ALEKSANDRA PROCHALSKA

 

<< Kenijska ziemia to kraina kontrastów, magia barw, mieszanka kultur, smaków, zapachów i dźwięków oraz mekka tych, którzy pragną zaznajomić się z bogatą afrykańską fauną i florą, doświadczyć prawdziwej przygody i odpocząć od szarej, monotonnej codzienności. W mojej wyobraźni Kenia jest rudo-purpurowa jak stroje Masajów i czerwona ziemia w Parku Narodowym Tsavo Wschodnie, złotosłomkowa jak sawanna i majestatyczne lwy, soczyście zielona po długiej porze deszczowej i wreszcie turkusowo-błękitna jak fale Oceanu Indyjskiego. >>

 

Do Kenii można przyjechać w dowolnym momencie, jednak większość turystów pojawia się tu między grudniem a marcem (ze względu na gwarancję doskonałej pogody) oraz lipcem i wrześniem (w czasie Wielkiej Migracji ssaków kopytnych z tanzańskiego Parku Narodowego Serengeti do kenijskiego Rezerwatu Narodowego Masai Mara). W Kenii występują zasadniczo dwie pory deszczowe: krótsza – w listopadzie oraz dłuższa trwająca od końca marca do przełomu maja i czerwca. Podczas opadów pojawia się dużo komarów, zwiększa się zatem zagrożenie malaryczne, nieco trudniej też obserwować zwierzęta, jednak wyprawy safari są wtedy znacznie tańsze.

 

Kenijska sawanna stanowi znakomite miejsce dla osób potrzebujących wyciszenia i oderwania się od cywilizacji. Nic tak nie uczy dystansu do siebie i własnego życia jak obcowanie z dziką przyrodą. Dlatego też aby zachęcić do podróży do tego zachwycającego zakątka Afryki, przygotowałam ten krótki przewodnik dla wszystkich marzących o powrocie do natury.

 

 

SZCZEPIENIA PRZED WYJAZDEM

Przed podróżą do Kenii warto przemyśleć szczepienia przeciwko żółtej febrze, tężcowi i błonicy oraz żółtaczce typu A i B. Aby ustrzec się przed malarią, należy przede wszystkim zapobiegać ukąszeniom – stosować repelenty zawierające tzw. DEET, spać pod moskitierami oraz po zachodzie słońca zakładać spodnie z długimi nogawkami i bluzy z długimi rękawami. Na rynku są również dostępne leki antymalaryczne, jednak zazwyczaj mają stosunkowo wysoką cenę i mogą powodować skutki uboczne.

 

Safari, czyli kwintesencja Kenii

Słowo safari oznacza w języku suahili „długą podróż”, jednak dziś określa się nim najczęściej wyprawy turystyczne samochodem terenowym na teren parku narodowego lub rezerwatu przyrody w celu obserwacji zwierząt. Jednego dnia odbywają się zazwyczaj dwa lub trzy takie wyjazdy na sawannę. Pierwsze safari zaczyna się ok. 8.30, a kończy mniej więcej o 11.00. Na kolejne wyrusza się dopiero po południu w godzinach 15.00–18.00, bowiem w samo południe bywa bardzo gorąco, a ludzie i zwierzęta chowają się do cienia.

Kenia to kraj usytuowany na równiku, dlatego można założyć, że dzień trwa tu 12 godzin. Słońce bardzo szybko wschodzi ok. 6.00 i równie prędko zachodzi mniej więcej o 18.00, kiedy to  momentalnie robi się ciemno i zaczyna obowiązywać zakaz przemieszczania się po parkach. Zachęcam więc, aby wyjeżdżać na sawannę zaraz o świcie, kiedy jest jeszcze chłodno i zwierzęta nie kryją się przed upałem.

 

Wielka Piątka w Masai Mara

Rezerwat Narodowy Masai Mara (Maasai Mara National Reserve) zajmuje powierzchnię 1510 km2 i codziennie otwiera przed zaciekawionymi turystami wrota do swojego bogatego królestwa. To właśnie tutaj mamy gwarancję spotkania tzw. Wielkiej Piątki Afryki, czyli słonia, bawoła, lwa, nosorożca czarnego i lamparta.

Teren Masai Mara jest zróżnicowany geograficznie i sprawia wrażenie, jakby nigdy się nie kończył. Można tu dotrzeć praktycznie w każde miejsce i z niewielkiej odległości przyglądać się życiu sawanny. Odważniejsi wybierają się też wraz z uzbrojonym strażnikiem na spacer wzdłuż zamieszkałej przez liczne krokodyle i hipopotamy rzeki Mara, którą w czasie największego spektaklu dzikiej przyrody – Wielkiej Migracji – przekraczają tysiące antylop gnu i zebr. Ze względu na to, że właśnie tutaj przebiega prowizoryczna granica między Kenią a Tanzanią, jeśli odpowiednio się ustawimy, znajdziemy się w dwóch krajach jednocześnie – jedną stopą na kenijskiej, drugą na tanzańskiej ziemi.

Noclegi w rezerwacie bywają jednak bardzo drogie, dlatego ja mieszkałam tuż za granicą parku, na kempingu Bushbuck Mara Camp prowadzonym przez Masajów. Warunki okazały się dość skromne, jednak owocne safari w pełni wynagrodziło mi brak wygód.

 

Pochód bawołów

Na wysokim wzgórzu w Parku Narodowym Tsavo Wschodnie (Tsavo East National Park) na południu Kenii stoi nieco zaniedbana Voi Safari Lodge, gdzie możemy obserwować afrykańską faunę nieprzerwanie przez 24 godziny. Nieopodal niej znajduje się źródło wody, przy którym o każdej porze dnia i nocy pojawiają się najrozmaitsze gatunki zwierząt, w szczególności muskularne bawoły i imponujące czerwone słonie z Tsavo. Każde tego typu obozowisko w Kenii zakłada się w niezmiernie malowniczym zakątku, jednak spektakularny widok na bezkresną sawannę rozciągający się z Voi Safari Lodge zapiera dech w piersiach każdemu. Towarzyszy nam on tu przez cały czas, nawet gdy spożywamy przepyszne posiłki w tutejszej restauracji czy kąpiemy się w zawieszonym na półce skalnej basenie.

FOT. KENYA TOURIST BOARD CZECH REPUBLIC

Bawoły – Park Narodowy Tsavo Wschodnie

 

Najciekawsze są poranki, kiedy to setki bawołów z Tsavo majestatycznie maszerują do wodopoju, aby ugasić pragnienie, dokonać porannej toalety oraz przygotować się na nadchodzący dzień. Ciemnobrązowe sznury kroczących jedno po drugim wielkich zwierząt wydają się ciągnąć w nieskończoność. Idą spokojnie, dostojnie, bez przepychanek, słychać tylko muczenie i porykiwanie. Słonie dla odmiany przychodzą o różnych porach, piją duże ilości wody, polewają swoją zrogowaciałą skórę, a następnie obsypują się czerwoną ziemią tak bardzo charakterystyczną dla Parku Narodowego Tsavo Wschodnie.

Wielu turystom Voi Safari Lodge wydaje się zbyt przestarzała, jednak moim zdaniem podczas wizyty w Kenii nie trzeba przede wszystkim szukać obiektów o bardzo wysokim standardzie, lecz należy się raczej skupić na wspaniałej możliwości obcowania z dziką przyrodą.

 

Śnieżny szczyt w gorącej Afryce

Jedno z najpiękniejszych wspomnień z mojej wyprawy, jakie posiadam, to widok na Kilimandżaro – samotny masyw zawieszony w chmurach na granicy Kenii i Tanzanii, określany mianem „dachu Afryki”. Ten najwyższy szczyt kontynentu (5895 m n.p.m.) pokryty jest śniegiem, co sprawia, że wygląda bardzo zjawiskowo na tle zielonego Parku Narodowego Amboseli (Amboseli National Park). Ujrzymy go tylko wczesnym rankiem oraz późnym popołudniem, bo przez większą część dnia zakrywają go gęste, białe chmury. Według naukowców, w przeciągu stu minionych lat pokrywa lodowa góry zmniejszyła się już o ponad 80 proc., dlatego musimy się pośpieszyć, aby zobaczyć osławione „śniegi Kilimandżaro”.

FOT. KENYA TOURISM BOARD

Park Narodowy Amboseli – stado słoni na tle Kilimandżaro

 

Szczyt oraz przesuwające się na jego tle zwierzęta można obserwować nie tylko z zielonego i bagiennego Parku Narodowego Amboseli, ale również z Ol Tukai Lodge składającej się z uroczych, bliźniaczych domków umeblowanych w typowym afrykańskim stylu. Każdy z nich posiada przestronną sypialnię, łazienkę i wnękę z garderobą oraz minitaras, z którego w nocy usłyszymy odgłosy tętniącej życiem natury.

 

Dzika przyroda i chatki z bajki

Park Narodowy Tsavo Zachodnie (Tsavo West National Park) nazywa się krainą lawy, źródeł oraz lwów ludojadów, które odpowiedzialne były za liczne ataki na pracowników budujących kolej między marcem a grudniem 1898 r. Zajmuje on powierzchnię ok. 7 tys. km2. W jego skład wchodzą bardzo zróżnicowane tereny: obszary trawiaste, busz, porośnięte akacjami równiny, skaliste pagórki, liczne jaskinie oraz Źródła Mzima (Mzima Springs), stanowiące ulubione miejsce wypoczynku krokodyli i hipopotamów. Najłatwiej jest tu spotkać smukłe żyrafy skubiące gałązki drzew, antylopy, postawne strusie oraz różnorodne gatunki ptactwa. Park zamieszkują również lwy, gepardy, lamparty, słonie, bawoły, zebry, a nawet nosorożce.

W Tsavo Zachodnim nocowałam też w jednym z najpiękniejszych i najbardziej luksusowych obozowisk, jakie odwiedziłam. Prawdziwie bajkowe domki Sarova Salt Lick Game Lodge przypominają chatki na kurzej stopce. Tuż obok znajduje się maleńki wodopój odwiedzany przez liczne pawiany i antylopy. Za wielką zaletę tego miejsca trzeba także uznać pyszne jedzenie i międzynarodowe towarzystwo, które chętnie się tutaj zatrzymuje.

 

Nakuru – królestwo flamingów

W samym sercu Kenii leży stosunkowo niewielki, bo zajmujący ok. 188 km2, Park Narodowy Jeziora Nakuru (Nakuru Lake National Park). Jego centrum, jak wskazuje nazwa, stanowi płytkie, alkaliczne jezioro obfitujące w algi i z tego powodu okupowane przez różowe flamingi o szyjach wygiętych w kształcie litery „s” oraz długich i cienkich nogach. Gdy przelatują one nad jego taflą, z daleka wyglądają jak pływający dywan.

Wadą parku jest otaczające go ogrodzenie, przez które czujemy się trochę jak w zoo. Nocą widać również światła budynków niedalekiej miejscowości Nakuru. Poza flamingami napotkamy tutaj za to nosorożce białe, bawoły, żyrafy Rothschilda oraz wiele hien, antylop i pawianów. Na tym obszarze żyją też nosorożce czarne, których mi – niestety – nie udało się zobaczyć.

Jeśli ktoś ma ograniczony budżet, może spędzić noc w komfortowym, czystym i stosunkowo tanim Wildlife Clubs of Kenya Nakuru Guesthouse, składającym się z trzech połączonych ze sobą parterowych budynków z trzyosobowymi, przestronnymi sypialniami, kuchnią oraz łazienką i toaletą w każdym. Za oknem przechadzają się zebry i antylopy, a nocą słychać ryczące lwy.

 

Dwie wioski, dwa światy

Masajowie są nieodłącznym symbolem sawanny i Kenii, tak istotnym, iż na środku kenijskiej flagi dumnie widnieje masajska tarcza i dwie białe włócznie. Podczas safari w południowych parkach kraju, takich jak Masai Mara czy Amboseli, nie sposób nie zauważyć ich smukłych sylwetek w czerwono-fioletowych strojach, z długimi kijami w dłoniach. Zamieszkują oni Kenię oraz północną Tanzanię, osiedlają się głównie wzdłuż tzw. Wielkiego Rowu Wschodniego. Nie ma precyzyjnych danych na temat liczby przedstawicieli tego ludu, chociaż mówi się, że ich populacja wynosi ok. 900 tys. osób.

FOT. KENYA TOURISM BOARD

Masajowie podskakują bez uginania kolan

 

Dzisiejsi Masajowie doskonale przystosowali się do realiów XXI w. i nauczyli się czerpać zyski z przemysłu turystycznego. Podróż po Kenii z pewnością nie będzie kompletna, jeśli nie wybierzemy się do typowej masajskiej wioski. Mnie udało się odwiedzić taką osadę dwa razy, jednak dopiero druga, spontaniczna wizyta była tą, którą zapamiętam na długo.

Podczas safari organizowanego przez biuro podróży trafimy do wioski zbudowanej przede wszystkim w celach turystycznych. Takie miejsce to miniprzedsiębiorstwo generujące niemałe dochody dla społeczności masajskiej. Powitanie turystów jest zawsze bardzo żywiołowe i barwne. Kobiety śpiewają, mężczyźni pokrzykują i wykonują typowe tańce plemienne z podskokami na wyprostowanych nogach. Następnie wszyscy zapraszają zaaferowanych gości, aby się do nich przyłączyli. Po występach artystycznych następuje część teoretyczno-praktyczna. Miejscowi pokazują, jak rozpalić ogień za pomocą drewienka i wysuszonej trawy, prezentują wnętrza masajskich chat oraz opowiadają o codziennym wykorzystaniu ziół i roślin rosnących na sawannie. Punkt kulminacyjny, przynajmniej dla Masajów, stanowią odwiedziny targu wzniesionego tuż za wioską, gdzie na prowizorycznych stołach piętrzą się różnego rodzaju ozdoby i pamiątki. Czy rzeczywiście oni sami wykonują te przedmioty? Niektóre pewnie tak, jednak większość towarów zostaje zakupiona gdzieś na bazarach w Nairobi lub Mombasie. Warto jednak przepłacić te kilka dolarów, żeby móc potargować się z masajskimi kobietami i przywieźć ze sobą do domu drewnianą figurkę, bransoletkę czy koraliki.

Na zakończenie godzinnego pobytu w osadzie można jeszcze odwiedzić miejscową szkołę. W drewnianych ławeczkach, podobne do minieksponatów wystawionych w małym muzeum, siedzą stłoczone masajskie dzieci. Z przodu klasy stoi nauczyciel, przed którym leżą podręczniki tak czyste i w tak doskonałym stanie, jakby właśnie przybyły prosto z drukarni. Prowadzi on króciutką lekcję, uczniowie śpiewają, klaszczą, a potem czekają na choćby drobny upominek w postaci cukierka czy gumy do żucia. Dzieci oprócz chabrowo-fioletowych mundurków mają na sobie kolorowe spodenki, koszulki, a nawet sukieneczki, które mimo iż bardzo brudne i potargane, wyglądają jakby były przeznaczone dla małych księżniczek. Z reguły są bose, czasem noszą jeden sandałek lub dwa buciki, często nie do pary. Od razu zauważymy też charakterystyczne blizny na dziecięcych policzkach, powstałe po dotknięciu skóry czymś gorącym i mające chronić je przed różnymi chorobami.

Odwiedziny w szkole wieńczą ekscytujące, choć może nie do końca autentyczne spotkanie z rdzenną ludnością. Szukającym prawdziwego kontaktu z lokalnymi społecznościami proponuję bardziej spontaniczną wizytę. Gdy nocowałam na wspomnianym już kempingu Bushbuck Mara Camp, usytuowanym na obrzeżach Rezerwatu Narodowego Masai Mara, wraz z przyjacielem zdecydowaliśmy się zapytać pilnujących obiektu Masajów, czy nie pokazaliby nam swojej wioski. Zgodzili się bez problemów, więc podążyliśmy za nimi. Nieco zdziwiliśmy się, że nie idziemy ubitą drogą, lecz przez busz i sawannę. Mieliśmy świadomość, że ryzykujemy i oczami wyobraźni widzieliśmy nawet wyskakujące z wysokiej trawy lwy. Jednak jedynymi zwierzętami, które zaobserwowaliśmy, były malutkie antylopy dikdik. Co chwilę spoglądaliśmy również na nasze zegarki, ponieważ szliśmy dość długo i kompletnie nie wiedzieliśmy, dokąd zmierzamy. Po ponadgodzinnym, bardzo energicznym marszu zobaczyliśmy w końcu cel wędrówki. Kazano nam zaczekać przed prowizorycznym ogrodzeniem, zrobionym z kolczastych gałązek akacji. Następnie wyszedł do nas młody przywódca, ustalił cenę za wejście (20 dolarów od osoby) i wpuścił do wioski.

Na początku czuliśmy się nieswojo, bo byliśmy tu jedynymi turystami, ale niemal od razu spotkaliśmy się z niesamowitą gościnnością i otwartością. Podziwialiśmy tańce i śpiewy, zajrzeliśmy do zadymionej masajskiej chaty, zadaliśmy kilka pytań, a nawet kupiliśmy od mieszkańców jakieś drobiazgi. Wszystko wydawało się jednak dużo bardziej naturalne niż poprzednim razem. Było jeszcze wcześnie rano, krowy i kozy cierpliwie czekały w przydomowych zagrodach na wyjście na pastwiska, kobiety krzątały się przy swoich domostwach, a umorusane dzieci niepewnie spoglądały na nas – nieoczekiwanych gości, którzy zakłócili ich codzienny spokój.

Po niecałej godzinie spędzonej w gościnie u Masajów i obdarowaniu maluchów słodyczami, długopisami i zeszytami musieliśmy wracać na kemping i ruszać w dalszą drogę. Słońce wzeszło już wysoko nad horyzont, a my szybko maszerowaliśmy przez sawannę, słysząc w oddali dzwonki zawieszone na szyjach masajskich kóz i krów. Tym razem mieliśmy pewność, że pozwolono nam przyjrzeć się prawdziwemu życiu codziennemu Masajów i właśnie takich spotkań z afrykańską kulturą życzę każdej osobie odwiedzającej Czarny Ląd.

* * *

Szanowni Podróżnicy i Czytelnicy All inclusive, przed wyjazdem do Kenii musicie wiedzieć, że Afryka Wschodnia najpierw kusi, potem wciąga, a w końcu niesamowicie uzależnia. Z kolei na wielką tęsknotę za Czarnym Lądem jest tylko jedno lekarstwo – ponowna wyprawa na ten kontynent.

 

Artykuły wybrane losowo

Południowoafrykański smak dobrej nadziei

 

MARIUSZ KAPCZYŃSKI

autor serwisu Vinisfera o winach, podróżach i kulinariach

 

Republika Południowej Afryki (RPA) ma do zaoferowania nie tylko fantastyczne krajobrazy, wspaniałą faunę i florę, niezapomniane safari oraz niezwykły klimat. Miejsce to uwodzi przybyszów także wyjątkowo smaczną kuchnią i świetnymi winami. Każdy znajdzie tu coś dla siebie – zarówno wyrafinowani smakosze, pospolite łakomczuchy, jak i różnorodni birbanci i gastronomiczni utracjusze.

Więcej…

Skarby Wysp Zielonego Przylądka

 BVCII  49

Wyspy Zawietrzne są nieco wilgotniejsze i pokryte bujniejszą roślinnością

© BARRACUDA TOURS

 

EMILIA WOJCIECHOWSKA

 

Wyspy Zielonego Przylądka leżą na Oceanie Atlantyckim, w odległości ok. 570 km od Senegalu. Ich nazwa wcale nie pochodzi od występującej tu roślinności, ale od Przylądka Zielonego (po francusku Cap-Vert, po portugalsku Cabo Verde), znajdującego się nieopodal Dakaru. Dziewięć wysp archipelagu jest zamieszkałych i podzielić je można na dwie grupy – Wyspy Zawietrzne (Ilhas de Barlavento, do których należą Boa Vista, Sal, São Nicolau, São Vicente i Santo Antão) i Wyspy Podwietrzne (Ilhas de Sotavento, czyli Santiago, Maio, Fogo i Brava). Do tych pierwszych zalicza się jeszcze opuszczona Santa Luzia, objęta ochroną rezerwatu przyrody.

 

Cabo Verde, a właściwie Republika Zielonego Przylądka (República de Cabo Verde), bo tak brzmi oficjalna nazwa kraju, to dawna kolonia portugalska. Niepodległość uzyskała w lipcu 1975 r., ale nawet dziś śladami po tamtych czasach są nie tylko kolonialne budynki. Choć na ten temat od wielu lat toczą się gorące debaty, nadal jedynym oficjalnym językiem w państwie jest portugalski. Jednak bardzo rzadko można go usłyszeć na ulicach archipelagu – mieszkańcy mówią raczej kabowerdeńskim kreolskim (kriolu kabuverdianu, port. língua cabo-verdiana). Powstał on wprawdzie na bazie portugalskiego, ale z licznymi modyfikacjami. Co więcej, każda wyspa ma inny dialekt. W języku portugalskim wciąż co prawda sporządza się wszelkie dokumenty pisane czy oficjalne komunikaty, lecz z biegiem czasu, zwłaszcza za sprawą rosnącej popularności i dostępności mediów społecznościowych, i na tym polu zaczyna on tracić swoją uprzywilejowaną pozycję. Niezmiennie silny wpływ Portugalii i Portugalczyków można zaobserwować przede wszystkim wśród... fanów piłki nożnej. Niemalże wszyscy kibice na Cabo Verde dzielą się na sympatyków jednej z portugalskich drużyn, takich jak SL Benfica, Sporting CP czy FC Porto, i traktują te podziały bardzo poważnie!

 

Wyspy Zielonego Przylądka to republika demokratyczna i choć nadal ma przed sobą mnóstwo wyzwań, społecznych, politycznych i gospodarczych, a dużo spraw wymaga usprawnienia, to dla wielu krajów afrykańskich stanowi przykład do naśladowania. Jednak mimo iż geograficznie i politycznie archipelag należy do Afryki, jest w nim coś, co go wyróżnia. Jak czasem pół żartem, a czasem na serio mówią Kabowerdeńczycy, tak naprawdę Cabo Verde, także z racji swojego położenia i historii, znajduje się pośrodku Europy, Ameryki Południowej i Afryki. Wielu z nich z uśmiechem dodaje: Gdybyśmy tylko byli więksi, moglibyśmy być osobnym kontynentem. Zapraszam zatem w podróż po tej wyjątkowej wyspiarskiej krainie!

 

 FOGO 20150821 2646 7

Aktywny stratowulkan Pico do Fogo to najwyższy szczyt na Cabo Verde

© BARRACUDA TOURS

 

KRAINA RÓŻNORODNOŚCI

 

Cały archipelag jest pochodzenia wulkanicznego. Na jednych wyspach widać to niezwykle wyraźnie w krajobrazie, na innych, tych geologicznie starszych, zupełnie nie da się tego dostrzec, co sprawia, że każda z nich zaskakuje. Dzięki temu zarówno miłośnicy plażowania, jak i amatorzy górskich wycieczek znajdą tu coś dla siebie.

 

Wśród turystów zagranicznych Cabo Verde słynie w szczególności ze swoich pięknych i rozległych plaż. Zresztą nie tylko ukształtowanie terenu, ale i warunki atmosferyczne sprzyjają na archipelagu plażowaniu, i to przez cały rok. Na Wyspach Zielonego Przylądka panuje klimat zwrotnikowy suchy, ze średnią roczną temperaturą powietrza 25°C i wody 23°C. Słońce świeci w tym rejonie prawie codziennie. Mieszkańcy, w odróżnieniu od turystów, wyczekują zwykle pory deszczowej, która zaczyna się w sierpniu i trwa do października. Jednak wizytę na Cabo Verde warto rozważyć nawet w tym okresie, i to nie tylko wtedy, gdy opady deszczu występują bardzo rzadko, jak w 2017 r. To właśnie w czasie pory deszczowej można obserwować, jak raptownie, z każdą kroplą wody, krajobraz wokół całkowicie się zmienia i nasyca soczystą zielenią. Wbrew nazwie Wyspy Zielonego Przylądka nie zawsze i nie wszędzie są zielone! Na większości z nich nie brakuje za to koloru złotego i białego, bo te barwy przybierają plaże np. na Sal, Boa Viście i Maio. I właśnie na tych trzech wyspach panują najlepsze warunki do plażowania.

 

Wśród turystów spragnionych słońca i morskich kąpieli najpopularniejsza jest Sal, choć Boa Vista niewiele jej ustępuje. Sal w języku portugalskim oznacza „sól”. Zanim tutejszym złotem stały się plaże, przynoszące zyski z turystyki, w XIX w. to właśnie pozyskiwanie soli było głównym źródłem dochodu. Wtedy też zmieniono pierwotną nazwę Llana na Sal. Jednak i dziś sól jest ważna dla gospodarki wyspy, chociaż obecnie ze względu na swoje walory lecznicze i pielęgnacyjne. Kolejną atrakcję Sal, zaraz po jej pięknych plażach i znakomitych warunkach do uprawiania sportów wodnych, stanowi Pedra de Lume. W tej położonej niedaleko lotniska miejscowości znajdują się zbiorniki wypełnione solanką, z których korzystają tysiące turystów.

 

Wyspa ta zajmuje ważne miejsce w archipelagu nie od dziś i nie tylko ze względu na licznie odwiedzających ją zagranicznych gości. Od dawna jest w pewnym sensie oknem na świat Cabo Verde. To właśnie na Sal powstało w 1939 r. pierwsze tutejsze międzynarodowe lotnisko, nazwane potem imieniem ojca narodu i największego bohatera kraju – Amílcara Cabrala (1924–1973). Dzięki swojemu strategicznemu położeniu wyspa od dawna stanowi istotny punkt na lotniczej mapie świata.

 

Pod względem liczby turystów zaraz za Sal plasuje się Boa Vista, zresztą całkiem słusznie. Jej nazwa w tłumaczeniu z portugalskiego na polski brzmi Dobry Widok. Ta trzecia co do wielkości wyspa archipelagu (620 km² powierzchni) kusi odwiedzających przepięknymi złotymi piaskami, a nawet wydmami, znaczącymi pustynny obszar Viana. Jeden ze znakomitszych pisarzy kabowerdeńskich Germano Almeida swoją książkę A Ilha Fantástica poświęcił właśnie Boa Viście, na której przyszedł na świat w 1945 r. Odgrywa ona zresztą ważną rolę w kulturze kraju. To prawdopodobnie właśnie na niej narodził się w XVIII stuleciu wspaniały gatunek muzyczny, jeden z symboli Cabo Verde – morna. Bubista, jak pieszczotliwie nazywają wyspę mieszkańcy, z pewnością nie zawiedzie tych, którzy lubią spędzać czas na uprawianiu sportów wodnych, jak i osób preferujących leniwy odpoczynek na plaży.

 

Ten, komu marzą się jeszcze spokojniejsze wakacje, powinien wybrać Maio. Jest ona jedną z rzadziej odwiedzanych w archipelagu i to bynajmniej nie ze względu na brak atrakcyjności, bo zachwyca przepięknymi bezkresnymi plażami, które przez zdecydowaną większość roku są bezludne. Jej nazwa w języku portugalskim oznacza „maj” – właśnie w tym miesiącu została odkryta przez Portugalczyków w 1460 r. Można zaryzykować tezę, że jedynie brak międzynarodowego lotniska, jakie znajdują się na Boa Viście i Sal, sprawia, iż nie spotkamy na niej tłumów turystów. Dzięki temu nietrudno poczuć się tu jak na końcu świata, na dodatek wyjątkowo malowniczym.

 

Wspaniałych plaż, i to w różnych kolorach, nie brakuje także na Santiago i São Vicente, które są dwoma głównymi wyspami kraju. Mimo znacznych różnic między nimi można powiedzieć, że na każdej z nich znajdziemy po trochu wszystkiego, co na Cabo Verde najlepsze. Często mówi się, że Santiago stanowi centrum biznesowe i polityczne archipelagu, a São Vicente – kulturalne, ale tak naprawdę obie konkurują w pewien sposób ze sobą na wszystkich tych polach.

 

Niemniej jednak pod względem politycznym i administracyjnym to Santiago jest ważniejsza i to na niej leży stolica kraju, Praia. Wyspa ta nazwana została od imienia świętego patronującego dniowi, w którym ją odkryto (podobnie jak kilka innych w archipelagu), czyli św. Jakuba (São Tiago). Na niej najwyraźniej widać wpływy afrykańskie, które nadają jej wyjątkowy koloryt, co można dostrzec nie tylko na barwnym targu Sucupira (Mercado de Sucupira) w Prai.

 

Santiago, największa w archipelagu (991 km² powierzchni), odegrała bardzo istotną rolę w historii regionu. To ona została najprawdopodobniej odkryta i zasiedlona jako pierwsza, to na niej założono w 1462 r. pierwsze miasto i pierwszą stolicę Cabo Verde – Ribeirę Grande. Dziś ten najstarszy ośrodek nazywany jest Cidade Velha (z portugalskiego Stare Miasto). Od końca XVI w. znajduje się w nim fort (Forte Real de São Filipe), który bronił dostępu do wyspy. W mieście odbywały się też targi niewolników pochodzących z Afryki i archipelagu. Przewożono ich stąd głównie do obu Ameryk. O tej niechlubnej przeszłości przypomina usytuowany w samym centrum Cidade Velha pręgierz (Pelourinho).

 

Z czasem stolicę przeniesiono do Prai (w 1770 r.), która dziś jest tętniącą życiem metropolią. Niewątpliwie fakt, że znajdują się w niej siedziby największych lokalnych i zagranicznych firm oraz placówki dyplomatyczne, nadaje jej dynamicznego charakteru, ale – oczywiście – w swoistym, kabowerdeńskim wydaniu. Wystarczy jednak wyjechać poza miasto, aby przenieść się do zupełnie innego świata – krainy plantacji bananów, papai, trzciny cukrowej czy kukurydzy. Mieszkańcy stolicy, jak i całej wyspy chętnie odpoczywają na jednej z wielu plaż, takich jak ta w Tarrafal lub São Francisco. Wybierają się również w góry. Malownicze trasy leżą m.in. w Parku Naturalnym Serra da Malagueta na północy Santiago lub w samym jej centrum w okolicach ogrodu botanicznego w São Jorge dos Órgãos. A że Kabowerdeńczycy bardzo lubią spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi na piknikach i pieszych wycieczkach, plaże i szlaki zapełniają się ludźmi w każdy wolny dzień, i to na całym archipelagu.

 

Na São Vicente (nazwanej od św. Wincentego), z głównym miastem Mindelo, życie płynie zdecydowanie spokojniej niż na Santiago, ale na pewno nie jest tu mniej ciekawie. Wyspa w całym kraju słynie ze swoich wydarzeń kulturalnych. W okolicach lutego lub marca odbywa się na niej karnawał (w 2018 r. jego główne obchody zaplanowano w terminie od 9 do 13 lutego), a w lipcu – kulinarna impreza Kavala Fresk Feastival, na której wszyscy zajadają się makrelami pod każdą postacią. W sierpniu São Vicente gości największe na archipelagu wydarzenie muzyczne na plaży Festival Baía das Gatas. Do 2017 r. we wrześniu w Mindelo organizowany był jeden z większych festiwali teatralnych w Afryce – Mindelact. Obecnie przeniesiono go na późniejszy termin. Jego 24. już edycję zaplanowano między 2 a 10 listopada 2018 r. Z kolei na przełomie września i października wyspa zamienia się w plenerowe kino. W tym czasie odbywają się pokazy w ramach festiwalu filmowego o nazwie Festival Oiá. Warto odwiedzić São Vicente podczas jednego z tych wydarzeń, w szczególności w trakcie karnawału. Nie bez powodu porównuje się go ze słynną imprezą w Rio de Janeiro.

 

Na Cabo Verde spodoba się nie tylko plażowiczom czy osobom spragnionym rozrywek kulturalnych. Amatorzy górskich wycieczek także znajdą na archipelagu miejsca dla siebie. Idealna będzie dla nich wyspa Fogo, czyli Ogień. Wznosi się na niej czynny wulkan, a zarazem najwyższy szczyt kraju – Pico do Fogo (2829 m n.p.m.). To z jego powodu zrezygnowano z wcześniejszej nazwy wyspy, która brzmiała São Filipe (od św. Filipa). Ostatnia erupcja zaczęła się w listopadzie 2014 r., a zakończyła w lutym kolejnego roku, i dość znacznie zmieniła krajobraz leżącej u stóp wulkanu wioski Chã das Caldeiras. Dziś miejscowość wygląda jak nie z tego świata, a mieszka w niej niewiele ponad 100 z dawnych niemal 1,3 tys. mieszkańców. Bez wątpienia hart ich ducha jest godny podziwu. Poza tym warte spróbowania są wyjątkowe plony, jakie przynosi wulkaniczna ziemia. Smakosze z całego globu chwalą sobie wino i kawę właśnie z Fogo.

 

O pobliskiej Bravie można z kolei powiedzieć, że przypomina miejsce położone na końcu świata. Jest najbardziej wysunięta na zachód ze wszystkich Wysp Podwietrznych i stosunkowo rzadko odwiedzana, ale całkiem niesłusznie. Urodził się na niej jeden z największych kabowerdeńskich poetów – Eugénio Tavares (1867–1930). Brava nazywana też bywa wyspą kwiatów. Wizytą w tym miejscu nie będzie zawiedziony nikt, kto chce odpocząć od zgiełku świata w otoczeniu natury. Mimo iż jest najmniejszą zamieszkaną wyspą Cabo Verde (ma 67 km² powierzchni), świetnie nadaje się na liczne piesze wycieczki, podobnie zresztą jak równie mało popularna São Nicolau.

 

Ta ostatnia otrzymała nazwę od św. Mikołaja. Niegdyś skupiała się tu elita intelektualna archipelagu. To na São Nicolau założono w 1866 r. pierwsze na Cabo Verde seminarium duchowne i liceum ogólnokształcące i to właśnie z niej pochodzi Baltasar Lopes da Silva (1907–1989), autor obowiązkowej lektury każdego Kabowerdeńczyka Chiquinho i jeden z założycieli magazynu literacko-kulturalnego Claridade. Dziś można odnieść wrażenie, że świat nieco zapomniał o tej wyspie, co sprawia, że jej przepiękne górskie szlaki są idealne dla każdego, kto chce się poczuć jak prawdziwy odkrywca. Warto wybrać się na wycieczkę zwłaszcza do Parku Naturalnego Monte Gordo. Na São Nicolau, podobnie jak na São Vicente, odbywa się również co roku karnawał. Choć może jest nieco mniej wystawny niż ten w Mindelo, ma w sobie coś wyjątkowego. Przede wszystkim trudno na nim odróżnić uczestników karnawałowej parady od publiczności, a to dlatego, że każdemu wolno brać udział w pochodzie.

 

Naszą podróż po Cabo Verde zakończymy na najbardziej na północ wysuniętej, a zarazem drugiej co do wielkości po Santiago, wyspie Santo Antão (779 km² powierzchni). Uchodzi ona za jedną z najpiękniejszych w całym archipelagu. To sprawia, że z każdym rokiem przybywa odwiedzających ją miłośników gór. I trudno im się dziwić. Santo Antão szczyci się mnóstwem niezmiernie różnorodnych szlaków górskich i zapierającymi dech w piersiach widokami. Najczęściej odwiedzany wschód wyspy zachwyca zielonymi krajobrazami, a mniej popularna zachodnia część lądu – księżycowym pejzażem okolic najwyższego miejscowego szczytu Topo da Coroa (1979 m n.p.m.) i położoną na końcu świata wioską Tarrafal de Monte Trigo.

 

Nie bez powodu zatem Cabo Verde stara się przyciągnąć gości hasłem „Jeden kraj… dziesięć kierunków podróży” (Um país… dez destinos). Jednak różnorodność archipelagu nie przejawia się jedynie w charakterze wysp. Kabowerdeńczycy mówią wieloma odmianami kabowerdeńskiego kreolskiego, a także różnią się od siebie wyglądem. Bogactwo Cabo Verde można zresztą dostrzec nie tylko w tym, co widoczne na pierwszy rzut oka.

 

 Santa Maria Drone

Plaża w Santa Maria, najpopularniejszej miejscowości turystycznej na wyspie Sal

© BARRACUDA TOURS

 

MUZYKA I KUCHNIA

 

Ten niewielki archipelag zachwyca przede wszystkim bogatą kulturą. Przez długi czas, zanim na świecie popularność zyskały złote piaski Sal i Boa Visty, Wyspy Zielonego Przylądka były kojarzone zwłaszcza z muzyką, a w szczególności z wyjątkową artystką Cesárią Évorą (1941–2011), zwaną Bosonogą Diwą i Królową Morny. Chyba niewiele jest miejsc na naszym globie, gdzie choćby raz nie rozbrzmiała jej słynna piosenka Sodade. Muzyka unosi się tutaj w powietrzu, wyspiarze mają ją we krwi. Tradycyjne gatunki takie jak morna, coladeira (koladera), funaná, batuque (batuk, batuku), tabanka (tabanca) lub colá znakomicie oddają bogactwo kulturowe Cabo Verde. Bez końca można by wyliczać znakomitych artystów, którzy je wykonują (są wśród nich m.in. Lura czy Nancy Vieira). W młodym pokoleniu nie brakuje też muzyków nadających nowe brzmienie klasycznym już rytmom – reprezentuje ich choćby Elida Almeida. Dlatego jedną z piękniejszych i cenniejszych pamiątek z archipelagu, oprócz wspomnień z koncertu bądź wieczoru w knajpce urozmaiconego występami muzycznymi, jest płyta z nagraniami lokalnych wykonawców. Na szczęście okazji do posłuchania dobrej muzyki na wyspach bywa mnóstwo. Oprócz licznych festiwali, organizowanych przez cały rok, ale najczęściej w lato, kabowerdeńskie utwory rozbrzmiewają także podczas obchodów rozmaitych świąt. A na żadnym z takich wydarzeń nie może zabraknąć również typowego dla archipelagu jedzenia.

 

 Kuchnia Wysp Zielonego Przylądka, choć niezbyt urozmaicona, jest smaczna. Dostępność wielu towarów na targach i w sklepach zależy od cyklów upraw, dlatego lokalne produkty są zazwyczaj świeże i zdrowe. Kabowerdeńskie potrawy bazują przede wszystkim na rybach, fasoli i kukurydzy. Ta ostatnia ma zresztą dla Kabowerdeńczyków też znaczenie symboliczne. Podobno jako pierwsza z sianych tu roślin dała plon na nieurodzajnych ziemiach archipelagu. Kukurydza stanowi składnik wielu dań, ale także uchodzi za symbol nadziei i ma nawet swój festiwal (Festa do Milho) organizowany na Santiago co roku w dniu 1 listopada, kiedy to je się ją pod każdą postacią. Przygotowuje się z niej m.in. tradycyjną tutejszą potrawę – cachupę. W wersji podstawowej dodaje się do niej jeszcze ewentualnie fasolę, ale w wariancie bardziej urozmaiconym zawierać może wszystko, co tylko akurat znajduje się pod ręką, np. marchewkę, rybę czy mięso. Przyrządzenie cachupy w tradycyjny sposób zajmuje sporo czasu. Nawet według nowocześniejszego przepisu nie da się jej szybko ugotować. Nadal jednak uchodzi ona za danie dla całej rodziny, przygotowywane w dużych ilościach. Dziś najczęściej cachupę je się w dni, kiedy czasu jest więcej, czyli np. w soboty. Poza tym stanowi ona również obowiązkową potrawę na wszelkie święta. Świeżo ugotowana cachupa ma konsystencję zupy. Jeśli nie zostanie zjedzona na obiad, kolejnego dnia podaje się ją z jajkiem sadzonym, omletem lub smażoną rybą jako... typowe kabowerdeńskie śniadanie.

 

Oprócz tego tradycyjnego dania na stołach goszczą też często ryby. Jedynie od powodzenia podczas połowu zależy, co trafi na talerz, makrela czy raczej tuńczyk. Choć nie zawsze znajdziemy na targu tę rybę, którą lubimy najbardziej, możemy być pewni, że i tak nam posmakuje, bo po prostu będzie świeża. W niektórych okresach w roku mamy szansę zamówić nawet takie przysmaki jak homary czy percebes (kaczenice)!

 

BVCII  34

Kabowerdeńskie potrawy są zazwyczaj proste, ale bardzo smaczne

© BARRACUDA TOURS

 

WYSPY DLA ODKRYWCÓW

 

Różnorodność archipelagu można opisać trzema słowami – sabura, morabeza i sodade. Wyraz sabura oznacza „coś fajnego” – takie są Wyspy Zielonego Przylądka. Czas na nich płynie po prostu w miłej, spokojnej, bezstresowej atmosferze. Morabeza to z kolei „gościnność”, choć tak naprawdę coś dużo więcej. Znaczenie tego słowa zrozumie każdy, kto będzie miał okazję trochę bliżej poznać Kabowerdeńczyków i zaprzyjaźnić się z nimi. Z pewnością dołożą oni wszelkich starań, aby przybysze poczuli się u nich jak u siebie w domu. Sodade znaczy „tęsknota”, ale właściwie to bardziej złożone uczucie. Mieszkańcy archipelagu to właśnie odczuwają, kiedy są daleko od swojej ojczyzny i tego, co jest im bliskie. Zrozumieć mogą ich wszyscy ci, którzy pokochają Cabo Verde i będą musieli te strony opuścić, a miłością obdarzy ten kraj niemal każdy, kto do niego zawita.

 

Wyspy Zielonego Przylądka to coś o wiele więcej niż różnorodne krajobrazy, w tym piękne plaże i zachwycające widokami szlaki górskie. Aby je odkryć, wystarczy tylko chcieć. Ten mały archipelag posiada aż cztery lotniska międzynarodowe – na Santiago, Sal, São Vicente i Boa Viście. Na dodatek najprawdopodobniej od maja 2018 r. nastąpi w końcu planowane zniesienie obowiązku wizowego dla obywateli Unii Europejskiej przybywających na Cabo Verde w celach turystycznych. Między wyspami najlepiej poruszać się samolotami, jedynie na Bravę i Santo Antão nie da się dolecieć, ale można na nie dostać się promem (z Fogo w przypadku Bravy i z São Vicente na Santo Antão). Wystarczy zatem zarezerwować bilet, spakować się i wyruszyć na spotkanie przygodzie, aby poznać największe skarby tego wyjątkowego archipelagu, czyli jego gościnnych mieszkańców i ich bogatą kulturę. Naprawdę warto zdecydować się na tę podróż, zwłaszcza że według brytyjskiego dziennika Daily Mirror Cabo Verde było w 2017 r. najczęściej wyszukiwanym celem wakacyjnego wyjazdu w przeglądarce Google.

 

Mój Zanzibar

LAURA KUZAK-MARKOWSKA

 

« Co pojawia się przed oczami, gdy pomyśli się o Zanzibarze? Zwykle są to białe plaże, turkusowy ocean, błękitne niebo, wysmukłe palmy i słońce. To wystarczające powody, żeby go odwiedzić. Jednak dopiero na miejscu da się w pełni zachwycić tym rajem. Można tu poczuć smak i zapach przypraw – wszak archipelag bywa nazywany również Spice Islands, czyli Wyspami Korzennymi. Na Zanzibarze skosztujemy owoców prosto z drzewa i zobaczymy, jak uprawia się wanilię, pieprz, kurkumę i cynamonowce. Spotkamy delfiny i będziemy podziwiać rafę koralową wokół wysepki Mnemba, a na targu rybnym znajdziemy wszystko, co rybacy wyławiają z morza. Ich zdobycze tego samego dnia trafiają na stoły w restauracjach i hotelach. »

Więcej…