Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

www.dzieckowdrodze.com 

 

« Ten najmniejszy kraj Unii Europejskiej jest zarazem kolebką kultury i przedmurzem chrześcijaństwa. Znajdziemy tu megalityczne świątynie, ale i ok. 360 kościołów katolickich, możemy nurkować w ciepłym morzu, podziwiać wspaniałe zabytki i odwiedzić plan filmowy. Malta zachwyca różnorodnością. Każdy odkryje na niej coś, co sprawi, że będzie chciał na nią wrócić. »

 

Tutaj rzeczywistość miesza się z legendami. Niektórzy uważają, że Gozo, druga największa wyspa kraju (67 km² powierzchni), to Ogygia – na niej właśnie nimfa Kalipso więziła przez siedem lat Odyseusza, bohatera eposu Homera. Według tradycji u wybrzeży Malty rozbił się w 60 r. n.e. statek ze św. Pawłem na pokładzie. W pierwszej połowie XVI w. osiedlili się na archipelagu rycerze zakonni z równoramiennym krzyżem na piersi. Położone na Morzu Śródziemnym Wyspy Maltańskie mają w sobie coś magicznego. Kto raz zawita na Maltę, zakocha się w niej na całe życie.

 

Naprawdę jesteś mistrzem w powożeniu rydwanem? – pytam nieco zaszokowana, choć ściany niewielkiego baru „Vince” w Rabacie obwieszone są zdjęciami właściciela pędzącego na dwukołowym wózku, z wysokości podium ściskającego dłonie prezesom federacji czy dumnie prezentującego puchar i przytulającego koński łeb. Na półkach pomiędzy butelkami whisky i likieru cytrynowego stoją trofea, a do drewnianej boazerii przyszpilono medale wyglądające niczym wota w Kościele św. Pawła po drugiej stronie sennego placu. Wicemistrzem – uściśla Vince. Tamte mistrzostwa, gdy reprezentacja Malty starła się z ekipą Prowansji, przegrałem o włos. Ale walczyłem dzielnie. Gdyby nie to, że obok jakaś kobieta rozmawia przez komórkę, z oddali dobiega dźwięk samochodowego klaksonu, a przede mną stoi filiżanka słodkiej kawy latte, mogłabym przypuszczać, że w barze „Vince” przeniosłam się w czasie o 2 tys. lat. Wtedy wyścigi rydwanów i sportowe starcia pomiędzy prowincjami rzymskimi, choć z pewnością budziły emocje i namiętności, nie były czymś nadzwyczajnym. Dziś zadziwiają, ale właściwie powinnam się spodziewać takich niezwykłości. W końcu od przylotu na Maltę nieustająco mam wrażenie, że podróżuję bardziej w czasie niż w przestrzeni.

 

NA POŁUDNIE OD TUNISU

Ten kraj jest naprawdę mały (ma zaledwie 316 km² powierzchni). Jeśli się dobrze rozejrzymy, niemal z każdego miejsca na głównej wyspie dostrzeżemy mury Mdiny – dawnej stolicy. Wszędzie też dojedziemy autobusami wyruszającymi z Valletty (pełniącej funkcję stolicy od drugiej połowy XVI stulecia). Komunikacja na Malcie wydaje się turystom dość przejrzysta i łatwa do ogarnięcia, ale historia, geografia, język i tradycje sprawiają im nie lada kłopot.

 

Rzut oka na mapę i już mamy pierwszą wątpliwość. Czy ten kraj rzeczywiście stanowi część Europy? I tak, i nie. Od 1 maja 2004 r. podobnie jak Polska jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Jednak geograficznie należy już do Afryki. Znajduje się na południowy wschód od stolicy Tunezji, Tunisu, mniej więcej na wysokości znanego i lubianego przez Polaków kurortu Susa i świętego miasta islamu – Kairuanu. Pod względem klimatu i krajobrazów Malta przypomina Afrykę Północną czy Bliski Wschód. Jej pejzaże wypełniają smagane morskim wiatrem nagie wzgórza, jasne, wapienne skały, spłowiała zieleń śródziemnomorskich ziół. Gdzieniegdzie widać palmy i opuncje. Maltańczycy mają południowoeuropejską urodę. Są podobni do Hiszpanów lub Włochów. Ich język nie brzmi jednak dla turystów znajomo. 

 

STAROŻYTNI FENICJANIE

Maltański nie przypomina żadnego innego języka europejskiego, choć czasami w mowie Maltańczyków da się wychwycić ewidentne zapożyczenia z włoskiego czy angielskiego. Mieszkańcy Malty twierdzą, że pochodzi od języka starożytnych Fenicjan.

 

Mogłoby być w tym ziarno prawdy, bo przecież wynalazcy alfabetu linearnego i pieniędzy mieszkali tu ok. 3 tys. lat temu. Chociaż tak wiele im zawdzięczamy, to zadziwiająco mało po nich pozostało. Trochę ceramiki i glinianych figurek obejrzymy w Narodowym Muzeum Archeologii (National Museum of Archaeology) w Valletcie. Prawdą jest też, że maltański należy do języków semickich, podobnie jak arabski i hebrajski, ale do jego zapisu stosuje się alfabet łaciński. Europejczykom sprawia trudność odczytanie nazw takich jak Marsaxlokk, Ġgantija, Ħaġar Qim czy Ix-Xagħra tal-Kortin. Z kolei Mdina lub Rabat brzmią znajomo dla każdego, kto był kiedyś w dowolnym kraju arabskim. Medina oznacza po arabsku „miasto”, a rabat – „przedmieście”. Jednak Arabowie panowali w tej części Morza Śródziemnego tylko przez mniej więcej 220 lat (od 870 r.) – o jakieś 600 lat krócej, niż rządzili na Półwyspie Iberyjskim. W 1091 r. wyparli ich Normanowie. Do tej pory nikomu nie przyszło do głowy, żeby przeprowadzić w kraju dearabizacje nazw miejscowości. I tak na niewielkiej Malcie znajdziemy toponimy maltańskie i arabskie oraz zachodnioeuropejskie. Te ostatnie związane są z działalnością zakonu joannitów (szpitalników), który przybył w te strony w 1530 r. Po ustanowieniu nowej siedziby jego członkowie przyjęli nazwę kawalerowie maltańscy.

 

KRAJ RYCERZY

Jean Parisot de la Valette (1494–1568), wielki mistrz zakonu joannitów, wsławił się heroiczną obroną Malty przed inwazją Turków osmańskich w 1565 r. Zaledwie ok. 6–8,5 tys. chrześcijan przetrzymało oblężenie mniej więcej 30–48 tys. muzułmanów. Trwające prawie cztery miesiące boje (od 18 maja do 11 września) były niezwykle zacięte. Historycy oceniają, że Turcy stracili ponad połowę swojej armii. Spośród obrońców śmierć poniósł co trzeci. Zuchwałość, ale i mądrość i odwaga wielkiego mistrza przyniosły mu sławę niezłomnego rycerza broniącego do ostatniej kropli krwi honoru chrześcijańskiego świata. Na jego cześć nazwano nowe miasto na Malcie, ufortyfikowane według najlepszych wzorców, którego położenie było znacznie bardziej strategiczne niż Mdiny, dotychczasowej stolicy. Jeszcze przed końcem XVI w. do Valletty przeniosła się komandoria zakonu maltańskiego. Miasto przejęło funkcję ośrodka stołecznego.

 

Płyniemy do stolicy promem ze Sliemy – turystycznego kurortu po drugiej stronie zatoki Marsamxett. Rejs trwa zaledwie 10 minut, ale z pokładu można podziwiać niepowtarzalny widok na Vallettę od strony wody. Nad miastem, malowniczo położonym na wzgórzu, góruje ogromna kopuła Bazyliki Matki Boskiej z Góry Karmel, przywodząca na myśl watykańską Bazylikę św. Piotra. Pod względem wysokości z kościołem karmelickim ściga się strzelista wieża anglikańskiej Prokatedry św. Pawła. Jednak najwspanialszą tutejszą świątynią jest niewidoczna od strony morza Konkatedra św. Jana. Choć za wejście do niej trzeba zapłacić (normalny bilet wstępu kosztuje 10 euro, dla seniorów i studentów – 7,50, a dzieci poniżej 12. roku życia wchodzą za darmo), to naprawdę warto. Możemy jedynie powtórzyć za szkockim poetą i powieściopisarzem Walterem Scottem, który odwiedził Maltę w 1831 r., że wnętrze świątyni uważamy za najwspanialsze, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Każdy centymetr ściany czy posadzki pokrywają tu kunsztowne zdobienia w najlepszym barokowym stylu. W bocznym oratorium znajdziemy dwa świetne obrazy włoskiego geniusza Caravaggia (Ścięcie św. Jana Chrzciciela i Św. Hieronim), który na Malcie szukał schronienia (w latach 1607–1608), kiedy był ścigany za morderstwo.

 Brytyjskie ślady na ulicach Valletty – charakterystyczne czerwone budki telefoniczne

© VIEWINGMALTA.COM

 

BRYTYJSKI SALUT

Chociaż kawalerowie maltańscy od lat nie stają już z bronią w ręku do walki w obronie wiary, zakon nadal uchodzi za organizację doskonale ustosunkowaną. Przez całe wieki możni tego świata odnajdywali swoje powołanie w strzeżeniu granic chrześcijańskiej Europy. Malta była siedzibą joannitów przez 268 lat. Jako najbardziej na południe wysunięty punkt kontynentu otrzymywała nieustanne wsparcie konieczne do odpierania ataków tunezyjskich piratów. Ale rycerze nie zajmowali się jedynie walką. Aby umacniać swoją wiarę, budowali kościoły. Dziś jest ich tu ponoć ok. 360. Niemal przez cały rok można codziennie chodzić na mszę do innej świątyni. 

 

Zakon stracił władzę na Malcie w czasie wojen napoleońskich. Generał Napoleon Bonaparte w czerwcu 1798 r., jeszcze zanim ogłosił się cesarzem Francuzów, wyrzucił kawalerów maltańskich z Valletty i podporządkował archipelag rewolucyjnej Francji. Zaledwie trzy miesiące później wybuchł bunt (powstanie maltańskie) – tym razem przeciwko francuskim okupantom. Pozbyto się ich ostatecznie we wrześniu 1800 r. z pomocą brytyjskiej floty. Jak to często w życiu bywa, sojusznicy szybko sięgnęli po władzę. Do 1964 r. Malta była brytyjską kolonią. Jej znaczenie wzrosło po otwarciu Kanału Sueskiego w 1869 r. Do bezpiecznego portu na archipelagu zawijali podróżnicy chcący uzupełnić zapasy przed wyprawą w świat Orientu.

 

Choć Brytyjczycy rządzili Maltą tak jak innymi koloniami, to trzeba im oddać, że w przeciwieństwie do znienawidzonych przez Maltańczyków Francuzów nie walczyli z religijnością miejscowej ludności. Być może dlatego ślady brytyjskiego panowania wciąż są tutaj dobrze widoczne. Na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, w kraju używa się wtyczek angielskiego typu, a codziennie w Górnych Ogrodach Barrakka (Upper Barrakka Gardens) w Valletcie w samo południe i o 16.00 rozlega się salut armatni (oddają go członkowie Malta Heritage Society ubrani w historyczne mundury artylerii brytyjskiej) przyciągający licznych turystów.

 

APOSTOŁ ROZBITEK

O tym, dlaczego wiara jest dla wyspiarzy ważna, możemy przekonać się w jednej z najbardziej niezwykłych świątyń w Valletcie – Kościele św. Pawła Rozbitka (Church of St Paul’s Shipwreck). W tej pięknej, barokowej kolegiacie przechowuje się relikwię apostoła z Tarsu, uchodzącego za współtwórcę instytucji Kościoła. Gdyby nie św. Paweł, niestrudzony podróżnik, który za cel swojego życia obrał szerzenie Dobrej Nowiny wśród mieszkańców ziem należących do Cesarstwa Rzymskiego, kto wie, czy chrześcijaństwo miałoby szansę wyjść poza ramy narzucone przez judaizm. Ze względu na swoją otwartość na pogan apostoł naraził się nawet św. Piotrowi. 

 

Statek, który przewoził aresztowanego św. Pawła z Judei do Rzymu, wpadł jesienią 60 r. n.e. u wybrzeży Malty (wówczas zwanej Melitą) na skały. Rozbitków przygarnęli gościnni mieszkańcy. Niemal tuż po dotarciu na plażę apostoła miał ukąsić jadowity wąż. Żarliwa wiara uratowała mu jednak życie, co Maltańczycy uznali za cud. W ciągu kolejnych miesięcy licznie przechodzili na chrześcijaństwo. Nawrócił się nawet Publiusz, rzymski namiestnik Melity, mieszkający w willi, na której miejscu stoi dziś, jak się przyjmuje, Kościół św. Pawła w Rabacie (tuż obok znajduje się bar powożącego rydwanem Vince’a). Tradycja mówiąca, iż chrześcijaństwo zaszczepił na archipelagu sam apostoł z Tarsu, jest wciąż żywa. Nic zatem dziwnego, że Maltańczycy należą do najbardziej religijnych narodów Europy.

 

WENUS SPRZED TYSIĘCY LAT

Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że głęboka wiara spłynęła na mieszkańców tego śródziemnomorskiego archipelagu dopiero wraz z chrześcijaństwem. Aby poznać tajemnice Malty, trzeba wyjechać z Valletty, minąć lotnisko i skierować się w stronę przeciwległego brzegu wyspy, żeby w kilkanaście minut dotrzeć do imponującego kompleksu megalitycznych świątyń Ħaġar Qim.

 

Nie ma dziś na świecie zbyt wielu budowli, które powstały ponad 5 tys. lat temu i wciąż stoją. Za jedne z najstarszych obiektów na ziemi uchodzą piramidy w Gizie. Kompleks Ħaġar Qim jest jednak starszy od słynnej piramidy Cheopsa w Egipcie o ok. 1 tys. lat. Kto ustawił ogromne, ważące wiele ton kamienie tworzące potężne mury, korytarze, komnaty z ofiarnymi ołtarzami? Tego nie wiemy. Wiadomo za to, kogo czcili mieszkańcy ówczesnej Malty – boginię o kusząco pełnych kształtach (tzw. Maltańską Wenus). Jej posągi archeolodzy znaleźli także w podobnym obiekcie w Tarxien oraz na terenie liczącego według szacunków mniej więcej 5,6 tys. lat kompleksu Ġgantija na Gozo.

 

Jednak jeśli mielibyśmy wybrać do zwiedzania tylko jeden megalityczny zabytek, to z całkowitą pewnością postawilibyśmy na Ħaġar Qim. Spod położonej na wysokim, wapiennym klifie, smaganej wiatrem budowli rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na lazurowe Morze Śródziemne. Wielkie głazy ustawione w tajemnicze kręgi przywodzą na myśl Stonehenge w południowej Anglii. Jednocześnie jest coś niezwykle bliskiego w tych kamiennych murach, wewnątrz których ludzie kiedyś modlili się, radzili wyroczni i zapewne zwierzali ze swoich codziennych problemów boskiej matce, pocieszycielce.

 

SAMOTNE KLIFY

Prawie 10 km dalej leży najwyższy punkt wyspy – Ta’ Dmejrek (253 m n.p.m.). Docieramy do niego wąską, krętą drogą (mijanki z autobusami, gdy jedzie się lewą stroną jezdni, potrafią polskiemu kierowcy podnieść ciśnienie). Trudno nazwać go górą czy nawet wzgórzem, bo od strony lądu teren wznosi się bez znaczących przewyższeń. Za to potem opada imponującą, pionową, skalną ścianą prosto do morza. To miejsce zwane klifami Dingli. Zostawiamy samochód przy drodze i idziemy kamienistym szlakiem do samotnej kapliczki Marii Magdaleny. Wiatr wściekle szarpie suchą, przekwitniętą jukę i kolczaste płaty opuncji. Turystów nie ma niemal w ogóle, co wydaje nam się dziwne, bo okolica wygląda obezwładniająco pięknie. Białe, strzeliste klify wspaniale prezentują się też od strony morza. Można pod nie podpłynąć małą łódką lub kajakiem.

 

BŁĘKIT MORZA I BIEL SKAŁ

Wysokie, wapienne wybrzeże kryje w sobie niejedną tajemnicę. Skały, o które biją morskie fale, są podziurawione jak szwajcarski ser. W niektórych miejscach powstały skalne łuki i jaskinie. Najsłynniejszą formacją na archipelagu było Lazurowe Okno (Azure Window) na Gozo. Niestety w marcu 2017 r. imponujący łuk zawalił się, a jego pozostałości pochłonęło morze. Możemy go dzisiaj zobaczyć m.in. w pierwszym sezonie amerykańskiego serialu Gra o tron. 

 

Podobnych miejsc na szczęście na Malcie nie brakuje. Do najpiękniejszych z nich należy Błękitna Grota (Blue Grotto) nieopodal kompleksu Ħaġar Qim. Ten niezwykły system jaskiń można podziwiać z pokładu łodzi. Morze ma tu intensywny, lazurowy kolor, bo dno pokryte jest wapiennym rumoszem o strukturze karraryjskiego marmuru. Fale przelewają się przez otwory wielkich pieczar. Co i raz śmiałkowie zagłębiają się w ciemną czeluść, żeby wypłynąć po drugiej stronie skał.

 

UDANY POŁÓW

Jeśli podczas wycieczki zgłodniejemy, a stanie się tak na pewno, bo słońce i mocny wiatr wzmagają apetyt, powinniśmy podjechać do Marsaxlokk. Nazwa tej miejscowości na pierwszy rzut oka wydaje się nie do wymówienia, ale w rzeczywistości nie jest to aż takie trudne – czyta się ją „Marsaszlok”. Jeżeli szukamy miejsca na lekki, śródziemnomorski obiad, nie znajdziemy na Malcie lepszego. Krótki deptak ciągnie się wzdłuż portu rybackiego, w którym zobaczymy miejscowych rybaków z filozoficznym spokojem czyszczących sieci. Działa tutaj również regionalny targ z lokalnymi przysmakami. Położone wzdłuż nabrzeża restauracje specjalizują się w owocach morza. Zamiast wertować menu od razu warto zamówić catch of the day, czyli rybę dnia. Pod tą nazwą nie kryje się bynajmniej potrawa z wczorajszych resztek (jak to – niestety – bywa niekiedy w polskich lokalach gastronomicznych nad Bałtykiem), ale danie przyrządzone ze świeżych składników pochodzących z porannego połowu. Podstawę może stanowić tuńczyk albo lampuka (koryfena), ewentualnie miecznik. Gdybyśmy tylko mogli, stołowalibyśmy się w Marsaxlokk codziennie.

Marina w ufortyfikowanym birgu, zaliczanym do tzw. Trzech Miast razem z Cospicuą i Sengleą

© VIEWINGMALTA.COM

 

 

REKINY WŚRÓD WRAKÓW

Jeśli nie mamy już w żołądku miejsca nawet na sardynkę, ale wciąż interesują nas maltańskie ryby, to powinniśmy pojechać do Narodowego Akwarium Malty (Malta National Aquarium) w Qawrze. W wypełnionych wodą zbiornikach z hartowanego szkła, bardzo przemyślnie udekorowanych rozmaitymi artefaktami, zebrano różnorodne okazy morskiej fauny.

 

Warto dodać, że nurkowanie na Malcie to ogromna przygoda. Pod wodą natknąć się można na wraki, fragmenty posągów, a nawet rozsypane na dnie przedmioty pochodzące ze statków. Wśród tego wszystkiego pływają ogromne płaszczki, niewielkie rekiny, tuńczyki i cała masa kolorowej drobnicy, która byłaby prawdziwą ozdobą każdego domowego akwarium.

 

NA PLANIE

Z każdym przejechanym kilometrem przed naszymi oczami pojawiają się nowe, zachwycające widoki. Trudno oderwać od oka aparat fotograficzny. Nic dziwnego, że liczba filmów kręconych na Malcie przyprawia o zawrót głowy. Są jednak takie hollywoodzkie hity, które pozostawiły na archipelagu trwały ślad. Tak było w przypadku pełnometrażowej komedii z 1980 r. o przygodach nieustraszonego marynarza Popeye’a, słynącego z nadludzkiej siły, jaką zyskuje po zjedzeniu puszki szpinaku. Na potrzeby musicalu z Robinem Williamsem (1951–2014) w roli tytułowej zbudowano specjalny plan filmowy. Po zakończeniu produkcji postanowiono, że będzie służył jako atrakcja turystyczna. 

 

Popeye Village usytuowana w pięknej zatoce Anchor (Anchor Bay) to dość osobliwe połączenie parku rozrywki z placem zabaw i placówką edukacyjną. Można tu wziąć udział w odgrywaniu scen z filmu. Nasze wyczyny nagrywane są przez profesjonalnych operatorów, którzy montują krótką sekwencję filmową. Aktorzy amatorzy mogą ją później obejrzeć w tutejszym kinie, a płytę z nią zabrać ze sobą. Poza tym wybierzemy się stąd także motorówką na wycieczkę do pobliskich jaskiń. Jest też wioska… Świętego Mikołaja (strefa otwarta od 6 grudnia do 6 stycznia). W miejscowej restauracji nie podają jednak szpinaku, tylko kurczaka i frytki.

 

CUD POD KOPUŁĄ

Na Malcie warto poddać się czasem czarowi chwili albo zmienić plany, gdy zachwyci nas jakiś architektoniczny szczegół. Po drodze do Saint Paul’s Bay mijaliśmy widoczną z oddali ogromną kopułę przypominającą rzymski Panteon. Nie wahaliśmy się długo i już po chwili parkowaliśmy w miasteczku Mosta pod Bazyliką Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Neoklasycystyczna bryła o kształcie rotundy rzeczywiście była wzorowana na najważniejszej świątyni antycznego Rzymu. W trakcie niemieckiego bombardowania w czasie II wojny światowej (w kwietniu 1942 r.) jedna z 500-kilogramowych bomb trafiła w kościół. Przebiła kopułę i wpadła do środka, gdy wewnątrz ponad 300 wiernych czekało na wieczorną mszę. Jednak nie wybuchła, co uznano za cud. Rotunda wygląda wspaniale, a najładniej prezentuje się oglądana z jednego ze stolików ustawionych przed kawiarnią i barem „Baroque”, gdzie warto się zatrzymać na kieliszek chłodnego rieslinga.

Cudownie ocalałą neoklasycystyczną Rotundę w Moście ukończono na początku lat 60. XIX w.

© VIEWINGMALTA.COM/GREGORYIRON

PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI

Jak byśmy nie przecinali Malty – ze wschodu na zachód czy z północy na południe – zawsze będziemy przejeżdżać nieopodal Mdiny. Dawna stolica swoją obecną nazwę zawdzięcza arabskim najeźdźcom, którzy zdobyli ją w 870 r. Miasto zostało jednak założone dużo wcześniej, bo już w VIII w. p.n.e. Dokonali tego Fenicjanie. Gdy przybyli tutaj Rzymianie (w 218 r. p.n.e.), nazwali ośrodek Melitą (Melite), podobnie jak całą wyspę. 

 

Dziś pod dawne miejskie mury ściągają m.in. wielbiciele amerykańskiego serialu fantasy Gra o tron. Często nie da się przejść spokojnie po kamiennym moście prowadzącym z Rabatu do ufortyfikowanej Mdiny ze względu na podekscytowanych fanów, którzy stroją groźne miny do aparatów fotograficznych lub cieszą się jak dzieci, kiedy poznają miejsce odgrywające na ekranie telewizora spektakularny wjazd do Królewskiej Przystani (stolicy Siedmiu Królestw). Jednak i dla zwykłych zwiedzających spacer po dawnej stolicy Malty to jedno z największych przeżyć w trakcie wizyty na archipelagu. Wystarczy odejść kilka kroków od głównego szlaku, żeby docenić, jak jest tu pięknie i spokojnie. Czasem ciszę przerywa stukot końskich kopyt o bruk, gdy niedaleko przejeżdża dorożka. Możemy też wstąpić do Narodowego Muzeum Historii Naturalnej (National Museum of Natural History) w XVIII-wiecznym, barokowym pałacu należącym dawniej do zakonu joannitów (Palazzo Vilhena) i zobaczyć, jak wyglądały słynne sokoły maltańskie. Jeśli turystyczne ceny w Mdinie nas odstraszą, to wystarczy odbyć 10-minutowy spacer, po którym znajdziemy się w centrum Rabatu. Przy Kościele św. Pawła wypijemy tutaj kawę i porozmawiamy z Vince’em. Potem warto zejść pod ziemię, do rozległych wczesnochrześcijańskich katakumb, lub odwiedzić grotę, w której podobno podczas trzymiesięcznego pobytu na Melicie mieszkał św. Paweł. 

 Zabytkową Mdinę ulokowano na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na Maltę

© VIEWINGMALTA.COM

Artykuły wybrane losowo

Na Cyprze, wyspie Afrodyty

GRZEGORZ MICUŁA

 

Cypr to wymarzone miejsce dla romantyków i amatorów historii lubiących zwiedzać antyczne ruiny, stare zamki i zaciszne górskie klasztory. Przyjemność oglądania zabytków jest tym większa, że przy okazji można wygrzać się na słońcu, które świeci w tym rejonie przez ponad 300 dni w roku. Znajduje się tu też wiele malowniczych plaż, a ciepłe morze zachęca do kąpieli i relaksu.

Więcej…

Birma – niezwykła kraina życzliwości

AGATA CIEŚLAK

www.beforewegetold.pl

           

<< Malownicze, wiejskie krajobrazy poprzecinane tysiącem złotych pagód, bezinteresowne uśmiechy pojawiające się na pomalowanych „thanaką” twarzach życzliwych mieszkańców, chodniki pełne charakterystycznych czerwonych plam, na każdym kroku przypominających o birmańskiej tradycji żucia betelu, ciężko pracujące, a mimo to radosne dzieci o dużych oczach, z ciekawością obserwujące zagranicznych przybyszów – to właśnie Birma (Mjanma), niesamowita kraina, która raz odwiedzona nie daje o sobie zapomnieć. Leży nad Zatoką Bengalską i Morzem Andamańskim, a jej terytorium rozciąga się wzdłuż rzeki Irawadi. Jeszcze do niedawna pozostawała w całkowitej izolacji. Przez długi czas władzę w kraju sprawowała junta wojskowa, która skutecznie odcinała jego mieszkańców od jakichkolwiek zagranicznych wpływów. Dopiero w 2011 r., po wielu latach despotycznych rządów, Birma powoli zaczęła otwierać się na świat. Piękne krajobrazy, serdeczne serca Birmańczyków oraz urokliwe, nieskażone współczesną cywilizacją rejony sprawiają, że dzisiaj jest jednym z najchętniej odwiedzanych państw w Azji Południowo-Wschodniej. >>

Nie odważyłabym się napisać, że w 2018 r. nie dotarła tu masowa turystyka. Kraj szybko się rozwija, a jego mieszkańcy są coraz bardziej świadomi korzyści płynących z przyjmowania zagranicznych gości. Skalę zjawiska prezentują dostępne statystyki dotyczące liczby odwiedzających. W 2010 r. do Birmy zawitało niespełna 800 tys. turystów, ale w 2017 r. było ich już blisko 3,5 mln. Z powodu tłumów, jakie ściągają obecnie do sąsiedniej Tajlandii (niemal 35,5 mln zagranicznych gości w 2017 r.), warto rozważyć wizytę w tym mniej popularnym kraju, póki wciąż można tutaj znaleźć miejsca, do których dociera niewielu przyjezdnych.

 

Jezioro Inle - sieci rozpiete na koszach

© Myanmar Touri sm Marketi ng/shutter sto ck/natta nan726

 

Pod względem zajmowanego terytorium Birma (Mjanma, oficjalnie Republika Związku Mjanmy) jest drugim największym państwem w Azji Południowo-Wschodniej, zaraz po Indonezji (ma ok. 676,5 tys. km² powierzchni). Leży w strefie klimatu zwrotnikowego, wilgotnego, monsunowego. Wyróżnia się tu trzy pory roku: suchą chłodną (od listopada do lutego), suchą gorącą (od marca do maja) oraz deszczową (od czerwca do października). Najlepszy termin na zwiedzanie kraju to okres od listopada do lutego. Wówczas opady deszczu praktycznie nie występują, a temperatura utrzymująca się na poziomie ok. 25°C nie daje się we znaki. Z Polski najłatwiej dotrzeć samolotem do miast Rangun lub Mandalaj. Najczęściej loty odbywają się z przesiadką w Singapurze, Hongkongu, Bangkoku, Dosze czy Dubaju.

 

Birmańskie dzieci z twarzami ozdobionymi szarożółtawą pastą nazywaną thanaką

© Col umb us Tra vel s and Tours

 

NIESAMOWITE TRADYCJE

Podczas kilkumiesięcznej podróży po wielu krajach Azji Południowo-Wschodniej to właśnie birmańskie zwyczaje i kultura urzekły mnie najbardziej. Wieloletnie odizolowanie Birmy od reszty świata sprawiło, że wciąż mocno kultywuje się w niej lokalne tradycje, niezmiernie ciekawe dla turystów zza granicy. Najczęściej kojarzą się z nią pomalowane na jasnożółto twarze mieszkańców. Do wykonania wzorów stosuje się thanakę, czyli mieszankę wody i startego drewna z różnych drzew. Gotową pastę ze starannością rozprowadza się na twarzach kobiet i dzieci, rzadko mężczyzn. Chroni ona przed szkodliwym działaniem słońca, a w tutejszej kulturze stanowi rodzaj makijażu.

                Panowie raczej nie używają thanaki, ponieważ jest to uważane za mało męskie. Inaczej niż w Europie mężczyźni ubierają się tu w longyi (lungi), czyli długą chustę charakterystycznie przewiązaną z przodu na wysokości bioder, przez co przypominającą spódnicę. Oczywiście, można spotkać Birmańczyków w spodniach, jednak znaczna ich część preferuje tradycyjny strój, który nie krępuje ruchów i w gorącym klimacie przepuszcza więcej powietrza.

                Domeną prawdziwego mężczyzny z krwi i kości jest żucie betelu, składającego się głównie z liści pieprzu żuwnego z dodatkiem anyżu, goździków, kardamonu czy gałki muszkatołowej. Ma on działanie lekko pobudzające i jak większość używek uzależnia. Poza tym zabarwia zęby na czarno, a ślinę na czerwono. To właśnie dumnie spluwający mężczyźni z czarnym uzębieniem są odpowiedzialni za upstrzone czerwonymi plamami chodniki. Ta wątpliwa estetycznie atrakcja jest niejako wizytówką Birmy, choć rząd od jakiegoś czasu stara się walczyć z tym zwyczajem. Podobno podjęto próby wprowadzenia zakazu plucia, ale rezultatu obostrzeń praktycznie nie widać.

 

BIRMAŃSKIE SMAKI

Ten rozległy kraj zamieszkuje wiele mniejszości etnicznych. Dodatkowo jego sąsiedzi (Tajlandia, Indie czy Chiny) mogą poszczycić się bogatymi tradycjami kulinarnymi. Birmańskie potrawy są więc bardzo różnorodne, jednak istnieją dwa składniki powtarzające się w nich bez względu na region: ryż i makaron. Uliczne garkuchnie serwują dania, w których główną rolę odgrywa wiele odmian ryżu, od lepkiego po sypki. Makaron występuje w kilku wersjach, różniących się grubością nitek. Potrawy podawane są z warzywami, mięsem lub owocami morza. Co ciekawe, wszelkie dodatki serwuje się najczęściej w osobnych małych miseczkach. W efekcie na stole ląduje zazwyczaj łącznie kilkanaście mniejszych lub większych naczyń. Poza tym w Birmie do jedzenia nie używa się noży, a jedynie łyżek, widelców lub pałeczek. Częstym przysmakiem są również zupy: wegetariańskie, mięsne lub z owocami morza, ale zawsze z dużą ilością warzyw i wyczuwalnej kolendry.

                Do posiłków zwykle podawana jest herbata, która zajmuje szczególne miejsce wśród kulinarnych tradycji kraju. W Birmie praktykuje się picie herbaty w ulicznych kafejkach. Siedząc na charakterystycznych niskich, plastikowych krzesełkach, Birmańczycy od rana do wieczora popijają serwowany w dzbankach napój. Rozmawiają ze sobą, obserwują rzeczywistość, razem spędzają czas.

                W gorące dni świetnie orzeźwia woda z kokosa lub świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej. Piwosze nie powinni być zawiedzeni, ponieważ lokalne piwo Myanmar niczym nie odbiega od produktów pochodzących z naszych polskich browarów.

 

W złotej stupie Szwedagon zgodnie z tradycją przechowywanych jest osiem włosów Buddy

© Myanmar Touri sm Marketi ng/Nyaunt Nai ng

 

TĘTNIĄCE ŻYCIEM MIASTO

Położony na południu Rangun (Yangon) to blisko 8-milionowa metropolia, stanowiąca ważny ośrodek kulturalny i gospodarczy w państwie. Przez ponad 150 lat (od 1853 do 2006 r.) był on stolicą Birmy (obecnie tę funkcję pełni Naypyidaw, Nay Pyi Taw). Mimo utraty tak ważnej roli kolorowe miasto wciąż tętni życiem i razem z północnym Mandalaj jest jednym z dwóch największych skupisk ludności w kraju.

                Gwarne i zatłoczone ulice na pozór szarej metropolii wydają się nigdy nie spać. Od samego rana lokalne garkuchnie kuszą zapachami, barwne longyi suną po wąskich chodnikach, a w tle słychać szczekanie bezpańskich psów. Sprzedawcy usług telefonii komórkowych wyrastają na każdym rogu, kolorowe stragany przyciągają świeżymi owocami, a umorusane dzieci ciekawie zerkają na turystów, gdy pomagają rodzicom w pracy. Ruch samochodowy istnieje, ale zasady poruszania się po drogach już niekoniecznie. Co prawda są znaki, pasy dla pieszych, sygnalizacja świetlna, ale nikt specjalnie nie zwraca na to uwagi. Skutery przeciskają się pomiędzy autami, a piesi, wśród głośnego akompaniamentu klaksonów, próbują wywalczyć kilka sekund, aby przejść na drugą stronę jezdni.

                Stare zabudowania z obdrapanymi fasadami upstrzone zostały wszelkiego rodzaju okablowaniem, antenami satelitarnymi i szyldami. Tutaj naprawiają pralki, a zaraz za rogiem znajduje się serwis telefonów. Chodniki usiane są herbaciarniami, gdzie rozwija się życie towarzyskie mieszkańców miasta. W tym całym rozgardiaszu jest jednak pewna harmonia, która sprawia, że Rangun ma niepowtarzalny klimat.

                Mieniąca się milionami odcieni złota świątynia Szwedagon (Shwedagon) góruje nad metropolią i kontrastuje swoim bogactwem z ubóstwem codziennego życia. Wysoka na 99 m buddyjska stupa uchodzi za jedno z najświętszych miejsc w Birmie. Została ponoć zbudowana ponad 2,6 tys. lat temu, a legenda głosi, że znajduje się w niej osiem włosów samego Buddy. Szwedagon stanowi centrum życia religijnego w mieście. Główna stupa otoczona jest wieloma mniejszymi, złotymi kapliczkami, co sprawia, że cały kompleks robi ogromne wrażenie. Podobno ilość złota, której użyto do ozdobienia świątyni, może ważyć nawet do 9 t!

                Do pagody warto udać się późnym popołudniem, kiedy słońce zaczyna zbliżać się ku zachodowi i oświetla złote fasady budowli. Prawdziwy spektakl rozpoczyna się jednak wieczorem, gdy kompleks rozświetlają tysiące zapalonych przez wiernych świeczek. Wokół unosi się charakterystyczny zapach kadzideł i rozbrzmiewa kojąca melodia modłów. Podniosła atmosfera kontrastuje z migającymi smartfonami birmańskiej młodzieży. Świątynia jest nie tylko miejscem modlitwy, ale również swoistym centrum, dookoła którego toczy się życie towarzyskie mieszkańców.

                Żeby przyjrzeć się codziennej rzeczywistości Birmańczyków, warto wsiąść do tzw. Yangon Circular Train, czyli pociągu okrążającego metropolię i przejeżdżającego przez okoliczne wioski i przedmieścia. Choć to dobrze znana turystom atrakcja, sama linia kolejowa wcale nie została stworzona na potrzeby turystyki. Funkcjonuje od 1954 r. i korzystają z niej osoby dojeżdżające do pracy. Przejażdżka jest więc okazją do obserwowania prawdziwego życia miejscowych.

                W ciągu ok. 3 godz. pociąg pokonuje blisko 46 km i zatrzymuje się na 39 tętniących życiem stacjach. Do wagonów wchodzą mężczyźni z czarnymi od betelu zębami sprzedający taśmę izolacyjną czy nożyczki. Kobiety z koszami na głowie oferują pasażerom owoce. Umalowane thanaką dziecięce twarze wykrzywiają się podczas dźwigania ogromnych ilości kukurydzy. Na każdej stacji do okien podbiegają Birmanki z tacami pełnymi smakołyków i orzeźwiających napojów. Wszyscy gdzieś się przemieszczają i próbują zarobić parę groszy. Gdy patrzy się na ten rozgardiasz z perspektywy Europejczyka, ciężko nie zawstydzić się przed sobą za narzekanie na zachodnie warunki pracy.

 

MAGICZNY ŚWIAT Z POCZTÓWEK

W każdym kraju znajduje się takie miejsce, które jest jego swoistą wizytówką, ikoną pojawiającą się na większości pocztówek. W Birmie tę rolę odgrywa położone w prowincji Mandalaj dawne miasto Pagan (Bagan). Było ono niegdyś stolicą Królestwa Paganu, którego początki sięgają IX w. Najbardziej dynamicznie rozwijało się za panowania króla Anawrahty (w latach 1044–1078) – władca zainicjował budowę wielu obiektów sakralnych. Obecnie stanowisko archeologiczne Pagan zajmuje 104 km2 i usiane jest ponad 2,2 tys. buddyjskich pagód, klasztorów czy świątyń.

                Codziennie o wschodzie słońca nad wierzchołkami budowli unosi się mnóstwo balonów, tak dobrze znanych z birmańskich pocztówek. Aby podziwiać ten niesamowity spektakl, warto wdrapać się na jedną z wyższych świątyń, skąd rozpościera się dobry widok na otuloną pierwszymi promieniami słońca panoramę Pagan. Popularnym miejscem, w którego rejonie codziennie o świcie gromadzi się najwięcej turystów, jest pagoda Shwesandaw. To tu setki obiektywów patrzą w stronę wschodzącego słońca, a co wytrwalsi amatorzy fotografii już na kilka godzin przed nastaniem dnia rozkładają swoje statywy w najlepszych punktach. Podobnie wygląda to podczas zachodu słońca, choć wtedy uzbrojeni w aparaty ludzie okupują pagodę Bulethi. Promienie słoneczne malują okolicę na ciepłe kolory i niesamowicie podkreślają bezkres całego kompleksu.

                Pagan można zwiedzać na wiele sposobów: wynajętym skuterem, taksówką lub nawet powozem konnym. Cały obszar strefy archeologicznej jest bardzo rozległy i nie da się zobaczyć wszystkiego w trakcie jednej wizyty. Najlepiej spędzić tutaj dwa, trzy dni. Warto też zdecydować się na lot balonem nad wierzchołkami świątyń o wschodzie słońca. Tylko z tej perspektywy można zdać sobie sprawę z rozmachu, z jakim zbudowano miasto – las budowli zdaje się ciągnąć bez końca.

 

Zabytkowe budowle sakralne w mieście Pagan

© Myanmar Touri sm Marketi ng/Hta y Wi n

 

STOLICA WIDMO

Gdybym miała powiedzieć, które miejsce najbardziej zaskoczyło mnie podczas pobytu w Birmie, bez wahania wskazałabym stolicę kraju. Naypyidaw to pięciokrotnie większa od Nowego Jorku metropolia (zajmuje powierzchnię ponad 7 tys. km²), gdzie mieszka jedynie ok. 1,2 mln osób. Ogromne, luksusowe hotele rodem z Las Vegas świecą pustkami. Na szerokich ulicach, z 20-pasmową autostradą na czele, próżno szukać wielu samochodów. W birmańskiej stolicy znajduje się największe w całej Azji Południowo-Wschodniej zoo (Naypyidaw Zoological Gardens), które najczęściej odwiedzane jest przez... jego pracowników. Metropolia może poszczycić się także nowoczesnymi przystankami komunikacji miejskiej, jednak rzadko jeżdżą tu autobusy. To tylko kilka przykładów absurdów Naypyidaw, które sprawiają, że to dziwne miasto widmo robi ogromne wrażenie!

              Historia powstania nowej stolicy Birmy jest niesamowicie ciekawa. Podobno zbudowano ją z powodu przepowiedni astrologa, który podszepnął rządzącemu wówczas od 1992 r. generałowi Than Shwe, że przewiduje ataki na Birmę ze strony zachodnich mocarstw. Podatny na sugestie polityk uznał, że pełniący funkcję stołecznego ośrodka Rangun znajduje się zbyt blisko morza, co czyni go łatwym celem dla wroga. W 2002 r. zarządził więc założenie całkowicie nowego miasta, ok. 320 km na północ stąd.

              Nową stolicę wznoszono w tajemnicyzarówno przed innymi krajami, jak i samymi Birmańczykami. Budowa wielkiej metropolii pochłonęła miliony kiatów. Termin przeprowadzki został określony przez wspomnianego astrologa i przypadł na 6 listopada 2005 r. Ku wielkiemu zaskoczeniu mieszkańców Rangunu punktualnie o wyznaczonej porze tysiące załadowanych ciężarówek wyruszyło w kierunku Naypyidaw. Pięć dni później do nowej stolicy przesiedlono również wszystkich urzędników. Zupełnie zaskoczeni pracownicy państwowi próbowali oponować, jednak wszelkie protesty uciszane były groźbą więzienia, a tiry z całym ich dobytkiem eskortowała junta wojskowa. Ponad dwa lata potem, w marcu 2008 r., zorganizowano jeszcze bardziej spektakularne przenosiny – z Rangunu do Naypyidaw przewieziono ciężarówkami całe zoo, liczące 420 okazów zwierząt!

              W nowej stolicy wyznaczono kilka stref, które dzielą ją na część rządową, wojskową, dyplomatyczną, hotelową czy mieszkalną. Szerokie ulice są opustoszałe, a nowoczesne przystanki autobusowe zdają się nie funkcjonować. Czerwono-białe krawężniki, przywodzące na myśl tor wyścigowy, kontrastują z uśpionym miastem. Największą atrakcją jest słynna 20-pasmowa autostrada, na środku której można swobodnie spacerować i robić zdjęcia, ponieważ bardzo rzadko przejeżdża tu jakikolwiek samochód. Pozłacane hole ogromnych hoteli świecą pustkami, a wnętrza luksusowych pokoi bardzo odbiegają swoim wystrojem od typowych standardów, na jakie mogą sobie pozwolić Birmańczycy. Dachy budynków mieszkalnych pomalowano na różne kolory, które sygnalizują rangę społeczną ich lokatorów. Przykładowo niebieski oznacza domy przeznaczone dla pracowników służby zdrowia, a zielony – ministerstwa rolnictwa.

              Budowa nowej stolicy pochłonęła spore sumy pieniędzy z budżetu państwa, co spowodowało znaczną podwyżkę cen w kraju. Dla większości ubogich Birmańczyków życie w Naypyidaw było zbyt drogie. Duży wpływ na sytuację w mieście miał także cyklon Nargis, który w maju 2008 r. nawiedził południowe tereny Birmy i zabił ponad 138 tys. osób. Spowodował on mnóstwo zniszczeń, a tysiące ludzi pozbawił dachu nad głową. Nikogo nie było stać na przeprowadzkę do ekskluzywnej stolicy. Ze względu na te wszystkie uwarunkowania ogromne miasto Naypyidaw stanowi dzisiaj przede wszystkim siedzibę rządu, podczas gdy najbardziej zaludnionymi ośrodkami w kraju wciąż pozostają Rangun i Mandalaj.

 

PŁYWAJĄCE WIOSKI

Niecodzienną atrakcją w Birmie jest jezioro Inle, jej drugi co do wielkości słodkowodny zbiornik wodny (ma powierzchnię ok. 116 km2). Ponad 450 lat temu schronili się tutaj ludzie z grupy etnicznej Intha, którzy uciekali przed walkami plemiennymi. Szybko przystosowali się oni do trudnych warunków życia na wodzie i na dobre osiedlili się na Inle. Na drewnianych palach postawili domy, świątynie i szkoły, a żeby zaspokoić głód, wymyślili własny sposób łowienia ryb i uprawiania roślin.

                Aby odwiedzić jezioro, wystarczy podejść do jednej z setek łodzi zacumowanych w miejscowości Nyaungshwe i zapłacić wioślarzowi, który przez cały dzień będzie z nami pływać. Wycieczkę warto rozpocząć o świcie, ponieważ wtedy na otulonej mgłą tafli Inle odbywa się prawdziwy spektakl! Pierwsze promienie słońca, przedzierając się zza pobliskiego wzgórza, oświetlają ubranych w tradycyjne, pomarańczowe stroje rybaków z grupy etnicznej Intha. Stoją oni na skraju drewnianych łodzi i zarzucają do wody siatkowe kosze do łowienia ryb. Aby przemieszczać się po jeziorze, w charakterystyczny sposób popychają wiosła stopą. Trzeba przyznać, że ich umiejętność utrzymania równowagi na dziobach chwiejnych łajb jest godna podziwu!

                Gdy mgła opadnie, a słońce już na dobre wzniesie się ponad horyzont, łódź z turystą mknie dalej, mijając zielone dywany pływających ogrodów. To na nich uprawiane są podobno najlepsze w Birmie pomidory. Podczas całodniowej wycieczki po jeziorze sterujący łodzią zatrzymuje się w wielu sklepikach z pamiątkami lub przy buddyjskich świątyniach. Jest tu również bazar, na którym spróbować można lokalnych smakołyków. Turyści odwiedzają także zakłady, gdzie w tradycyjny sposób wytwarza się biżuterię czy tkaniny. Jedno z najciekawszych miejsc stanowi wytwórnia cygaretek, w której uśmiechnięte Birmanki ręcznie zwijają liście i ochoczo częstują zwiedzających dymkiem. Oczywiście, od tych uroczych kobiet można kupić gotowe cygaretki, zapakowane w ładne, wzorzyste puszki.

                Na zainteresowanie zasługuje też wytwórnia tkanin z kwiatu lotosu, gdzie wiekowe mieszkanki jeziora tkają barwne materiały. Używają do tego tradycyjnych, drewnianych krosien. Zgrabnie operując dłońmi i stopami, tworzą kolorowe arcydzieła. Spod rąk przemiłych kobiet wychodzą wzorzyste chusty, suknie czy torebki, dostępne do kupienia w tutejszych rzemieślniczych sklepikach.

                Jezioro Inle zamieszkują również sędziwe matrony z grupy etnicznej Padaung (Kayan Lahwi), które noszą na szyjach, rękach i łydkach ciężkie, metalowe obręcze. Te „panie z długimi szyjami” już od mniej więcej piątego roku życia zaczynają ozdabiać ciało tego rodzaju biżuterią i z wiekiem nakładają kolejne bransolety. Najstarsze kobiety mają nawet do 10 kg obręczy na jednej nodze! Uśmiechnięte ochoczo pozują do zdjęć i zapraszają do zakupów.

                Wizyta na jeziorze Inle jest dość komercyjną wycieczką, nastawioną na skłonienie jej uczestników do zakupu pamiątek i przeróżnych wyrobów rzemieślniczych. Trzeba przyznać, że to bardzo turystyczne miejsce, ale gdy zamiast na kolejny sklep skieruje się wzrok w drugą stronę, można przyjrzeć się prawdziwemu życiu na wodzie. Uśmiechnięte dzieci bez potknięcia biegają po wąskich kładkach. Starzec z cygarem w pomarszczonej dłoni odpoczywa na ganku. Muskularni młodzieńcy ukradkiem podglądają kobiety myjące włosy w jeziorze. Wszystkie te sceny rozgrywają się w wolnym rytmie przepięknych wschodów i zachodów słońca, wśród stukotu pływających łodzi, mieszającego się z odgłosem migawek tysięcy aparatów zagranicznych turystów.

***

                Odwiedziny w egzotycznej i barwnej Birmie sprawiają, że stale chce się wracać do tej niezwykłej krainy uśmiechu. Niespotykana życzliwość płynąca z serc Birmańczyków na dobre zapada w pamięć i zachęca do naśladowania ich postawy. Ten kraj to nie tylko malownicze krajobrazy i piękne pagody. To przede wszystkim niezmiernie przyjaźni ludzie, od których można nauczyć się otwartości i którym warto odwdzięczyć się najszczerszym uśmiechem.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Łatwo zakochać się w Wenezueli

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

Więcej…