ANNA KRYPA
WWW.COMEANN.COM

 

<< Etiopia hipnotyzuje intensywnym aromatem kawy, zachwyca bogactwem i różnorodnością zabytków, wspaniałą kulturą i zapierającymi dech w piersiach dziewiczymi krajobrazami. To najbardziej górzysty kraj Afryki, a swoim niesamowitym urokiem przyciąga miłośników trekkingu z całego świata, którym oferuje niezliczoną liczbę tras i szlaków. Nigdy niedotknięty kolonizacją jest także, obok Japonii i Iranu, jednym z najstarszych państw na ziemi. >>

Pierwszy etiopski władca Menelik I (X w. p.n.e.) według legendy narodził się jako syn króla Izraela Salomona i królowej Saby (obecny Jemen) Makedy. Większość Polaków najlepiej kojarzy chyba jednak ostatniego monarchę Etiopczyków Haile Selassie I (1892–1975), bohatera książki Ryszarda Kapuścińskiego Cesarz. Konstytucja Etiopii z 1995 r. przekształciła oficjalnie kraj w republikę federacyjną, na której czele stoi prezydent (od 2013 r. funkcję tę pełni Mulatu Teshome).
Właśnie tutaj zaczęła się moja przygoda z dalekimi wyprawami górskimi i egzotycznymi podróżami. Dziś stwierdzam, że był to znakomity początek, ponieważ jest to miejsce naprawdę niezwykłe. Od pierwszego dnia pokochałam bezdroża Czarnego Lądu i rozległe płaskowyże gór Semien, gdzie znajduje się wygasły wulkan Ras Daszan (4550 m n.p.m.) – najwyższy szczyt tego wschodnioafrykańskiego państwa. Jego zdobycie stanowiło jeden z moich celów, podobnie jak zwiedzenie niesamowitych wykutych w skale kościołów w Lalibeli i klasztorów wybudowanych na wyspach jeziora Tana.

 

13 MIESIĘCY SŁOŃCA
Najłatwiej dotrzeć do wspaniałych atrakcji Etiopii drogą lotniczą przez jej stolicę Addis Abebę. Na międzynarodowym lotnisku Bole bez problemu można kupić wizę turystyczną, która pozwoli na swobodne poruszanie się po tym kraju przez maksymalnie 90 dni. Warto też zabrać ze sobą dolary amerykańskie (USD), ponieważ bankomatów wciąż nie ma zbyt wiele, a to najprostszy sposób na zakup miejscowej waluty, zwanej birr (ETB). Obecnie za 1 USD powinniśmy dostać ok. 20 ETB.
     Funkcję języka urzędowego w Etiopii pełni amharski. Poza tym używa się tu oromo, tigrinia, guraginia, somalijskiego, sidamo czy hadija, a także ponad 80 innych lokalnych dialektów. Z Etiopczykami dogadamy się jednak również po francusku, włosku czy angielsku. Ja w ciągu mojego pobytu swobodnie porozumiewałam się właśnie w tym ostatnim języku, na szczęście w tej części Afryki dość popularnym.
     Co istotne, w tym państwie obowiązuje zupełnie inny pomiar czasu. W kalendarzu etiopskim nasza era rozpoczyna się mniej więcej 8 lat później w stosunku do rachuby przyjętej w Europie. Na rok składa się w nim 12 miesięcy po 30 dni i jeden z 5 lub 6 dniami. Nowy Rok obchodzony jest 11 lub 12 września (jeśli wypada rok przestępny). Różnice między kalendarzem gregoriańskim a etiopskim zostały bardzo szybko podchwycone przez rozmaite biura podróży i agencje turystyczne, zachęcające do skorzystania ze swoich usług hasłami sugerującymi, że podróż do Etiopii odmłodzi nas o kilka lat lub odkryjemy w jej trakcie jeszcze jeden miesiąc, który urozmaici nam wyjazd. Obecnie Etiopczycy mają 2007 r. Rozpoczął się on nie tak dawno, bowiem naszego 11 września 2014 r.  

 

CZAS PO ETIOPSKU
Lokalne przysłowie mówi: Europejczycy mają zegarki, a my mamy czas i coś w tym naprawdę musi być. Nasza godzina 7 rano będzie tutaj 1 rano, ponieważ doba dzieli się na dwie 12-godzinne części, z których pierwsza – dzienna – zaczyna się o 6 rano, a druga – nocna – o 6 po południu. Oznacza to, że nasza godzina 19 również zostanie odczytana w Etiopii jako 1, tyle że w nocy. Jeżeli ktoś nie zdaje sobie sprawy z tej zależności, może się w etiopskiej rzeczywistości pogubić.
     Oprócz tego należy się w tym kraju liczyć z zupełnie innym podejściem do punktualności i po prostu poddać się powolnemu rytmowi dnia. Tę myśl potwierdza następne powiedzenie, które usłyszałam podczas mojej podróży. Brzmi ono dość przewrotnie: Jeśli byłeś w Afryce i udało ci się zrealizować plan w 100 proc., a wszystkie jego etapy odbyły się zgodnie z harmonogramem, to znaczy, że nie byłeś w Afryce.

 

GONDER – „AFRYKAŃSKI CAMELOT”
Zwiedzanie rozpoczęłam od Gonderu (Gondaru). Niegdysiejsza stolica do dzisiaj pozostaje jednym z najważniejszych ośrodków miejskich w Etiopii. Niektórym turystom wydaje się w nim, że wcale nie przyjechali do afrykańskiego państwa, ponieważ tutejsze budowle bardziej przypominają dawną europejską architekturę warowną. Największą atrakcją tego regionu są zachowane pozostałości kościołów, pałaców i łaźni, wznoszonych za panowania cesarza Fasilidesa w XVII w. i po nim w XVIII w. Ogromne wrażenie robi nie tylko kompleks Fasil Ghebbi wpisany w 1979 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, ale również otaczająca go roślinność – rozłożyste drzewa i kwitnące na fioletowo jakarandy mimozolistne.

FOT. ANNA KRYPA

Fasil Ghebbi w Gonderze wśród drzew jakarandy mimozolistnej


     Kiedy pierwszy raz ujrzałam zamek w Gonderze, pomyślałam, że śnię albo że to jeden z żartów, którzy miejscowi robią obcokrajowcom, aby sprawdzić ich czujność i bystrość. Zupełnie nie spodziewałam się tego typu obiektów w Afryce. Skojarzeniem, jakie przyszło mi wtedy do głowy, była szkocka warownia otoczona grubym murem. Jak pomysł na takie założenie architektoniczne pojawił się w Etiopii? Rządzący w XVII w. cesarz Fasilides zapragnął mieć siedzibę wyjątkową, godną swojego majestatu i wzorowaną na dworach europejskich, o których opowiadali mu odwiedzający go misjonarze i podróżnicy. Afrykańska przyroda i zdziwione miny niektórych zwiedzających potęgują jeszcze niecodzienne wrażenia.
     Wspaniałym zabytkiem dawnej sztuki etiopskiej jest też świątynia Debre Berhan Selassie (Góra Światła Trójcy) w Gonderze, pochodząca z końca XVII w. Niewielki, choć naprawdę niezwykły kościół słynie głównie z bardzo kolorowych i starych malowideł (w tym przedstawień 80 cherubinów na suficie), zdobiących jego wnętrze. Barwy do dziś zachowały wyjątkową intensywność. W ich podziwianiu nie przeszkadza nawet panujący w środku półmrok.

 

WULKANICZNE PASMO NA PÓŁNOCY
Kolejny przystanek w mojej podróży stanowiły góry Semien, gdzie planowałam zdobyć najwyższy szczyt Etiopii – Ras Daszan (4550 m n.p.m.). Park Narodowy Gór Semien (Simien Mountains National Park) zajmuje powierzchnię 136 km², a od 1978 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Pasmo to pozostawało niezdobyte aż do XIX w., ponieważ okoliczni mieszkańcy uważali je za siedzibę duchów. Obecnie jego obszar uchodzi za popularny cel trekkingowy i oferuje wiele ciekawych szlaków.
     Na kilkudniową wyprawę po tym rejonie należy zaopatrzyć się w namiot, jak również w jedzenie, wodę pitną, sprzęt i naczynia do przygotowywania posiłków oraz inne niezbędne rzeczy. Mimo iż od czasu do czasu można natknąć się tu na wioski czy pastwiska, teren parku wciąż zachował swój niezmieniony przez masową turystykę charakter. Nie ma na nim żadnych schronisk i sklepików, gdzie udałoby się kupić jakiś dodatkowy ekwipunek.

FOT. ANNA KRYPA

Góry Semien to jeden z najbardziej widowiskowych krajobrazów świata


     Warto też wziąć ze sobą ciepły śpiwór i karimatę, gdyż mimo złudnego wrażenia, że w Afryce zawsze panują upały, temperatura w nocy potrafi w tej okolicy spaść do 0°C, sporadycznie zdarzają się przymrozki, a zimą na szczytach zalega śnieg. Jednak wszystkie małe niedogodności rekompensuje wędrówka wśród tych niesamowitych wierzchołków, wyrastających z płaskowyżu etiopskiego, oraz wschody i zachody słońca, które przypominały mi sceny z filmu Pożegnanie z Afryką.
     W granicach Parku Narodowego Gór Semien obowiązują ustalone zasady, którym po prostu trzeba się podporządkować. Jedną z nich jest wynajęcie uzbrojonego strażnika, zwanego scout, który zapewnia nam ochronę na całej trasie. Na kilkudniowy trekking powinno się również opłacić muły wraz z opiekunami. Zwierzęta pomogą w transporcie naszego ekwipunku. Dodatkowo można zatrudnić przewodnika i kucharza, ale nie ma takiego obowiązku.
     Swoją specyficzną scenerię masyw zawdzięcza wulkanicznemu pochodzeniu. Tutejsze krajobrazy często nasuwają skojarzenia z Wielkim Kanionem Kolorado w Stanach Zjednoczonych, o czym mówią nawet sami mieszkańcy Etiopii. Rozległe płaskowyże rozdzielają liczne doliny, wąwozy oraz charakterystyczne iglice skalne. Raz za razem spotyka się spadziste urwiska, strzeliste wierzchołki i strome, a nawet pionowe ściany wyrastające nad przepaściami.
     To właśnie tutaj żyje wiele unikalnych gatunków zwierząt, w tym urocze dżelady, czyli endemiczne małpy wąskonose z rodziny makakowatych, występujące jedynie w północno-zachodniej Etiopii i sąsiedniej Erytrei. Mnie samej udało się natknąć na całe stada tych niezwykłych zwierząt, a ponieważ nie były one ani agresywne, ani płochliwe, mogłam podejść bardzo blisko, nawet na odległość kilku metrów. Co ciekawe, nazywa się je „małpami o krwawiących sercach” ze względu na fragment odsłoniętej, nieowłosionej, czerwonej skóry na klatce piersiowej.
     Moja wyprawa na najwyższą górę Etiopii zakończyła się sukcesem, który świętowałam upieczonym na tę okazję baranem, a toasty wznosiłam piwem Ras Dashen. Oba te specjały zostały sprowadzone z pobliskiej wioski. Wejście na szczyt trwało kilkanaście godzin, ale było warto, dlatego jeśli ktoś posiada dobrą kondycję i więcej niż tydzień urlopu, zdecydowanie polecam zdobycie Ras Daszan.

 

KLASZTORY NA WYSPACH
Następnie skierowałam się do ponad 300-tysięcznego miasta Bahir Dar (Bahyr Dar), co oznacza „Brzeg Morza”. Leży ono nad największym jeziorem Etiopii – Tana (zwanym właśnie etiopskim morzem), gdzie swój bieg rozpoczyna Nil Błękitny. Ogromny akwen o powierzchni ok. 3 tys. km² zawdzięcza swą sławę 37 wyspom i wybudowanym na kilkunastu z nich kościołom i klasztorom. Aby się do nich dostać, trzeba wynająć łódź i wybrać się na całodzienny rejs. Najbardziej znanym z nich jest ten na Tana Kirkos, w którym podobno Matka Boska w drodze z Egiptu zostawiła naszyjnik, będący do dziś pod opieką etiopskich kapłanów. Wedle podań to tu przez 800 lat przechowywano Arkę Przymierza, aż do V w., kiedy przeniesiono ją do Aksum, gdzie, jak niektórzy uważają, znajduje się też obecnie. Część klasztorów udostępnia się jedynie mężczyznom, a przed wejściem do większości budowli sakralnych należy zdjąć obuwie. Bardzo często obiekty te są zamknięte, dopiero wezwany strażnik otwiera drzwi i pozwala zajrzeć do wnętrza. W środku ściany gęsto pokrywają przepiękne malowidła ścienne.

FOT. ANNA KRYPA

Na wyspach jeziora Tana kapłani pokażą nam 400-letnie księgi


     Przy niektórych świątyniach działają także małe lokalne muzea, posiadające zadziwiające eksponaty, takie jak stare rękopisy ksiąg liturgicznych, korony podarowane przez królów poszczególnych dynastii, szaty liturgiczne i inne niezwykłe przedmioty. Zdarza się również, że kapłani pokazują zwiedzającym woluminy sprzed 400 lat – bezpośrednio, bez muzealnych gablot, zabezpieczeń i alarmów.
     W niewielkiej wiosce niedaleko Bahir Daru można podziwiać wodospad na Nilu Błękitnym. Jego nazwa – Tys Ysat – w języku amharskim znaczy „Dymiąca woda”. Składają się na niego 4 kaskady o wysokości od 37 do 45 m. Bryza bijąca od nich jest naprawdę intensywna i wyjątkowo przyjemna. Podróżnicy, którzy zdecydują się na poranną wycieczką w tę okolicę, mają nawet szansę ujrzeć przepiękną tęczę zawieszoną nad spienionym nurtem rzeki. Ogromną radość sprawiło mi spędzenie kilku chwil w otoczeniu tego imponującego wodospadu i wybranie się w rejs po Nilu Błękitnym, jednym z dwóch największych dopływów Nilu (obok Nilu Białego).

 

SKALNE BUDOWLE I WYŚMIENITA KAWA
Do mistycznej Lalibeli zmierzają pielgrzymki z całego świata. Wydaje się to wręcz nieprawdopodobne, ale właśnie w tym mieście za panowania cesarza Lalibeli i na jego polecenie wykuto 11 gigantycznych kościołów w litych skałach, jedynie przy pomocy dłuta i młotka (większość z nich pochodzi z przełomu XII i XIII w.). Legenda głosi, że budowa wszystkich trwała tylko 21 lat, ponieważ nocami pomagało w niej tysiąc aniołów. Podobne historie znajdziemy też w XVI-wiecznych opisach portugalskiego podróżnika João Bermudesa i księdza Francisca Álvaresa (1465 – ok. 1536–1541).
     Najbardziej znany obiekt tego kompleksu sakralnego to Kościół św. Jerzego (Bet Giorgis), zaprojektowany na planie krzyża, wykuty z jednego kawałka skały. Warto wspomnieć, że większość świątyń została wydrążona w głębi ziemi, a wysokością dorównują pokaźnej kamienicy. Dopiero kiedy podejdzie się do krawędzi, widać je w całej okazałości. Na mnie zrobiły niesamowite wrażenie!

FOT. ANNA KRYPA

Wejście do Kościoła św. Jerzego znajduje się poniżej poziomu gruntu


     We wnętrzu kościołów kapłani z dumą prezentują charakterystyczne krzyże, odgrywające bardzo ważną rolę w Etiopskim Kościele Ortodoksyjnym (Etiopskim Kościele Prawosławnym). Wielorakość kształtów, ich symbolika oraz ręczne wykonanie odlewów powodują, że każdy stanowi unikat. Ze względu na jej nadzwyczajną architekturę Lalibelę wpisano w 1978 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
     Ogromnym niedopatrzeniem byłoby opowiadać o Etiopii i nie wspomnieć o kawie, gdyż właśnie stąd pochodzi kakaowiec, a tutejszą arabicę doceniają smakosze na całym świecie. Współcześnie to nie tylko najpopularniejszy napój w kraju, ale także jego główny produkt eksportowy, a co za tym idzie – podstawa gospodarki. Buna (po amharsku „kawa”) przyrządzana bywa praktycznie przy każdej możliwej okazji, a jej prażenie oraz parzenie uchodzą niemalże za czynności rytualne. W czasie mojej etiopskiej przygody zostałam zaproszona na taką kilkugodzinną ceremonię, w trakcie której podawano ją aż trzykrotnie. Do dziś pamiętam ten intensywny aromat oraz oryginalny, pyszny smak afrykańskiej kawy.

 

POŻEGNANIE Z AFRYKĄ
Prawie czterokrotnie większa od Polski Etiopia, mająca 1,1 mln km² powierzchni, nazywana Tybetem Czarnego Lądu ze względu na charakterystyczne ukształtowanie terenu, zajmuje specjalne miejsce w moim sercu. Wyjazd w rejon tzw. Rogu Afryki był moją pierwszą podróżą do subsaharyjskiej części tego kontynentu i zarazem moim pierwszym trekkingiem w górach wysokich. To podczas niego odkryłam, że na afrykańskiej ziemi czuję się tak, jakbym właśnie wróciła do domu, a wspinaczki na szczyty powyżej 4 tys. m n.p.m. stały się od tego momentu dla mnie fantastycznym sposobem zwiedzania różnych zakątków globu. Oprócz poprawienia sprawności fizycznej dały mi one głównie niezastąpione, również na nizinach, wewnętrzną siłę oraz harmonię.
     O Etiopii mogłabym opowiadać godzinami, ponieważ to kraina naprawdę zaskakująca bogactwem zarówno naturalnym, architektonicznym, jak i demograficznym. W trakcie mojej ponad 3-tygodniowej wizyty próbowałam przede wszystkim poznać jej atmosferę, mieszkańców, ich zwyczaje, wierzenia i kulturę. W tym państwie, uważanym za kolebkę ludzkości (właśnie tutaj w 1974 r. znaleziono liczące ok. 3,2 mln lat szczątki australopiteka Lucy) i wyspę chrześcijaństwa w morzu islamu (przyjęto je już w IV w.), to doświadczenie stało się wręcz mistyczne. Nie tłumaczyłabym jednak tego jedynie wpływem intensywnego aromatu kawy czy przeżyciami towarzyszącymi pobytowi w górach Semien, lecz prawdziwym, ciepłym uczuciem do tego wyjątkowego, wschodnioafrykańskiego kraju, gdzie słońce świeci przez 13 miesięcy w roku.

Artykuły wybrane losowo

Na wenezuelskim Wybrzeżu Pereł

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Wenezuela powoli staje się coraz popularniejszym kierunkiem turystycznym w Ameryce Południowej. Szczególnie modna jest jej perełka – karaibska wyspa Margarita. To najdynamiczniej rozwijający się obszar w kraju rządzonym od 1999 r. przez kontrowersyjnego prezydenta Hugo Cháveza, do czego przyczyniło się z pewnością utworzenie tutaj w latach 60. minionego stulecia strefy bezcłowej. Margarita, której dzieje sięgają czasów hiszpańskich konkwistadorów, słynęła niegdyś z połowów pereł. Dzisiaj przyciąga coraz więcej turystów z całego świata, oferując im doskonały klimat, słoneczną pogodę, malownicze plaże otoczone tropikalną zielenią, wygodne hotele z bogatymi programami all inclusive, wyśmienite restauracje i gorące imprezy w rytmach latino.

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.

 

Przygoda na Zanzibarze

Mariusz Kozak-Zagozda

 

Archipelag Zanzibar składa się z trzech dużych wysp – Ungui (Zanzibaru), Pemby i Mafii, a także kilkudziesięciu mniejszych wysepek. Pierwsza z nich od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła jej egzotyczna nazwa, dokładnie nie wiadomo. Najczęściej powtarzane turystom wyjaśnienie mówi, że pochodzi od słowa „zendż” („zenj”) oznaczającego czarnoskórych mieszkańców Afryki Wschodniej oraz arabskiego i perskiego określenia lądu lub wybrzeża oddanego w cząstce „-bar”. Ten toponim podobno wymyślili Arabowie, którzy w I w. n.e. przypłynęli w te strony na drewnianych łodziach żaglowych „dau” („dhow”).

Więcej…