PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS VOLMER
<< „Mój kraj ojczysty, moje szczęście, radość” –
pierwsze słowa estońskiego hymnu narodowego dobrze odzwierciedlają uczucie, które przez wieki kształtowało świadomość narodową mieszkańców tego nadbałtyckiego rejonu i dodawało im sił w pokonywaniu wielu tragicznych zakrętów historii. Ziemie te narażone były nieustannie na najazdy i podlegały cały czas obcym wpływom. W epokach średniowiecza i renesansu panowali na tych terenach Niemcy, Duńczycy, Rusini i Szwedzi, a nawet chwilowo Polacy, a w ostatnich dekadach – aż do odzyskania niepodległości w 1991 r. – Rosjanie. Dzisiaj, po 22 latach od wyzwolenia, Estończycy żyją w stabilnym, prężnie rozwijającym się państwie. Co więcej, stolica kraju – Tallin, stała się ważnym europejskim ośrodkiem biznesowym i jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w północnej części Europy. >> 

 

Eesti Vabariik, czyli Republika Estońska, leży nad Bałtykiem, w północno-wschodniej części naszego kontynentu. Choć etnicznie jest dość zróżnicowana, większość obywateli należy do narodu o pochodzeniu ugrofińskim, spokrewnionego z Finami i Węgrami. Z jednej strony Estonię charakteryzuje dynamiczny rozwój, z drugiej kojarzy się ona ze spokojnymi krajobrazami niekończących się lasów, jezior i torfowisk położonych z dala od pędzącego, zapracowanego świata. Duże obszary tego kraju nadal pozostają niezaludnione. Jego władze postrzegają to jednak jako walor i wkładają dużo wysiłku, aby ten stan utrzymać, czym zjednują sobie sympatię miłośników odpoczynku na łonie natury, w ciszy i odosobnieniu.  

Jeśli chcecie poznać różne oblicza tego nadbałtyckiego państwa, powinniście zdecydować się na samodzielną wędrówkę po nim. Osobiste doświadczenia pozwolą Wam odkryć krainę pełną kontrastów, sprzeczności i zaskakujących miejsc, która zmienia się na każdym kroku jak obraz w kalejdoskopie.   

 

 

E-stonia

Rewolucja informatyczna Estonii zaczęła się niedługo po odzyskaniu przez nią niepodległości, czyli na początku lat 90. XX w. Komputeryzację traktowano jako ważny czynnik wspierający rozwój niewielkiego państwa. Dzisiaj ten nowoczesny członek Unii Europejskiej wciąż wprowadza rozwiązania ułatwiające funkcjonowanie w wielu dziedzinach życia. W 2007 r. Estonia jako pierwszy kraj na świecie uruchomiła głosowanie on-line w wyborach parlamentarnych. Postęp wkroczył również do służby zdrowia – każdy obywatel posiada elektroniczną kartę pacjenta, a recepty można odbierać bezpośrednio w aptece. Dzięki rządowemu programowi Tiger Leap Foundation (Tiigrihüppe Sihtasutus) pod koniec lat 90. minionego wieku sieć internetowa objęła wszystkie szkoły. Jednym z najnowszych projektów tej fundacji jest wprowadzenie nauczania programowania już wśród siedmiolatków, które mogłyby m.in. stworzyć własną, prostą grę. W systemie szkolnictwa działa tzw. eKool („eSzkoła”) – stopnie, komentarze nauczycieli itp. są dostępne dla rodziców na specjalnej platformie internetowej. Chociaż popularny komunikator Skype, stworzony w Estonii 10 lat temu, został kupiony przez Microsoft w 2011 r., w kraju wciąż działa firma związana z tym przedsięwzięciem, zatrudniająca aż 450 osób. Jej przedstawiciele współpracują ściśle z uniwersytetami i szkołami średnimi w zakresie edukacji młodzieży.   

 

Tallińska bajka

W przewodnikach o stolicy Estonii adresu Pikk 40 ze sklepem i minimuzeum Martsipanigalerii („Marcepanowa galeria”) raczej nie znajdziemy. W odkryciu tego sympatycznego miejsca pomógł nam… deszcz, przed którym chcieliśmy się gdzieś schronić. Gdy przekroczyliśmy próg galerii, poczuliśmy, jakbyśmy wkraczali w świat baśni. Podobne wrażenie wywołuje Tallin, w którym czasem warto skręcić w boczną uliczkę, aby z dala od miejskiego zgiełku poczuć niepowtarzalną atmosferę tego magicznego zakątka.                     

Otoczone grubym pierścieniem murów obronnych tallińskie Stare Miasto stanowi jeden z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów architektonicznych w Europie. Fortyfikacje zaczęto tu wznosić w XII w. W czasach największej świetności były długie na 2,5 km i miały 45 baszt. Dzisiaj możemy podziwiać 25 z nich oraz znajdujące się w doskonałym stanie odcinki murów o łącznej długości ok. 1,5 km. W środku architektura przenosi nas do wcale nie tak mrocznych wieków średnich – zobaczymy tutaj kolorowe kamieniczki, często odchylone od pionu, aby łatwiej było wciągać towar do położonych na piętrze magazynów, wąskie brukowane uliczki i szereg obiektów z długą historią, jak choćby najstarszą na naszym kontynencie, niemal 600-letnią aptekę działającą nieprzerwanie od 1422 r. Prężny rozwój dzisiejsza stolica Estonii zawdzięczała głównie swojemu położeniu nad Bałtykiem, przy szlaku kupieckim prowadzącym z Europy Zachodniej do Rosji. Wiele wspaniałych budowli powstało po przystąpieniu Tallina w 1285 r. do Ligi Hanzeatyckiej – organizacji miast handlowych, do której w szczytowym okresie należało 160 ośrodków Europy Północnej. Hanza wyznaczała styl architektoniczny obejmujący m.in. sposób dekoracji elewacji ścian. Dzięki staraniom Estończyków dbających o dobry stan staromiejskich zabytków historyczne centrum zostało wpisane w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Innym wyróżnieniem było nadanie Tallinowi w 2011 r. prestiżowego tytułu Europejskiej Stolicy Kultury (wraz z fińskim Turku).  

FOT. PAWEŁ PAKIEŁA   

Mury obronne Tallina         

Z tutejszego zabudowanego wzgórza Toompea (na które koniecznie powinniśmy wejść) możemy obejrzeć jedną z najpiękniejszych panoram miejskich w Europie. Z punktów widokowych Patkuli i Kohtuotsa rozpościera się widok na czerwone dachy kamienic i wystrzelające wśród nich w górę smukłe wieże kościołów św. Olafa i św. Mikołaja czy Ratusza z początku XV w. Mierzący obecnie ok. 124 m Kościół św. Olafa był w latach 1549–1625 najwyższą świątynią na naszym kontynencie. Dzisiaj stanowi jedną z największych atrakcji Tallina – z jego tarasu widać całe miasto. Według eposu narodowego Estończyków Kalevipoeg wzgórze Toompea to w rzeczywistości kurhan usypany dla króla Kaleva przez opłakującą go żonę Lindę. Do dziś w języku estońskim człon kalev wiąże się z nadludzką siłą. Wyłomem w linii architektonicznej okolicy jest niewątpliwie symbol rosyjskiego panowania – wzniesiony na wzgórzu w latach 1894–1900 prawosławny sobór, czyli pokaźnych rozmiarów Katedra św. Aleksandra Newskiego (Aleksander Nevski Katedraal), często odwiedzana przez turystów. Na baszcie sąsiadującego z nią Zamku Toompea powiewa niebiesko-czarno-biała flaga Estonii. Tutaj obraduje estoński parlament. Budowlę, wzniesioną w XIII w. przez zakon kawalerów mieczowych (Rycerzy Chrystusowych), często w następnych wiekach przebudowywano. Ostatecznie nadano jej styl barokowo-klasycystyczny. Spacer po wzgórzu Toompea warto zakończyć zwiedzeniem głównej luterańskiej Katedry Episkopalnej (Piiskoplik Toomkirik), dawnej siedziby biskupów Tallina i najwyższych rangą duchownych w kraju.

 

Stary Tomasz i caryca Katarzyna                                   

Krętymi uliczkami schodzimy na dół, często zatrzymując się przy ciekawych kamieniczkach czy punktach widokowych. Po drodze do placu Ratuszowego (Raekoja plats) mijamy ciekawostkę – dom, w którym… straszy. Jedno z jego okien zdecydowanie wyróżnia się na tle ładnej, zadbanej elewacji kamienicy: wygląda na niemalowane przez lata, nie widać w nim żadnego znaku życia… Kiedy już dotrzemy do placu, warto spojrzeć w górę, aby przywitać się ze Starym Tomaszem (Vana Toomas), najbardziej rozpoznawalnym mieszkańcem Tallina, który niewzruszenie stoi na szczycie ratuszowej wieżyczki. Ten strażnik estońskiej stolicy, noszący kapelusz i długie wąsy, piastuje swoje stanowisko od 1530 r. (choć obecny wiatrowskaz to kopia). Niezwykła siedziba władz miasta jest jedynym oryginalnie gotyckim ratuszem w Europie Północnej i najstarszą tego typu budowlą w krajach nadbałtyckich i skandynawskich. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z 1322 r., a obecny kształt został nadany jej w latach 1402–1404. Wspomniana wieża z figurą Starego Tomasza, udostępniona dla turystów, ma 64 m wysokości. Rozpościera się z niej kolejna przepiękna panorama miasta.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/JAAK NILSON

Talliński Ratusz z 64-metrową wieżą ze Starym Tomaszem

 

Ulubione miejsce odpoczynku i spędzania wolnego czasu przez całe rodziny stanowi w stolicy Estonii zadbany kompleks parkowy Pałacu Kardiorg (Kadrioru loss – „Dolina Katarzyny”), który car Piotr Wielki zbudował dla swojej żony Katarzyny I. Obecnie sam pałac pełni funkcję rezydencji prezydenta. Nieopodal, na skraju parku, wkomponowano w wapienny taras nowoczesne bryły największego w tym rejonie Europy Muzeum Sztuki Kumu (oddziału Estońskiego Muzeum Sztuki – Eesti Kunstimuuseum). Możemy w nim zapoznać się z dziełami estońskich twórców (od XVIII w. do lat dzisiejszych) oraz współczesnych autorów zagranicznych.                       

Podczas wizyty w stolicy Estonii warto zajrzeć do Rotermannu, położonej między Starym Miastem i portem nowoczesnej dzielnicy, w której dawne budynki zmieniono zgodnie z dzisiejszymi trendami w architekturze. Tutaj na barwnym rynku możemy zaopatrzyć się w świeże owoce i warzywa z estońskich gospodarstw i ogrodów. Niedaleko stąd znajduje się amfiteatr, gdzie co 5 lat w lipcu odbywa się krajowy festiwal pieśni i tańca Laulupidu. Na olbrzymiej scenie pojawia się wtedy rekordowa liczba 25–30 tys. wykonawców. W tym miejscu występowały także takie gwiazdy muzyki, jak np. Madonna, Michael Jackson, The Rolling Stones, Elton John czy Tina Turner. Wiele bardziej i mniej znanych miejsc czeka na turystów w Tallinie. Aby je odkryć, czasem wystarczy tylko zajrzeć za róg uroczej uliczki lub schronić się gdzieś przed deszczem…

 

Nad Bałtykiem

Mówi się, że letnią stolicą Estonii jest Pärnu (Parnawa), położona w odległości ok. 130 km od Tallina. Ciepłe morze (temperatura wody w sezonie osiąga 26°C) i szerokie, piaszczyste plaże przyciągają co roku tysiące wczasowiczów. Rodziny z dziećmi najczęściej zażywają tu kąpieli morskich w płytkiej części akwenu na wysokości centrum kurortu.                                                               

Parnawa rolę miejscowości wypoczynkowej odgrywa już od ponad 170 lat. Pierwsze łaźnie powstały tutaj w 1838 r. Latem goście korzystali z walorów pięknego wybrzeża, zimą regenerowali siły w rewitalizujących saunach. Od tego czasu miasto rozwijało się, dostosowując infrastrukturę do potrzeb napływających coraz większych rzesz turystów. Dzisiejszy kurort należy do jednych z najlepszych europejskich resortów wypoczynkowych, a jego plaże zostały umieszczone w 2011 r. przez brytyjski dziennik The Independent na liście 50 najlepszych na naszym kontynencie. Parnawa jest przygotowana na goszczenie przyjezdnych o każdej porze roku w wielu komfortowych ośrodkach SPA, które oferują szeroki wachlarz usług, m.in. antystresowe zabiegi oparte na bogactwach naturalnych Estonii. Jezioro Ermistu dostarcza składników dla okładów z błota, w terapiach z użyciem torfu stosuje się natomiast rośliny pochodzące z bagien w okolicach Viljandi. Dużą popularnością cieszy się także krioterapia (leczenie zimnem), która dodaje energii i ujędrnia skórę.       

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS OLEV

Jesień w barwie złota w zadbanych parkach w kurorcie Parnawa

Miasto zaprasza również do spacerów po jego malowniczych uliczkach, rozświetlonych wieczorem nadbrzeżnych bulwarach czy będących dumą mieszkańców zielonych, spokojnych parkach – doskonałych miejscach na urządzenie pikniku. Aleja, która od strony centrum Parnawy wiedzie ku wybrzeżu, przechodzi przez największą w Estonii dzielnicę starych, kolorowych, drewnianych willi. W odrestaurowanych budynkach działają często pensjonaty i hotele. Na romantyczną kolację przy świecach można udać się np. do modnej Willi Ammende, wzniesionej w 1905 r. Jej budynek jest jednym z najznakomitszych przykładów stylu secesji w kraju. Odnowiony w 1999 r. pełni dzisiaj funkcję ekskluzywnego hotelu i restauracji. W zaciszu jego stylowych apartamentów goście przenoszą się w czasie do wczesnych lat XX w. 

 

Piąta pora roku

Okolice Parnawy stanowią niezwykłą atrakcję dla osób lubiących spędzać wakacje na łonie natury w bardziej aktywny sposób. Wiosną przyroda budzi się do życia – zakwitają kwiaty, a ptaki znowu wracają na północ. Gdy śnieg zaczyna topnieć, wysoki poziom wód pozwala na bardzo popularne i niezmiernie fascynujące wycieczki kajakiem po terenach trudno dostępnych w innych porach roku. Położony niedaleko Parnawy Park Narodowy Soomaa to największy w Estonii obszar (390 km²) nawiedzany co roku przez powodzie. Jego mieszkańcy przywykli już do tego regularnego zjawiska. Na kilkanaście dni opuszczają wtedy swoje domy i przenoszą się w bezpieczniejsze rejony. Według lokalnego powiedzenia w Soomaa panuje pięć pór roku: wiosna, lato, jesień, zima i… okres powodzi.   

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/AIVAR RUUKEL    

Wycieczki łodziami po rzece Raudna w Parku Narodowym Soomaa

 

Okręg Parnawy, jak również cała zachodnia część Estonii, leżą na szlaku migracyjnym milionów ptaków, których wędrówki można podziwiać wiosną i jesienią. W wielu punktach postawiono specjalne wieże obserwacyjne. Obejrzymy z nich sunące po niebie klucze żurawi i kaczek. W rozpoznawaniu gatunków warto skorzystać z pomocy doświadczonego ornitologa. Południowo-zachodni region kraju to prawdziwy raj dla osób szukających piękna pierwotnej przyrody. Czekają tu na nich czyste powietrze, sosnowe lasy i tereny bagienne bogate w różne gatunki flory i fauny. 

 

Sport i kultura

Poza Tallinem i Parnawą Estonia posiada jeszcze inne chętnie odwiedzane przez turystów ośrodki. Niewielka miejscowość Otepää zamienia się zimą w scenę zmagań biegaczy narciarskich podczas zawodów Pucharu Świata. Poza tym ściągają tutaj z całego kraju amatorzy uprawiania wszelkiego rodzaju sportów zimowych. Drugie co do wielkości miasto Estonii – Tartu – zyskało miano stolicy nauki, kultury i sztuki. Znajduje się w nim najstarsza i najbardziej renomowana estońska uczelnia wyższa – założony w 1632 r. Uniwersytet w Tartu (Tartu Ülikool). Do dzisiaj miejscowość ta pozostaje głównym centrum uniwersyteckim w Estonii. Cały rok odbywają się tu festiwale, koncerty, przedstawienia teatralne i konferencje.

FOT. ENTERPRISE ESTONIA/MEELIS LOKK

Plac Ratuszowy w samym sercu Starego Miasta w Tartu

 

Wiele ciekawych ekspozycji można zobaczyć w ponad 20 placówkach muzealnych, np. Estońskim Muzeum Narodowym (Eesti Rahva Muuseum), które przybliża ludową tradycję i sztukę. Z kolei wizyta w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu w Tartu (Tartu Ülikooli Botaanikaaed), gdzie zgromadzono 6500 gatunków roślin, stanowi okazję do przyjemnego spaceru. Liczne wydarzenia kulturalne nie zakłócają jednak spokojnego rytmu Tartu, nazywanego przez mieszkańców „miastem pozytywnych myśli”.                                                                                       

   

Wyspiarska Estonia

Prom, który zabierze nas na Muhu – trzecią co do wielkości wyspę Estonii (198 km²), słynie ze smacznych kanapek ze szprotkami. Jeśli nie jesteśmy specjalnie głodni, możemy napić się dobrego espresso – mamy na to niecałe pół godziny, bo tyle właśnie trwa rejs. Z portu już samochodem dostaniemy się natomiast na największą estońską wyspę – Saremę (est. Saaremaa). Zanim jednak udamy się na nią, zatrzymajmy się na Muhu. Jeden z jej najpiękniejszych obiektów stanowi rezydencja Pädaste. Otwarty w niej zachwycający hotel z centrum SPA słynie ze swojej magicznej atmosfery. Liiva, największa tutejsza miejscowość, słynie z wczesnogotyckiego Kościoła św. Katarzyny z 1267 r. Na zachodnim wybrzeżu, niedaleko wsi Koguva, spotkamy potomków rodu chłopskiego, żyjącego tu nieprzerwanie od 1532 r. Gdy spojrzymy na rozległe, kryte strzechą chaty, odniesiemy wrażenie, że w tym miejscu czas się zatrzymał. Na koniec krótkiego pobytu na Muhu amatorzy muzyki jazzowej powinni zajrzeć do Nautse, gdzie na pięknej farmie co roku na lokalnym festiwalu zbierają się znani wykonawcy tego gatunku. 

Na Saremę wiedzie rodzaj wału łączącego obie wyspy. Mówi się, że jej mieszkańcy są twardzi jak charakterystyczne dla jej krajobrazu duże kamienie. Nic w tym dziwnego – wywodzą się oni ze znanego w czasach antycznych wojowniczego ludu Ozylian, zwanego również estońskimi wikingami. Ich przodkowie niegdyś wyróżniali się pod względem zamożności na tle Europy. Do dzisiaj w potomkach dawnych wojowników przetrwały takie cechy, jak wytrwałość, dobry humor i… zamiłowanie do kultywowania miejscowej tradycji, czyli warzenia piwa. Do tego mieszkańcy wyspy są również bardzo sympatyczni. Jeśli chcemy sobie ich zjednać, musimy nauczyć się jednego słowa kena, co znaczy „miły”. Wyspiarze używają go często jako pozytywnego określenia różnych rzeczy, np. jedzenia lub napoju. 

Sarema to także kraina jałowca – bardzo rozpowszechnionej rośliny w tym rejonie. Większość pamiątek, które się tu sprzedaje, wyrabiana jest właśnie z tego surowca. Gałązek tego krzewu używa się też w saunie. W wiosce Angla w niewielkiej wytwórni wyrobów z jałowca można uczestniczyć w warsztatach, podczas których sami skleimy np. podstawkę pod imbryk. Ciepło wydzielane przez gorący napar w naczyniu wydobywa z drewna jałowcowego przyjemny zapach. Na farmie, słynącej z utrzymanych w znakomitym stanie wiatraków, kupimy również pamiątki z dolomitu, podstawowej skały budującej wyspę.

Na Saremę warto przyjechać o każdej porze roku. W opływających ją wodach dostrzeżemy foki szare. Poszukiwacze rzadkich gatunków flory znajdą tutaj endemiczną odmianę szelężnika (Rhinanthus osiliensis) – niewielką roślinę o żółtych kwiatkach. Również tylko tu można zobaczyć wielką atrakcję Estonii – jezioro Kaali powstałe po uderzeniu meteorytu ponad 4000 lat temu.  Koniecznie trzeba także zwiedzić stolicę wyspy – Kuressaare. Dumą miasta jest jedna z najlepiej zachowanych w regionie Bałtyku cytadel. Wyspiarze nazywają ją zamkiem. Powstał on w XIV w., a jego surowa, gotycka forma, nie poddana znaczącym modyfikacjom, przetrwała do dzisiaj. Kuressaare nazywa się stolicą estońskiego SPA. Tutejsze ośrodki oferują specjalistyczne zabiegi, zapraszają na smaczne potrawy, a także organizują wycieczki po wyspie. Wieczorem w licznych restauracjach i klubach rozbrzmiewa muzyka na żywo. Miasto to, podobnie jak wiele innych miejsc w intrygującej Estonii, nie pozostawia nikogo obojętnym na swój urok. Dlatego też co roku tak wielu turystów ponownie przekracza estońską granicę w poszukiwaniu nowych wrażeń.

 

PODRÓŻ PRZEZ ZATOKĘ FIŃSKĄ – Z TALLINA DO HELSINEK

Połączenie morskie między Tallinem a Helsinkami to jedna z najbardziej obleganych międzynarodowych tras pasażerskich na świecie. Promy przecinają Zatokę Fińską, oddzielającą obie stolice, kilka razy dziennie. Podróż trwa ok. 2–3 godz. Od późnej wiosny do końca jesieni na tej trasie operują też szybkie statki, które pokonują dystans między Tallinem a Helsinkami jedynie w 1,5 godz. Promy ze stolicy Estonii do Sztokholmu (Tallink) odpływają natomiast co wieczór. Podróż zajmuje mniej więcej 15 godz. Terminale pasażerskie położone są niedaleko od tallińskiego Starego Miasta. Do Helsinek dostaniemy się m.in. promami Viking Line, Eckerö Line i Tallink oraz szybkimi statkami LindaLine Express. Ten pierwszy znany fiński operator promowy skierował do obsługi połączenia między Tallinem a stolicą Finlandii nowoczesną jednostkę M/S Viking XPRS. Zbudowano ją w 2008 r., ma 185 m długości i 27,7 m szerokości. Może pomieścić 2500 pasażerów i rozwija prędkość 25 węzłów, czyli ok. 46 km/godz. Dzięki temu pokonuje Zatokę Fińską w 2,5 godz. Konstrukcja Viking XPRS łączy zalety szybkiego katamaranu i luksusowego promu pasażerskiego. Na pokładzie tego statku pasażerowie znajdą 5 punktów gastronomicznych – Bistro Bella (Bistro Buffet), Xpresso Café, Blue Deli Café, Red Rose Bar Café i Viking’s Inn Pub. Oferuje on bilety w jedną stronę między tymi dwoma nadbałtyckimi stolicami z możliwością kilkugodzinnego poznawania atrakcji Helsinek lub Tallina.

 

 


 

Artykuły wybrane losowo

Na szlakach Brandenburgii

JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.

 

W indonezyjskiej krainie rozmaitości

ANNA MARIA KRAJEWSKA

DAWID ZASTROŻNY

 

W różnorodności siła – to narodowe motto Indonezji wyjątkowo trafnie opisuje ten piękny kraj. Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, z czego „jedynie” ok. 6 tys. jest zamieszkałych, 300 grup etnicznych, więcej niż pół tysiąca języków. To największe wyspiarskie państwo świata (mające powierzchnię ponad 1,9 mln km2) przyciąga turystów błękitem swoich wybrzeży, zielenią tropikalnych lasów, doskonałymi miejscami do nurkowania i tajemnicą groźnych wulkanów. Aż trudno w to uwierzyć, że te tysiące wysp u południowo-wschodnich krańców Azji, o zróżnicowanej geografii, historii, przyrodzie i tradycjach, należą do jednego kraju – Republiki Indonezji… Indonezyjczycy są niezwykle otwarci i tolerancyjni, bliska jest im postawa szacunku dla innych, dla różnorodności kulturowej. Nic więc dziwnego, że odwiedzający ich goście z całego świata czują się tutaj naprawdę dobrze i bezpiecznie.

Więcej…