ANNA KRYPA
www.comeann.com

<< Wędrówka po tajemniczych Górach Księżycowych, spotkanie oko w oko z gorylami górskimi i jeden z najbardziej ekscytujących raftingów na świecie – to wszystko i znacznie więcej czeka na każdego podróżnika odwiedzającego Ugandę. Ten fascynujący kraj zaskakuje bogactwem przyrody i wspaniałymi krajobrazami. W jego tropikalnych lasach gdzieś zza mgieł wyłaniają się sylwetki dzikich zwierząt, które zdają się być praktycznie na wyciągnięcie ręki. >>

Zaintrygowana zagadkową łacińską nazwą Montes Lunae (Góry Księżycowe), użytą przez greckiego matematyka, astronoma i geografa z II w. n.e. Ptolemeusza i określającą najprawdopodobniej masyw górski Rwenzori, postanowiłam wspiąć się na najwyższą w Ugandzie i trzecią pod względem wielkości w Afryce (po Kilimandżaro i Kenii) Górę Stanleya ze Szczytem Małgorzaty (Margherita Peak), wznoszącym się aż na 5109 m n.p.m. To był mój cel numer jeden, ale niespodziewanie ta kraina rozpostarła przede mną swoje magiczne krajobrazy i pozwoliła na bliskie obcowanie z dziką przyrodą. Dlatego w myśl ugandyjskiego przysłowia Ten, kto widzi coś dobrego, musi to opowiedzieć, pragnę podzielić się swoimi przeżyciami i opisać piękno tego niezwykłego, zamkniętego wewnątrz Czarnego Lądu kraju.
Przecięta równikiem Uganda leży w Afryce Wschodniej nad największym jeziorem kontynentu (Jeziorem Wiktorii) i ma powierzchnię mniejszą niż Polska (241 tys. km²). Aż 80 proc. jej obszaru zajmuje Wyżyna Wschodnioafrykańska. W ugandyjskim Nieprzeniknionym Lesie Bwindi (Bwindi Impenetrable Forest) znalazła schronienie blisko połowa żyjących jeszcze na wolności goryli górskich. Spotkamy tu także wiele innych dzikich zwierząt i ptaków. Po zakończeniu tragicznego rozdziału w swojej historii ten afrykański kraj wydaje się również miejscem przyjaznym i bezpiecznym dla turystów.

CO, GDZIE, KIEDY
Uganda znajduje się w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego z wyraźnym podziałem na porę suchą i deszczową. Średnie roczne temperatury powietrza wahają się pomiędzy 25 a 30°C, czyli w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że przez większość czasu jest ciepło i mokro. Najsuchszy i najlepszy okres na zwiedzanie trwa od grudnia do lutego i od czerwca do sierpnia. Za miesiące najdogodniejsze do wędrówki po górach Rwenzori uważa się styczeń i luty.
W te strony bez problemu dostaniemy się z Europy samolotem, 90-dniową wizę kupimy na lotnisku, a porozumiewać będziemy się w języku urzędowym kraju, czyli po angielsku. Należy tylko bezwzględnie pamiętać o szczepieniach, ponieważ przy przekraczaniu granicy bywa sprawdzana ważność szczepionki na żółtą febrę, oraz o profilaktyce antymalarycznej (stosowaniu odpowiednich leków). Tak przygotowani możemy pakować bagaż i ruszać w drogę!

LĄDOWANIE NAD JEZIOREM
Nasza ugandyjska przygoda zaczyna się zazwyczaj na międzynarodowym lotnisku w Entebbe, leżącym na północnym brzegu Jeziora Wiktorii. To dość atrakcyjne miasto z pozostałościami kolonialnej zabudowy. Dawniej, zanim państwo uzyskało niepodległość od Wielkiej Brytanii w październiku 1962 r., stanowiło siedzibę władz Protektoratu Ugandy. Dziś znane jest głównie z największego w kraju portu lotniczego oraz siedziby prezydenta (jest nim od stycznia 1986 r. Yoweri Museveni). Warto zatrzymać się tutaj na dzień lub dwa, pospacerować nad jeziorem, popłynąć na wyspę Ngamba i odwiedzić szympansy przebywające w ośrodku Ngamba Island Chimpanzee Sanctuary lub poobserwować ptaki na mokradłach Mabamba.
Ja wylądowałam w Entebbe w środku nocy i od razu pojechałam na umówiony nocleg. Byłam zmęczona długim lotem i niespecjalnie zainteresowana tym, co znajdowało się za oknem. Kiedy obudziłam się rano i wyszłam z hotelu, moim oczom ukazała się olbrzymia tafla wody. Stałam przed największym słodkowodnym akwenem Afryki i największym tropikalnym jeziorem świata. Widok ten zrobił na mnie niesamowite wrażenie! Spacer brzegiem wydał mi się świetnym pomysłem na rozpoczęcie dnia, szczególnie że za chwilę czekała mnie długa podróż do Kasese, miejscowości położonej znacznie bliżej mojego celu – masywu Rwenzori.
Przed wyprawą w góry można zatrzymać się na chwilę w położonej na wzgórzach stolicy Ugandy – Kampali. Jest to duże i zatłoczone miasto (zamieszkane przez 1,7 mln ludzi), jednak całkiem przyjemne i bezpieczne. Warto wybrać się tutaj na olbrzymi plac wypełniony minibusami zwany Old Taxi Park i zobaczyć wzgórze z grobowcami Kasubi (wpisanymi w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), gdzie w chatach pod strzechą pochowani zostali władcy królestwa Bugandy. Koniecznie trzeba też przejechać się boda-boda, czyli jednośladową taksówką: motocyklem bądź rowerem. Pasażer takiego pojazdu siada ze swoimi rzeczami tuż za kierowcą, który podczas jednego kursu przewozi nierzadko więcej niż jedną osobę. Przejażdżka popularną bodą kosztuje niewiele, ale gwarantuje bezcenne przeżycia.

„TEN, KTÓRY CZYNI DESZCZ”
Tak brzmi tłumaczenie bardzo trafnej lokalnej nazwy Rwenzori. Otóż przez większość czasu na tym terenie padają obfite deszcze, a gęste mgły powodują, że wierzchołki gór bywają niewidoczne nawet przez 300 dni w roku. Od dawna marzyłam o trekkingu w Ugandzie i zdobyciu jej najwyższego szczytu. Słyszałam niesamowite opowieści o niezwykłości i surowości tutejszego krajobrazu. Pociągała mnie jego różnorodność: tropikalna puszcza, lasy bambusowe, skupiska ogromnych lobelii, bagna, nagie skały i wreszcie białe pole lodowca. To wszystko zapowiadało przygodę nie z tej ziemi!
Moja 8-dniowa wyprawa trasą Central Circuit zaczęła się przy bramie Parku Narodowego Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park). Tu załatwiłam formalności: odprawę, ważenie bagażu i płatności. Opłaty za trekking są dość wysokie, ale nie da się uniknąć wynajęcia pracujących tutaj przewodnika, kucharza i tragarza, ponieważ cały ten obszar podlega ochronie instytucji państwowej.
Pierwszego dnia ruszyłam do schroniska Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), a następnego do John Matte Camp (3420 m n.p.m.). Po drodze napotykałam zaskakująco zmienny krajobraz, najpierw wiszący nad rzeką most Kurta Shaffera, później strefę lasów bambusowych, a jeszcze wyżej gęstą tropikalną puszczę z drzewami obwieszonymi tzw. brodami – wyjątkowym gatunkiem porostów, przypominających zarost starca. Na rozwinięcie się tak różnorodnej i niezwykłej roślinności mają wpływ głównie tutejsze warunki klimatyczne. Masyw Rwenzori charakteryzuje się bardzo obfitymi opadami, dzięki którym rosną tu niesamowite rośliny z okresów prehistorycznych. Góry te znajdują się na granicy Ugandy i Demokratycznej Republiki Konga i zajmują podobną powierzchnię jak Tatry. Są jednak dwa razy wyższe i w pobliżu wierzchołków pokryte lodowcem, który – niestety – z roku na rok się zmniejsza.
Na kolejny dzień przygotowałam wodery (rybackie kalosze do pachwin), bo przede mną zaczynały się mokradła. Wczesnym rankiem po mostku ułożonym niemalże z patyków przemierzyłam rzekę Bujuku, a następnie weszłam na pierwsze bagna – Lower Bigo Bog. Początkowo trasa była prosta, gdyż biegła długą kładką zbudowaną nad podmokłym terenem. Po obu jej stronach rozkwitały zapierające dech w piersiach rośliny, np. kilkumetrowe lobelie. Po jakimś czasie pomost się skończył i droga stała się męcząca. Musiałam wciąż uważać, żeby nie wpaść po kolana w błoto, co – niestety – nie zawsze mi się udawało. Następny dzień przyniósł krótkie i strome podejście do ostatniego przed dotarciem do celu schroniska Elena Hut (4563 m n.p.m.). Na tym odcinku roztacza się chyba najpiękniejszy widok na najwyższy wierzchołek Góry Stanleya  – Szczyt Małgorzaty (5109 m n.p.m.).

PO LODOWCU DO CELU
Końcowy etap wspinaczki pamiętam ze szczegółami: pobudka już o godz. 3.00, uczucie przeszywającego zimna i nieprzyjemne dolegliwości spowodowane przebywaniem na dużej wysokości. Schronisko nie zapewniało luksusów. Spaliśmy na podłodze, a do prowizorycznej toalety wdrapywaliśmy się po skałach. Spakowałam przygotowany wcześniej sprzęt wspinaczkowy, założyłam uprząż, latarkę czołową i o godz. 4.00 ruszyłam za moim przewodnikiem. Pierwszy odcinek prowadził ostro w górę. Pokonałam stromy żleb i dotarłam do lodowca. Zaczynało świtać. Otaczały mnie wręcz nadzwyczajne widoki. Włożyłam raki i weszłam na lód, który zaczął złowrogo pękać pod moimi stopami. Przystanęłam na chwilę, aby popatrzeć na ukrytą we mgle Demokratyczną Republikę Konga i podążyłam dalej. Po drodze czekał nas jeden trudniejszy fragment wspinaczki skalnej i odcinek, gdzie zamontowano dwie połączone ze sobą chyboczące się drabiny. Należało przedostać się z jednej na drugą, po czym wspiąć się na kolejny, dużo bardziej nachylony, twardy lodowiec. Trzeba było mocno wbijać się rakami i czekanem, żeby się nie osunąć. Potem już tylko szybko pokonałam ostatnie skały i wreszcie stanęłam na wierzchołku trzeciego szczytu Afryki! Udało się!

OKO W OKO Z GORYLAMI
Trudno to sobie wyobrazić, ale zwykły człowiek nadal może spotkać na wolności największą małpę człekokształtną, ważącą niekiedy nawet 260 kg. Na świecie występują tylko dwie populacje goryli górskich i obie żyją w Afryce Wschodniej: w górach Wirunga na granicy Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Rwandy i w Nieprzeniknionym Lesie Bwindi w Ugandzie. Już sama nazwa tego drugiego obszaru wywołuje ciarki na plecach. Większość tego wilgotnego lasu równikowego, położonego na górzystych terenach południowo-zachodniej części kraju (na wysokości od 1160 do 2607 m n.p.m.), obejmują granice Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi (Bwindi Impenetrable National Park). To jeden z najbogatszych ekosystemów na kontynencie afrykańskim. Występuje tu mnóstwo gatunków ssaków, ptaków, motyli, drzew, paproci i płazów oraz mieszka ok. 320–360 goryli górskich, które wolno obserwować pod czujnym okiem strażników i tropicieli. Prawdopodobieństwo zobaczenia rodziny goryli jest duże, jednak nie zawsze udaje się trafić na srebrzystogrzbietego, czyli dominującego samca – ogromnego przywódcę stada. Ja mogę się pochwalić takim spotkaniem.

FOT. ANNA KRYPA

Imponujące goryle górskie są krytycznie zagrożone wyginięciem


Wstaję o świcie i wędruję przez wilgotny las równikowy z kilkuosobową grupą, przewodnikiem i strażnikami, którzy wycinają drogę maczetami. To niezbędne w tych warunkach narzędzie, umożliwiające przedarcie się przez niezmiernie gęstą roślinność. Dodatkowo marsz utrudniają nam szybkie zmiany wysokości. Niekiedy w ciągu kilku godzin trzeba pokonać nawet 1000 m różnicy między jednym punktem a drugim, przedzierając się przez pokrzywy lub ślizgając się po mokrym podłożu. Jednak znalezienie się w bezpośredniej bliskości tych wspaniałych małp to przeżycie, którego nigdy nie zapomnę! Ogromne zwierzęta patrzyły na mnie z odległości 3 m, a niektóre przebiegały tuż obok – jedno nawet lekko mnie musnęło.
Kiedy stałam w samym środku stada składającego się z 27 osobników, nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Jedynie dotkliwe poparzenia miejscowymi pokrzywami przekonywały mnie, że nie śnię. Szczerze mówiąc, do dziś dziwię się, że byłam tak blisko tych ogromnych ssaków, i muszę przyznać, że spotkanie z gorylami górskimi uważam za niesamowitą i niezmiernie wzruszającą chwilę w moim życiu.

SAFARI NAD WODOSPADEM
Park Narodowy Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) jest największym parkiem narodowym Ugandy (ma powierzchnię 3840 km²). Stanowi wymarzone wręcz miejsce na udane safari. Poza tym zobaczymy w nim szympansy, powędkujemy na Nilu Wiktorii czy wypoczniemy w pobliżu malowniczych kaskad Wodospadów Murchisona (Murchison Falls). Turyści znajdą w tym rejonie też inne atrakcje – ja właśnie tutaj pierwszy raz w życiu ujrzałam globus, na którym Polska występuje aż dwa razy!

FOT. ANNA KRYPA

Stado hipopotamów w trakcie kąpieli


Zatrzymałam się na typowym kempingu usytuowanym blisko Nilu Wiktorii. Jeździłam na safari, odganiałam od mojego namiotu ciekawskie guźce i odpoczywałam wieczorem przy ognisku. Pewnej nocy światło z obozowiska zwabiło hipopotama, który podszedł całkiem blisko siedzących i rozmawiających ludzi. Całe szczęście, że wreszcie się wycofał i skończyło się tylko na chwili strachu. Takie sytuacje przypominają jednak o tym, że podczas wypraw po dzikim Czarnym Lądzie należy zachowywać wyjątkową ostrożność i starać się nie oddalać od namiotu.

FOT. LOVE UGANDA SAFARIS/WWW.LOVEUGANDASAFARIS.COM

Wodospady Murchisona znajdują się pod ochroną parku narodowego

 

RAFTING NA NILU
Okolice miasta Jinja, centrum sportów ekstremalnych w Afryce Wschodniej, uchodzą za źródła Nilu Wiktorii. Rafting w Ugandzie zalicza się do najcięższych na świecie. Na chętnych czekają odcinki V, IV i III stopnia trudności w skali sześciostopniowej. Nie chce się wierzyć, że niewielki ponton wytrzyma wodne przeszkody o takiej sile. Osoby o słabszych nerwach mogą przesiąść się na tzw. safety boat i w ten sposób przebyć całą trasę bez wywrotki. Skalisty teren nie wygląda przyjaźnie, a dmuchana łódź potrafi przewrócić się do góry dnem nawet kilka razy. Jednak nad wszystkim czuwają instruktorzy i ratownicy pływający w pobliżu na małych kajakach. W trakcie spływu zdarzają się także dłuższe momenty odpoczynku i wtedy istnieje możliwość kąpieli. W bazie organizującej raftingi firmy skoczymy również na bungee nad wodami Nilu.
Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją słusznie „Perłą Afryki”. Mam wrażenie, że mimo trudnej historii, blask tego klejnotu nigdy nie zgasł, a w ostatnich czasach przybrał nawet na sile, dzięki czemu kraj ten staje się niewątpliwie turystyczną konkurencją dla państw ościennych. Oferuje on znacznie więcej niż klasyczne afrykańskie safari – zaprasza na spotkanie z ostatnimi żyjącymi na wolności gorylami górskimi, szympansami czy obserwację ponad tysiąca gatunków ptaków. Nigdzie indziej nie zobaczymy takiej różnorodności krajobrazu, jak w Parku Narodowym Gór Rwenzori, w którym pośród księżycowych pejzaży i bujnej tropikalnej puszczy wyrastają strome skały pokryte lodowcem, wznoszące się na wysokość ponad 5000 m n.p.m., i nie przeżyjemy jednej z najbardziej niebezpiecznych wypraw raftingowych na świecie u źródeł Nilu Wiktorii. To wszystko czeka na nas w mniejszym od Polski kraju, gdzie przyjaźni i radośni mieszkańcy chętnie przewiozą mzungu (białego turystę) na boda-boda i poczęstują go waragi, czyli ugandyjskim ginem z bananów. Ja czuję, że mogłabym tam wrócić w każdej chwili. A czy Wy jesteście gotowi na taką pasjonującą przygodę?

Artykuły wybrane losowo

Jedno oko na Maroko

cd6_5_09.jpg

Oaza blisko Al-Ujun (Laâyoune), największego miasta Sahary Zachodniej

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


MARCIN WROŃSKI


Afryka Północna ze względu na niezwykle ciepły klimat, swoje położenie w bliskim sąsiedztwie Europy, bogactwo wspaniałych zabytków i dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, mimo ostatnich burzliwych wydarzeń na Bliskim Wschodzie i w państwach Maghrebu, wciąż stanowi jeden z najpopularniejszych kierunków podróży Polaków. Najczęściej jednak nadal wybieramy się tutaj na wypoczynek do Egiptu i Tunezji, które i tak w wyniku zawirowań politycznych i zagrożenia zamachami terrorystycznymi stały się największymi przegranymi tego roku. W tej części kontynentu afrykańskiego zupełnie niesłusznie dość często omijamy inny przepiękny kraj, posiadający malownicze wybrzeże zarówno nad Morzem Śródziemnym, jak i nad Oceanem Atlantyckim. Pora więc poznać bliżej Maroko – fascynującą krainę z arabskiego snu.


récolte_des_roses_.jpg

Z płatków róży damasceńskiej produkuje się drogocenny olejek

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Na zachód od Egiptu leży region określany przez Arabów jako Maghreb (od al-Maghrib, czyli „zachód”). Nazwą tą obejmuje się współcześnie Tunezję, Libię, Algierię, Mauretanię, sporne terytorium Sahary Zachodniej i właśnie Maroko. Największymi grupami etnicznymi w tym ostatnim 34-milionowym państwie są Arabowie i Berberowie. Ok. 35 km dzieli marokańskie miasto Tanger od hiszpańskiej miejscowości Tarifa, położonej po przeciwnej stronie Cieśniny Gibraltarskiej. Afryka jest więc tylko kilka kroków od Europy.


My, Polacy, przywykliśmy mawiać: ładną mamy jesień tego lata. W tym roku jednak pogoda dopisała i długo mogliśmy cieszyć się słońcem. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i po ciepłych, letnich miesiącach nastały chłodniejsze, jesienno-zimowe. W drodze na lotnisko pomyślałem więc, że to naprawdę wyśmienity moment, aby odwiedzić Maroko.


Lekarstwo na chłody

Klimat tego kraju kształtują Atlantyk i Morze Śródziemne oraz Sahara i łańcuchy górskie, m.in. Atlas Wysoki. Latem na równinach oraz obszarach pustynnych i półpustynnych notuje się nawet 50°C. Zimą na wybrzeżu termometry wskazują mniej więcej 12°C, a w górach pada śnieg. Te ekstremalne wyjątki nie oddają jednak przeciętnych warunków pogodowych w Królestwie Marokańskim. Średnia temperatura roczna wynosi 17–20°C. Gdzieniegdzie poziom słupka rtęci prawie nie zmienia się przez okrągłe 12 miesięcy (np. w przepięknej Essaouirze – As-Sawirze, o której trochę więcej później). Nad oceanem klimat jest łagodniejszy i chłodniejszy w porównaniu z wnętrzem kraju. Pogoda w strefie Morza Śródziemnego przypomina tę z jego przeciwległego hiszpańskiego brzegu. Kto chce się porządnie wygrzać, powinien więc przyjechać latem, a kto nie lubi upałów – wiosną lub jesienią, wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Maroko zaprasza nas do siebie przez cały rok.


„Bóg, Ojczyzna, Król”

village_dadai.jpg

Miasteczko Tafraout w Antyatlasie

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Taki właśnie gigantyczny napis, widoczny zarówno w dzień, jak i w nocy, góruje nad Agadirem i uchodzi za jego wizytówkę. Dzięki międzynarodowemu portowi lotniczemu (Agadir-Al Massira), blisko 10 km bardzo szerokich piaszczystych plaż oraz ok. 300 słonecznym dniom w roku to właśnie to miasto uznaje się za najpopularniejszy marokański kurort. Rozbudowana baza noclegowa i bogata oferta wycieczek w te strony czynią z niego najłatwiej chyba dostępne miejsce w Maroku. Osoby planujące podróże samodzielnie również bez problemu zorganizują swój wyjazd do Agadiru nad Oceanem Atlantyckim.


Wspomniany napis może posłużyć do krótkiej charakterystyki tego północnoafrykańskiego państwa. To kraj islamski, ale zamieszkany też przez chrześcijan i żydów. Przedstawiciele różnych religii żyją tu jednak ze sobą w zgodzie. Także muzułmanów nie obowiązują restrykcyjne nakazy. Nie są zmuszeni modlić się pięć razy dziennie – do meczetu udają się ci, którzy odczuwają taką potrzebę. Jeśli ktoś woli pozostać przy swojej pracy czy innych zajęciach, nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Wielu Marokańczyków chwali sobie taką wolność w wypełnianiu praktyk religijnych. Oczywiście, turyści odwiedzający Królestwo Marokańskie powinni respektować obyczaje i przestrzegać zasad dotyczących chociażby ubioru, jednak nie muszą popadać przy tym w zbytnią przesadę.


Maroko jest dziedziczną monarchią konstytucyjną, a obecnie panuje w nim Muhammad VI (ur. w 1963 r. w Rabacie). Ze względu na napiętą sytuację w tym regionie Afryki warto poruszyć kilka kwestii politycznych. Zasiadający na tronie od 1999 r. marokański król cieszy się powszechnym szacunkiem, stabilności państwa nie zagrażają więc rozruchy czy wojna domowa. W 2011 r., w trakcie antyrządowych demonstracji Marokańczyków, zarządził m.in. podniesienie płacy minimalnej i zaproponował przeprowadzenie referendum konstytucyjnego. Znowelizowana konstytucja osłabiła nieco jego pozycję i wzmocniła uprawnienia premiera oraz parlamentu. Muhammad VI dał się poznać jako reformator, jeszcze zanim wybuchła arabska wiosna (2010–2013). Jego działania miały na celu nie dopuścić do eskalacji protestów – rzadka to postawa wśród władców z tych stron, którzy niepokoje przywykli tłumić siłą. Jako potomek Mahometa (dynastia Alawitów wywodzi się od wnuka proroka – Al-Hasana) posiada uzasadnione religijnie prawo do tronu. Król w nowej konstytucji zrezygnował jednak ze statusu „świętego” i zadowolił się tytułem „nietykalny”. Poza tym zmodernizował kodeks cywilny, znacznie poszerzając prawa kobiet. Marokanki zaczęły zasiadać w parlamencie oraz radzie ministrów, jak również pełnić ważne funkcje publiczne. Jego żona, księżniczka Lalla Salma, to pierwsza w historii kraju małżonka królewska, która została publicznie przedstawiona oraz reprezentuje swego męża na całym świecie jako pierwsza dama. Jest założycielką fundacji wspierającej walkę z rakiem, a także inicjatorką wielu działań w dziedzinie ekologii i zrównoważonego rozwoju. Poprzedniczki Lalli Salmy musiały się zadowolić rolą matki książąt.


Od brzegu oceanu do górskich szczytów


Wróćmy do Agadiru. To wyjątkowe miejsce, w którym ocean niemalże spotyka się z górami. Rozległa piaszczysta plaża robi na turystach oszałamiające wrażenie. Spotkałem się nawet z opinią, że to mniejsza wersja słynnej brazylijskiej Copacabany z Rio de Janeiro. O tutejszych spektakularnych falach krążą wręcz legendy, a informacje o najlepszych punktach znają tylko wtajemniczeni surferzy. Ocean przypadnie do gustu również amatorom kąpieli. Jego wielokilometrowy brzeg idealnie nadaje się też do spacerów – promenada ciągnie się wzdłuż niemal całej strefy turystycznej Agadiru, gdzie znajdziemy liczne butiki, bazary, restauracje, kawiarnie i kilka klubów. Życie kwitnie tu także i nocą.


Z miasta warto wybrać się na bliższe lub nieco dalsze wycieczki, np. do oddalonych o 3–4 godziny drogi Marrakeszu czy Essaouiry (As-Sawiry). Przedtem dobrze jest jednak poznać malownicze okolice Agadiru. Leży on niemal u stóp Atlasu Wysokiego (najwyższy szczyt Dżabal Tubkal, 4167 m n.p.m.), wchodzącego w skład pasma Atlasu, do którego zalicza się również: Atlas Średni (najwyższy szczyt Dżabal Bu Nasir, 3356 m n.p.m.), Antyatlas (tutaj króluje Dżabal Sirwa, 3304 m n.p.m.), Rif (najwyższy punkt to Dżabal Tidighin, 2456 m n.p.m.), Atlas Tellski (z najwyższym szczytem Tamkut Lalla Chadidża, 2308 m n.p.m.) i Atlas Saharyjski (na czele z Dżabal Chelia, 2328 m n.p.m.). Marokańskie góry są więc naprawdę potężne! Przejażdżka wysoko położonymi, krętymi drogami (mówi się, że mają ponad tysiąc zakrętów), nierzadko bezpośrednio sąsiadującymi z zapierającymi dech w piersiach przełęczami i przepaściami, dostarcza wielu mocnych wrażeń. W jednym z najpiękniejszych zakątków regionu – Rajskiej Dolinie – urzekną nas lasy palmowe i wodospady. Polecam też zatrzymać się w którejś z knajpek przy trasie, gdzie zjemy świeżo pieczony chleb z oliwą i doskonałym, aromatycznym miodem. Ten wyrób z lokalnej pasieki będziemy mogli tu także kupić.

Do ciekawszych miejscowości w tym rejonie należą Tafraoute (Tafrawut), Tiznit czy Taroudant (Tarudant). Mnie najbardziej do gustu przypadła ta ostatnia, zwana również „babcią Marrakeszu”. Przydomek ten zawdzięcza przepięknym, otoczonym palmami murom obronnym przywodzącym na myśl to położone w południowym Maroku miasto. Ze względu na usytuowanie w urodzajnej dolinie rzeki Sus, Tarudant było przedmiotem żywego zainteresowania kolejnych władców. Współcześnie stanowi ważny ośrodek handlowy kraju, choć liczy sobie tylko ok. 75 tys. mieszkańców. Na jednym z dwóch tutejszych arabskich targowisk (suków) zaopatrzymy się w owoce, warzywa, przyprawy, ubrania, biżuterię, dywany, pamiątki czy „płynne złoto Maroka” – olej arganowy. Miasto spodoba się szczególnie tym, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie zwykłych Marokańczyków, a nie jego wyobrażenie przygotowane specjalnie pod turystów. Przed zrobieniem komuś zdjęcia zalecam jednak spytać o zgodę, a w razie odmowy nie próbować fotografowania z ukrycia.


Płynne złoto Maroka

W regionie Agadiru napotkamy tysiące drzew oliwnych i arganowych. To właśnie olej wytłaczany z owoców arganii żelaznej (dokładnie z nasion ukrytych w pestkach), jeden z najdroższych i najbardziej cenionych na świecie, uchodzi za największy skarb Maroka. Posiada on właściwości kosmetyczne oraz lecznicze, wspomaga choćby naturalną odporność organizmu. Wydaje się to niebywałe, ale nigdzie poza tym krajem drzewa tego gatunku nie przyjęły się na tyle dobrze, aby owocować.


Podczas wytwarzania oleju arganowego do celów kosmetologii pestki z owoców arganii żelaznej rozłupuje się, ręcznie miażdży, a z powstałej masy na zimno wyciska się gęsty płyn o złocistym kolorze. Natomiast do użytku spożywczego najpierw się je suszy, praży, a dopiero potem miele i przeznacza do tłoczenia. Produkt finalny w tym drugim przypadku posiada ciemniejszą, lekko brązową barwę. Różni się też nieco zapachem. Aby uzyskać 1 l oleju tradycyjną metodą tłoczenia na zimno, potrzeba mniej więcej 30–35 kg nasion i aż 8 godzin pracy. Dodatkowo zbiory odbywają się w okresie męczących upałów w lipcu, sierpniu i wrześniu. To wszystko wystarczająco już podnosi wartość „płynnego złota Maroka”, a to jeszcze nie koniec. Otóż ten wyjątkowy olej wzmacnia system immunologiczny, obniża poziom cholesterolu we krwi, poprawia krążenie, reguluje ciśnienie, spowalnia procesy starzenia, wspomaga regenerację komórek, łagodzi bóle mięśni i stawów. Jego regularne spożywanie zmniejsza ryzyko zawału serca, miażdżycy czy rozwinięcia się nowotworów oraz chorób Alzheimera i Parkinsona, a także schorzeń dermatologicznych. Stosowany zewnętrznie nawilża i ujędrnia skórę, poprawiając jej elastyczność. Łagodzi również objawy trądziku czy alergii. Wyśmienicie działa poza tym na włosy i paznokcie, a pozytywne rezultaty można dostrzec już po kilku zastosowaniach.


Czymś normalnym w Maroku jest widok chodzących po drzewach arganowych kóz. Owoce i liście arganii żelaznej stanowią prawdziwy przysmak tych zwierząt. Choć cenne pestki wypluwają lub w całości wydalają, to – niestety – zostawiają po sobie tylko gołe gałęzie. Aby zapobiec całkowitemu wyniszczeniu drzew arganowych, w miejsce jednego wyciętego okazu sadzi się dwa nowe. W 1998 r. obszar między Agadirem a Essaouirą (zajmujący ok. 80 proc. regionu Sus-Massa-Dara, tj. ponad 25,5 tys. km²), na którym rosną arganie żelazne, otrzymał status Rezerwatu Biosfery UNESCO.


Wśród czerwonych murów

Musicians_at_Marrakech_Festival_-MNTO_fotoseeker.jpg

Muzycy z miejscowości Tissa i Taounate podczas festiwalu w Marrakeszu

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Z Agadiru i jego malowniczych okolic przenosimy się do Marrakeszu, zwanego też „Czerwonym Miastem” ze względu na rdzawy kolor starych murów. Legenda głosi, że gdy w XII w. wznoszono Meczet Kutubijja, w kraju toczyła się właśnie tak krwawa wojna, że wszystkie zabudowania i drogi przybrały barwę czerwieni. Marokańczycy trochę na wyrost nadają mu także miano tysiącletniego miasta. Tak naprawdę założył je w 1071 r. Jusuf ibn Taszfin (1009–1106) – władca Maroka z dynastii Almorawidów. Marrakesz swoje tysięczne urodziny będzie więc obchodzić dopiero za niemal 60 lat. Ten czwarty co do wielkości ośrodek w państwie (ok. 930 tys. mieszkańców), po Casablance, Rabacie i Fezie, co roku odwiedzają rzesze turystów z całego świata. Jego serce stanowi plac Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna). Stał się on jednym z symboli miasta od początku jego rozwoju w XI stuleciu. W 1985 r. wpisano go wraz z całym zabytkowym centrum Marrakeszu (medyną) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Każdego popołudnia i wieczoru odbywa się na nim wielki targ z owocami, usługami noszenia wody oraz wypożyczania lampionów. Wokół straganów gromadzą się berberyjscy kuglarze i opowiadacze historii, bębniarze, muzycy Gnawa, tancerze, zaklinacze węży, połykacze szkła, treserzy zwierząt oraz inni artyści. Występy trwają do późnych godzin nocnych i przyciągają tłumy gapiów. Oferowana jest tu również szeroka gama usług – gastronomicznych, stomatologicznych, medycznych, wróżbiarskich, kaznodziejskich, astrologicznych czy tatuażu henną. Otoczony licznymi restauracjami, sklepami, galeriami, hotelami i budynkami użyteczności publicznej plac stał się popularnym miejscem spotkań, niezmiernie twórczym centrum językowym, muzycznym, artystycznym i literackim. Potrafi oszołomić i zahipnotyzować nawet najbardziej wybrednych podróżników. Jego kosmopolityczny charakter znajduje odbicie w obecnej tutaj mieszaninie języków i dialektów – zarówno z całego Maroka, jak i świata. Niepowtarzalną atmosferę placu Dżemaa el-Fna tworzą muzyka na żywo i unoszące się w powietrzu wspaniałe orientalne zapachy. Można na nim przesiedzieć wiele godzin, wpatrując się w rozgrywające się dookoła sceny. Warto pamiętać o tym, żeby miejscowych artystów wynagrodzić za ich ciekawe występy, to w końcu źródło ich zarobku. Nikogo więc nie powinien dziwić fakt, że w 2008 r. przestrzeń kulturowa placu Dżemaa el-Fna znalazła się na Liście Reprezentatywnej Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Po jej opuszczeniu momentalnie gubimy się w niezmiernie wąskich i krętych uliczkach medyny. Taka kontrolowana utrata orientacji sprawi, że nasza wizyta w Marrakeszu z pewnością będzie niezapomniana. Wśród tej niewiarygodnej wręcz plątaniny przejść między przylegającymi do siebie domami napotkamy setki sklepików, warsztatów i knajpek. Nie musimy się obawiać przesadnej nachalności sprzedawców. Jeżeli nie jesteśmy zainteresowani zakupami, wystarczy nasza stanowcza odmowa. Marokańscy handlarze do swoich potencjalnych klientów podchodzą zwykle z należytym szacunkiem. Oczywiście, cena wyjściowa od finalnej może się różnić nawet o kilkaset procent, ale w końcu właśnie na tym polega cały urok targowania się.


Za jedną z głównych marrakeszeńskich atrakcji uważa się wspomniany już XII-wieczny Meczet Kutubijja. Z jego 69-metrowej wieży (minaretu) rozciąga się wspaniały widok na niemal całe miasto. Warto odwiedzić też Meczet Alego ibn Jusufa, najstarszy w Marrakeszu, wzniesiony w I połowie XII stulecia, nazwany tak na cześć marokańskiego władcy z dynastii Almorawidów – Alego ibn Jusufa (1083–1143). Znajduje się przy nim ufundowana w XIV w. medresa – największa szkoła teologiczna w Maghrebie (na ponad 800 uczniów). Cudowna architektura i wystrój tego miejsca robią niesamowite wrażenie. Polecam usiąść przy jednym z filarów na głównym dziedzińcu, poczekać, aż odpłynie fala turystów, i wsłuchać się w szum wody.


Na zainteresowanie zasługuje także Ogród Majorelle (Jardin Majorelle), niewielki, ale przepiękny ogród botaniczny, zaprojektowany w latach 20. XX w. przez francuskiego malarza Jacques’a Majorelle’a (1886–1962). Przekraczając jego progi, nagle z upalnej i gwarnej ulicy trafiamy do wspaniałej zielonej oazy, dającej orzeźwienie nawet w bardzo gorące dni. W jej sercu znajdziemy również małe muzeum, które przybliża swoim gościom kulturę berberyjską.


Miasto dobrej pogody

Po wizycie w pełnym atrakcji Marrakeszu proponuję udać się ok. 180 km na zachód do Essaouiry (As-Sawiry). W tym prześlicznym 80-tysięcznym mieście nad Oceanem Atlantyckim wiele osób zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Tutejsza szeroka plaża zachwyca amatorów kąpieli słonecznych. Średnia temperatura roczna wynosi tu ponad 17°C. Miejscowość jest raczej spokojna, większego ruchu turystycznego powinniśmy spodziewać się w okolicy starej jej części z ogromną liczbą sklepików z interesującymi wyrobami marokańskiego rzemiosła artystycznego. W 2001 r. zabytkową medynę w Essaouirze wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z XVIII-wiecznego fortu Sqala de la Kasbah (Sqala de la Ville) rozpościera się przepiękny widok na Wyspy Purpurowe (Îles Purpuraires). Polecam przespacerować się też po porcie: przyjrzeć się rybakom w pracy i wsłuchać w obijające się o skały fale i śpiew setek krążących nad naszymi głowami mew. Essaouira cieszy się także zasłużoną popularnością wśród miłośników surfingu, kite- i windsurfingu oraz innych sportów wodnych.


To jednak tylko kilka z najciekawszych – według mnie – miejsc w Maroku. Do zwiedzenia w tym fascynującym kraju pozostają jeszcze np. Fez, Casablanca czy jego stolica Rabat. Gdziekolwiek pojedziemy, czekają tutaj na nas niezmiernie urokliwe krajobrazy, wyśmienita kuchnia i mili ludzie. Dzięki temu trudno nie poczuć się naprawdę dobrze na gościnnej marokańskiej ziemi. Opalony słońcem Maghrebu, z uśmiechem na ustach wracam do Warszawy. Na pewno jeszcze zawitam do Maroka, chociażby po to, aby spróbować ujarzmić wspaniałe fale, napić się pysznej miętowej herbaty i poznać bliżej cudowne właściwości oleju arganowego.

Kolumbia – piękna, kusząca i egzotyczna

SYLWIA JEDLAK

 

<<Polakom ciągle jeszcze Kolumbia kojarzy się dość stereotypowo. Dlatego dużo rzadziej wybierają ją jako kierunek swoich podróży niż inne dalekie kraje. W ten sposób jednak tracą szansę na to, aby przekonać się, jak bardzo błędne są powszechnie powtarzane opinie o tym południowoamerykańskim państwie. Tylko ten, kto odwiedzi pachnącą kawą kolumbijską ziemię, na której rozbrzmiewają rytmy salsy, wznoszą się kolorowe miasta z zabytkami architektury kolonialnej i żyją otwarci, serdeczni ludzie, pozna prawdę. Nie wierzmy więc powtarzanym często stereotypom, nie bójmy się poznać rzeczywistości i z ufnością ruszajmy odkrywać urzekającą Kolumbię! >>

FOT. PROEXPORT COLOMBIA

Więcej…

Filmowe oblicza Sycylii

HELENA KUCZYŃSKA-GRASSO


<< „Wydawało mi się naturalnym umiejscowienie akcji filmu w miejscu, gdzie historia jest nadal żywa i wibrująca. Jest to Sycylia, której nie należy identyfikować z mafią. Ta wyspa ma wiele innych twarzy, które ogromnie mnie fascynują” – powiedział kiedyś Krzysztof Zanussi o swoim filmie „Czarne słońce”. Zdecydowanie zgadzam się z jego słowami. Podróż po tej pasjonującej części Włoch dostarcza mnóstwa różnorodnych wrażeń i pozwala porównać rzeczywistość z powszechnymi wyobrażeniami. >>

Więcej…