Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

www.dzieckowdrodze.com 

 

« Ten najmniejszy kraj Unii Europejskiej jest zarazem kolebką kultury i przedmurzem chrześcijaństwa. Znajdziemy tu megalityczne świątynie, ale i ok. 360 kościołów katolickich, możemy nurkować w ciepłym morzu, podziwiać wspaniałe zabytki i odwiedzić plan filmowy. Malta zachwyca różnorodnością. Każdy odkryje na niej coś, co sprawi, że będzie chciał na nią wrócić. »

 

Tutaj rzeczywistość miesza się z legendami. Niektórzy uważają, że Gozo, druga największa wyspa kraju (67 km² powierzchni), to Ogygia – na niej właśnie nimfa Kalipso więziła przez siedem lat Odyseusza, bohatera eposu Homera. Według tradycji u wybrzeży Malty rozbił się w 60 r. n.e. statek ze św. Pawłem na pokładzie. W pierwszej połowie XVI w. osiedlili się na archipelagu rycerze zakonni z równoramiennym krzyżem na piersi. Położone na Morzu Śródziemnym Wyspy Maltańskie mają w sobie coś magicznego. Kto raz zawita na Maltę, zakocha się w niej na całe życie.

 

Naprawdę jesteś mistrzem w powożeniu rydwanem? – pytam nieco zaszokowana, choć ściany niewielkiego baru „Vince” w Rabacie obwieszone są zdjęciami właściciela pędzącego na dwukołowym wózku, z wysokości podium ściskającego dłonie prezesom federacji czy dumnie prezentującego puchar i przytulającego koński łeb. Na półkach pomiędzy butelkami whisky i likieru cytrynowego stoją trofea, a do drewnianej boazerii przyszpilono medale wyglądające niczym wota w Kościele św. Pawła po drugiej stronie sennego placu. Wicemistrzem – uściśla Vince. Tamte mistrzostwa, gdy reprezentacja Malty starła się z ekipą Prowansji, przegrałem o włos. Ale walczyłem dzielnie. Gdyby nie to, że obok jakaś kobieta rozmawia przez komórkę, z oddali dobiega dźwięk samochodowego klaksonu, a przede mną stoi filiżanka słodkiej kawy latte, mogłabym przypuszczać, że w barze „Vince” przeniosłam się w czasie o 2 tys. lat. Wtedy wyścigi rydwanów i sportowe starcia pomiędzy prowincjami rzymskimi, choć z pewnością budziły emocje i namiętności, nie były czymś nadzwyczajnym. Dziś zadziwiają, ale właściwie powinnam się spodziewać takich niezwykłości. W końcu od przylotu na Maltę nieustająco mam wrażenie, że podróżuję bardziej w czasie niż w przestrzeni.

 

NA POŁUDNIE OD TUNISU

Ten kraj jest naprawdę mały (ma zaledwie 316 km² powierzchni). Jeśli się dobrze rozejrzymy, niemal z każdego miejsca na głównej wyspie dostrzeżemy mury Mdiny – dawnej stolicy. Wszędzie też dojedziemy autobusami wyruszającymi z Valletty (pełniącej funkcję stolicy od drugiej połowy XVI stulecia). Komunikacja na Malcie wydaje się turystom dość przejrzysta i łatwa do ogarnięcia, ale historia, geografia, język i tradycje sprawiają im nie lada kłopot.

 

Rzut oka na mapę i już mamy pierwszą wątpliwość. Czy ten kraj rzeczywiście stanowi część Europy? I tak, i nie. Od 1 maja 2004 r. podobnie jak Polska jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Jednak geograficznie należy już do Afryki. Znajduje się na południowy wschód od stolicy Tunezji, Tunisu, mniej więcej na wysokości znanego i lubianego przez Polaków kurortu Susa i świętego miasta islamu – Kairuanu. Pod względem klimatu i krajobrazów Malta przypomina Afrykę Północną czy Bliski Wschód. Jej pejzaże wypełniają smagane morskim wiatrem nagie wzgórza, jasne, wapienne skały, spłowiała zieleń śródziemnomorskich ziół. Gdzieniegdzie widać palmy i opuncje. Maltańczycy mają południowoeuropejską urodę. Są podobni do Hiszpanów lub Włochów. Ich język nie brzmi jednak dla turystów znajomo. 

 

STAROŻYTNI FENICJANIE

Maltański nie przypomina żadnego innego języka europejskiego, choć czasami w mowie Maltańczyków da się wychwycić ewidentne zapożyczenia z włoskiego czy angielskiego. Mieszkańcy Malty twierdzą, że pochodzi od języka starożytnych Fenicjan.

 

Mogłoby być w tym ziarno prawdy, bo przecież wynalazcy alfabetu linearnego i pieniędzy mieszkali tu ok. 3 tys. lat temu. Chociaż tak wiele im zawdzięczamy, to zadziwiająco mało po nich pozostało. Trochę ceramiki i glinianych figurek obejrzymy w Narodowym Muzeum Archeologii (National Museum of Archaeology) w Valletcie. Prawdą jest też, że maltański należy do języków semickich, podobnie jak arabski i hebrajski, ale do jego zapisu stosuje się alfabet łaciński. Europejczykom sprawia trudność odczytanie nazw takich jak Marsaxlokk, Ġgantija, Ħaġar Qim czy Ix-Xagħra tal-Kortin. Z kolei Mdina lub Rabat brzmią znajomo dla każdego, kto był kiedyś w dowolnym kraju arabskim. Medina oznacza po arabsku „miasto”, a rabat – „przedmieście”. Jednak Arabowie panowali w tej części Morza Śródziemnego tylko przez mniej więcej 220 lat (od 870 r.) – o jakieś 600 lat krócej, niż rządzili na Półwyspie Iberyjskim. W 1091 r. wyparli ich Normanowie. Do tej pory nikomu nie przyszło do głowy, żeby przeprowadzić w kraju dearabizacje nazw miejscowości. I tak na niewielkiej Malcie znajdziemy toponimy maltańskie i arabskie oraz zachodnioeuropejskie. Te ostatnie związane są z działalnością zakonu joannitów (szpitalników), który przybył w te strony w 1530 r. Po ustanowieniu nowej siedziby jego członkowie przyjęli nazwę kawalerowie maltańscy.

 

KRAJ RYCERZY

Jean Parisot de la Valette (1494–1568), wielki mistrz zakonu joannitów, wsławił się heroiczną obroną Malty przed inwazją Turków osmańskich w 1565 r. Zaledwie ok. 6–8,5 tys. chrześcijan przetrzymało oblężenie mniej więcej 30–48 tys. muzułmanów. Trwające prawie cztery miesiące boje (od 18 maja do 11 września) były niezwykle zacięte. Historycy oceniają, że Turcy stracili ponad połowę swojej armii. Spośród obrońców śmierć poniósł co trzeci. Zuchwałość, ale i mądrość i odwaga wielkiego mistrza przyniosły mu sławę niezłomnego rycerza broniącego do ostatniej kropli krwi honoru chrześcijańskiego świata. Na jego cześć nazwano nowe miasto na Malcie, ufortyfikowane według najlepszych wzorców, którego położenie było znacznie bardziej strategiczne niż Mdiny, dotychczasowej stolicy. Jeszcze przed końcem XVI w. do Valletty przeniosła się komandoria zakonu maltańskiego. Miasto przejęło funkcję ośrodka stołecznego.

 

Płyniemy do stolicy promem ze Sliemy – turystycznego kurortu po drugiej stronie zatoki Marsamxett. Rejs trwa zaledwie 10 minut, ale z pokładu można podziwiać niepowtarzalny widok na Vallettę od strony wody. Nad miastem, malowniczo położonym na wzgórzu, góruje ogromna kopuła Bazyliki Matki Boskiej z Góry Karmel, przywodząca na myśl watykańską Bazylikę św. Piotra. Pod względem wysokości z kościołem karmelickim ściga się strzelista wieża anglikańskiej Prokatedry św. Pawła. Jednak najwspanialszą tutejszą świątynią jest niewidoczna od strony morza Konkatedra św. Jana. Choć za wejście do niej trzeba zapłacić (normalny bilet wstępu kosztuje 10 euro, dla seniorów i studentów – 7,50, a dzieci poniżej 12. roku życia wchodzą za darmo), to naprawdę warto. Możemy jedynie powtórzyć za szkockim poetą i powieściopisarzem Walterem Scottem, który odwiedził Maltę w 1831 r., że wnętrze świątyni uważamy za najwspanialsze, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Każdy centymetr ściany czy posadzki pokrywają tu kunsztowne zdobienia w najlepszym barokowym stylu. W bocznym oratorium znajdziemy dwa świetne obrazy włoskiego geniusza Caravaggia (Ścięcie św. Jana Chrzciciela i Św. Hieronim), który na Malcie szukał schronienia (w latach 1607–1608), kiedy był ścigany za morderstwo.

 Brytyjskie ślady na ulicach Valletty – charakterystyczne czerwone budki telefoniczne

© VIEWINGMALTA.COM

 

BRYTYJSKI SALUT

Chociaż kawalerowie maltańscy od lat nie stają już z bronią w ręku do walki w obronie wiary, zakon nadal uchodzi za organizację doskonale ustosunkowaną. Przez całe wieki możni tego świata odnajdywali swoje powołanie w strzeżeniu granic chrześcijańskiej Europy. Malta była siedzibą joannitów przez 268 lat. Jako najbardziej na południe wysunięty punkt kontynentu otrzymywała nieustanne wsparcie konieczne do odpierania ataków tunezyjskich piratów. Ale rycerze nie zajmowali się jedynie walką. Aby umacniać swoją wiarę, budowali kościoły. Dziś jest ich tu ponoć ok. 360. Niemal przez cały rok można codziennie chodzić na mszę do innej świątyni. 

 

Zakon stracił władzę na Malcie w czasie wojen napoleońskich. Generał Napoleon Bonaparte w czerwcu 1798 r., jeszcze zanim ogłosił się cesarzem Francuzów, wyrzucił kawalerów maltańskich z Valletty i podporządkował archipelag rewolucyjnej Francji. Zaledwie trzy miesiące później wybuchł bunt (powstanie maltańskie) – tym razem przeciwko francuskim okupantom. Pozbyto się ich ostatecznie we wrześniu 1800 r. z pomocą brytyjskiej floty. Jak to często w życiu bywa, sojusznicy szybko sięgnęli po władzę. Do 1964 r. Malta była brytyjską kolonią. Jej znaczenie wzrosło po otwarciu Kanału Sueskiego w 1869 r. Do bezpiecznego portu na archipelagu zawijali podróżnicy chcący uzupełnić zapasy przed wyprawą w świat Orientu.

 

Choć Brytyjczycy rządzili Maltą tak jak innymi koloniami, to trzeba im oddać, że w przeciwieństwie do znienawidzonych przez Maltańczyków Francuzów nie walczyli z religijnością miejscowej ludności. Być może dlatego ślady brytyjskiego panowania wciąż są tutaj dobrze widoczne. Na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, w kraju używa się wtyczek angielskiego typu, a codziennie w Górnych Ogrodach Barrakka (Upper Barrakka Gardens) w Valletcie w samo południe i o 16.00 rozlega się salut armatni (oddają go członkowie Malta Heritage Society ubrani w historyczne mundury artylerii brytyjskiej) przyciągający licznych turystów.

 

APOSTOŁ ROZBITEK

O tym, dlaczego wiara jest dla wyspiarzy ważna, możemy przekonać się w jednej z najbardziej niezwykłych świątyń w Valletcie – Kościele św. Pawła Rozbitka (Church of St Paul’s Shipwreck). W tej pięknej, barokowej kolegiacie przechowuje się relikwię apostoła z Tarsu, uchodzącego za współtwórcę instytucji Kościoła. Gdyby nie św. Paweł, niestrudzony podróżnik, który za cel swojego życia obrał szerzenie Dobrej Nowiny wśród mieszkańców ziem należących do Cesarstwa Rzymskiego, kto wie, czy chrześcijaństwo miałoby szansę wyjść poza ramy narzucone przez judaizm. Ze względu na swoją otwartość na pogan apostoł naraził się nawet św. Piotrowi. 

 

Statek, który przewoził aresztowanego św. Pawła z Judei do Rzymu, wpadł jesienią 60 r. n.e. u wybrzeży Malty (wówczas zwanej Melitą) na skały. Rozbitków przygarnęli gościnni mieszkańcy. Niemal tuż po dotarciu na plażę apostoła miał ukąsić jadowity wąż. Żarliwa wiara uratowała mu jednak życie, co Maltańczycy uznali za cud. W ciągu kolejnych miesięcy licznie przechodzili na chrześcijaństwo. Nawrócił się nawet Publiusz, rzymski namiestnik Melity, mieszkający w willi, na której miejscu stoi dziś, jak się przyjmuje, Kościół św. Pawła w Rabacie (tuż obok znajduje się bar powożącego rydwanem Vince’a). Tradycja mówiąca, iż chrześcijaństwo zaszczepił na archipelagu sam apostoł z Tarsu, jest wciąż żywa. Nic zatem dziwnego, że Maltańczycy należą do najbardziej religijnych narodów Europy.

 

WENUS SPRZED TYSIĘCY LAT

Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że głęboka wiara spłynęła na mieszkańców tego śródziemnomorskiego archipelagu dopiero wraz z chrześcijaństwem. Aby poznać tajemnice Malty, trzeba wyjechać z Valletty, minąć lotnisko i skierować się w stronę przeciwległego brzegu wyspy, żeby w kilkanaście minut dotrzeć do imponującego kompleksu megalitycznych świątyń Ħaġar Qim.

 

Nie ma dziś na świecie zbyt wielu budowli, które powstały ponad 5 tys. lat temu i wciąż stoją. Za jedne z najstarszych obiektów na ziemi uchodzą piramidy w Gizie. Kompleks Ħaġar Qim jest jednak starszy od słynnej piramidy Cheopsa w Egipcie o ok. 1 tys. lat. Kto ustawił ogromne, ważące wiele ton kamienie tworzące potężne mury, korytarze, komnaty z ofiarnymi ołtarzami? Tego nie wiemy. Wiadomo za to, kogo czcili mieszkańcy ówczesnej Malty – boginię o kusząco pełnych kształtach (tzw. Maltańską Wenus). Jej posągi archeolodzy znaleźli także w podobnym obiekcie w Tarxien oraz na terenie liczącego według szacunków mniej więcej 5,6 tys. lat kompleksu Ġgantija na Gozo.

 

Jednak jeśli mielibyśmy wybrać do zwiedzania tylko jeden megalityczny zabytek, to z całkowitą pewnością postawilibyśmy na Ħaġar Qim. Spod położonej na wysokim, wapiennym klifie, smaganej wiatrem budowli rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na lazurowe Morze Śródziemne. Wielkie głazy ustawione w tajemnicze kręgi przywodzą na myśl Stonehenge w południowej Anglii. Jednocześnie jest coś niezwykle bliskiego w tych kamiennych murach, wewnątrz których ludzie kiedyś modlili się, radzili wyroczni i zapewne zwierzali ze swoich codziennych problemów boskiej matce, pocieszycielce.

 

SAMOTNE KLIFY

Prawie 10 km dalej leży najwyższy punkt wyspy – Ta’ Dmejrek (253 m n.p.m.). Docieramy do niego wąską, krętą drogą (mijanki z autobusami, gdy jedzie się lewą stroną jezdni, potrafią polskiemu kierowcy podnieść ciśnienie). Trudno nazwać go górą czy nawet wzgórzem, bo od strony lądu teren wznosi się bez znaczących przewyższeń. Za to potem opada imponującą, pionową, skalną ścianą prosto do morza. To miejsce zwane klifami Dingli. Zostawiamy samochód przy drodze i idziemy kamienistym szlakiem do samotnej kapliczki Marii Magdaleny. Wiatr wściekle szarpie suchą, przekwitniętą jukę i kolczaste płaty opuncji. Turystów nie ma niemal w ogóle, co wydaje nam się dziwne, bo okolica wygląda obezwładniająco pięknie. Białe, strzeliste klify wspaniale prezentują się też od strony morza. Można pod nie podpłynąć małą łódką lub kajakiem.

 

BŁĘKIT MORZA I BIEL SKAŁ

Wysokie, wapienne wybrzeże kryje w sobie niejedną tajemnicę. Skały, o które biją morskie fale, są podziurawione jak szwajcarski ser. W niektórych miejscach powstały skalne łuki i jaskinie. Najsłynniejszą formacją na archipelagu było Lazurowe Okno (Azure Window) na Gozo. Niestety w marcu 2017 r. imponujący łuk zawalił się, a jego pozostałości pochłonęło morze. Możemy go dzisiaj zobaczyć m.in. w pierwszym sezonie amerykańskiego serialu Gra o tron. 

 

Podobnych miejsc na szczęście na Malcie nie brakuje. Do najpiękniejszych z nich należy Błękitna Grota (Blue Grotto) nieopodal kompleksu Ħaġar Qim. Ten niezwykły system jaskiń można podziwiać z pokładu łodzi. Morze ma tu intensywny, lazurowy kolor, bo dno pokryte jest wapiennym rumoszem o strukturze karraryjskiego marmuru. Fale przelewają się przez otwory wielkich pieczar. Co i raz śmiałkowie zagłębiają się w ciemną czeluść, żeby wypłynąć po drugiej stronie skał.

 

UDANY POŁÓW

Jeśli podczas wycieczki zgłodniejemy, a stanie się tak na pewno, bo słońce i mocny wiatr wzmagają apetyt, powinniśmy podjechać do Marsaxlokk. Nazwa tej miejscowości na pierwszy rzut oka wydaje się nie do wymówienia, ale w rzeczywistości nie jest to aż takie trudne – czyta się ją „Marsaszlok”. Jeżeli szukamy miejsca na lekki, śródziemnomorski obiad, nie znajdziemy na Malcie lepszego. Krótki deptak ciągnie się wzdłuż portu rybackiego, w którym zobaczymy miejscowych rybaków z filozoficznym spokojem czyszczących sieci. Działa tutaj również regionalny targ z lokalnymi przysmakami. Położone wzdłuż nabrzeża restauracje specjalizują się w owocach morza. Zamiast wertować menu od razu warto zamówić catch of the day, czyli rybę dnia. Pod tą nazwą nie kryje się bynajmniej potrawa z wczorajszych resztek (jak to – niestety – bywa niekiedy w polskich lokalach gastronomicznych nad Bałtykiem), ale danie przyrządzone ze świeżych składników pochodzących z porannego połowu. Podstawę może stanowić tuńczyk albo lampuka (koryfena), ewentualnie miecznik. Gdybyśmy tylko mogli, stołowalibyśmy się w Marsaxlokk codziennie.

Marina w ufortyfikowanym birgu, zaliczanym do tzw. Trzech Miast razem z Cospicuą i Sengleą

© VIEWINGMALTA.COM

 

 

REKINY WŚRÓD WRAKÓW

Jeśli nie mamy już w żołądku miejsca nawet na sardynkę, ale wciąż interesują nas maltańskie ryby, to powinniśmy pojechać do Narodowego Akwarium Malty (Malta National Aquarium) w Qawrze. W wypełnionych wodą zbiornikach z hartowanego szkła, bardzo przemyślnie udekorowanych rozmaitymi artefaktami, zebrano różnorodne okazy morskiej fauny.

 

Warto dodać, że nurkowanie na Malcie to ogromna przygoda. Pod wodą natknąć się można na wraki, fragmenty posągów, a nawet rozsypane na dnie przedmioty pochodzące ze statków. Wśród tego wszystkiego pływają ogromne płaszczki, niewielkie rekiny, tuńczyki i cała masa kolorowej drobnicy, która byłaby prawdziwą ozdobą każdego domowego akwarium.

 

NA PLANIE

Z każdym przejechanym kilometrem przed naszymi oczami pojawiają się nowe, zachwycające widoki. Trudno oderwać od oka aparat fotograficzny. Nic dziwnego, że liczba filmów kręconych na Malcie przyprawia o zawrót głowy. Są jednak takie hollywoodzkie hity, które pozostawiły na archipelagu trwały ślad. Tak było w przypadku pełnometrażowej komedii z 1980 r. o przygodach nieustraszonego marynarza Popeye’a, słynącego z nadludzkiej siły, jaką zyskuje po zjedzeniu puszki szpinaku. Na potrzeby musicalu z Robinem Williamsem (1951–2014) w roli tytułowej zbudowano specjalny plan filmowy. Po zakończeniu produkcji postanowiono, że będzie służył jako atrakcja turystyczna. 

 

Popeye Village usytuowana w pięknej zatoce Anchor (Anchor Bay) to dość osobliwe połączenie parku rozrywki z placem zabaw i placówką edukacyjną. Można tu wziąć udział w odgrywaniu scen z filmu. Nasze wyczyny nagrywane są przez profesjonalnych operatorów, którzy montują krótką sekwencję filmową. Aktorzy amatorzy mogą ją później obejrzeć w tutejszym kinie, a płytę z nią zabrać ze sobą. Poza tym wybierzemy się stąd także motorówką na wycieczkę do pobliskich jaskiń. Jest też wioska… Świętego Mikołaja (strefa otwarta od 6 grudnia do 6 stycznia). W miejscowej restauracji nie podają jednak szpinaku, tylko kurczaka i frytki.

 

CUD POD KOPUŁĄ

Na Malcie warto poddać się czasem czarowi chwili albo zmienić plany, gdy zachwyci nas jakiś architektoniczny szczegół. Po drodze do Saint Paul’s Bay mijaliśmy widoczną z oddali ogromną kopułę przypominającą rzymski Panteon. Nie wahaliśmy się długo i już po chwili parkowaliśmy w miasteczku Mosta pod Bazyliką Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Neoklasycystyczna bryła o kształcie rotundy rzeczywiście była wzorowana na najważniejszej świątyni antycznego Rzymu. W trakcie niemieckiego bombardowania w czasie II wojny światowej (w kwietniu 1942 r.) jedna z 500-kilogramowych bomb trafiła w kościół. Przebiła kopułę i wpadła do środka, gdy wewnątrz ponad 300 wiernych czekało na wieczorną mszę. Jednak nie wybuchła, co uznano za cud. Rotunda wygląda wspaniale, a najładniej prezentuje się oglądana z jednego ze stolików ustawionych przed kawiarnią i barem „Baroque”, gdzie warto się zatrzymać na kieliszek chłodnego rieslinga.

Cudownie ocalałą neoklasycystyczną Rotundę w Moście ukończono na początku lat 60. XIX w.

© VIEWINGMALTA.COM/GREGORYIRON

PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI

Jak byśmy nie przecinali Malty – ze wschodu na zachód czy z północy na południe – zawsze będziemy przejeżdżać nieopodal Mdiny. Dawna stolica swoją obecną nazwę zawdzięcza arabskim najeźdźcom, którzy zdobyli ją w 870 r. Miasto zostało jednak założone dużo wcześniej, bo już w VIII w. p.n.e. Dokonali tego Fenicjanie. Gdy przybyli tutaj Rzymianie (w 218 r. p.n.e.), nazwali ośrodek Melitą (Melite), podobnie jak całą wyspę. 

 

Dziś pod dawne miejskie mury ściągają m.in. wielbiciele amerykańskiego serialu fantasy Gra o tron. Często nie da się przejść spokojnie po kamiennym moście prowadzącym z Rabatu do ufortyfikowanej Mdiny ze względu na podekscytowanych fanów, którzy stroją groźne miny do aparatów fotograficznych lub cieszą się jak dzieci, kiedy poznają miejsce odgrywające na ekranie telewizora spektakularny wjazd do Królewskiej Przystani (stolicy Siedmiu Królestw). Jednak i dla zwykłych zwiedzających spacer po dawnej stolicy Malty to jedno z największych przeżyć w trakcie wizyty na archipelagu. Wystarczy odejść kilka kroków od głównego szlaku, żeby docenić, jak jest tu pięknie i spokojnie. Czasem ciszę przerywa stukot końskich kopyt o bruk, gdy niedaleko przejeżdża dorożka. Możemy też wstąpić do Narodowego Muzeum Historii Naturalnej (National Museum of Natural History) w XVIII-wiecznym, barokowym pałacu należącym dawniej do zakonu joannitów (Palazzo Vilhena) i zobaczyć, jak wyglądały słynne sokoły maltańskie. Jeśli turystyczne ceny w Mdinie nas odstraszą, to wystarczy odbyć 10-minutowy spacer, po którym znajdziemy się w centrum Rabatu. Przy Kościele św. Pawła wypijemy tutaj kawę i porozmawiamy z Vince’em. Potem warto zejść pod ziemię, do rozległych wczesnochrześcijańskich katakumb, lub odwiedzić grotę, w której podobno podczas trzymiesięcznego pobytu na Melicie mieszkał św. Paweł. 

 Zabytkową Mdinę ulokowano na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na Maltę

© VIEWINGMALTA.COM

Artykuły wybrane losowo

Pasjonująca Dominikana

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

Więcej…

Ekwador w cieniu wulkanów

HANNA BORA 

www.sledznas.com

 

<< Ekwador, mający powierzchnię zbliżoną do Polski (niemal 284 tys. km²), to jeden z najmniejszych krajów Ameryki Południowej. Dla wielu turystów wciąż pozostaje ukryty w cieniu większych sąsiadów – Peru i Kolumbii. Dzieje się tak zupełnie niesłusznie. Ekwador zadziwia ogromną różnorodnością krajobrazów. Mieszkańcy często powtarzają, że tylko tutaj można rano obudzić się wśród odgłosów tropikalnego lasu, popołudnie spędzić u stóp ośnieżonych andyjskich szczytów, a wieczorem zrelaksować się przy szumie oceanu. >>

Więcej…

Rumunia – w królestwie Karpat

JAKUB WOLSKI

 

<< Jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia podróż do kraju Drakuli budziła ogólne zdziwienie. Działo się tak dlatego, że strony te nie należały do najbezpieczniejszych i cieszyły się złą sławą. Dziś coraz więcej turystów z całego świata patrzy na Rumunię z zainteresowaniem, a nawet nieskrywaną fascynacją. Potężne Karpaty i owiana aurą tajemniczości historyczna Transylwania mają w sobie coś, czemu trudno się oprzeć… >>

Początki samodzielnego państwa rumuńskiego przypadają dopiero na XIX w. Wcześniej jego tereny trafiały pod panowanie Rzymian, Węgrów, Austriaków, Turków czy Rosjan. Współcześnie najwięcej przedstawicieli w tym kraju liczy sobie mniejszość węgierska. Stanowi ona aż 6,5 proc. mieszkańców 19-milionowej Rumunii. Wiele miast położonych przy granicy z Węgrami czy szczycących się długą historią posiada dwie wersje językowe: rumuńską i węgierską. Tu kończy swój bieg druga najdłuższa rzeka Europy – Dunaj, która u wybrzeży Morza Czarnego tworzy szeroką i widowiskową deltę.

Więcej…