Ludzie relaksują się tu godzinami, po prostu siedzą w basenach i rozmawiają ze znajomymi.

                Grotta Giusti w Monsummano Terme to dwa w jednym: łaźnie termalne i spa. W XIX w. postawiono w tym miejscu budynek, w którym znajduje się dziś luksusowy hotel. Temperatura lokalnych wód nie przekracza 35°C. Kąpiel w nich stymuluje mikrokrążenie i metabolizm komórkowy. Można tutaj również wykupić różnego rodzaju masaże, począwszy od indyjskich (ciepłymi olejkami), chińskiego i shiatsu, a skończywszy na masażu z peelingiem.

Wspomniana miejscowość Montecatini Terme słynie z czterech źródeł leczniczych: Regina, Tettuccio, Rinfresco i Leopoldina. Na bazie tych wód powstała seria kosmetyków Terme di Montecatini. W miejscowości oprócz dobroczynnych kąpieli termalnych można skorzystać z masaży (m.in. kamieniami wulkanicznymi), sauny, terapii błotnych, zabiegów rehabilitacyjnych, usług gabinetów kosmetycznych oraz programu ćwiczeń wyszczuplających.

                To – oczywiście – nie wszystkie toskańskie źródła termalne. Na zainteresowanie zasługują jeszcze np. Terme di Petrolio, Terme di Chianciano, ośrodki w Rapolano Terme i San Casciano dei Bagni (wszystkie w prowincji Siena), Terme di Sassetta w prowincji Livorno czy Terme San Giovanni w Portoferraio na wyspie Elba.

 

Basen termalny w eleganckim resorcie Grotta Giust

© ITALIAN HOSPITALITY COLLECTION

 

***

Ten ogromnie zróżnicowany region Włoch przyciąga tyloma atrakcjami, że jedna wyprawa w te strony to zdecydowanie za mało. Z Toskanią jest jak z pierwszą miłością – nigdy się jej nie zapomina. Wystarczy tylko raz przekroczyć jej granice, aby wciąż chcieć do niej wracać po więcej. Sama coś o tym wiem. Mieszkam tu już od 20 lat.

 

 

Wydanie Wiosna 2018

 

 

 

 

Panama – na styku dwóch oceanów i Ameryk

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

<< Jednym z pierwszych widoków witających przyjezdnych w stolicy Panamy (Ciudad de Panamá) jest skupisko szklanych wieżowców dumnie górujących nad wodami Zatoki Panamskiej. Panorama dzielnicy finansowej przywodzi na myśl nowoczesne metropolie i może sugerować, że przybyliśmy do kraju żyjącego w znanym nam europejskim rytmie. Gdy wyruszymy poza miasto, szybko uświadomimy sobie, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. >>

Panama to wiecznie zielone lasy deszczowe, malownicze góry, rajskie wyspy i plaże oraz urokliwe miasteczka i ich serdeczni mieszkańcy. W tym kraju z karaibską duszą dzieje Indian przeplatają się z historią tworzoną przez konkwistadorów i pirackimi podbojami, o których do dziś krążą legendy. Prawdziwa egzotyka czeka w nim na odkrycie.

 

Nie pamiętam dokładnie, z czym kojarzyła mi się Panama, zanim się do niej udałam. Myślę, że był to, jak w przypadku wielu osób, słynny Kanał Panamski. Ten majstersztyk inżynierii swoich czasów, łączący Atlantyk z Pacyfikiem, który nieporównywalnie skrócił czas morskich podróży, nadal pozostaje jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Rocznie przeprawia się przez niego ok. 14 tys. statków. I choć od ponad 100 lat jest symbolem Panamy, to nie on zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci. Teraz ten piękny zakątek Ameryki Centralnej kojarzy mi się z czymś innym.

 

W TROPIKALNYM LESIE

Dziś ten kraj to dla mnie przede wszystkim tropikalne lasy, z dusznym, wilgotnym powietrzem i sufitem zieleni nad głową. I mimo iż Panama jest różnorodna, blisko 40 proc. jej powierzchni zajmują właśnie wiecznie zielone lasy deszczowe, odznaczające się niezwykłą rozmaitością roślin i zwierząt. Liczba występujących tu gatunków flory i fauny należy do największych na świecie. Ich rozwinięciu się sprzyjały nie tylko panujące w tym regionie warunki klimatyczne, lecz także fakt, że niczym most łączy on obie Ameryki. Dlatego zawsze stanowił miejsce mieszania się gatunków.

Różnorodność ta była niegdyś jeszcze większa, ale budowa wspomnianego Kanału Panamskiego i związane z nią wycinki odbiły się negatywnie na ekosystemie. Od wielu lat lasy w Panamie karczuje się również pod plantacje, a przede wszystkim pod pastwiska dla bydła. Sytuacja jest jednak pod pewnym względem paradoksalna. Otóż obszary leśne są ponoć niezbędne do nawadniania kanału i utrzymania jego żeglowności. Wbrew pozorom więc tutejsze lasy, zwłaszcza te w okolicach Ciudad de Panamá, wydają się nie być zagrożone, a to z powodów praktyczno-ekonomicznych. Możliwe zatem, że inwestycja, której zrealizowanie przyczyniło się niegdyś do tylu zniszczeń w środowisku, stanie się strażnikiem przyrody. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Tropikalny las deszczowy porasta wiele regionów kraju. Jednym z najłatwiej dostępnych jest Park Narodowy Soberanía, położony około pół godziny jazdy samochodem od centrum stolicy (mniej więcej 25 km). Choć leży w niedalekiej odległości od dużych ośrodków miejskich, to jednak nie niewielki skrawek leśnego obszaru, lecz rozległy teren o powierzchni ponad 195 km². Mimo niesamowitej wilgotności i mnogości chronionych gatunków nie napotkałam tutaj pijawek, co po moich dawniejszych doświadczeniach nie tylko mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło. Przez park prowadzi 10-kilometrowa trasa, którą w XVI w. Hiszpanie przewozili złoto i towary z Kalifornii i Ameryki Południowej. Dziś Camino de Cruces jest jednym z kilku dostępnych miejscowych szlaków. Należą do nich m.in. Sendero El Charco (800 m długości) czy Camino del Oleoducto (17 km), z których można obserwować setki gatunków ptaków. Podczas wędrówki wśród tutejszej bujnej zieleni aż trudno uwierzyć, że tylko pół godziny dzieli ten park od zgiełku stolicy.

Połacie lasu deszczowego znajdują się także w okolicach Boquete w prowincji Chiriquí, niewielkiego, górskiego miasteczka założonego na początku XX stulecia. Miejsce to leżało na szlaku poszukiwaczy złota, pragnących odnaleźć najszybszą drogę do Pacyfiku. Z początku to właśnie oni zaczęli się tu osiedlać. Dziś Boquete znane jest jako mekka ekspatów. Przyciąga również miłośników jazzu, kawy, a przede wszystkim okolicznej przyrody, czyli gór i wulkanów obrośniętych mglistym, tropikalnym lasem.

Kiedy chmury nie zalegają zbyt nisko, już w drodze do miasteczka dostrzec można górujący nad wszystkim wulkan Barú (3475 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Panamy. Zdobycie jego wierzchołka stawia sobie za cel wiele przybywających tutaj osób. Zapewne i my zrobilibyśmy tak samo, ale nie podjęliśmy tego wyzwania m.in. ze względu na brak czasu. Nie trzeba jednak wchodzić na wulkan, żeby docenić urok tego miejsca. Wystarczy wybrać się na wędrówkę którymś z leśnych szlaków. Podczas spaceru Sendero Los Quetzales (ok. 9,6 km długości) można wypatrzeć rzadko spotykane, pięknie ubarwione kwezale herbowe. Trasa Cascada Escondida, jak wskazuje jej nazwa, prowadzi do ukrytego wodospadu. I choć on sam nie wywarł na mnie dużego wrażenia, jego okolica, pełna majestatycznych drzew, warta jest każdej spędzonej w niej chwili.

Tropikalne lasy w rejonie Boquete skrywają także łakomy kąsek dla miłośników opuszczonych miejsc. Mowa o rezydencji w Bajo Mono, której budowę rozpoczął 40 lat temu niejaki José Domingo Serracín, bogaty posiadacz ziemski lepiej znany jako don Pepe. Atak serca położył kres jego życiu, a zarazem realizacji budowlanego projektu. Rezydencja nigdy nie została ukończona, gdyż rodzina inwestora raczej się nią nie interesowała. Dziś zamieszkały przez nietoperze pałac coraz bardziej wtapia się w krajobraz mglistego lasu. To jedno z piękniejszych opuszczonych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć.

W panamskich lasach rośnie też puchowiec (ceiba), zwany inaczej drzewem kapokowym. Według Majów on właśnie zrodził pierwszego człowieka i dlatego jest dla nich święty. Stanowi również pomost między rzeczywistością a niebiosami i światem podziemnym.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o przesmyku Darién (Tapón del Darién, Región del Darién), czyli najbardziej dzikim, niedostępnym i malarycznym fragmencie tropikalnego lasu, nie tylko w skali kraju, ale i świata. Oddziela on Panamę od Kolumbii i sprawia, że przekroczenie lądowej granicy między tymi państwami uchodzi za zadanie prawie niemożliwe. Z tego powodu przemieszczanie się pomiędzy Ameryką Centralną i Południową lądem jest niezwykle trudne (choć nielicznym się udaje). Darién to rozległe bagna porośnięte gęstym, ciemnym lasem, będące domem Indian Guna (Kuna) i Embera-Wounaan (Chocó) oraz schronieniem narkotykowych karteli i kolumbijskich rebeliantów. Aby zapuścić się głębiej w ten rejon, trzeba nie tylko wynająć lokalnego przewodnika, ale i skrupulatnie się przygotować.

 

FOLKLOR I FESTIWALE

Opuśćmy teraz zielone i wilgotne regiony Panamy, aby przenieść się w okolicę całkiem odmienną. Półwysep Azuero, bo o nim mowa, jest najgorętszym i najbardziej suchym miejscem w kraju. Nawet pora deszczowa omija część jego rejonów (wschodnie wybrzeże), w których ostatni deszcz widziano dawno temu. Tam, gdzie opady docierają, są rzadsze i mniej obfite niż w reszcie Panamy. Był to właśnie jeden z powodów, dla których tu trafiliśmy. Rozpoczynająca się w maju pora deszczowa dała nam się we znaki na tyle, że szukaliśmy schronienia przed strugami deszczu. Półwysep warto jednak odwiedzić nie tylko, aby uciec przed opadami. Miasteczka Azuero są głównymi ośrodkami panamskiego folkloru. W żadnej innej części kraju nie organizuje się tylu festiwali i nie obchodzi z takim zaangażowaniem karnawału. Imprezom towarzyszy rywalizacja w przygotowaniu barwnych kostiumów, występów, a i mocniejszych trunków nikt sobie specjalnie nie żałuje. Kiedy na półwyspie nie przypada czas fiesty, można zatopić się w powolnym rytmie życia niewielkich, spokojnych na co dzień miasteczek.

Historyczną i kulturalną stolicą regionu (i prowincji Herrera) jest Chitré, największe miasto na Azuero. Niewątpliwie ma ono swój urok, jednak pomiędzy festiwalami nie czeka w nim szczególnie wiele atrakcji. Znajduje się tutaj kilka zabytkowych kościołów oraz Museo de Herrera z pokaźnymi zbiorami sztuki prekolumbijskiej. Pierwszą osadą hiszpańską w regionie była Parita, założona w połowie XVI stulecia. Dziś to niewielkie, spokojne miasteczko uważane jest przez niektórych za jedno z najładniejszych w kraju. Jego centrum wyznacza Kościół św. Dominika Guzmána (Iglesia de Santo Domingo de Guzmán). To jedyna budowla w miejscowości wyższa niż poziom pierwszego piętra. W jej okolicy zbiegają się uliczki z kolorową kolonialną zabudową, która zachowała się w szczególnie dobrym stanie.

Warto odwiedzić również położone nieopodal Pedasí. To niewielkie, urokliwe miasteczko z domami w stylu kolonialnym. Sporą część jego mieszkańców stanowią emeryci, którzy postanowili właśnie tu spędzić resztę życia. W Pedasí możemy cieszyć się licznymi piaszczystymi plażami bez tłumów i kameralnymi knajpkami oraz korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych (surfingu, kitesurfingu, wędkarstwa czy nurkowania). Warto stąd także popłynąć łódką na pobliską wysepkę Iguana.

 

Ze strąków nasiennych puchowca (ceiby) pozyskuje się włókno zwane kapokiem

© Agnies zka Szwed/www.szwedacz.com

 

TU RZĄDZĄ GADY

Isla Iguana oddalona jest od panamskiego wybrzeża o zaledwie ok. 5 km. Ma niewielką powierzchnię (mniej więcej 0,55 km²), jednak miłośnicy gadów, którzy chcieliby je spotkać w naturalnym środowisku, zdecydowanie powinni ją odwiedzić. Jak sama nazwa wskazuje, wyspę z jakiegoś powodu upodobały sobie iguany (a dokładniej legwany czarne i zielone). W jej okolicy żyje ich znacznie więcej niż ludzi. Niektóre z nich są zupełnie dzikie, inne – nieco oswojone. Chowają się w zaroślach lub wygrzewają na nadmorskich skałach. Choć legwany do dziś stanowią jedno ze źródeł mięsa w Ameryce Środkowej i Południowej, a bamboo chicken czy chicken of the tree (jak nazywa się ich mięso) dla wielu jest rarytasem, te z Iguany nie trafiają na miejscowe stoły. W utworzonym w 1981 r. na wyspie rezerwacie (Isla Iguana Wildlife Refuge) kategorycznie zabrania się polowań na wszelką zwierzynę – jaszczurki bywają w nim raczej dokarmiane niż zjadane. I chociaż same potrafią zapewnić sobie pożywienie, nie pogardzą również darowaną przez człowieka miską ryżu. Warto dodać, że gady niesłusznie uważane są za zwierzęta mało kontaktowe. Legwany rozwinęły cały system mowy ciała służący komunikacji między sobą, a także z innymi gatunkami. Poprzez kiwanie głową i ruchy fałdami skórnymi na podgardlu nawiązują i podtrzymują społeczne interakcje.

Na Iguanie roi się też od pustelników. Ze względu na brak pancerza na miękkim odwłoku skorupiaki te ukrywają go w znalezionych muszlach martwych mięczaków. W ciągu swojego życia muszą ich szukać kilka razy, gdyż kiedy urosną, potrzebują większego lokum. Zarówno rozmiar, jak i przydatność pancerza pustelnik bada szczypcami. Ponieważ muszle gwarantują temu skorupiakowi przetrwanie, nierzadko toczy o nie walki.

Spokój wyspy został drastycznie zakłócony podczas II wojny światowej, gdy armia Stanów Zjednoczonych zrobiła z niej poligon artyleryjski. W ramach ćwiczeń na Iguanę i otaczającą ją rafę koralową zrzucano bomby i pociski. Aby oczyścić teren, w latach 90. XX w. zdetonowano dwie bomby, które utknęły w pobliżu pod wodą. I choć na pierwszy rzut oka po tych wydarzeniach nie pozostał już żaden ślad, zachwiały one mocno tutejszym ekosystemem. Na szczęście dziś legwany i inne zwierzęta mają się świetnie, a dzika przyroda wciąż się rozwija.

Osoby planujące wizytę na wyspie muszą być przygotowane na uiszczenie opłaty za przebywanie na terenie rezerwatu. W przypadku przyjezdnych wynosi ona 10 dolarów amerykańskich, obywatele Panamy płacą mniej (4 dolary). Na Iguanie nie można nocować. Nie ma na niej także zaplecza gastronomicznego, dlatego trzeba wziąć ze sobą własny prowiant i zapas wody.

 

Ubrana w tradycyjny strój uczestniczka styczniowej Parady Tysiąca Polleras na Azuero

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

LAS DESZCZOWY INACZEJ

To jeszcze nie koniec atrakcji rzadko odwiedzanego półwyspu Azuero. W położonym tu Parku Narodowym Sarigua można zobaczyć las deszczowy w nietypowej, suchej odsłonie. Sam park powstał w 1984 r. i zajmuje powierzchnię 8 tys. ha. Na pierwszy rzut oka jego teren przywodzi na myśl półpustynię. Spaloną ziemię w odcieniu pomarańczowym pokrywają miejscami wyschnięte krzewy. Powietrze jest bardzo gorące i suche. Jak dowiemy się z informacji na ścieżce edukacyjnej, na powstanie tego jałowego krajobrazu miało wpływ wysokie stężenie soli w tutejszej glebie. Niegdyś obszar parku zajmowało morze, które przez wieki cofało się, pozostawiając rozległą, słoną lagunę zwaną albiną. Wiatry wywiewały zalegającą sól, co przyczyniło się do zaniku wegetacji w regionie. Dla wielu Panamczyków Sarigua jest też smutnym świadectwem destrukcyjnego wpływu człowieka na otaczającą go przyrodę. Od XIX stulecia głównym sprawcą postępujących na tym terenie zniszczeń są właśnie ludzie. Latami prowadzili wycinki i wypalanie okolicznej wątłej roślinności, żeby budować farmy, które i tak się tutaj nie utrzymały.

Mimo iż krajobraz parku może wydać się monotonny i budzić nie do końca przyjemne skojarzenia, uważam, że nie warto go omijać. Choćby dlatego, że wizyta w nim stanowi okazję do zobaczenia suchego lasu deszczowego. Na tego typu obszarach ilość opadów deszczu oscyluje w okolicach 1 m rocznie. Jednak przez trzy, cztery miesiące w roku nie spada na nich ani jedna kropla wody. W Parku Narodowym Sarigua taka sytuacja ma miejsce od stycznia do kwietnia. Suszę wzmagają silne, gorące wiatry. Suche lasy deszczowe Azuero są szczególnie narażone na pożary. Często powodują je rolnicy wypalający pola.

Poza tym Park Narodowy Sarigua to również ważny ośrodek kultury prekolumbijskiej. Znaleziono w nim fragmenty przedmiotów sprzed ponad 11 tys. lat. Według archeologów już wtedy istniała tu rybacka wioska, co oznacza, że może być to miejsce najstarszego ludzkiego osadnictwa w Panamie.

 

SPOTKANIE Z HISTORIĄ

Przenieśmy się znów w inny rejon kraju, do prowincji Colón, a konkretnie do Portobelo. To położone na północy Przesmyku Panamskiego, liczące ok. 5 tys. mieszkańców portowe miasto wygląda dziś dość niepozornie. Ruiny okazałych fortów (na czele z Castillo de San Jerónimo, Fuerte de San Jerónimo) pozwalają się jednak domyślać, że w przeszłości odgrywać mogło doniosłą rolę. I tak było w istocie. Portobelo stanowiło niegdyś najważniejszy port na ziemiach obecnej Panamy i uchodziło za jedno z najwspanialszych miast w ówczesnym świecie. To właśnie stąd Hiszpanie wywozili do Europy skarby Inków oraz innych rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej i Południowej. Na grabieże te zazdrośnie spoglądały pozostałe potęgi kolonialne, na czele z Brytyjczykami. Sytuacji nie poprawiały hiszpańskie ataki na angielskie statki. Wszystko to doprowadziło do wybuchu konfliktu. Walki o Portobelo toczyły się kilkakrotnie, a najsłynniejsza z nich znana jest jako wojna o ucho Jenkinsa.

Robert Jenkins był walijskim kapitanem żeglugi. Gdy jego statek Rebecca został zatrzymany w kwietniu 1731 r. przez Hiszpanów u wybrzeży Kuby, wdał się w potyczkę z jednym z hiszpańskich oficerów, który odciął mu ucho. Jenkins zabrał ze sobą odciętą małżowinę i pokazywał w świecie jako dowód na hiszpańskie okrucieństwo. Zwrócił się też do brytyjskich władz o wzięcie odwetu. I choć historia z uchem nie była faktycznym powodem wybuchu wojny, posłużyła za dość dobry pretekst. W listopadzie 1739 r. sześć statków dowodzonych przez admirała Edwarda Vernona rozpoczęło ostrzał Portobelo i po 24 godz. zdobył on miasto. Siły wystarczyło Brytyjczykom na trzy tygodnie okupacji, ale w tym niezbyt długim czasie zniszczyli zarówno forty, jak i wiele budynków, pozostawiając jeden z najwspanialszych portów ówczesnego świata w ruinie. Portobelo podźwignąć się z tego nieszczęścia miało dopiero ponad 170 lat później, po wybudowaniu Kanału Panamskiego.

Zanim jednak miasto spustoszyli Brytyjczycy, padało ono łupem największej i najgroźniejszej pirackiej braci, jaką znały Karaiby – bukanierów. Ich szeregi zasilali ludzie wyjęci spod prawa, a także byli żołnierze czy zbiegowie uciekający przed prześladowaniami religijnymi. Tak zwane Bractwo Wybrzeża organizowało łupieżcze wyprawy i plądrowało kraje czy wyspy w regionie karaibskim. Bukanierzy znani byli z okrucieństwa, szczególnie w stosunku do wszystkiego co hiszpańskie. Bezpieczny przyczółek znaleźli sobie w Port Royal, dawnej stolicy Jamajki. Mogli w nim liczyć na wsparcie lokalnych władz, a mieszkańcy wyspy uważali ich za obrońców i dźwignię miejscowego handlu.

Zdobycie Portobelo, z którego wypływały zagrabione peruwiańskie skarby, stanowiło dla piratów niemałe wyzwanie. Zadania podjął się ochrzczony królem bukanierów Walijczyk Henry Morgan. Osiągnięty sukces zapewnił mu szacunek współbraci i otworzył drogę do wielkiej pirackiej kariery. Jego ludzie zdobyte 11 lipca 1668 r. miasto okupowali przez dwa tygodnie. Spędzili je na piciu i świętowaniu oraz zuchwałych grabieżach, gwałtach i morderstwach. Opuścili Portobelo po wynegocjowaniu okupu w wysokości 100 tys. dolarów hiszpańskich (reales de a ocho). I choć była to kwota jak na tamte czasy bardzo wysoka, bukanierzy wydali ją w iście pirackim stylu – w barach i domach uciech Port Royal. Henry Morgan znany jest dziś przede wszystkim z etykiet jamajskiego rumu nazwanego jego imieniem – Captain Morgan. Produkował ponoć wyśmienity trunek, a jeśli wierzyć producentowi, receptura jego wyrobu od XVII w. nie uległa zmianie. Po tej napaści Portobelo wracało powoli do dawnego trybu życia. W końcu nie był to pierwszy ani ostatni atak, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Żaden z nich nie podkopał znacząco pozycji słynnego portu. Uczyniła to dopiero wiele lat później wojna o ucho Jenkinsa.

Dziś w centrum miasta stoi Kościół św. Filipa (Iglesia de San Felipe), który został wzniesiony w drugiej dekadzie XIX stulecia. Jego budynek jest biały, w przeciwieństwie do czczonego w nim Czarnego Chrystusa (Cristo Negro). Tego typu przedstawienie Jezusa stanowi obiekt kultu w wielu krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Łączy w sobie chrześcijaństwo z wierzeniami lokalnymi. Symbolizuje nadzieję wiernych na nadejście czarnego Mesjasza, który wyzwoli ciemnoskórych ludzi od zła utożsamianego z dominacją białego człowieka. W epoce kolonialnej chodziło głównie o dominację polityczną i ekonomiczną oraz związane z nią niewolnictwo, dziś rzecz tyczy się narzucania wzorców kulturowych.

 

Cayo Coral – malownicza wysepka sąsiadująca z Bastimentos w archipelagu Bocas del Toro

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

RAJSKIE ARCHIPELAGI

San Blas i Bocas del Toro to najbardziej rajskie archipelagi Panamy. Na tym pierwszym można nie tylko obcować z dziewiczą przyrodą, ale i zaznajomić się z grupą etniczną Guna (Kuna). Tych 365 wysepek położonych na Morzu Karaibskim należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala).

Na północnym zachodzie kraju leży prowincja Bocas del Toro z archipelagiem o tej samej nazwie. To jedno z częściej odwiedzanych miejsc w Panamie, znane przede wszystkim z plaży Red Frog na wyspie Bastimentos, gdzie żyją wytwarzające jad, jaskrawe drzewołazy karłowate, a także plaży z licznymi rozgwiazdami (Playa de las Estrellas, Playa Estrella) na Wyspie Kolumba (Isla Colón). Na Bocas del Toro popularnością cieszy się też deep boarding, szerzej na świecie raczej nie praktykowany. W największym skrócie da się go określić jako nurkowanie za motorówką. Ciągnie ona za sobą człowieka trzymającego się deski przymocowanej do łodzi za pomocą liny. Podczas swoistego podwodnego lotu podziwia się rafy koralowe, ławice egzotycznych ryb i inne skarby Morza Karaibskiego. Należy jednak dobrze opanować manewrowanie trzymaną deską, bo od umiejętnego zwracania jej do góry zależy możliwość złapania oddechu. Do takiego nurkowania warto również założyć odpowiedni strój kąpielowy, gdyż ze względu na dużą prędkość i opór wody zaskakująco łatwo można zgubić ubranie.

Panama to w dalszym ciągu kraj dość mało popularny wśród polskich turystów. Szkoda, że tak się dzieje, bo znajduje się w niej wiele atrakcji. To kraina wspaniałych lasów deszczowych, pięknych wysepek, licznych gatunków flory i fauny oraz urokliwych miasteczek z karaibską duszą. Do tego zamieszkują ją gościnni i życzliwi ludzie, którzy chętnie zaznajomią nas z bogatą kulturą i historią swojej tropikalnej ojczyzny.

 

Wydanie jesień-zima 2018

 

 

Gwatemala – wulkaniczna ziemia Majów

 Arco_de_Antigua.jpg

Arco de Santa Catalina w Antigu

©INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

 


KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

W tym niezwykłym kraju usianym wulkanami świątynie Majów wyrastają ponad korony drzew tropikalnej puszczy. Ekstremalna przejażdżka po lokalnych drogach odbyta „chicken busem” w towarzystwie kolorowo ubranych Gwatemalczyków dostarcza wielu wrażeń i satysfakcji prawdziwym podróżnikom. Kto zawita do Gwatemali, nie zazna spokoju, dopóki nie wróci do niej po raz kolejny, aby znów zanurzyć się w ten niesamowity świat.

Więcej…