PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS VOLMER
<< „Mój kraj ojczysty, moje szczęście, radość” –
pierwsze słowa estońskiego hymnu narodowego dobrze odzwierciedlają uczucie, które przez wieki kształtowało świadomość narodową mieszkańców tego nadbałtyckiego rejonu i dodawało im sił w pokonywaniu wielu tragicznych zakrętów historii. Ziemie te narażone były nieustannie na najazdy i podlegały cały czas obcym wpływom. W epokach średniowiecza i renesansu panowali na tych terenach Niemcy, Duńczycy, Rusini i Szwedzi, a nawet chwilowo Polacy, a w ostatnich dekadach – aż do odzyskania niepodległości w 1991 r. – Rosjanie. Dzisiaj, po 22 latach od wyzwolenia, Estończycy żyją w stabilnym, prężnie rozwijającym się państwie. Co więcej, stolica kraju – Tallin, stała się ważnym europejskim ośrodkiem biznesowym i jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w północnej części Europy. >> 

 

Eesti Vabariik, czyli Republika Estońska, leży nad Bałtykiem, w północno-wschodniej części naszego kontynentu. Choć etnicznie jest dość zróżnicowana, większość obywateli należy do narodu o pochodzeniu ugrofińskim, spokrewnionego z Finami i Węgrami. Z jednej strony Estonię charakteryzuje dynamiczny rozwój, z drugiej kojarzy się ona ze spokojnymi krajobrazami niekończących się lasów, jezior i torfowisk położonych z dala od pędzącego, zapracowanego świata. Duże obszary tego kraju nadal pozostają niezaludnione. Jego władze postrzegają to jednak jako walor i wkładają dużo wysiłku, aby ten stan utrzymać, czym zjednują sobie sympatię miłośników odpoczynku na łonie natury, w ciszy i odosobnieniu.  

Jeśli chcecie poznać różne oblicza tego nadbałtyckiego państwa, powinniście zdecydować się na samodzielną wędrówkę po nim. Osobiste doświadczenia pozwolą Wam odkryć krainę pełną kontrastów, sprzeczności i zaskakujących miejsc, która zmienia się na każdym kroku jak obraz w kalejdoskopie.   

 

 

E-stonia

Rewolucja informatyczna Estonii zaczęła się niedługo po odzyskaniu przez nią niepodległości, czyli na początku lat 90. XX w. Komputeryzację traktowano jako ważny czynnik wspierający rozwój niewielkiego państwa. Dzisiaj ten nowoczesny członek Unii Europejskiej wciąż wprowadza rozwiązania ułatwiające funkcjonowanie w wielu dziedzinach życia. W 2007 r. Estonia jako pierwszy kraj na świecie uruchomiła głosowanie on-line w wyborach parlamentarnych. Postęp wkroczył również do służby zdrowia – każdy obywatel posiada elektroniczną kartę pacjenta, a recepty można odbierać bezpośrednio w aptece. Dzięki rządowemu programowi Tiger Leap Foundation (Tiigrihüppe Sihtasutus) pod koniec lat 90. minionego wieku sieć internetowa objęła wszystkie szkoły. Jednym z najnowszych projektów tej fundacji jest wprowadzenie nauczania programowania już wśród siedmiolatków, które mogłyby m.in. stworzyć własną, prostą grę. W systemie szkolnictwa działa tzw. eKool („eSzkoła”) – stopnie, komentarze nauczycieli itp. są dostępne dla rodziców na specjalnej platformie internetowej. Chociaż popularny komunikator Skype, stworzony w Estonii 10 lat temu, został kupiony przez Microsoft w 2011 r., w kraju wciąż działa firma związana z tym przedsięwzięciem, zatrudniająca aż 450 osób. Jej przedstawiciele współpracują ściśle z uniwersytetami i szkołami średnimi w zakresie edukacji młodzieży.   

 

Tallińska bajka

W przewodnikach o stolicy Estonii adresu Pikk 40 ze sklepem i minimuzeum Martsipanigalerii („Marcepanowa galeria”) raczej nie znajdziemy. W odkryciu tego sympatycznego miejsca pomógł nam… deszcz, przed którym chcieliśmy się gdzieś schronić. Gdy przekroczyliśmy próg galerii, poczuliśmy, jakbyśmy wkraczali w świat baśni. Podobne wrażenie wywołuje Tallin, w którym czasem warto skręcić w boczną uliczkę, aby z dala od miejskiego zgiełku poczuć niepowtarzalną atmosferę tego magicznego zakątka.                     

Otoczone grubym pierścieniem murów obronnych tallińskie Stare Miasto stanowi jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów architektonicznych w Europie. Fortyfikacje zaczęto tu wznosić w XII w. W czasach największej świetności były długie na 2,5 km i miały 45 baszt. Dzisiaj możemy podziwiać 25 z nich oraz znajdujące się w doskonałym stanie odcinki murów o łącznej długości ok. 1,5 km. W środku architektura przenosi nas do wcale nie tak mrocznych wieków średnich – zobaczymy tutaj kolorowe kamieniczki, często odchylone od pionu, aby łatwiej było wciągać towar do położonych na piętrze magazynów, wąskie brukowane uliczki i szereg obiektów z długą historią, jak choćby najstarszą na naszym kontynencie, niemal 600-letnią aptekę działającą nieprzerwanie od 1422 r. Prężny rozwój dzisiejsza stolica Estonii zawdzięczała głównie swojemu położeniu nad Bałtykiem, przy szlaku kupieckim prowadzącym z Europy Zachodniej do Rosji. Wiele wspaniałych budowli powstało po przystąpieniu Tallina w 1285 r. do Ligi Hanzeatyckiej – organizacji miast handlowych, do której w szczytowym okresie należało 160 ośrodków Europy Północnej. Hanza wyznaczała styl architektoniczny obejmujący m.in. sposób dekoracji elewacji ścian. Dzięki staraniom Estończyków dbających o dobry stan staromiejskich zabytków historyczne centrum zostało wpisane w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Innym wyróżnieniem było nadanie Tallinowi w 2011 r. prestiżowego tytułu Europejskiej Stolicy Kultury (wraz z fińskim Turku).  

FOT. PAWEŁ PAKIEŁA   

Mury obronne Tallina         

Z tutejszego zabudowanego wzgórza Toompea (na które koniecznie powinniśmy wejść) możemy obejrzeć jedną z najpiękniejszych panoram miejskich w Europie. Z punktów widokowych Patkuli i Kohtuotsa rozpościera się widok na czerwone dachy kamienic i wystrzelające wśród nich w górę smukłe wieże kościołów św. Olafa i św. Mikołaja czy Ratusza z początku XV w. Mierzący obecnie ok. 124 m Kościół św. Olafa był w latach 1549–1625 najwyższą świątynią na naszym kontynencie. Dzisiaj stanowi jedną z największych atrakcji Tallina – z jego tarasu widać całe miasto. Według eposu narodowego Estończyków Kalevipoeg wzgórze Toompea to w rzeczywistości kurhan usypany dla króla Kaleva przez opłakującą go żonę Lindę. Do dziś w języku estońskim człon kalev wiąże się z nadludzką siłą. Wyłomem w linii architektonicznej okolicy jest niewątpliwie symbol rosyjskiego panowania – wzniesiony na wzgórzu w latach 1894–1900 prawosławny sobór, czyli pokaźnych rozmiarów Katedra św. Aleksandra Newskiego (Aleksander Nevski Katedraal), często odwiedzana przez turystów. Na baszcie sąsiadującego z nią Zamku Toompea powiewa niebiesko-czarno-biała flaga Estonii. Tutaj obraduje estoński parlament. Budowlę, wzniesioną w XIII w. przez zakon kawalerów mieczowych (Rycerzy Chrystusowych), często w następnych wiekach przebudowywano. Ostatecznie nadano jej styl barokowo-klasycystyczny. Spacer po wzgórzu Toompea warto zakończyć zwiedzeniem głównej luterańskiej Katedry Episkopalnej (Piiskoplik Toomkirik), dawnej siedziby biskupów Tallina i najwyższych rangą duchownych w kraju.

 

Stary Tomasz i caryca Katarzyna                                   

Krętymi uliczkami schodzimy na dół, często zatrzymując się przy ciekawych kamieniczkach czy punktach widokowych. Po drodze do placu Ratuszowego (Raekoja plats) mijamy ciekawostkę – dom, w którym… straszy. Jedno z jego okien zdecydowanie wyróżnia się na tle ładnej, zadbanej elewacji kamienicy: wygląda na niemalowane przez lata, nie widać w nim żadnego znaku życia… Kiedy już dotrzemy do placu, warto spojrzeć w górę, aby przywitać się ze Starym Tomaszem (Vana Toomas), najbardziej rozpoznawalnym mieszkańcem Tallina, który niewzruszenie stoi na szczycie ratuszowej wieżyczki. Ten strażnik estońskiej stolicy, noszący kapelusz i długie wąsy, piastuje swoje stanowisko od 1530 r. (choć obecny wiatrowskaz to kopia). Niezwykła siedziba władz miasta jest jedynym oryginalnie gotyckim ratuszem w Europie Północnej i najstarszą tego typu budowlą w krajach nadbałtyckich i skandynawskich. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z 1322 r., a obecny kształt został nadany jej w latach 1402–1404. Wspomniana wieża z figurą Starego Tomasza, udostępniona dla turystów, ma 64 m wysokości. Rozpościera się z niej kolejna przepiękna panorama miasta.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/JAAK NILSON

Talliński Ratusz z 64-metrową wieżą ze Starym Tomaszem

 

Ulubione miejsce odpoczynku i spędzania wolnego czasu przez całe rodziny stanowi w stolicy Estonii zadbany kompleks parkowy Pałacu Kardiorg (Kadrioru loss – „Dolina Katarzyny”), który car Piotr Wielki zbudował dla swojej żony Katarzyny I. Obecnie sam pałac pełni funkcję rezydencji prezydenta. Nieopodal, na skraju parku, wkomponowano w wapienny taras nowoczesne bryły największego w tym rejonie Europy Muzeum Sztuki Kumu (oddziału Estońskiego Muzeum Sztuki – Eesti Kunstimuuseum). Możemy w nim zapoznać się z dziełami estońskich twórców (od XVIII w. do lat dzisiejszych) oraz współczesnych autorów zagranicznych.                       

Podczas wizyty w stolicy Estonii warto zajrzeć do Rotermannu, położonej między Starym Miastem i portem nowoczesnej dzielnicy, w której dawne budynki zmieniono zgodnie z dzisiejszymi trendami w architekturze. Tutaj na barwnym rynku możemy zaopatrzyć się w świeże owoce i warzywa z estońskich gospodarstw i ogrodów. Niedaleko stąd znajduje się amfiteatr, gdzie co 5 lat w lipcu odbywa się krajowy festiwal pieśni i tańca Laulupidu. Na olbrzymiej scenie pojawia się wtedy rekordowa liczba 25–30 tys. wykonawców. W tym miejscu występowały także takie gwiazdy muzyki, jak np. Madonna, Michael Jackson, The Rolling Stones, Elton John czy Tina Turner. Wiele bardziej i mniej znanych miejsc czeka na turystów w Tallinie. Aby je odkryć, czasem wystarczy tylko zajrzeć za róg uroczej uliczki lub schronić się gdzieś przed deszczem…

 

Nad Bałtykiem

Mówi się, że letnią stolicą Estonii jest Pärnu (Parnawa), położona w odległości ok. 130 km od Tallina. Ciepłe morze (temperatura wody w sezonie osiąga 26°C) i szerokie, piaszczyste plaże przyciągają co roku tysiące wczasowiczów. Rodziny z dziećmi najczęściej zażywają tu kąpieli morskich w płytkiej części akwenu na wysokości centrum kurortu.                                                               

Parnawa rolę miejscowości wypoczynkowej odgrywa już od ponad 170 lat. Pierwsze łaźnie powstały tutaj w 1838 r. Latem goście korzystali z walorów pięknego wybrzeża, zimą regenerowali siły w rewitalizujących saunach. Od tego czasu miasto rozwijało się, dostosowując infrastrukturę do potrzeb napływających coraz większych rzesz turystów. Dzisiejszy kurort należy do jednych z najlepszych europejskich resortów wypoczynkowych, a jego plaże zostały umieszczone w 2011 r. przez brytyjski dziennik The Independent na liście 50 najlepszych na naszym kontynencie. Parnawa jest przygotowana na goszczenie przyjezdnych o każdej porze roku w wielu komfortowych ośrodkach SPA, które oferują szeroki wachlarz usług, m.in. antystresowe zabiegi oparte na bogactwach naturalnych Estonii. Jezioro Ermistu dostarcza składników dla okładów z błota, w terapiach z użyciem torfu stosuje się natomiast rośliny pochodzące z bagien w okolicach Viljandi. Dużą popularnością cieszy się także krioterapia (leczenie zimnem), która dodaje energii i ujędrnia skórę.       

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS OLEV

Jesień w barwie złota w zadbanych parkach w kurorcie Parnawa

Miasto zaprasza również do spacerów po jego malowniczych uliczkach, rozświetlonych wieczorem nadbrzeżnych bulwarach czy będących dumą mieszkańców zielonych, spokojnych parkach – doskonałych miejscach na urządzenie pikniku. Aleja, która od strony centrum Parnawy wiedzie ku wybrzeżu, przechodzi przez największą w Estonii dzielnicę starych, kolorowych, drewnianych willi. W odrestaurowanych budynkach działają często pensjonaty i hotele. Na romantyczną kolację przy świecach można udać się np. do modnej Willi Ammende, wzniesionej w 1905 r. Jej budynek jest jednym z najznakomitszych przykładów stylu secesji w kraju. Odnowiony w 1999 r. pełni dzisiaj funkcję ekskluzywnego hotelu i restauracji. W zaciszu jego stylowych apartamentów goście przenoszą się w czasie do wczesnych lat XX w. 

 

Piąta pora roku

Okolice Parnawy stanowią niezwykłą atrakcję dla osób lubiących spędzać wakacje na łonie natury w bardziej aktywny sposób. Wiosną przyroda budzi się do życia – zakwitają kwiaty, a ptaki znowu wracają na północ. Gdy śnieg zaczyna topnieć, wysoki poziom wód pozwala na bardzo popularne i niezmiernie fascynujące wycieczki kajakiem po terenach trudno dostępnych w innych porach roku. Położony niedaleko Parnawy Park Narodowy Soomaa to największy w Estonii obszar (390 km²) nawiedzany co roku przez powodzie. Jego mieszkańcy przywykli już do tego regularnego zjawiska. Na kilkanaście dni opuszczają wtedy swoje domy i przenoszą się w bezpieczniejsze rejony. Według lokalnego powiedzenia w Soomaa panuje pięć pór roku: wiosna, lato, jesień, zima i… okres powodzi.   

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/AIVAR RUUKEL    

Wycieczki łodziami po rzece Raudna w Parku Narodowym Soomaa

 

Okręg Parnawy, jak również cała zachodnia część Estonii, leżą na szlaku migracyjnym milionów ptaków, których wędrówki można podziwiać wiosną i jesienią. W wielu punktach postawiono specjalne wieże obserwacyjne. Obejrzymy z nich sunące po niebie klucze żurawi i kaczek. W rozpoznawaniu gatunków warto skorzystać z pomocy doświadczonego ornitologa. Południowo-zachodni region kraju to prawdziwy raj dla osób szukających piękna pierwotnej przyrody. Czekają tu na nich czyste powietrze, sosnowe lasy i tereny bagienne bogate w różne gatunki flory i fauny. 

 

Sport i kultura

Poza Tallinem i Parnawą Estonia posiada jeszcze inne chętnie odwiedzane przez turystów ośrodki. Niewielka miejscowość Otepää zamienia się zimą w scenę zmagań biegaczy narciarskich podczas zawodów Pucharu Świata. Poza tym ściągają tutaj z całego kraju amatorzy uprawiania wszelkiego rodzaju sportów zimowych. Drugie co do wielkości miasto Estonii – Tartu – zyskało miano stolicy nauki, kultury i sztuki. Znajduje się w nim najstarsza i najbardziej renomowana estońska uczelnia wyższa – założony w 1632 r. Uniwersytet w Tartu (Tartu Ülikool). Do dzisiaj miejscowość ta pozostaje głównym centrum uniwersyteckim w Estonii. Cały rok odbywają się tu festiwale, koncerty, przedstawienia teatralne i konferencje.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/MEELIS LOKK

Plac Ratuszowy w samym sercu Starego Miasta w Tartu

 

Wiele ciekawych ekspozycji można zobaczyć w ponad 20 placówkach muzealnych, np. Estońskim Muzeum Narodowym (Eesti Rahva Muuseum), które przybliża ludową tradycję i sztukę. Z kolei wizyta w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu w Tartu (Tartu Ülikooli Botaanikaaed), gdzie zgromadzono 6500 gatunków roślin, stanowi okazję do przyjemnego spaceru. Liczne wydarzenia kulturalne nie zakłócają jednak spokojnego rytmu Tartu, nazywanego przez mieszkańców „miastem pozytywnych myśli”.                                                                                       

   

Wyspiarska Estonia

Prom, który zabierze nas na Muhu – trzecią co do wielkości wyspę Estonii (198 km²), słynie ze smacznych kanapek ze szprotkami. Jeśli nie jesteśmy specjalnie głodni, możemy napić się dobrego espresso – mamy na to niecałe pół godziny, bo tyle właśnie trwa rejs. Z portu już samochodem dostaniemy się natomiast na największą estońską wyspę – Saremę (est. Saaremaa). Zanim jednak udamy się na nią, zatrzymajmy się na Muhu. Jeden z jej najpiękniejszych obiektów stanowi rezydencja Pädaste. Otwarty w niej zachwycający hotel z centrum SPA słynie ze swojej magicznej atmosfery. Liiva, największa tutejsza miejscowość, słynie z wczesnogotyckiego Kościoła św. Katarzyny z 1267 r. Na zachodnim wybrzeżu, niedaleko wsi Koguva, spotkamy potomków rodu chłopskiego, żyjącego tu nieprzerwanie od 1532 r. Gdy spojrzymy na rozległe, kryte strzechą chaty, odniesiemy wrażenie, że w tym miejscu czas się zatrzymał. Na koniec krótkiego pobytu na Muhu amatorzy muzyki jazzowej powinni zajrzeć do Nautse, gdzie na pięknej farmie co roku na lokalnym festiwalu zbierają się znani wykonawcy tego gatunku. 

Na Saremę wiedzie rodzaj wału łączącego obie wyspy. Mówi się, że jej mieszkańcy są twardzi jak charakterystyczne dla jej krajobrazu duże kamienie. Nic w tym dziwnego – wywodzą się oni ze znanego w czasach antycznych wojowniczego ludu Ozylian, zwanego również estońskimi wikingami. Ich przodkowie niegdyś wyróżniali się pod względem zamożności na tle Europy. Do dzisiaj w potomkach dawnych wojowników przetrwały takie cechy, jak wytrwałość, dobry humor i… zamiłowanie do kultywowania miejscowej tradycji, czyli warzenia piwa. Do tego mieszkańcy wyspy są również bardzo sympatyczni. Jeśli chcemy sobie ich zjednać, musimy nauczyć się jednego słowa kena, co znaczy „miły”. Wyspiarze używają go często jako pozytywnego określenia różnych rzeczy, np. jedzenia lub napoju. 

Sarema to także kraina jałowca – bardzo rozpowszechnionej rośliny w tym rejonie. Większość pamiątek, które się tu sprzedaje, wyrabiana jest właśnie z tego surowca. Gałązek tego krzewu używa się też w saunie. W wiosce Angla w niewielkiej wytwórni wyrobów z jałowca można uczestniczyć w warsztatach, podczas których sami skleimy np. podstawkę pod imbryk. Ciepło wydzielane przez gorący napar w naczyniu wydobywa z drewna jałowcowego przyjemny zapach. Na farmie, słynącej z utrzymanych w znakomitym stanie wiatraków, kupimy również pamiątki z dolomitu, podstawowej skały budującej wyspę.

Na Saremę warto przyjechać o każdej porze roku. W opływających ją wodach dostrzeżemy foki szare. Poszukiwacze rzadkich gatunków flory znajdą tutaj endemiczną odmianę szelężnika (Rhinanthus osiliensis) – niewielką roślinę o żółtych kwiatkach. Również tylko tu można zobaczyć wielką atrakcję Estonii – jezioro Kaali powstałe po uderzeniu meteorytu ponad 4000 lat temu.  Koniecznie trzeba także zwiedzić stolicę wyspy – Kuressaare. Dumą miasta jest jedna z najlepiej zachowanych w regionie Bałtyku cytadel. Wyspiarze nazywają ją zamkiem. Powstał on w XIV w., a jego surowa, gotycka forma, nie poddana znaczącym modyfikacjom, przetrwała do dzisiaj. Kuressaare nazywa się stolicą estońskiego SPA. Tutejsze ośrodki oferują specjalistyczne zabiegi, zapraszają na smaczne potrawy, a także organizują wycieczki po wyspie. Wieczorem w licznych restauracjach i klubach rozbrzmiewa muzyka na żywo. Miasto to, podobnie jak wiele innych miejsc w intrygującej Estonii, nie pozostawia nikogo obojętnym na swój urok. Dlatego też co roku tak wielu turystów ponownie przekracza estońską granicę w poszukiwaniu nowych wrażeń.

 

PODRÓŻ PRZEZ ZATOKĘ FIŃSKĄ – Z TALLINA DO HELSINEK

Połączenie morskie między Tallinem a Helsinkami to jedna z najbardziej obleganych międzynarodowych tras pasażerskich na świecie. Promy przecinają Zatokę Fińską, oddzielającą obie stolice, kilka razy dziennie. Podróż trwa ok. 2–3 godz. Od późnej wiosny do końca jesieni na tej trasie operują też szybkie statki, które pokonują dystans między Tallinem a Helsinkami jedynie w 1,5 godz. Promy ze stolicy Estonii do Sztokholmu (Tallink) odpływają natomiast co wieczór. Podróż zajmuje mniej więcej 15 godz. Terminale pasażerskie położone są niedaleko od tallińskiego Starego Miasta. Do Helsinek dostaniemy się m.in. promami Viking Line, Eckerö Line i Tallink oraz szybkimi statkami LindaLine Express. Ten pierwszy znany fiński operator promowy skierował do obsługi połączenia między Tallinem a stolicą Finlandii nowoczesną jednostkę M/S Viking XPRS. Zbudowano ją w 2008 r., ma 185 m długości i 27,7 m szerokości. Może pomieścić 2500 pasażerów i rozwija prędkość 25 węzłów, czyli ok. 46 km/godz. Dzięki temu pokonuje Zatokę Fińską w 2,5 godz. Konstrukcja Viking XPRS łączy zalety szybkiego katamaranu i luksusowego promu pasażerskiego. Na pokładzie tego statku pasażerowie znajdą 5 punktów gastronomicznych – Bistro Bella (Bistro Buffet), Xpresso Café, Blue Deli Café, Red Rose Bar Café i Viking’s Inn Pub. Oferuje on bilety w jedną stronę między tymi dwoma nadbałtyckimi stolicami z możliwością kilkugodzinnego poznawania atrakcji Helsinek lub Tallina.

 

 


 

Artykuły wybrane losowo

Na krańcu świata w Chile

DOROTA STAŃCZYK

<< Republika Chile jest jednym z nielicznych krajów, które mogą poszczycić się wielką różnorodnością krajobrazów i stref klimatycznych. Na północy występuje najsuchsza pustynia świata – Atakama, a na południu – potężne lodowce. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami znajdziemy wszystko: od skąpanych w słońcu plaż, poprzez bujne winnice, wiecznie zielone lasy ze szmaragdowymi jeziorami, aż do niekończących się patagońskich stepów. Dopełnieniem tego wszystkiego są szczyty Andów i dymiące wulkany. To właśnie w Chile cuda natury i ciekawa historia składają się na wspaniałe atrakcje turystyczne. >>

Więcej…

Saksonia – Niemcy mniej znane

590.jpg

Panorama historycznego centrum Drezna oglądana od strony Łaby

©TOURISMUS MARKETING GESELLSCHAFT SACHSEN MBH (TMGS)/ ANJA UPMEIER

JULITA CZECHOWICZ


Gdyby spytać Bawarczyka o to, z czym kojarzą mu się Saksonia i Saksończycy, pewnie uśmiechnąłby się z lekkim lekceważeniem i powiedział, że z dialektem. Rzeczywiście, Niemcy uważają dialekt saksoński za trudny w odbiorze, ale niewielu wie, iż to tą odmianą językową posłużył się w XVI w. Marcin Luter w swoim tłumaczeniu Biblii, pod wpływem którego wykształcił się później standardowy język niemiecki („Hochdeutsch”). Jednak wystarczy raz odwiedzić Saksonię, aby przekonać się, że jest miejscem jedynym w swoim rodzaju.

Więcej…

Birma – niezwykła kraina życzliwości

AGATA CIEŚLAK

www.beforewegetold.pl

           

<< Malownicze, wiejskie krajobrazy poprzecinane tysiącem złotych pagód, bezinteresowne uśmiechy pojawiające się na pomalowanych „thanaką” twarzach życzliwych mieszkańców, chodniki pełne charakterystycznych czerwonych plam, na każdym kroku przypominających o birmańskiej tradycji żucia betelu, ciężko pracujące, a mimo to radosne dzieci o dużych oczach, z ciekawością obserwujące zagranicznych przybyszów – to właśnie Birma (Mjanma), niesamowita kraina, która raz odwiedzona nie daje o sobie zapomnieć. Leży nad Zatoką Bengalską i Morzem Andamańskim, a jej terytorium rozciąga się wzdłuż rzeki Irawadi. Jeszcze do niedawna pozostawała w całkowitej izolacji. Przez długi czas władzę w kraju sprawowała junta wojskowa, która skutecznie odcinała jego mieszkańców od jakichkolwiek zagranicznych wpływów. Dopiero w 2011 r., po wielu latach despotycznych rządów, Birma powoli zaczęła otwierać się na świat. Piękne krajobrazy, serdeczne serca Birmańczyków oraz urokliwe, nieskażone współczesną cywilizacją rejony sprawiają, że dzisiaj jest jednym z najchętniej odwiedzanych państw w Azji Południowo-Wschodniej. >>

Nie odważyłabym się napisać, że w 2018 r. nie dotarła tu masowa turystyka. Kraj szybko się rozwija, a jego mieszkańcy są coraz bardziej świadomi korzyści płynących z przyjmowania zagranicznych gości. Skalę zjawiska prezentują dostępne statystyki dotyczące liczby odwiedzających. W 2010 r. do Birmy zawitało niespełna 800 tys. turystów, ale w 2017 r. było ich już blisko 3,5 mln. Z powodu tłumów, jakie ściągają obecnie do sąsiedniej Tajlandii (niemal 35,5 mln zagranicznych gości w 2017 r.), warto rozważyć wizytę w tym mniej popularnym kraju, póki wciąż można tutaj znaleźć miejsca, do których dociera niewielu przyjezdnych.

 

Jezioro Inle - sieci rozpiete na koszach

© Myanmar Touri sm Marketi ng/shutter sto ck/natta nan726

 

Pod względem zajmowanego terytorium Birma (Mjanma, oficjalnie Republika Związku Mjanmy) jest drugim największym państwem w Azji Południowo-Wschodniej, zaraz po Indonezji (ma ok. 676,5 tys. km² powierzchni). Leży w strefie klimatu zwrotnikowego, wilgotnego, monsunowego. Wyróżnia się tu trzy pory roku: suchą chłodną (od listopada do lutego), suchą gorącą (od marca do maja) oraz deszczową (od czerwca do października). Najlepszy termin na zwiedzanie kraju to okres od listopada do lutego. Wówczas opady deszczu praktycznie nie występują, a temperatura utrzymująca się na poziomie ok. 25°C nie daje się we znaki. Z Polski najłatwiej dotrzeć samolotem do miast Rangun lub Mandalaj. Najczęściej loty odbywają się z przesiadką w Singapurze, Hongkongu, Bangkoku, Dosze czy Dubaju.

 

Birmańskie dzieci z twarzami ozdobionymi szarożółtawą pastą nazywaną thanaką

© Col umb us Tra vel s and Tours

 

NIESAMOWITE TRADYCJE

Podczas kilkumiesięcznej podróży po wielu krajach Azji Południowo-Wschodniej to właśnie birmańskie zwyczaje i kultura urzekły mnie najbardziej. Wieloletnie odizolowanie Birmy od reszty świata sprawiło, że wciąż mocno kultywuje się w niej lokalne tradycje, niezmiernie ciekawe dla turystów zza granicy. Najczęściej kojarzą się z nią pomalowane na jasnożółto twarze mieszkańców. Do wykonania wzorów stosuje się thanakę, czyli mieszankę wody i startego drewna z różnych drzew. Gotową pastę ze starannością rozprowadza się na twarzach kobiet i dzieci, rzadko mężczyzn. Chroni ona przed szkodliwym działaniem słońca, a w tutejszej kulturze stanowi rodzaj makijażu.

                Panowie raczej nie używają thanaki, ponieważ jest to uważane za mało męskie. Inaczej niż w Europie mężczyźni ubierają się tu w longyi (lungi), czyli długą chustę charakterystycznie przewiązaną z przodu na wysokości bioder, przez co przypominającą spódnicę. Oczywiście, można spotkać Birmańczyków w spodniach, jednak znaczna ich część preferuje tradycyjny strój, który nie krępuje ruchów i w gorącym klimacie przepuszcza więcej powietrza.

                Domeną prawdziwego mężczyzny z krwi i kości jest żucie betelu, składającego się głównie z liści pieprzu żuwnego z dodatkiem anyżu, goździków, kardamonu czy gałki muszkatołowej. Ma on działanie lekko pobudzające i jak większość używek uzależnia. Poza tym zabarwia zęby na czarno, a ślinę na czerwono. To właśnie dumnie spluwający mężczyźni z czarnym uzębieniem są odpowiedzialni za upstrzone czerwonymi plamami chodniki. Ta wątpliwa estetycznie atrakcja jest niejako wizytówką Birmy, choć rząd od jakiegoś czasu stara się walczyć z tym zwyczajem. Podobno podjęto próby wprowadzenia zakazu plucia, ale rezultatu obostrzeń praktycznie nie widać.

 

BIRMAŃSKIE SMAKI

Ten rozległy kraj zamieszkuje wiele mniejszości etnicznych. Dodatkowo jego sąsiedzi (Tajlandia, Indie czy Chiny) mogą poszczycić się bogatymi tradycjami kulinarnymi. Birmańskie potrawy są więc bardzo różnorodne, jednak istnieją dwa składniki powtarzające się w nich bez względu na region: ryż i makaron. Uliczne garkuchnie serwują dania, w których główną rolę odgrywa wiele odmian ryżu, od lepkiego po sypki. Makaron występuje w kilku wersjach, różniących się grubością nitek. Potrawy podawane są z warzywami, mięsem lub owocami morza. Co ciekawe, wszelkie dodatki serwuje się najczęściej w osobnych małych miseczkach. W efekcie na stole ląduje zazwyczaj łącznie kilkanaście mniejszych lub większych naczyń. Poza tym w Birmie do jedzenia nie używa się noży, a jedynie łyżek, widelców lub pałeczek. Częstym przysmakiem są również zupy: wegetariańskie, mięsne lub z owocami morza, ale zawsze z dużą ilością warzyw i wyczuwalnej kolendry.

                Do posiłków zwykle podawana jest herbata, która zajmuje szczególne miejsce wśród kulinarnych tradycji kraju. W Birmie praktykuje się picie herbaty w ulicznych kafejkach. Siedząc na charakterystycznych niskich, plastikowych krzesełkach, Birmańczycy od rana do wieczora popijają serwowany w dzbankach napój. Rozmawiają ze sobą, obserwują rzeczywistość, razem spędzają czas.

                W gorące dni świetnie orzeźwia woda z kokosa lub świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej. Piwosze nie powinni być zawiedzeni, ponieważ lokalne piwo Myanmar niczym nie odbiega od produktów pochodzących z naszych polskich browarów.

 

W złotej stupie Szwedagon zgodnie z tradycją przechowywanych jest osiem włosów Buddy

© Myanmar Touri sm Marketi ng/Nyaunt Nai ng

 

TĘTNIĄCE ŻYCIEM MIASTO

Położony na południu Rangun (Yangon) to blisko 8-milionowa metropolia, stanowiąca ważny ośrodek kulturalny i gospodarczy w państwie. Przez ponad 150 lat (od 1853 do 2006 r.) był on stolicą Birmy (obecnie tę funkcję pełni Naypyidaw, Nay Pyi Taw). Mimo utraty tak ważnej roli kolorowe miasto wciąż tętni życiem i razem z północnym Mandalaj jest jednym z dwóch największych skupisk ludności w kraju.

                Gwarne i zatłoczone ulice na pozór szarej metropolii wydają się nigdy nie spać. Od samego rana lokalne garkuchnie kuszą zapachami, barwne longyi suną po wąskich chodnikach, a w tle słychać szczekanie bezpańskich psów. Sprzedawcy usług telefonii komórkowych wyrastają na każdym rogu, kolorowe stragany przyciągają świeżymi owocami, a umorusane dzieci ciekawie zerkają na turystów, gdy pomagają rodzicom w pracy. Ruch samochodowy istnieje, ale zasady poruszania się po drogach już niekoniecznie. Co prawda są znaki, pasy dla pieszych, sygnalizacja świetlna, ale nikt specjalnie nie zwraca na to uwagi. Skutery przeciskają się pomiędzy autami, a piesi, wśród głośnego akompaniamentu klaksonów, próbują wywalczyć kilka sekund, aby przejść na drugą stronę jezdni.

                Stare zabudowania z obdrapanymi fasadami upstrzone zostały wszelkiego rodzaju okablowaniem, antenami satelitarnymi i szyldami. Tutaj naprawiają pralki, a zaraz za rogiem znajduje się serwis telefonów. Chodniki usiane są herbaciarniami, gdzie rozwija się życie towarzyskie mieszkańców miasta. W tym całym rozgardiaszu jest jednak pewna harmonia, która sprawia, że Rangun ma niepowtarzalny klimat.

                Mieniąca się milionami odcieni złota świątynia Szwedagon (Shwedagon) góruje nad metropolią i kontrastuje swoim bogactwem z ubóstwem codziennego życia. Wysoka na 99 m buddyjska stupa uchodzi za jedno z najświętszych miejsc w Birmie. Została ponoć zbudowana ponad 2,6 tys. lat temu, a legenda głosi, że znajduje się w niej osiem włosów samego Buddy. Szwedagon stanowi centrum życia religijnego w mieście. Główna stupa otoczona jest wieloma mniejszymi, złotymi kapliczkami, co sprawia, że cały kompleks robi ogromne wrażenie. Podobno ilość złota, której użyto do ozdobienia świątyni, może ważyć nawet do 9 t!

                Do pagody warto udać się późnym popołudniem, kiedy słońce zaczyna zbliżać się ku zachodowi i oświetla złote fasady budowli. Prawdziwy spektakl rozpoczyna się jednak wieczorem, gdy kompleks rozświetlają tysiące zapalonych przez wiernych świeczek. Wokół unosi się charakterystyczny zapach kadzideł i rozbrzmiewa kojąca melodia modłów. Podniosła atmosfera kontrastuje z migającymi smartfonami birmańskiej młodzieży. Świątynia jest nie tylko miejscem modlitwy, ale również swoistym centrum, dookoła którego toczy się życie towarzyskie mieszkańców.

                Żeby przyjrzeć się codziennej rzeczywistości Birmańczyków, warto wsiąść do tzw. Yangon Circular Train, czyli pociągu okrążającego metropolię i przejeżdżającego przez okoliczne wioski i przedmieścia. Choć to dobrze znana turystom atrakcja, sama linia kolejowa wcale nie została stworzona na potrzeby turystyki. Funkcjonuje od 1954 r. i korzystają z niej osoby dojeżdżające do pracy. Przejażdżka jest więc okazją do obserwowania prawdziwego życia miejscowych.

                W ciągu ok. 3 godz. pociąg pokonuje blisko 46 km i zatrzymuje się na 39 tętniących życiem stacjach. Do wagonów wchodzą mężczyźni z czarnymi od betelu zębami sprzedający taśmę izolacyjną czy nożyczki. Kobiety z koszami na głowie oferują pasażerom owoce. Umalowane thanaką dziecięce twarze wykrzywiają się podczas dźwigania ogromnych ilości kukurydzy. Na każdej stacji do okien podbiegają Birmanki z tacami pełnymi smakołyków i orzeźwiających napojów. Wszyscy gdzieś się przemieszczają i próbują zarobić parę groszy. Gdy patrzy się na ten rozgardiasz z perspektywy Europejczyka, ciężko nie zawstydzić się przed sobą za narzekanie na zachodnie warunki pracy.

 

MAGICZNY ŚWIAT Z POCZTÓWEK

W każdym kraju znajduje się takie miejsce, które jest jego swoistą wizytówką, ikoną pojawiającą się na większości pocztówek. W Birmie tę rolę odgrywa położone w prowincji Mandalaj dawne miasto Pagan (Bagan). Było ono niegdyś stolicą Królestwa Paganu, którego początki sięgają IX w. Najbardziej dynamicznie rozwijało się za panowania króla Anawrahty (w latach 1044–1078) – władca zainicjował budowę wielu obiektów sakralnych. Obecnie stanowisko archeologiczne Pagan zajmuje 104 km2 i usiane jest ponad 2,2 tys. buddyjskich pagód, klasztorów czy świątyń.

                Codziennie o wschodzie słońca nad wierzchołkami budowli unosi się mnóstwo balonów, tak dobrze znanych z birmańskich pocztówek. Aby podziwiać ten niesamowity spektakl, warto wdrapać się na jedną z wyższych świątyń, skąd rozpościera się dobry widok na otuloną pierwszymi promieniami słońca panoramę Pagan. Popularnym miejscem, w którego rejonie codziennie o świcie gromadzi się najwięcej turystów, jest pagoda Shwesandaw. To tu setki obiektywów patrzą w stronę wschodzącego słońca, a co wytrwalsi amatorzy fotografii już na kilka godzin przed nastaniem dnia rozkładają swoje statywy w najlepszych punktach. Podobnie wygląda to podczas zachodu słońca, choć wtedy uzbrojeni w aparaty ludzie okupują pagodę Bulethi. Promienie słoneczne malują okolicę na ciepłe kolory i niesamowicie podkreślają bezkres całego kompleksu.

                Pagan można zwiedzać na wiele sposobów: wynajętym skuterem, taksówką lub nawet powozem konnym. Cały obszar strefy archeologicznej jest bardzo rozległy i nie da się zobaczyć wszystkiego w trakcie jednej wizyty. Najlepiej spędzić tutaj dwa, trzy dni. Warto też zdecydować się na lot balonem nad wierzchołkami świątyń o wschodzie słońca. Tylko z tej perspektywy można zdać sobie sprawę z rozmachu, z jakim zbudowano miasto – las budowli zdaje się ciągnąć bez końca.

 

Zabytkowe budowle sakralne w mieście Pagan

© Myanmar Touri sm Marketi ng/Hta y Wi n

 

STOLICA WIDMO

Gdybym miała powiedzieć, które miejsce najbardziej zaskoczyło mnie podczas pobytu w Birmie, bez wahania wskazałabym stolicę kraju. Naypyidaw to pięciokrotnie większa od Nowego Jorku metropolia (zajmuje powierzchnię ponad 7 tys. km²), gdzie mieszka jedynie ok. 1,2 mln osób. Ogromne, luksusowe hotele rodem z Las Vegas świecą pustkami. Na szerokich ulicach, z 20-pasmową autostradą na czele, próżno szukać wielu samochodów. W birmańskiej stolicy znajduje się największe w całej Azji Południowo-Wschodniej zoo (Naypyidaw Zoological Gardens), które najczęściej odwiedzane jest przez... jego pracowników. Metropolia może poszczycić się także nowoczesnymi przystankami komunikacji miejskiej, jednak rzadko jeżdżą tu autobusy. To tylko kilka przykładów absurdów Naypyidaw, które sprawiają, że to dziwne miasto widmo robi ogromne wrażenie!

              Historia powstania nowej stolicy Birmy jest niesamowicie ciekawa. Podobno zbudowano ją z powodu przepowiedni astrologa, który podszepnął rządzącemu wówczas od 1992 r. generałowi Than Shwe, że przewiduje ataki na Birmę ze strony zachodnich mocarstw. Podatny na sugestie polityk uznał, że pełniący funkcję stołecznego ośrodka Rangun znajduje się zbyt blisko morza, co czyni go łatwym celem dla wroga. W 2002 r. zarządził więc założenie całkowicie nowego miasta, ok. 320 km na północ stąd.

              Nową stolicę wznoszono w tajemnicyzarówno przed innymi krajami, jak i samymi Birmańczykami. Budowa wielkiej metropolii pochłonęła miliony kiatów. Termin przeprowadzki został określony przez wspomnianego astrologa i przypadł na 6 listopada 2005 r. Ku wielkiemu zaskoczeniu mieszkańców Rangunu punktualnie o wyznaczonej porze tysiące załadowanych ciężarówek wyruszyło w kierunku Naypyidaw. Pięć dni później do nowej stolicy przesiedlono również wszystkich urzędników. Zupełnie zaskoczeni pracownicy państwowi próbowali oponować, jednak wszelkie protesty uciszane były groźbą więzienia, a tiry z całym ich dobytkiem eskortowała junta wojskowa. Ponad dwa lata potem, w marcu 2008 r., zorganizowano jeszcze bardziej spektakularne przenosiny – z Rangunu do Naypyidaw przewieziono ciężarówkami całe zoo, liczące 420 okazów zwierząt!

              W nowej stolicy wyznaczono kilka stref, które dzielą ją na część rządową, wojskową, dyplomatyczną, hotelową czy mieszkalną. Szerokie ulice są opustoszałe, a nowoczesne przystanki autobusowe zdają się nie funkcjonować. Czerwono-białe krawężniki, przywodzące na myśl tor wyścigowy, kontrastują z uśpionym miastem. Największą atrakcją jest słynna 20-pasmowa autostrada, na środku której można swobodnie spacerować i robić zdjęcia, ponieważ bardzo rzadko przejeżdża tu jakikolwiek samochód. Pozłacane hole ogromnych hoteli świecą pustkami, a wnętrza luksusowych pokoi bardzo odbiegają swoim wystrojem od typowych standardów, na jakie mogą sobie pozwolić Birmańczycy. Dachy budynków mieszkalnych pomalowano na różne kolory, które sygnalizują rangę społeczną ich lokatorów. Przykładowo niebieski oznacza domy przeznaczone dla pracowników służby zdrowia, a zielony – ministerstwa rolnictwa.

              Budowa nowej stolicy pochłonęła spore sumy pieniędzy z budżetu państwa, co spowodowało znaczną podwyżkę cen w kraju. Dla większości ubogich Birmańczyków życie w Naypyidaw było zbyt drogie. Duży wpływ na sytuację w mieście miał także cyklon Nargis, który w maju 2008 r. nawiedził południowe tereny Birmy i zabił ponad 138 tys. osób. Spowodował on mnóstwo zniszczeń, a tysiące ludzi pozbawił dachu nad głową. Nikogo nie było stać na przeprowadzkę do ekskluzywnej stolicy. Ze względu na te wszystkie uwarunkowania ogromne miasto Naypyidaw stanowi dzisiaj przede wszystkim siedzibę rządu, podczas gdy najbardziej zaludnionymi ośrodkami w kraju wciąż pozostają Rangun i Mandalaj.

 

PŁYWAJĄCE WIOSKI

Niecodzienną atrakcją w Birmie jest jezioro Inle, jej drugi co do wielkości słodkowodny zbiornik wodny (ma powierzchnię ok. 116 km2). Ponad 450 lat temu schronili się tutaj ludzie z grupy etnicznej Intha, którzy uciekali przed walkami plemiennymi. Szybko przystosowali się oni do trudnych warunków życia na wodzie i na dobre osiedlili się na Inle. Na drewnianych palach postawili domy, świątynie i szkoły, a żeby zaspokoić głód, wymyślili własny sposób łowienia ryb i uprawiania roślin.

                Aby odwiedzić jezioro, wystarczy podejść do jednej z setek łodzi zacumowanych w miejscowości Nyaungshwe i zapłacić wioślarzowi, który przez cały dzień będzie z nami pływać. Wycieczkę warto rozpocząć o świcie, ponieważ wtedy na otulonej mgłą tafli Inle odbywa się prawdziwy spektakl! Pierwsze promienie słońca, przedzierając się zza pobliskiego wzgórza, oświetlają ubranych w tradycyjne, pomarańczowe stroje rybaków z grupy etnicznej Intha. Stoją oni na skraju drewnianych łodzi i zarzucają do wody siatkowe kosze do łowienia ryb. Aby przemieszczać się po jeziorze, w charakterystyczny sposób popychają wiosła stopą. Trzeba przyznać, że ich umiejętność utrzymania równowagi na dziobach chwiejnych łajb jest godna podziwu!

                Gdy mgła opadnie, a słońce już na dobre wzniesie się ponad horyzont, łódź z turystą mknie dalej, mijając zielone dywany pływających ogrodów. To na nich uprawiane są podobno najlepsze w Birmie pomidory. Podczas całodniowej wycieczki po jeziorze sterujący łodzią zatrzymuje się w wielu sklepikach z pamiątkami lub przy buddyjskich świątyniach. Jest tu również bazar, na którym spróbować można lokalnych smakołyków. Turyści odwiedzają także zakłady, gdzie w tradycyjny sposób wytwarza się biżuterię czy tkaniny. Jedno z najciekawszych miejsc stanowi wytwórnia cygaretek, w której uśmiechnięte Birmanki ręcznie zwijają liście i ochoczo częstują zwiedzających dymkiem. Oczywiście, od tych uroczych kobiet można kupić gotowe cygaretki, zapakowane w ładne, wzorzyste puszki.

                Na zainteresowanie zasługuje też wytwórnia tkanin z kwiatu lotosu, gdzie wiekowe mieszkanki jeziora tkają barwne materiały. Używają do tego tradycyjnych, drewnianych krosien. Zgrabnie operując dłońmi i stopami, tworzą kolorowe arcydzieła. Spod rąk przemiłych kobiet wychodzą wzorzyste chusty, suknie czy torebki, dostępne do kupienia w tutejszych rzemieślniczych sklepikach.

                Jezioro Inle zamieszkują również sędziwe matrony z grupy etnicznej Padaung (Kayan Lahwi), które noszą na szyjach, rękach i łydkach ciężkie, metalowe obręcze. Te „panie z długimi szyjami” już od mniej więcej piątego roku życia zaczynają ozdabiać ciało tego rodzaju biżuterią i z wiekiem nakładają kolejne bransolety. Najstarsze kobiety mają nawet do 10 kg obręczy na jednej nodze! Uśmiechnięte ochoczo pozują do zdjęć i zapraszają do zakupów.

                Wizyta na jeziorze Inle jest dość komercyjną wycieczką, nastawioną na skłonienie jej uczestników do zakupu pamiątek i przeróżnych wyrobów rzemieślniczych. Trzeba przyznać, że to bardzo turystyczne miejsce, ale gdy zamiast na kolejny sklep skieruje się wzrok w drugą stronę, można przyjrzeć się prawdziwemu życiu na wodzie. Uśmiechnięte dzieci bez potknięcia biegają po wąskich kładkach. Starzec z cygarem w pomarszczonej dłoni odpoczywa na ganku. Muskularni młodzieńcy ukradkiem podglądają kobiety myjące włosy w jeziorze. Wszystkie te sceny rozgrywają się w wolnym rytmie przepięknych wschodów i zachodów słońca, wśród stukotu pływających łodzi, mieszającego się z odgłosem migawek tysięcy aparatów zagranicznych turystów.

***

                Odwiedziny w egzotycznej i barwnej Birmie sprawiają, że stale chce się wracać do tej niezwykłej krainy uśmiechu. Niespotykana życzliwość płynąca z serc Birmańczyków na dobre zapada w pamięć i zachęca do naśladowania ich postawy. Ten kraj to nie tylko malownicze krajobrazy i piękne pagody. To przede wszystkim niezmiernie przyjaźni ludzie, od których można nauczyć się otwartości i którym warto odwdzięczyć się najszczerszym uśmiechem.

 

Wydanie jesień-zima 2018