ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

 

W tym wyspiarskim kraju wyróżniamy dwie pory roku – suchą i deszczową. Uznaje się, że okres między grudniem a majem to najlepszy czas, aby odwiedzić Filipiny. Właśnie wtedy na wyspach panuje pora sucha, deszcz pada bardzo rzadko, a wilgotność wynosi ok. 70 proc. Należy jednak pamiętać, że na północy Luzonu klimat jest nieco inny – na trekkingi wokół miejscowości Batad i Banaue najlepiej wybrać się w marcu, kwietniu lub maju. W sierpniu, wrześniu i październiku kraj często nawiedzają tajfuny (nie dotyczy to wysp Palawan i Mindanao oraz archipelagu Sulu). 

 

Przez ponad 300 lat Filipiny były pod rządami Hiszpanów. To za ich panowania prawie cała tutejsza ludność przeszła na chrześcijaństwo. Pod koniec XIX w. wybuchło powstanie, w którym brały udział Stany Zjednoczone. W wyniku przegranej w wojnie amerykańsko-hiszpańskiej (od 25 kwietnia do 12 sierpnia 1898 r.) Hiszpania na mocy traktatu paryskiego zrzekła się Filipin na rzecz USA. Wpływy obu krajów widać m.in. w mowie i piśmie. Filipińczycy używają hiszpańskich i angielskich nazw liczebników, np. uno („jeden”), dos („dwa”), tres („trzy”), one hundred („sto”), a białego człowieka określają mianem American. Warto pamiętać, że obowiązują tu dwa języki urzędowe: filipiński (filipino, w dużej mierze oparty na języku tagalskim, inaczej tagalog) i angielski. Jakie było moje zdziwienie, gdy poszłam do kina na film familijny i okazało się, że puszczano go tylko w języku angielskim, w dodatku bez napisów. Można śmiało stwierdzić, że ten język znają prawie wszyscy Filipińczycy – w mniejszym lub większym stopniu (z akcentem – oczywiście – różnie bywa, czasem trzeba się naprawdę wysilić, żeby kogoś zrozumieć). Ten fakt zdecydowanie ułatwia podróżowanie po kraju tysiąca wysp. Amerykanie mieli również bardzo duży wpływ na lokalną kuchnię. To z ich powodu Filipińczycy uwielbiają fast foody. Ponoć na całych Filipinach istnieje ponad 100 różnych tego typu sieciówek. Wśród nich prym wiedzie Jollibee – filipiński odpowiednik restauracji McDonald’s.

 

ZAKORKOWANA METROPOLIA

 

manila 01 highres

Stołeczna Manila usytuowana przy ujściu rzeki Pasig do Zatoki Manilskiej

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

Multikulturową Manilę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,8 mln osób. Jej obszar metropolitalny (Metro Manila), w skład którego wchodzi jeszcze 16 okolicznych miast, liczy ponad 13,3 mln mieszkańców! Metropolia wciąż się rozrasta – powiększają się zarówno luksusowe rejony w rodzaju Makati czy Pateros, jak i biedne przedmieścia pełne slumsów, gdzie ludzie żyją za mniej niż dolara dziennie. Zmorę całej Manili stanowią korki, które są większe nawet od tych w Los Angeles. Co ciekawe, niedawno wprowadzono ograniczenia zezwalające w danym dniu (w godzinach szczytu) na poruszanie się po centrum samochodami z numerami rejestracyjnymi zaczynającymi się od konkretnej litery. Mieszkańcy żalą się jednak, że nie poprawiło to sytuacji, w dodatku bogatsi Filipińczycy zaczęli kupować kolejne auta, aby obejść przepisy. 

 

W stolicy działa metro, ale manilczycy najczęściej przemieszczają się po niej tuk-tukami i jeepneyami. Te pierwsze są zwykle skuterami, które z jednego boku mają przyczepkę z fotelem dla dwóch osób (w praktyce na takim siedzeniu mieści się cała wieloosobowa rodzina). Z tyłu jest nieco miejsca na bagaż, a nad całością znajduje się daszek. Jeepneye to kolejna rzecz, którą Filipińczycy zawdzięczają Amerykanom. Przerobione na rodzaj busa samochody terenowe, pomalowane na jaskrawe kolory, stanowią całkiem wygodny środek transportu. Wsiada się do nich od tyłu. Można przemieszczać się nimi zarówno po mieście (o ile zrozumie się nieźle zakręcony system przystanków i tras np. w Manili), jak i między różnymi miejscowościami (chociażby na wyspie Bohol).

 

KRAJ W PIGUŁCE

 

Bohol to nieduża (ok. 4820 km² powierzchni), ale bardzo chętnie odwiedzana przez podróżników wyspa. Najwygodniej dolecieć na nią z Manili (lot zajmuje nieco ponad godzinę) lub przypłynąć promem z sąsiedniej wyspy Cebu. Nie bez powodu Bohol jest nazywana Filipinami w pigułce – znajdują się na niej piękne piaszczyste plaże, interesujące miejsca do nurkowania, tarasy ryżowe i mnóstwo innych wspaniałych atrakcji. Wybierzemy się tu m.in. na przejażdżkę quadami, zjazd tyrolką czy rejs po malowniczej rzece Loboc. Do tego będziemy mogli podziwiać symbol całego kraju – niesamowite Czekoladowe Wzgórza, a także zobaczymy wyraki filipińskie, czyli wielkookie zwierzęta z rodziny wyrakowatych (przypominające małpki ze szczurzym ogonem), które występują tylko na Filipinach.

 

Najlepszym miejscem do nurkowania są okolice Panglao. Jest to osobna wyspa (ok. 95 km² powierzchni) połączona z Bohol dwoma mostami. Znajduje się tutaj kilkanaście baz nurkowych, w których pracują instruktorzy mówiący w przeróżnych językach. W sezonie (od grudnia do maja) praktycznie codziennie można wypożyczyć niezbędny ekwipunek i eksplorować podwodny świat. Osoby bez uprawnień mogą w kilka dni zrobić podstawowy kurs PADI (Open Water Diver – OWD) lub skorzystać z tzw. nurkowania wstępnego (intro diving). Idealnym miejscem na odbycie tego ostatniego będzie maleńka wysepka Balicasag, na którą lokalne biura podróży organizują liczne wycieczki.

 

Wzgórza Czekoladowe to co najmniej ok. 1270 regularnych kopców przybierających w czasie pory suchej charakterystyczny brązowy kolor (trawy porastające wzniesienia zaczynają najczęściej brązowieć z końcem marca). Mają od 30 do nawet 120 m wysokości i powstały na skutek wietrzenia wapiennych skał. O tej osobliwości natury krążą liczne legendy. Jedna z nich opowiada o zakochanym olbrzymie Arogo, którego wybranka Aloya była zwykłą śmiertelniczką. Najpierw odrzuciła zaloty nieszczęśnika, a niedługo potem zachorowała i umarła w bardzo młodym wieku. Pod wpływem łez zrozpaczonego olbrzyma powstały Wzgórza Czekoladowe.

 

POLSKI RAJ NA PAMILACAN

 

BoholBeachClub Panglao

Wysepka Pamilacan niedaleko Bohol

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

Z Panglao lub Bohol na niewielką wyspę Pamilacan (1,75 km² powierzchni) płynie się ok. półtorej godziny. Nie ma na niej samochodów ani szerokich dróg. Tylko nieliczni mieszkańcy korzystają ze skuterów. Na Pamilacan żyje mniej więcej 1,5 tys. osób, z czego jedną trzecią stanowią dzieci. Znajdują się tu dwie szkoły (podstawowa i liceum), kilka sklepów i kościół, do którego ksiądz przypływa dwa razy w roku – na Wielkanoc i Boże Narodzenie. 

 

Do niedawna mieszkańcy utrzymywali się przede wszystkim z rybołówstwa i skromnych upraw. Kilka lat temu wyspę zaczęli odwiedzać turyści. Aktualnie mieszczą się na niej dwa hotele i kilkadziesiąt bambusowych chatek. Część z nich należy do Enasa i Elisabeth – miłego starszego małżeństwa, które większość swojego życia spędziło na Pamilacan. Nad ich bungalowami (Enas Cottages) wisi polska flaga, ponieważ z roku na rok coraz chętniej odwiedzają ich nasi rodacy. Trudno się dziwić – ta wyspa to mały raj na ziemi. Błogą ciszę przerywa jedynie szum morza i śmiech dzieciaków, których tutaj nie brakuje. Idealna przejrzystość wody sprawia, że w okolicy jest mnóstwo rewelacyjnych miejsc do snorkelingu. Dzięki brakowi internetu i słabemu zasięgowi sieci telefonicznych na tej małej wyspie naprawdę można odpocząć. W ciągu dnia najlepiej leżeć w hamaku, czytać ulubioną książkę i popijać wodę z kokosa prosto z drzewa. Należy pamiętać o stosowaniu kremów z wysokim filtrem UV, ponieważ słońce grzeje bardzo mocno. Popołudniu warto udać się na relaksacyjny masaż ciała, natomiast wieczorem koniecznie trzeba zjeść przepyszną kolację przyrządzoną przez Elisabeth (a wcześniej obejrzeć przepiękny zachód słońca).

 

Mieszkańcy Pamilacan to wyjątkowo serdeczni ludzie. Praktycznie wszyscy są ze sobą spokrewnieni lub znają się i przyjaźnią od lat. Dzieci chętnie zagadują turystów – polecam udać się do miejscowej szkoły i zagrać z chłopakami w piłkę, a z dziewczynami w kamień, papier, nożyce. Maluchy z kolei z pewnością ucieszą się z małych upominków takich jak kredki, ołówki, długopisy czy zeszyty. 

 

Na niewielkiej wyspie położonej w pobliżu Bohol czas płynie bardzo powoli. Rytm życia wyznaczają tu wschody i zachody słońca oraz pianie kogutów. Brak bieżącej wody i internetu oraz dostęp do prądu jedynie w godzinach wieczornych sprzyjają prawdziwemu wypoczynkowi. W trakcie podróży po Filipinach warto przyjechać na Pamilacan chociaż na kilka dni i zapomnieć o całym świecie.

 

WYBUCHOWA WYSPA

 

Codziennie na wyspę Camiguin (ok. 238 km² powierzchni) z Manili i Cebu latają samoloty linii Cebu Pacific. Można tu również przypłynąć promem z Mindanao (kursuje każdego dnia) albo Bohol (pływa kilka razy w tygodniu). Camiguin słynie przede wszystkim z siedmiu wulkanów, które dumnie wznoszą się nad powierzchnię wody. Najwyższy z nich – Hibok-Hibok – mierzy 1332 m n.p.m. Trekking na sam szczyt najlepiej zacząć wcześnie rano, ponieważ z godziny na godzinę prażące promienie słońca stają się coraz bardziej uciążliwe. W zależności od kondycji fizycznej wycieczka w obie strony zajmuje 6–8 godz. Widoki rozpościerające się z samej góry zapierają dech w piersiach! Znaczna część drogi prowadzi przez gęsty tropikalny las, dopiero odcinek ścieżki zaczynający się od jeziora (lub pozostałości po nim w porze suchej) jest nieco bardziej odsłonięty. Hibok-Hibok znajduje się na terenie parku – przy wejściu, mniej więcej na wysokości 400 m n.p.m., sprawdzane są bilety. Obowiązkowo trzeba też wynająć lokalnego przewodnika.

 

Na wyspie leży także sanktuarium gigantycznych małży (Giant Clam Sanctuary w Guinsiliban) noszących nazwę przydaczni olbrzymich. Obecnie trzyma się je w nadzorowanym obiekcie, ponieważ rybacy wytępili je prawie doszczętnie. Część z małży można podziwiać z bliska w specjalnych hodowlach tuż przy brzegu, pozostałe spoczywają nieco dalej, na głębokości kilku lub kilkunastu metrów. Osobniki tego gatunku mogą mierzyć nawet 120 cm, ważyć ponad 200 kg i są cenione głównie ze względu na smaczne mięso. Spotyka się je w wodach Pacyfiku, wokół Wielkiej Rafy Koralowej (u wybrzeży Australii) i w Oceanie Indyjskim. Przydacznie olbrzymie to największe małże na świecie.

 

Na pobyt na Camiguin warto przeznaczyć co najmniej 3–4 dni. Poza wulkanem i sanktuarium znajdują się tutaj gorące źródła, wodospady, interesujące miejsca do snorkelingu i nurkowania oraz bardzo ładne plaże. Po wyspie najlepiej poruszać się wynajętym skuterem lub samochodem, można również skorzystać z trycykli, które idealnie zastępują taksówki.

 

NAJSTARSZE POLA RYŻOWE

 

Filipiny to nie tylko rajskie plaże i piękny podwodny świat. Na północy ich największej wyspy, Luzonu (niemal 110 tys. km² powierzchni), znajduje się zupełnie inna rzeczywistość. Podróż autobusem z Manili do odległej o ponad 460 km miejscowości Banaue zajmuje aż 11 godz., ale warto się trochę pomęczyć. To właśnie tu, na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m., Filipińczycy od setek lat uprawiają ryż na osobliwych polach tarasowych. Najsłynniejsze z nich leżą kilka kilometrów od miasta – mają ok. 2 tys. lat, uformowano je tylko i wyłącznie za pomocą rąk. Leśne zbocza gór zamieniono w tysiące poletek wznoszących się kaskadowo, wzmocnionych przed osunięciem kamiennymi murami. Całość oplata przemyślny system niewielkich kanałów i śluz rozprowadzający wodę na coraz niższe poziomy. Obecnie tarasy ryżowe są nieco zaniedbane, ale i tak robią ogromne wrażenie. Nic dziwnego, że mieszkańcy uważają je za ósmy cud świata.

 

Moim zdaniem jeszcze ładniej wyglądają malownicze pola ryżu w okolicy wioski Batad, które w 1995 r. zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako jedne z tarasów ryżowych Kordylierów Filipińskich położonych w prowincji Ifugao). Aby się tutaj dostać, można wykupić 1-, 2- lub 3-dniową wycieczkę w biurze informacji turystycznej (czy jednym z wielu domów gościnnych bądź pensjonatów w pobliskim mieście Banaue) albo podjechać trycyklem lub jeepneyem do przełęczy Batad (tzw. Batad Saddle), żeby następnie po niemal 1,5-godzinnym spacerze asfaltową drogą i leśną ścieżką dotrzeć do celu. W samej osadzie zasięg sieci telefonicznej łapią jedynie starsze modele telefonów, a o połączeniu z internetem lepiej zapomnieć. W wiosce mieszka powyżej 1 tys. osób, z których większość uprawia ryż lub pracuje w turystyce. W Batad View Inn and Restaurant wieczorami odbywają się pokazy lokalnego tańca (tzw. eagle dance). Warto zobaczyć mieszkańców w tradycyjnych strojach, którzy krążą wokół ogniska, wykonując ptasie ruchy. Kroki nie są zbyt trudne, więc po krótkiej obserwacji można do nich dołączyć (oczywiście, o ile wyrażą na to zgodę). To właśnie tu poznałam starszego mężczyznę, który ze smutkiem stwierdził, że obecnie coraz więcej młodych ludzi wyjeżdża z Batad i brakuje rąk do pracy. Ryżem trzeba zajmować się codziennie przez cały rok, a przynosi to niewielkie pieniądze, dlatego trudno się dziwić, że młodzież woli opuścić rodzinny dom, uzyskać lepsze wykształcenie i znaleźć lepiej płatne zajęcie. Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie, żeby za kilka czy kilkanaście lat tutejsze pola ryżowe zniknęły lub zostały całkiem zaniedbane. 

 

Godzinę drogi od Batad znajduje się 50-metrowy wodospad Tappiya. Trekking pod niego nie zalicza się do najtrudniejszych, chociaż dużo zależy od warunków pogodowych (ulewa bądź bardzo mocne słońce mogą utrudnić wycieczkę). Od marca do maja, gdy poziom wody jest niski, pod kaskadą mieszkańcy okolicznych wiosek sprzedają wodę, kawę, słodkie napoje i przekąski. 

 

Inna bardzo malownicza trasa trekkingowa (mniej więcej 2,5-godzinna) prowadzi z Batad do Bangaan. Ścieżka wiedzie pomiędzy tarasami ryżowymi, nie została oznakowana, ale po drodze można spotkać Filipińczyków i zapytać, czy podąża się w dobrym kierunku. Drugim rozwiązaniem jest wynajęcie przewodnika w Batad, który za rozsądną kwotę doprowadzi nas do celu, a dodatkowo opowie kilka ciekawostek. Z Bangaan do Banaue dojedziemy autobusem albo jeepneyem czy trycyklem, jeśli wcześniej umówimy się z kierowcą, żeby o określonej godzinie nas odebrał.

 

Górski obszar północnej części wyspy Luzon zamieszkuje ludność Ifugao. Żyje ona w skromnych chatach na zboczach gór w odizolowanych wioskach. Jej przedstawiciele noszą charakterystyczne nakrycia głowy zrobione z piór i kawałków barwnych tkanin oraz ubrania w pasy z przewagą koloru czerwonego. Zajmują się przede wszystkim uprawą ryżu i... żuciem betelu (lekko odurzającej używki, której głównym składnikiem są liście pieprzu żuwnego, bardzo popularnej w pewnych rejonach Azji). W ich religii dominują wierzenia animistyczne. Warto dodać, że jeszcze nie tak dawno wojownicy z grupy etnicznej Ifugao byli prawdziwymi łowcami głów! Ich ulubione pozarolnicze zajęcie stanowiły wyprawy do sąsiedniej wioski, gdzie napadali na ludzi i odcinali im głowy. Następnie zdobyte trofea zawieszali w swoich domostwach, a z żuchw ofiar tworzyli specjalne gongi. Praktyki te są obecnie zabronione, ale na pytanie, czy wszystkie plemiona stosują się do tego zakazu, mieszkańcy okolicznych miasteczek nie potrafią odpowiedzieć jednoznacznie. 

 

TRUMNY I JASKINIE

 

Jeszcze dalej na północ (ok. 190 km), kilka godzin drogi od Banaue, znajduje się niewielka, lecz chętnie odwiedzana przez turystów miejscowość Sagada. Mieszka w niej ponad 11 tys. osób, a w okolicy działają liczne domy gościnne, pensjonaty, restauracje i knajpki. Koniecznie należy spróbować lokalnego specjału – delikatnej tarty cytrynowej. Jedną z najsłynniejszych atrakcji w Sagadzie są wiszące trumny. Mieszkańcy tego regionu Filipin dopiero stosunkowo niedawno przeszli na chrześcijaństwo (hiszpańska misja powstała tutaj dopiero w 1882 r.), ponieważ tereny te nigdy nie zostały skolonizowane przez Hiszpanów. Zmarli byli chowani do drewnianych skrzyń w pozycji embrionalnej. Następnie trumny wieszano kilka, a nawet kilkanaście metrów nad ziemią lub wsuwano do skalnych szczelin. Nasz przewodnik stwierdził, że dzięki takiemu rodzajowi pochówku dusza nieboszczyka mogła swobodnie wędrować po okolicy, ale nie jest to jedyne znane wytłumaczenie. Pojedyncze trumny spotyka się w wielu miejscach, jednak dwa największe ich skupiska znajdują się w Dolinie Echa (Echo Valley) i Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave), gdzie ponad 100 skrzyń z ciałami ukryto w skalnej pieczarze. Kilka lat temu zakazano tej formy grzebania zmarłych – tuż za Kościołem św. Marii Dziewicy i przed Doliną Echa funkcjonuje zwyczajny, katolicki cmentarz. 

 

Kolejną atrakcję stanowią liczne groty położone w pobliżu Sagady. Do najbardziej znanych należy przejście pomiędzy jaskiniami Lumiang i Sumaguing (Sumaging). Na wycieczkę najlepiej wybrać się z przewodnikiem, przydadzą się także latarki i wodoodporne sandały lub adidasy. Możliwe, że w pewnym momencie zostaniemy poproszeni o ściągnięcie butów, ponieważ nierzadko w grotach znajdują się rzeki i małe jeziorka. Na kilku odcinkach zaczepiono liny albo skonstruowano specjalne drabiny np. z opon, które ułatwiają wspinaczkę i eksplorację jaskiń. 

 

W okolicach Sagady jest również dużo dobrych tras trekkingowych (od kilkugodzinnych po kilkudniowe z noclegami po drodze). W samym mieście warto zajrzeć do lokalnego muzeum i zakładów krawieckich, gdzie kobiety przędą ubrania tak samo jak kilkanaście lat temu.

 

***

Filipiny to fascynujący kraj o wielu twarzach. Proponuję nie ograniczać się do odpoczynku na rajskich plażach i odwiedzić zupełnie odmienną północ Luzonu – krainę górskich szczytów i przepięknych tarasowych pól ryżowych. Opisałam jedynie część miejsc i atrakcji, które zasługują na uwagę podróżników. Niestety, nie sposób w kilka tygodni zobaczyć wszystkich filipińskich wysp i wysepek. Trzeba jednak zaznaczyć, że Filipińczycy to jeden z najżyczliwszych narodów świata. Są zawsze uśmiechnięci i chętni do pomocy, w dodatku w zdecydowanej większości znają angielski – to wszystko sprawia, że warto zacząć poznawanie Azji właśnie od tego niezwykłego kraju.

Artykuły wybrane losowo

Beneluks – prekursor Unii Europejskiej

PAWEŁ PAKIEŁA

 

Belgia kojarzy się nam przede wszystkim z centrum Unii Europejskiej. Podróż po tym zróżnicowanym etnicznie, językowo i kulturalnie kraju turyści często zaczynają od jego stolicy – Brukseli, stanowiącej jeden z trzech regionów państwa według podziału dokonanego w 1963 r. Na południe od niej rozciąga się francuskojęzyczna Walonia, z mnóstwem wartych zobaczenia miejsc, takich jak Durbuy, Tournai, Namur, Dinant, Bastogne, Liège czy Mons. Przemieszczając się z belgijskiej metropolii na północ, znajdziemy się w niderlandzkiej strefie językowej, Regionie Flamandzkim, gdzie do miejsc najczęściej odwiedzanych należą Brugia i Antwerpia. Historyczna kraina Flandria rozciąga się też dalej na zachód wzdłuż wybrzeża Morza Północnego i wchodzi m.in. w skład kolejnego z państw Beneluksu – Holandii. Zwiedzając ten kraj, oprócz słynnych atrakcji Rotterdamu, Hagi czy Amsterdamu, nie wolno zapomnieć o farmach serowarskich. Kończąc naszą podróż w Wielkim Księstwie Luksemburga, powinniśmy w naszych planach uwzględnić jego stolicę – miasto Luksemburg, malowniczą miejscowość Vianden czy dolinę rzeki Mozeli oraz zielone Ardeny.  

Więcej…

Dominikana mniej znana

MARCIN WESOŁY

 

<< Różnorodność przyrody w Republice Dominikańskiej potrafi człowieka wprawić w osłupienie. W ciągu kilku godzin, w drodze z północnego wschodu na południowy zachód tego kraju możemy na własne oczy przekonać się, jak szybko zmieniają się tutaj krajobrazy. Bujna zieleń środkowej części kraju przechodzi w niekończące się pola ryżowe doliny Cibao albo w plantacje bananów. Na półwyspie Samaná mijamy rozległe gaje palm kokosowych, które osiadły na łagodnie pofałdowanych wzgórzach. Im bliżej granicy z Haiti natomiast, tym tereny bardziej przypominają Meksyk czy Afrykę – ogromne połacie ziemi, czerwonej od boksytu, porastają spłaszczone drzewa akacjowe, wybujałe kaktusy oraz karłowate, typowo preriowe krzewy. W okolicach miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega pejzaż jest za to bardziej górzysty, a klimat chłodniejszy. Na Dominikanie nie sposób zatem nie znaleźć swojego miejsca. To raj praktycznie dla każdego. Spróbujmy sami się o tym przekonać. >>

Więcej…

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

Wietnam

Victor Borsuk na Morzu Południowochińskim u wybrzeży Phan Rang w Wietnamie

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

 Dzięki rozbudowanej ofercie rozmaitych linii lotniczych sporty wodne można uprawiać praktycznie cały rok. Dotyczy to również kitesurfingu, który cieszy się dużą popularnością wśród Polaków, mimo iż u nas odpowiednie warunki klimatyczne panują jedynie przez kilka wiosennych i letnich miesięcy. Dla wielu naszych rodaków ślizganie się po falach na desce z latawcem stało się prawdziwą pasją, a kto raz połknie bakcyla, ten zawsze będzie śnił o tych wspaniałych miejscach na ziemi, gdzie natura sama stworzyła wymarzone warunki do wykonywania widowiskowych akrobacji na wodzie.

 

Jednym z najważniejszych czynników w kitesurfingu jest moc wiatru. Powiewy do 9 węzłów są zbyt słabe do uprawiania tego sportu. Wiatr o prędkości od 9 do 15 węzłów będzie dobry dla osób początkujących i tych wszystkich, którzy lubią czuć się bezpiecznie na wodzie i stabilnie poruszać latawcem. W takich warunkach ryzyko nieprzewidzianych sytuacji bywa raczej niskie. Prędkość 15–28 węzłów idealnie nadaje się dla średnio zaawansowanych kitesurferów. Można przy niej próbować wysokich skoków i porządnych ewolucji. Wiatr o prędkości powyżej 28 węzłów jest już bardzo silny. Czasem zrywa dachówki, łamie gałęzie i wieje piaskiem w oczy. Poradzą z nim sobie tylko doświadczeni kitesurferzy, którzy mierzą się w tej sytuacji z siłami natury.

Przy wyborze 12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu kierowałem się głównie statystyczną ilością i siłą wiatru oraz warunkami panującymi na wodzie. Pod uwagę brałem także wygląd okolicy i możliwości spędzania czasu nie poświęconego na ewolucje na desce.

 

1

Guajiru

Brazylia

 

To jedno z najwietrzniejszych miejsc na świecie. W brazylijskim stanie Ceará, w którym leży wioska Guajiru, wieje od czerwca do końca grudnia codziennie. Wiatr osiąga prędkość od 18 do 30 węzłów. Znajdują się tu liczne laguny z płaską taflą, na których możemy bez obaw próbować wszystkiego, o czym marzymy. Woda jest bardzo ciepła (ma mniej więcej taką temperaturę jak powietrze), więc wystarczą tylko krótkie spodenki i kostium kąpielowy. Nie wolno zapomnieć o użyciu kremu do opalania (aplikację warto powtórzyć kilka razy w ciągu dnia) i zaopatrzeniu się w wodę do picia.

 

2

Phan Rang

Wietnam

 

Okolica miasta Phan Rang (Phan Rang-Tháp Chàm) jest jeszcze mało popularna wśród amatorów akrobacji na desce z latawcem. Działa w niej zaledwie kilka szkół kitesurfingu. Miejsce to odkrył mój przyjaciel mieszkający w Wietnamie i właśnie tutaj zabieram widzów w podróż w czasie najnowszego filmu realizowanego przez Virgin Mobile W pogoni za wiatrem. Od listopada do lutego prędkość wiatru wiejącego na wybrzeżu wynosi 18–35 węzłów. Woda jest przezroczysta i jak okiem sięgnąć zupełnie płaska. Dopiero w odległości mniej więcej 800–1000 m od brzegu pojawia się rafa koralowa, która stanowi granicę dla pięknych równych fal, na których można uprawiać kitesurfing. Powietrze nagrzewa się zazwyczaj do ok. 30°C, ale silny wiatr powoduje, że w ciągu dnia i nocy nie odczuwa się upału. Dlatego do torby podróżnej warto zapakować klapki, krótkie spodenki i przewiewną koszulkę. Muszę przyznać, że to jedno z moich ulubionych miejsc na ziemi. Właśnie tu zorganizowałem w minionym roku imprezę sylwestrową i przywitaliśmy nowy, 2018 r.

 

3

Woodman Point

Australia

 

Gdy miałem 18 lat, spędziłem w tym rejonie pół roku. Zaraz po maturze kupiłem bilet i poleciałem sprawdzić, jak wygląda to legendarne dla kitesurferów miejsce w Australii Zachodniej. Przed wyjazdem oglądałem filmy o nim i bardzo dużo czytałem. Uczciwie mogę przyznać, że długo marzyłem, aby tutaj przyjechać, a ponieważ była to daleka wyprawa, postanowiłem zatrzymać się w okolicy aż na pół roku. Mając zaledwie parę groszy przy duszy i głowę pełną nadziei, wyruszyłem w podróż. Na miejscu okazało się, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Zastałem ogromne przestrzenie z płaską wodą i wiatr o prędkości 18–25 węzłów wiejący codziennie od godz. 14.00. Dlaczego właśnie o tej porze? Bo w tym rejonie występuje przede wszystkim wiatr termiczny zwany tu sea breeze (bryzą). Żadna prognoza nie podaje odpowiedniej siły wiatru, gdyż nie bierze pod uwagę różnicy temperatury między zimną wodą a bardzo mocno nagrzanym lądem. Oczywiście, poza tym, że był to jeden z najciekawszych okresów w moim życiu, odczuwałem również stres związany z występowaniem przy brzegu wielu rekinów i strach przed wywracaniem się na dużej głębokości. Jednak statystyki działały na moją korzyść, a kilka ataków na ludzi zdarzających się w ciągu roku w całej Australii nie mogło mnie wystraszyć na tyle mocno, żebym zrezygnował z ukochanego sportu. Zatem jeżeli ktoś nie boi się opowieści o rekinach i chłodnej (orzeźwiającej!) oceanicznej wodzie, cypel Woodman Point koło miasta Perth jest dla niego bez wątpienia jednym z miejsc do zaliczenia.

 

4

Prasonisi, Rodos

Grecja

 

Żywienie się konserwami i zupkami chińskimi oraz spanie na łonie przyrody – tak właśnie spędzałem wakacje jako nastolatek, aby zamknąć cały dwutygodniowy wyjazd w kwocie 1,2 tys. złotych i móc pływać przez 6–8 godzin dziennie. Półwysep Prasonisi na wyspie Rodos to jedna z najlepszych okolic do uprawiania kitesurfingu na świecie. Idealne miejsce dla amatorów tego sportu znajduje się między dwoma wzgórzami, które codziennie się nagrzewają, co sprawia, że powstaje schodzący z nich wiatr termiczny. Wzniesienia łączy piaszczysty wał, dzięki czemu tworzy się tu tzw. efekt Venturiego (wiatr przyspiesza w przewężeniu). Ze względu na te czynniki przez pół roku codziennie wieje w tym rejonie równy, ciepły i silny wiatr. Woda z jednej strony wału jest płaska jak stół, z drugiej powstają duże fale. Każdy ma inne wspomnienia z okresu nastoletniego, ja swoje pierwsze kroki w stronę dorosłości stawiałem właśnie na wyspie Rodos.

 

5

Mierzeja Helska

Polska

 

W tym przypadku moja ocena będzie siłą rzeczy bardziej subiektywna. Jest całkiem prawdopodobne, że wpływają na nią wspomnienia z 22 lat, przez które przyjeżdżałem na Hel, ale uważam tę część Polski za jedno z najlepszych miejsc, aby rozpocząć przygodę z kitesurfingiem. Przede wszystkim od strony Zatoki Puckiej mamy tutaj prawie 1 km płaskiej i płytkiej wody oraz rozległe przestrzenie. Nie bez znaczenia pozostaje też towarzystwo niesamowitych ludzi, których łączy zamiłowanie do sportów wodnych. Ja kocham to miejsce i nie wyobrażam sobie innej okolicy na spędzenie lata. Właśnie tu moje życie zaczęło nabierać obecnego kształtu. Na początku uczyłem się na Helu pływać, teraz prowadzę obozy dla dzieci od 9 do 18 lat i organizuję wyjazdy integracyjno-motywacyjne dla firm. Staram się zainspirować wszystkich swoją pasją.

 

6

Boracay

Filipiny

 

Filipińska wysepka Boracay kojarzy się z wysmukłymi palmami opadającymi do morza, błękitną wodą i białym piaskiem. To miejsce ma jednak także duszę. W ciągu dnia wszyscy żyją tutaj kitesurfingiem, a wieczorem zaczyna kwitnąć życie nocne. Wówczas każdy poddaje się magii, która otacza tę wyspę. Nie przez przypadek mówi się na niej: what happens on Boracay, stays in Boracay („co wydarzyło się na Boracay, zostaje na Boracay”). Uważam ten rejon Filipin za jeden z moich najbardziej ulubionych zakątków na świecie.

 

polska1

Victor Borsuk na Helu, gdzie często zapoznaje innych z kitesurfingiem

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

7

Auckland i Northland

Nowa Zelandia

 

Północna część nowozelandzkiej Wyspy Północnej (regiony: Auckland i Northland) należy do najpiękniejszych miejsc na ziemi, w których do tej pory byłem. Wzdłuż wschodniego i zachodniego wybrzeża znajduje się wiele zupełnie dzikich okolic do uprawiania kitesurfingu. W wodzie można dostrzec wieloryby, a na lądzie spotkać ptaki kiwi i tyle owiec, że trzeba by liczyć je do snu do końca życia. Przyleciałem do tego kraju w odwiedziny do swojego bardzo dobrego kolegi, który pływanie na desce z latawcem traktuje jako pasję, a żyje z koncertów (występuje jako gitarzysta i wokalista). Ten niesamowity człowiek zabrał mnie w podróż po północnej Nowej Zelandii. Swoją wizytę w tych stronach zacząłem od Auckland, czyli największego miasta w kraju (ponad półtoramilionowego). Wynająłem w nim auto i pojechałem do nadmorskiego kurortu Paihia, gdzie poza sezonem żyje ok. 2 tys. osób, a latem przebywa prawie 30 tys. ludzi. W tym mieście mieszka na co dzień mój kolega Robin, tu codziennie gra w golfa czy tenisa i wieczorami występuje na koncertach w knajpach na wodzie. Utrzymuje się też z lokalnej turystyki. W kurorcie warto zatrzymać się na dwa dni, jednak najbliższe miejsca do uprawiania kitesurfingu oddalone są stąd przynajmniej o 20 min. jazdy na północ. W takiej odległości znajdował się nasz secret spot, położony między dwoma wzgórzami na terenie należącym do znajomych mojego kolegi. Była to rewelacyjna okolica. Wiatr wiał do brzegu, a na wodzie nie spotkaliśmy nikogo. Dzień później wybraliśmy się bardziej na północ na plażę, po której można jeździć autem (Ninety Mile Beach). Tutaj również spędziliśmy czas na falach. Pływaliśmy, ścigając się z samochodami. W Nowej Zelandii przebywałem tydzień, z czego przez cztery dni nie wiało. Cisza, spokój i piękne widoki rekompensowały jednak brak wiatru. Jeżeli moim głównym celem wyjazdów nie byłby kitesurfing, ale podróż w głąb siebie i obcowanie z naturą, ponownie wybrałbym się do Nowej Zelandii.

 

8

Maui

Hawaje, USA

 

Maui powinien odwiedzić każdy, niezależnie od tego, czy uprawia jakiekolwiek sporty wodne, czy podróżuje w celach czysto turystycznych. Ta wulkaniczna wyspa przekracza wszelkie wyobrażenia. Zacznę od tego, co najbardziej mnie zaskoczyło. Po wylądowaniu w mieście Kahului wychodzimy na lotnisko, gdzie wita nas od razu parne, gorące powietrze (nie ma czekających kobiet z kwiatami na szyi), więc od samego początku czujemy, że znaleźliśmy się w miejscu naprawdę egzotycznym. Całą wyspę można objechać w zaledwie 4 godz., ale każda jej część zdumiewa innym mikroklimatem. Po jednej stronie lądu codziennie pada (czasem 15 min., innym razem cały dzień), między lasami bambusowymi wyrastają palmy, wzgórza i skały pokrywa zieleń, a po drugiej opady są rzadkie i pola golfowe muszą być sztucznie nawadniane. Wzdłuż północnego wybrzeża leżą najsłynniejsze miejsca dla amatorów ewolucji na desce z latawcem, takie jak Ho’okipa, Kite Beach, Haiku itd. Tu zobaczymy nie tylko kitesurferów, ale przede wszystkim najlepszych sportowców na świecie startujących w zawodach surfingowych i windsurfingowych. Widoki przypominają kadry z okładek magazynów sportowych. W okolicy codziennie wieje, jest ciepło i egzotycznie, ale spoty są tak małe, że aż trudno uwierzyć. Wszyscy żyją tutaj powoli, to prawdziwi surferzy. Niestety, muszę zmartwić osoby, które jeszcze nie miały styczności ze sportami wodnymi. Maui nie nadaje się dla stawiających swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie. Warunki są w tym rejonie bardzo wymagające, powiedziałbym nawet, że bywa niebezpiecznie. W wodzie łatwo zorientować się, iż znajdujemy się na Pacyfiku i nie należy lekceważyć jego siły, bo skończy się to tragicznie. Jeżeli ktoś chce sprawdzić się w tym miejscu, musi zdobyć doświadczenie. Dlatego polecam zacząć od Polski, potem warto wybrać się za granicę, polecieć do Brazylii i na spokojnie zmierzyć się z falami o wysokości 1–3 m, a na koniec dopiero można udać się na Hawaje.

 

9

Bintan

Indonezja

 

Wyspa Bintan leży w odległości zaledwie godziny rejsu promem od Singapuru (w archipelagu Riau). Kiedyś planowałem dotrzeć na nią na Puchar Azji (Kiteboard Tour Asia – KTA), ale termin wydarzenia kolidował z moim wcześniej zorganizowanym wyjazdem do Wenezueli. To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na ziemi. Ze względu na bliskość Singapuru jakość i ceny tutejszych hoteli przekraczają wszelkie wyobrażenia, ale my nocowaliśmy w domkach na palach, do których dochodziło się 200-metrowym drewnianym mostem. Jego deski wyglądały, jakby miały się zaraz złamać. Obiekt nazywał się Bintan Laguna Restaurant & Resort. Pobyt kosztował nas zaledwie 20 dolarów amerykańskich za noc (ze śniadaniem)! Na śniadanie podawano makaron z jajkiem, ale serwowano go na stole ustawionym nad wodą, co tworzyło niesamowitą atmosferę. W pokojach nie było okien z szybami, tylko otwory. Do środka wpadała przez nie bryza i ciepłe powietrze. Spędzanie dnia i nocy w tym miejscu stanowiło czystą przyjemność. Zaledwie 10 min. skuterem od obiektu znajduje się Bintan Agro Beach Resort, w którym mój kolega z Singapuru ma szkołę kitesurfingu. Okolica idealnie nadaje się na rozpoczęcie przygody z tym sportem, ponieważ woda jest tu płytka na obszarze rozciągającym się od brzegu do prawie 200 m w głąb morza. Ze względu jednak na bliskość równika kitesurferzy są zależni od pływów. Czasem w odległości 50 m od lądu fale odsłaniają suche dno. Ja na wyspie Bintan zupełnie się wyciszyłem. Nie ma na niej alkoholu (poza wytwarzanym przez mieszkańców winem ryżowym), auto można zobaczyć raz na godzinę, wszędzie panuje błoga cisza i spokój. Warto spędzić tutaj trochę czasu, aby porządnie wypocząć.

 

Cabarete 002

Klimatyczne Cabarete to popularne miejsce profesjonalnych zawodów w kitesurfingu

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

10

Cabarete

Dominikana

 

Miasteczko Cabarete w Republice Dominikańskiej uchodzi za jedno z najbardziej znanych miejsc do uprawiania kitesurfingu na świecie. Szaleństwo na falach przy odpowiednim wietrze i w promieniach gorącego tropikalnego słońca można tu połączyć z wieczornymi imprezami na plaży. Sama okolica nie jest zbyt dobra do rozpoczęcia nauki, to raczej rejon dla zaawansowanych. Miejscowi wykonują naprawdę niesamowite ewolucje na desce. Odkąd zobaczyłem pierwszy film z zawodów Pucharu Świata w kitesurfingu w Dominikanie, marzyłem o tym, żeby kiedyś do niej pojechać. Czekały na mnie smukłe palmy, biały piasek na plaży i błękitna woda. Kitesurferzy reprezentowali najwyższy światowy poziom. Moje wyobrażenia o tym miejscu okazały się całkowicie zgodne z rzeczywistością. Jeżeli ktoś nauczył się podstaw kitesurfingu i opanował halsowanie, powinien chociaż raz w życiu odwiedzić ten kraj. Atmosfera Karaibów łączy się tutaj z surferskim duchem rywalizacji na wysokim poziomie. Nie brakuje też rumu, ale warto mieć świadomość, że w Republice Dominikańskiej wypoczywa mnóstwo turystów, więc nie należy liczyć na ciszę i spokój umilające pobyt w Indonezji.

 

Renę Egli Airview

Przepiękna plaża Sotavento na Fuerteventurze, mekka kitesurferów z całego świata

© RENÉ EGLI

 

11

Fuerteventura

Hiszpania

 

Niewątpliwą zaletę Fuerteventury (jednej z Wysp Kanaryjskich) stanowi fakt, że można na nią dość szybko dotrzeć za niewielkie pieniądze. Tanie linie lotnicze często oferują bilety od 200 zł w górę w obie strony i czasem aż trudno uwierzyć, jak małe są koszty dostania się z kontynentalnej Europy na archipelag położony nieopodal północno-zachodnich wybrzeży Afryki. Ja trafiłem tu po raz pierwszy 10 lat temu, kiedy startowałem w Pucharze Świata na Playa Barca i Sotavento (Fuerteventura Windsurfing & Kitesurfing World Cup). To właśnie jedno z tych miejsc, które można obejrzeć na filmach z najlepszymi kite- i windsurferami na świecie. Sama wyspa nie jest zbyt bogata w szatę roślinną, w jej krajobrazie dominują skały i piach, jednak należy do bardzo wietrznych rejonów. Najmocniej zaskakują tutaj tłumy ludzi kochających sporty wodne. Zjeżdżają oni głównie do południowo-wschodniej części Fuerteventury. Wzdłuż plaży Sotavento przy odpowiednim poziomie wody powstaje olbrzymia laguna (płytki akwen z płaską taflą) o długości ponad 4 km i szerokości powyżej 200 m, na której można zacząć swoją przygodę z kitesurfingiem. Jeżeli ktoś nie ma czasu na dalekie podróże, a liczy na słońce i dobry wiatr podczas wyjazdu, to bardzo mu polecam właśnie tę sympatyczną kanaryjską wyspę.

 

12

Sardynia

Włochy

 

Włoska Sardynia to wspaniałe miejsce, które potrafi zaskoczyć na każdym kroku. Jest pełna tajemnic i ma bogatą historię. Niektóre okolice bywają tutaj bardzo surowe, ale napotkamy też zakątki jak z bajki. Na wyspie, podobnie jak w wielu rejonach południowej Europy, obowiązuje sjesta – w tym czasie często nie działają sklepy ani restauracje. Morze Śródziemne wokół Sardynii przybiera kolor błękitny, a piasek na plażach jest biały. Aż chce się wskoczyć do wody. Ja nie miałem zbyt dużo szczęścia do dobrego wiatru podczas swoich odwiedzin na tej malowniczej wyspie. Udawało mi się popływać dwa lub trzy dni w ciągu trwającego tydzień wyjazdu, ale nie jest to tak naprawdę nic niezwykłego, bo i w popularnym wśród kitesurferów Egipcie zdarzają się podobne okresy bez odpowiednich podmuchów. Uważam, że naprawdę warto zawitać na Sardynię. Istnieje na niej wiele świetnych centrów kite- i windsurfingu, a okoliczne wody słyną z wymarzonych wręcz warunków do uprawiania tych sportów. Ja korzystałem z usług profesjonalnej polskiej bazy SKYHIGH znajdującej się w Porto Botte, miejscowości położonej na południowo-zachodnim wybrzeżu, niedaleko czarującej wysepki Sant’Antioco. Chętnie odwiedzę gościnną Sardynię ponownie, żeby spróbować szczęścia w łapaniu wiatru. Poza tym potrawy lokalnej kuchni są przepyszne, miasteczka wyglądają niezmiernie urokliwie, a sami Sardyńczycy to wyjątkowi ludzie, jakby z innego świata.