KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Jednym z języków używanych w Namibii obok urzędowego angielskiego (od 1990 r.), afrikaans i niemieckiego jest np. owambo. Wielokulturowość tego kraju zachwyca turystów, chociaż spotkać w nim ludzi wcale nie tak łatwo. Na obszarze ponad 825 tys. km2 (2,5 razy większym od terytorium Polski) mieszka jedynie 2,1 mln ludności, a więc przypada tu zaledwie ok. 2,5 osoby na 1 km2. Odległości do pokonania są w tym państwie gigantyczne (dominują drogi szutrowe), a atrakcji znajdziemy co niemiara. Przyjacielska, bezpieczna i niezmiernie malownicza Namibia uchodzi za Afrykę dla początkujących. Czeka w niej na nich uważana za najstarszą na świecie pustynia Namib, pozostałości po kulturze pierwszych jej mieszkańców Buszmenów, różnorodna dzika przyroda, piaszczyste wybrzeże usiane licznymi wrakami statków i okupowane przez sympatyczne uchatki karłowate oraz rdzenne ludy, które po dziś dzień zachowały swoje zwyczaje i tożsamość. >>

Ten młody kraj uzyskał niepodległość 21 marca 1990 r. W latach 1884–1915 tereny te należały do niemieckiej kolonii zwanej Niemiecką Afryką Południowo-Zachodnią (Deutsch-Südwestafrika). W 1915 r. wkroczyły tutaj wojska Związku Południowej Afryki, będącego dominium brytyjskim, i dopiero w latach 60. XX w. Organizacja Ludu Afryki Południowo-Zachodniej (SWAPO – South West Africa People's Organization) rozpoczęła walki o wyzwolenie. Nazwa Namibia pochodzi od pustyni Namib (w tłumaczeniu z języka nama „miejsce, gdzie nie ma nic” lub „olbrzymi”).

Mimo zaledwie ćwierćwiecza swojego istnienia państwo to stanowi drugi najbogatszy kraj w Afryce pod względem dochodów per capita, zaraz po RPA. Tę wysoką pozycję zawdzięcza głównie wydobyciu rud uranu i diamentów. Właśnie stąd pochodzi ok. 2 proc. światowej produkcji tych drogocennych kamieni szlachetnych, co daje Namibii ósmą pozycję na międzynarodowym rynku. Największy znaleziony tutaj okaz miał prawdopodobnie 246 karatów, czyli prawie 50 g. Równie wspaniałym bogactwem szczyci się namibijski świat flory i fauny.

OLBRZYMI KANION
Większość turystów przybywających do Namibii ląduje w stolicy kraju i jego największym mieście Windhuk (ponad 320 tys. mieszkańców), skąd rozpoczyna swoją przygodę w Afryce Południowo-Zachodniej. Ja przekroczyłam granicę od południa: wyruszyłam z Kapsztadu, następnie trasą wzdłuż rzeki Oranje dotarłam do niedużego kurortu Ai-Ais przyciągającego turystów swoimi gorącymi źródłami. Urzekającą atrakcję tego regionu stanowi namibijski brat słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w USA – trochę od niego krótszy Kanion Rzeki Rybnej (Fish River Canyon), największy wąwóz na kontynencie afrykańskim, o długości 160 km, niemal 550 m głębokości i szerokości sięgającej nawet 27 km. Dla porównania jego amerykański odpowiednik w najszerszym punkcie ma 29 km, ale jest prawie 3 razy dłuższy i ponad 3 razy głębszy. Nie zmienia to faktu, że widoki z tutejszych krawędzi ukształtowanych ok. 650 mln lat temu zapierają dech w piersiach i wzbudzają szacunek dla sił natury. Koryto rzeki Rybnej napełnia się wodą okresowo, więc wytrwali i lubiący wyzwania podróżnicy mogą wybrać się na kilkudniową wędrówkę z plecakiem jej dnem. Zazwyczaj taka wyprawa trwa 4–5 dni, a jej uczestnicy pokonują mniej więcej 90 km. Należy pamiętać, że odpowiedni na nią będzie okres tylko pomiędzy początkiem maja a połową września, kiedy temperatury nie są tu zbyt wysokie. Poza tym kilka firm turystycznych oferuje także w tym regionie wycieczki konne czy trekkingi z mułami, które niosą nasze bagaże.

MIASTO DUCHÓW
Pierwszą większą miejscowością, którą napotkałam na swojej drodze w Namibii, było smutne i wietrzne 13-tysięczne Lüderitz, położone na najbardziej nieprzyjaznym wybrzeżu Afryki Południowo-Zachodniej. Niegdyś stanowiło największy port i ośrodek rybacki w tym rejonie, a potem nawet centrum wydobycia diamentów. Dziś uporządkowane, czyste miasto swoimi wystawnymi willami i kościołami przypomina o świetności dawnej niemieckiej kolonii. Życie toczy się w nim wokół portowej restauracji serwującej świeże ryby i owoce morza, codziennie przyciągającej nie tylko turystów, ale i mieszkańców.

FOT. NAMIBIA TOURISM/WWW.FOTOSEEKER.COM

Opuszczone domy w Kolmanskop, mieście poszukiwaczy diamentów


Na pobliskim niedużym półwyspie Shark Island od 1905 do 1907 r. działał obóz koncentracyjny (Shark Island Concentration Camp) dla rdzennej ludności Herero i Nama zmuszonej przez Niemców do pracy przy układaniu torów kolejowych i stawianiu budynków w Lüderitz. Ok. 10 km za miejscowością leży okrzyknięte mianem „miasta duchów” Kolmanskop (Kolmannskuppe). Założono je, gdy robotnik Zacharias Lewala przy dopiero powstającej trasie kolei znalazł w 1908 r. mały błyszczący kamień. W zaprojektowanym w europejskim stylu ośrodku wzniesiono m.in. ogromne wille, salę balową, elektrownię, szkołę, teatr, kasyno, fabrykę lodu, a nawet szpital z pierwszym w Afryce urządzeniem do prześwietleń rentgenowskich. W latach 20. XX w. Kolmanskop zamieszkiwało 300 poszukiwaczy diamentów, 40 dzieci i 800 przedstawicieli ludu Owambo (Ovambo). Miasteczko zaczęło podupadać po I wojnie światowej, kiedy to odkryto bogatsze złoża tych drogocennych minerałów w innej części Namibii. Ostatecznie zostało całkowicie opuszczone w 1954 r. Dziś podczas spaceru po zasypanych przez piach ulicach Kolmanskop można jedynie wyobrazić sobie jego dawny splendor.

NIEGOŚCINNY PRZYLĄDEK
Przez wiele lat odkrywcy z Europy omijali Namibię z powodu jej trudno dostępnego skalistego brzegu Oceanu Atlantyckiego, wysokich wydm i pasm górskich. Nic dziwnego, że miejsce, gdzie zatonęło bądź utknęło na mieliźnie powyżej tysiąca statków, nazwano Wybrzeżem Szkieletowym – Skeleton Coast (ma długość ponad 500 km). Mimo bliskości pustyni Namib nie panują tu typowo suche i gorące warunki klimatyczne. Zimny Prąd Benguelski płynący od Antarktydy wraz z bryzą wiejącą od chłodnego Atlantyku powodują tworzenie się gęstej mgły, która unosi się nad regionem. Dzięki niej wiele roślin i zwierząt daje radę przeżyć na pustynnym obszarze, z drugiej strony to ona oraz silny prąd morski doprowadziły do śmierci setek marynarzy. Osiadłe na tutejszych plażach wraki najlepiej oglądać z okien awionetki albo samochodu z napędem na 4 koła. Poza tym podczas eksplorowania tej okolicy natkniemy się również na strusie, springboki (antylopy skoczki), hieny, szakale, pawiany, a nawet żyjące na pustyni słonie, żyrafy, lwy lub nosorożce.
Ciekawym punktem na Wybrzeżu Szkieletowym jest Przylądek Krzyża (Cape Cross), do którego w styczniu 1486 r. dopłynął portugalski odkrywca Diogo Cão (ok. 1440–1486). Postawił on tu kamienny krzyż na cześć ówczesnego króla Portugalii Jana II Doskonałego (1455–1495). Z planów budowy portu w tym rejonie nic jednak nie wynikło, a to ze względu na brak źródeł wody pitnej w pobliżu. Upodobały go sobie za to uchatki karłowate (kotiki afrykańskie), których miejscowa kolonia liczy ok. 210 tys. osobników. Przyglądać można im się niemal bez końca.

TAM, GDZIE NIC NIE MA
Położona wzdłuż wybrzeża Atlantyku pustynia Namib to wyjątkowy zakątek na ziemi. Nigdzie indziej nie znajdziemy tak wysokich wydm (300 m) w kolorach od soczyście morelowego przez krwistą czerwień aż po ciemnobordowy. Wyglądają niezwykle bajecznie i wydaje się, że ciągną się w nieskończoność (nawet ponad 30 km). Namib, zajmująca obszar o wielkości porównywalnej do terytorium Republiki Czeskiej – aż 81 tys. km², uchodzi za najstarszą pustynię na świecie – ma podobno ok. 80 mln lat. Występuje na niej wiele endemicznych gatunków fauny i flory, w tym najdłużej żyjąca roślina na ziemi welwiczja przedziwna (Welwitschia mirabilis), nazywana żywą skamieliną. Wiek najstarszych okazów szacuje się na powyżej 2 tys. lat. Stanowi ona niesamowity pomnik natury i jednocześnie symbol Namibii, a odkrył ją w 1859 r. austriacki botanik Friedrich Welwitsch (1806–1872). Co ciekawe, welwiczja, aby przetrwać na nieprzyjaznym pustynnym terenie, czerpie wilgoć nawet z mgieł za pomocą swoich poplątanych liści.
Część pustyni Namib wchodzi w skład Parku Narodowego Namib-Naukluft (Namib-Naukluft National Park), jednego z największych chronionych terenów na świecie (niemal 50 tys. km² powierzchni!). W trakcie wizyty w jego granicach możemy nie tylko wspiąć się na słynną, ponad 170-metrową wydmę Dune 45 (najlepiej o wschodzie słońca), ale również przejść kanionem Sesriem czy Deadvlei – popękanym suchym dnem jeziora z wyschniętymi pniami drzew. Widoki są tu spektakularne. W niewielkiej osadzie Solitaire (z fr. Samotny), a właściwie na stacji benzynowej ze wszystkimi udogodnieniami, zrobimy sobie zdjęcie w kultowym samochodzie i zamówimy świeży jabłecznik prosto z pieca, prawie jak w europejskiej kawiarni...

CENNE PETROGLIFY
Podczas podróży po tych stronach warto odwiedzić region Damaraland, który należy do jednej z kilkunastu grup etnicznych zamieszkujących kraj – ludu Damara. Oprócz najwyższego namibijskiego szczytu Königstein (2606 m n.p.m.) w masywie Brandberg znajduje się tutaj malownicza góra Spitzkoppe (1784 m n.p.m.), zwana również Matterhornem Namibii, gdyż sylwetką przypomina trochę ten najpiękniejszy wierzchołek Alp Pennińskich. Polecam szczególnie nietypowy nocleg u jej podnóży. Śpiwór rozkłada się w tym miejscu w szczelinie pomiędzy skałami. Nie ma tu dostępu do bieżącej wody, ale jest toaleta. U lokalnego farmera kupimy jagnię, aby przyrządzić je wieczorem na ognisku. W nocy słychać odgłosy dzikich zwierząt, a czasem uda się spojrzeć w oczy dzikiej zebrze… Nieco dalej, w granicach stanowiska archeologicznego Twyfelfontein obejrzymy prehistoryczne rysunki naskalne, z których najstarsze mogą pochodzić nawet sprzed ok. 10 tys. lat. To jedyny obiekt związany z kulturą ludów zbieracko-łowieckich wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Petroglify przedstawiają zwierzęta, a także ślady ludzkich stóp i zwierzęcych łap.

RDZENNI MIESZKAŃCY
Mówi się, że największym klejnotem Namibii obok diamentów są kobiety z plemienia Himba – niezwykle proporcjonalnie zbudowane, o pełnych, jędrnych piersiach, wydatnych ustach, smukłych sylwetkach i nieprawdopodobnym rdzawoczerwonym kolorze skóry, który zawdzięczają nakładanej codziennie rano ochrze. Do elementów ich porannej toalety należą również okadzanie całego ciała i wcieranie we włosy tłuszczu zwierzęcego oraz wspomnianej ochry. Te zabiegi chronią je przed palącym słońcem i owadami, a równocześnie nadają im atrakcyjny i zdrowy wygląd. Przedstawicielki płci pięknej noszą też biżuterię wykonaną z metalu, muszli i drewna – towar pożądany przez wielu turystów.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Przedstawicielki ludu Himba posmarowane rdzawoczerwoną ochrą


Plemię Himba nie miesza się z innymi ludami i skutecznie opiera się nawet wpływom cywilizacji zachodniej, dlatego wciąż pozostaje jedną z najbardziej pierwotnych grup afrykańskich. Zamieszkuje głównie region Kunene (dawniej nazywany Kaokoland), gdzie zajmuje się hodowlą krów i kóz oraz uprawą kukurydzy, a spokrewnione jest ze społecznością Herero, której kobiety chodzą w słynnych sukniach wiktoriańskich i nakryciach głowy przypominających krowie rogi. Podczas wizyty w wioseczce Himba trzeba najpierw przywitać się z wodzem i podarować mu ryż, wodę i puste butelki potrzebne do przynoszenia jej ze studni czy rzeki. Życie tego ludu nie zmieniło się od wieków, a jego przedstawiciele są dumni ze swojej kultury. Warto ich bliżej poznać, a pomoże nam w tym lokalny przewodnik, który zwykle pochodzi z danej grupy etnicznej.

Z MYŚLĄ O TURYSTACH
W określeniu Namibii mianem Afryki dla początkujących nie ma zbyt wiele przesady. Na drogach krajowych nie spotkamy zazwyczaj nikogo. Widok innego samochodu szczególnie na południowym zachodzie raczej zaskakuje, a jeśli w ciągu jednego dnia miniemy 30 aut, oznacza to, że podróżujemy po bardzo zatłoczonej trasie. Co więcej, wyposażenie pól kempingowych spełnia wręcz wysokie europejskie standardy. Organizatorzy wycieczek zaopatrują turystów praktycznie we wszystko: od śpiwora i namiotu do łóżka polowego i – oczywiście – kuchni na kółkach. Wybierane przez kierowcę czy wcześniej miejscowe biuro kempingi są niezmiernie malowniczo położone, a kolacje przy ognisku pod rozgwieżdżonym namibijskim niebem zachwycają romantyzmem i pozwalają całkowicie zapomnieć o przyziemnych sprawach. Dużą popularnością w Namibii cieszą się wyprawy typu self-drive. Ich uczestnicy otrzymują samochód, mapę i wszelkie informacje o zarezerwowanych noclegach. Niejednokrotnie w czasie takiej eskapady sypia się w namiocie rozkładanym na dachu auta – najbezpieczniejszym miejscu ze względu na drapieżniki. Taka podróż to świetna propozycja dla osób znających język angielskich i lubiących samodzielne odkrywanie różnych zakątków kraju. Musimy jednak pamiętać, żeby uważać na drogach, przestrzegać ograniczeń prędkości, rozglądać się za zwierzętami oraz w miarę możliwości nie przemieszczać się po zmroku.

NA TROPIE DZIKICH ZWIERZĄT
W końcu docieramy do Parku Narodowego Etosza (Etosha National Park) w poszukiwaniu Wielkiej Piątki Afryki, czyli lwa, lamparta, słonia, nosorożca czarnego i bawoła. Podczas safari wśród dzikiej przyrody towarzyszy nam doświadczony kierowca, który tropi dla nas zwierzęta i pokazuje nam a to stado żyraf, a to kąpiące się słonie czy też polujące lwy. Warunki zakwaterowania na parkowym terenie przypominają te w wielkich kompleksach turystycznych. Znajdziemy tu baseny, restaurację, pocztę, sklepy z pamiątkami, całorocznie dostępne namioty i bungalowy. Na dodatek do pobliskiego sztucznego jeziorka Okaukuejo codziennie przychodzą antylopy, żyrafy, słonie, a nocą nawet zagrożone wyginięciem nosorożce. Po zapadnięciu zmroku sztuczne światło delikatnie oświetla taflę wody, aby turyści mogli oglądać niezwykły spektakl natury. Każdy z nas, całej gromady obserwatorów, wyłącza lampę błyskową w swoim aparacie i w napięciu oczekuje na rozwój akcji...  Takie właśnie wspaniałe emocje przeżyjemy w Parku Narodowym Etosza.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Słonie korzystają z każdej okazji, żeby się ochłodzić w wodzie


Moje zwiedzanie Namibii urozmaicił także niecodzienny pobyt na farmie Otjitotongwe (Otjitotongwe Bungalows & Camping Site), gdzie na wielkiej wolnej przestrzeni mieszkają gepardy. Niektóre z nich wymagają stałej opieki ludzi, inne czekają na wybiegu na porę karmienia. Goście ośrodka dostają jedyną w swoim rodzaju szansę, aby pogłaskać dzikiego kota, zobaczyć jak bawi się ze szczeniakiem lub zdejmuje komuś kapelusz z głowy i gryzie go zadowolony ze swojej sztuczki.

 

***

Namibia to niezwykle ciekawy i różnorodny kraj, w którym wypoczniemy i nabierzemy sił do pracy przez kolejne miesiące po powrocie do domu. Słoneczna pogoda utrzymuje się w nim praktycznie przez 300 dni w roku, dlatego możemy go odwiedzić o każdej porze. Popularnymi wśród turystów kurortami są Swakopmund czy Walvis Bay, gdzie organizuje się rejsy z karmieniem pelikanów, kormoranów oraz uchatek, które wślizgują się na pokład i same szukają pożywienia w torbach. To właśnie bogata fauna i flora, a także niesamowite krajobrazy i interesująca kultura rdzennych mieszkańców Namibii czynią z niej idealny kierunek na podróż życia.

Artykuły wybrane losowo

Irański skarbiec Bliskiego Wschodu

 

Isfahan_2.jpg

Plac Naghsz-e dżahan w Isfahanie

© PARS TOURIST AGENCY

 

Karolina Rakowiecka-Asgari

 

Iran to prawdziwy raj dla turystów. Obfituje w rozmaite atrakcje – od śnieżnych stoków narciarskich po gorące wybrzeże Zatoki Perskiej, od niezwykle suchych terenów w centrum po obszary wilgotnego klimatu nadkaspijskiego, od najnowocześniejszej architektury po subtelne meczety i zagubione w piaskach pustyni wioski z domami z gliny mieszanej ze słomą oraz bezcenne zabytki starożytności. Wszystkie te miejsca pozostają niemal dziewicze, ponieważ zagranicznych przybyszów wciąż przyjeżdża w te strony na tyle niewielu, że budzą autentyczną sympatię i zaciekawienie Irańczyków. Dlatego można tutaj nadal zaznać najprawdziwszej słynnej perskiej gościnności. Pod przyjętą w językach państw zachodnich dopiero w 1935 r. rodzimą nazwą Iran, od zawsze stosowaną przez mieszkańców kraju, kryje się przecież właśnie Persja, odgrywająca tak ważną rolę w dziejach świata od starożytności.

Choć Persowie stanowią dziś zaledwie ponad 50 proc. ludności państwa, od stuleci, a właściwie tysiącleci, to właśnie ich kultura dominuje nie tylko w irańskich granicach, ale i całym regionie. Trzeba pamiętać, że odkąd w VI w. p.n.e. powstało pod wodzą Cyrusa II Wielkiego pierwsze perskie imperium Achemenidów rozciągające się w okresie swojej świetności od Indii po Egipt, zwyczaje i tradycje niesione przez język perski – pełniący funkcję lingua franca na licznych terytoriach świata starożytnego, a potem w kalifacie – rozprzestrzeniły się na ogromnym obszarze (mawiano, że i w muzułmańskim raju perski ma być używany na równi z arabskim). Nigdy nie była to jednak kultura zamknięta. Przeciwnie, tym, co pozwoliło jej przez tysiące lat zachować tożsamość, okazała się zdolność asymilowania wpływów, w tym tych najstarszych asyro-babilońskich, stepowych, greckich, a z czasem arabskich (od najazdu w VII w.), tureckich i mongolskich. Każdy kolejny najeźdźca bądź nowy sąsiad szybko uczył się tutejszych wzorców. Nawet Mongołowie, którzy w XIII w. dosłownie obrócili w niwecz wschodnie centra kulturowe ówczesnej Persji, już w pierwszych pokoleniach jako nowi władcy kraju przejmowali nie tylko religię, ale i zamiłowanie do sztuki i język. W ten sposób literatura perska, jedna z najznamienitszych na świecie, przesiąknięta starymi, przedislamskimi motywami i mitami, znajdowała mecenasów wśród kolejnych obcych rządzących.


Do dziś dzieła literackie stanowią ważny element zbiorowej tożsamości Irańczyków i ich dumę narodową. Taksówkarze, przekupnie czy hotelarze z wypiekami na twarzy wyrecytują nam całe długie fragmenty poezji klasycznej lub też eposu Księga królewska (Szahname), pochodzącego już z okresu islamskiego (przełom X i XI w.), ale opiewającego świetność legendarnych i historycznych władców sprzed najazdu arabskiego. Mieszkańcy Iranu powszechnie sądzą, że XIII-wieczny mistyk i poeta Rumi (1207–1273), współczesny mu Sadi z Szirazu (1213 lub 1219–1291) bądź późniejszy o wiek Hafiz (Hafez, ok. 1315–ok. 1390) lepiej wyrażali ich bolączki niż obecni twórcy. To zresztą kolejna tutejsza osobliwość – choć język nowoperski (farsi) rozwija się od IX stulecia, jego wczesne formy są znacznie łatwiej zrozumiałe dla dzisiejszych irańskich czytelników niż utwory Mikołaja Reja czy Jana Kochanowskiego dla Polaków.

Współcześni Persowie

Shiraz_Botanical_Garden.jpg

Botaniczny Ogród Eram należący do Uniwersytetu w Szirazie

©WIKIMEDIA COMMONS/NICK TAYLOR



Perski jest nadal jedynym urzędowym językiem Iranu, mimo iż jako pierwszym posługuje się nim zaledwie ponad trzy razy więcej ludzi niż azerskim (azerbejdżańskim). Tego drugiego, należącego do języków tureckich, większość obywateli kraju używa na co dzień, podczas gdy ten oficjalny, którego jeszcze niedawno (przed rozpowszechnieniem telewizji) wiejskie dzieci uczyły się dopiero w szkole, funkcjonuje w pozostałych sferach. Podobnie rzecz ma się z mniejszościami, takimi jak Kurdowie, Arabowie czy Beludżowie. Wynika to po trosze z przywiązania do potężnej tradycji narodowej, ale także z polityki państwowej – Islamska Republika Iranu przyznaje teoretycznie nieograniczone prawa grupom etnicznym, mimo to w praktyce oczekuje od nich asymilacji z obawy przed tendencjami separatystycznymi. Różnorodność kulturową widać jednak wyraźnie na irańskiej prowincji (w Teheranie nazywa się nią – jak w Paryżu – całą resztę kraju). Poza dużymi ośrodkami jest zdecydowanie barwniej: kobiece stroje mienią się kolorami koczowniczych spódnic, turkmeńskich chustek i kwiecistych czadorów modlitewnych, które w miastach nosi się jedynie koło domu. Mniej tu czerni nadal dominującej w przestrzeniach publicznych metropolii. Bardziej natomiast będą się rzucać w oczy turystki w opadającej chustce i swobodniejszym stroju, które w stolicy zginęłyby w tłumie teheranek.


Skarby Isfahanu

12810px-Isfahan_Royal_Mosque_general.jpg

Isfahański Meczet Imama (Meczet Szacha) wzniesiony w XVII w

©WIKIMEDIA COMMONS/PATRICK RINGGENBERG



Przedstawicielami mniejszości są w rozumieniu prawa irańskiego przede wszystkim wyznawcy innych religii niż islam szyicki. Ormianie, żydzi, lokalni chrześcijanie i zaratusztrianie (zoroastryjczycy) mogą liczyć na szczególne przywileje, takie jak reprezentacja parlamentarna. Obecnie ok. 99,5 proc. Irańczyków jest muzułmanami, z czego mniej więcej 89 proc. to szyici. Ten odłam islamu dopiero w XVI w. stał się elementem tożsamości forsowanym przez dynastię Safawidów jako przeciwwaga dla sunnickiego imperium osmańskiego. Okres rządów tych władców (1501–1722) to czas odrodzenia narodowego, po którym zostało wiele imponujących zabytków, wśród nich miasto ogrodów i pałaców – Isfahan. Z uwagi na spójność koncepcji architektonicznej bywa ono porównywane z Krakowem. Jego centrum stanowi dawny plac do wywodzącej się prawdopodobnie z Iranu gry w polo, czyli Naghsz-e dżahan (Obraz Świata). Dziś jak na krakowskim Rynku Głównym stoją tutaj dorożki czekające na tłumy turystów. Tuż obok znajduje się bazar, jeden z najbogatszych i najczarowniejszych w kraju, na którym można nie tylko zaopatrzyć się w isfahańskie i koczownicze dywany sławne na cały świat, ale także przyjrzeć się pracy rzemieślników wytwarzających lampy, naczynia czy stemplowane ręcznie bawełniane tkaniny, tzw. kalamkary. W jego zaułkach natkniemy się na tradycyjne herbaciarnie (czajchany), gdzie poza pyszną perską herbatą zamówimy fajkę wodną (ghaljan) i dizi – typową irańską potrawę spożywaną według ustalonego rytuału (osobno zjada się sos z chlebem, oddzielnie mięso i warzywa ubite na miazgę).

Po powrocie z bazaru na Naghsz-e dżahan staniemy naprzeciw największego meczetu w Iranie zwanego niegdyś Meczetem Szacha, a dziś – jak wiele innych placów, dróg i świątyń – noszącego miano Meczetu Imama (przy czym po 36 latach, jakie minęły od rewolucji 1979 r., miejscowi nadal często używają dawnych nazw, całkowicie ignorując te nowsze). Imponuje on nie tylko swoimi rozmiarami i subtelnością wzorów, ale i niespotykanymi efektami akustycznymi ułatwiającymi pracę kaznodziejów. W miejscu, gdzie najlepiej niesie się głos, znajdziemy zawsze grupkę entuzjastów badających zjawisko echa. Na prawo od ogromnego gmachu ujrzymy kolejną nietypową budowlę sakralną – Meczet Szejcha Lotfallaha. Charakteryzująca się niesłychaną grą światła i cienia, stosunkowo niewielka świątynia wyróżnia się brakiem minaretów, niepotrzebnych z uwagi na to, że należała do prywatnego haremu szacha Abbasa I Wielkiego (1571–1629). Po przeciwległej stronie placu wznosi się pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) o koronkowych drewnianych sufitach stanowiących niepowtarzalne głośniki podczas odbywających się w nim koncertów. W wielu isfahańskich obiektach, takich jak pałac Czehel Sotun (Czterdzieści Kolumn), odkryjemy przykłady malarstwa figuratywnego w muzułmańskim Iranie, będącym przecież ojczyzną miniatur. Islam irański na ogół słabiej ulegał wpływom ortodoksyjnym i chętnie asymilował tradycje lokalne. Bogate w malunki są także kościoły dzielnicy ormiańskiej – słynnej Dżolfy, którą szach Abbas I Wielki założył, aby wykorzystać obrotność Ormian dla budowania potęgi gospodarczej miasta. Przez środek Isfahanu przepływa rzeka Zajanderud, należąca do najpiękniejszych w kraju. W jednym z malowniczych mostów – Chadżu czy Sijose – możemy napić się herbaty po długim zwiedzaniu.

Od stolicy do Szirazu



Do Isfahanu dojedziemy z Teheranu w ok. 7 godz. wygodnym autokarem. Turyści na ogół chętnie porzucają stolicę, która – choć pięknie położona u podnóża masywu górskiego Elburs, pełna muzeów i parków – jest tłoczna i zanieczyszczona, jak na 8,5-milionowe miasto (a właściwie znacznie większe, bo zlało się w jeden organizm z licznymi satelitami) przystało. Po obejrzeniu klejnotów koronnych i odbyciu górskiej wycieczki (pieszo lub kolejką) większość nowo przybyłych ma dość zgiełku, korków (i tak zmniejszonych przez kilka linii metra) i kierowców mnóstwa samochodów nie zważających za bardzo na przepisy. Warto wiedzieć, że jeśli w trakcie powrotu z wędrówki po górach zostaniemy poczęstowani daktylami lub domowej roboty chałwą, powinniśmy przyjąć poczęstunek. To nazri, czyli jedzenie rozdawane za spełnienie modlitwy, w intencji zmarłego czy jakiejś ważnej sprawy. Najczęściej spotkamy się z nim w miesiącach ramadan i moharram (upamiętniającym żałobę po imamie szyickim Husajnie ibn Alim, wnuku proroka Mahometa, który zginął w 680 r. w bitwie pod Karbalą). W drugim z nich odbywają się spektakularne procesje żałobne i przedstawienia tradycyjnego teatru pasyjnego ta’zije. Poza tym przygotowuje się także wtedy większe nazri, często w postaci całych posiłków wręczanych przechodniom. Oba miesiące są ruchome, ponieważ liczy się je według kalendarza księżycowego. Dlatego dobrze wcześniej sprawdzić, kiedy w danym roku wypadają.

Jedna z najpopularniejszych dróg z Teheranu prowadzi właśnie do Isfahanu, a dalej na południe do Szirazu, kolejnej dawnej stolicy Persji, miejsca życia i pochówku wybitnych poetów: Sadiego i Hafiza (Hafeza). Do grobu tego ostatniego Irańczycy dosłownie pielgrzymują. Miasto powita nas również słynną Bramą Koranu, mauzoleum braci szyickiego imama Alego Rezy – Szach Czeragh, XVIII-wiecznym Bazarem Wakil i palmami daktylowymi (perskie daktyle należą do najlepszych na świecie, podobnie jak tutejsze pistacje i kawior). Dojedziemy stąd do Persepolis, stolicy ceremonialnej Achemenidów, spalonej w 330 r. p.n.e. podczas najazdu Aleksandra Wielkiego na Persję, ale nawet w postaci ruin imponującej rozmachem zamierzeń architektonicznych i płaskorzeźbami ukazującymi wielonarodową procesję lenników niosących dary swojemu achemenidzkiemu suwerenowi, szachinszachowi – królowi królów. W samym Perspepolis i nieopodal niego znajdują się skalne mogiły perskich monarchów. W pobliskim starożytnym mieście Pasargady stoi samotny grobowiec Cyrusa II Wielkiego, założyciela dynastii, o którym z takim uznaniem pisze autor biblijny.

Nomadzi i zaratusztrianie

Iran_-_Yazd.jpg

Kompleks Amir Czakmagh z meczetem i dwoma minaretami w Jaździe

©WIKIMEDIA COMMONS/ALIREZA JAVAHERI



Z Szirazu (albo z Isfahanu) można wybrać się z wizytą do koczowników (szacuje się, że ok. 1,5 proc. ludności Iranu nadal, przynajmniej okresowo, żyje w obozowiskach) nad Zatokę Perską, gdzie temperatura nie spada właściwie poniżej 20°C. Warto również wyruszyć na północny wschód do Jazdu, aby podziwiać zachowane w niezmienionym kształcie gliniane stare miasto pełne urokliwych zaułków i wąziutkich uliczek, a także poznać nieco zaratusztrian, których jest tu – obok Teheranu – najwięcej. Zaratusztrianizm to jedna z najstarszych wciąż żywych religii światowych o korzeniach sięgających II tysiąclecia p.n.e. Odegrał on niebagatelną rolę w rozwoju wielkich monoteistycznych systemów religijnych, przede wszystkim poprzez wpływ na judaizm, w którym zaczepił motywy sądu ostatecznego, raju, piekła i zmartwychwstania. Według niektórych danych dziś na świecie żyje nawet 125 tys. zaratusztrian, w tym mniej więcej 20 tys. w Iranie.

W samym Jaździe znajduje się zaratusztriańska świątynia ognia oraz wieże milczenia, służące niegdyś do wystawiania zwłok uważanych za siedzibę demonów. Pochowane w ziemi ciała zanieczyściłyby jeden ze świętych żywiołów. Dopiero oczyszczone przez ptaki kości mogły zostać pogrzebane pośrodku wieży. Dziś nie praktykuje się już takich pochówków, a zmarłych grzebie się na współczesnym cmentarzu z betonowymi grobami. Ołtarz ognia, wyjątkowo stary i szanowany, zobaczymy też w pobliskim Czak Czak, celu pielgrzymek zaratusztrian. Bije w nim święte źródło, które miało powstać w miejscu, gdzie litościwa skała rozstąpiła się przed perską księżniczką uciekającą przed arabskimi najeźdźcami. Niechęć do Arabów, którzy mimo swojej przewodniej roli w islamie uchodzą wśród Persów za pośledniejszy kulturowo naród, pozostaje w Iranie żywa po dziś dzień. Sami Irańczycy wywodzą się z ludów indoeuropejskich (nie semickich jak arabscy mieszkańcy Afryki i Półwyspu Arabskiego), co uważają za powód do dumy.

Z Jazdu można udać się na północny zachód do Kaszanu – miasta pałaców, z którego polscy królowie sprowadzali dywany – i dalej do Teheranu, żeby zdążyć na samolot powrotny do Europy. Osoby dysponujące większą ilością czasu mają szansę odnaleźć w tym kraju takie czarowne miejscowości jak Abjane koło Kaszanu czy Masule niemal nad Morzem Kaspijskim, a także ormiańskie klasztory, wiele bezcennych zabytków starożytnych bądź islamskich oraz centra pielgrzymkowe, m.in. Kom (Ghom) i Meszhed. Niezapomnianych wrażeń dostarcza podziwianie monumentalnej przyrody: dwóch wysokich łańcuchów górskich Elburs i Zagros, piaszczystych i słonych pustyń oraz całkiem odmiennych wybrzeży Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Jednak nawet krótka wycieczka w te strony pozwala poznać choć w pewnym stopniu tę fascynującą krainę, w której czas płynie inaczej. O samym Isfahanie Irańczycy mówią nesf-e dżahan, co znaczy „połowa świata”. Jak wielki i wspaniały musi być zatem cały Iran…

Pomocne wskazówki

Na koniec warto wspomnieć o kilku uwagach praktycznych. Po tym kraju podróżuje się dobrze nie tylko dzięki życzliwości jego mieszkańców. Między największymi jego miastami wytyczono wygodne drogi, działa w nim rozwinięta sieć połączeń lotniczych i autobusowych, w wiele miejsc można dojechać pociągiem (najlepiej kupić bilet wcześniej i pomyśleć o kuszetce, gdyż Iran jest parokrotnie większy od Polski i podróż drogą lądową pomiędzy poszczególnymi ośrodkami trwa na ogół kilka, czasem nawet kilkanaście godzin). Wielbiciele luksusu znajdą tutaj eleganckie hotele, a osoby z mniejszym budżetem – tanie hostele. Poza tym meczety i pokoje modlitw są otwarte dla zmęczonych podróżnych czekających na pociąg czy autobus. Nikomu nie będzie przeszkadzać, jeśli się w nich prześpimy.

Przed wyjazdem należy zaszczepić się na żółtaczkę. Kobiety, także przyjezdne, obowiązuje hidżab (dosłownie zasłona), co w praktyce oznacza konieczność noszenia chustki lub szala, choćby niedbale narzuconych na włosy, oraz stroju zasłaniającego ręce i nogi, np. spodni i koszuli. Lepiej nie planować też podróży na najgorętszą część roku, zwłaszcza sierpień przynosi trudne do opisania upały. Na południu Iranu, gdzie w lutym temperatura nie spada poniżej 20°C, w lecie termometry wskazują nierzadko 50°C. Ludzie starają się wtedy nie wychodzić z klimatyzowanych pomieszczeń. Również na północy kraju, w Teheranie, a zwłaszcza pasie nadkaspijskim, w którym wilgotność powietrza dochodzi do 90 proc., gorące miesiące są nie do wytrzymania. Znakomitym czasem na wyprawę w te strony jest okres wiosenny. W marcu przyroda wybucha feerią barw, a temperatury wciąż pozostają całkiem znośne. Okolice Nouruzu – perskiego nowego roku obchodzonego w pierwszym dniu wiosny – to niestety pora wzmożonego ruchu turystycznego i jeśli ktoś planuje nocować w hotelach, powinien raczej zdecydować się na wyjazd na przełomie lutego i marca bądź wstrzymać się z nim do kwietnia. Jak we wszystkich krajach muzułmańskich, nawet w mało ortodoksyjnym Iranie lepiej unikać ramadanu, kiedy trudniej niż zwykle o świeże jedzenie. Turyści mogą się jednak stołować w wielu miejscach i nie narażą się też na żadne nieprzyjemności, pijąc czy posilając się na jakiejś bocznej ulicy. Podróżnych islam zwalnia z obowiązku poszczenia.

Irańczycy są bardzo gościnni, ale i kurtuazyjni. Zanim kilkakrotnie nie powtórzą zaproszenia nastawmy się raczej, że mamy do czynienia z ta’arofem – formą czysto grzecznościową, za którą nie stoi rzeczywista propozycja. W przeciwnym wypadku możemy sprawić gospodarzowi kłopot. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kursu taksówką. Nawet jeśli kierowca uparcie uchyla się od przyjęcia zapłaty, należy ją uiścić. Na koniec jeszcze jedna wskazówka: lepiej uważać na motocykle na chodnikach. Jeśli ich nie liczyć, Iran jest wyjątkowo bezpiecznym krajem – nawet kradzieże przydarzają się tu rzadziej niż gdzie indziej. Dlatego zdecydowanie warto odwiedzić tę niesamowitą starożytną krainę na Bliskim Wschodzie.

Stolice Japonii

JĘDRZEJ SAPTOWSKI

www.malyglobtroter.pl

 

<< Kraj Kwitnącej Wiśni intryguje Europejczyków nie od dziś. Wzrost zainteresowania sztuką japońską na naszym kontynencie dało się zauważyć w drugiej połowie XIX w., po tym jak Stany Zjednoczone wymusiły na Japonii otwarcie się na świat po latach izolacji. Dziś trudno sobie wyobrazić europejski rynek bez produktów z ojczyzny Japończyków: elektroniki, samochodów, mangi i filmów anime czy sushi, a ten wyjątkowy region Azji cieszy się dużą popularnością również wśród turystów z Polski. >>

Tu, w okolicy Wysp Japońskich, spotykają się płyty tektoniczne. Dlatego rejon ten nawiedzają trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Czerwone koło na charakterystycznej fladze państwa symbolizuje słońce, do którego nawiązuje złocista chryzantema z kamonu (herbu) cesarza.

Pagoda zespołu świątynnego Kiyomizu-dera na zboczu góry Otowa i panorama Kioto

© Kyoto Convention & Visitors Bureau

 

Podróż po stolicach Japonii stanowi jeden z ciekawszych sposobów na poznanie wyjątkowych atrakcji Kraju Kwitnącej Wiśni. Opisane przeze mnie Nara, Kioto, Kamakura, Osaka i Tokio pełniły funkcje najważniejszych ośrodków w państwie. To ostatnie miasto do dziś odgrywa tę rolę.

 

NARA – PIERWSZA STOLICA

W położonej niedaleko Kioto i Osaki Narze, pierwszej formalnej stolicy Japonii (w latach 710–784), znajduje się aż osiem obiektów wpisanych wspólnie na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (pod nazwą „historyczne zabytki starożytnej Nary”) i ponad 1,2 tys. swobodnie spacerujących jeleni wschodnich (sika). Największą atrakcją poza tymi sympatycznymi zwierzętami jest tutaj mierzący niemal 15 m, wykonany z brązu posąg Daibutsu (Wielkiego Buddy).

Autobus dowiózł nas do oddalonego od dworca kolejowego o ok. 2 km Parku Nara (Nara-kōen), gdzie stoi Tōdai-ji – kompleks świątynny ze wspomnianą figurą. Wypełniony turystami autokar aż się przechylił, kiedy pasażerowie spostrzegli za oknami pierwsze jelenie wschodnie. Zwierzęta zupełnie nie przejmowały się obecnością samochodów i ludzi, swoim zachowaniem przypominały raczej krowy na indyjskich ulicach. Gdy dojechaliśmy do celu, naszym oczom ukazała się osobliwa scena. Turyści otoczeni przez jelenie sika robili im mnóstwo zdjęć z całkiem bliska, a czasem musieli wręcz ratować się ucieczką, kiedy te zbyt natarczywie domagały się poczęstunku i podgryzały im ubrania. Trudno mi ocenić tę atrakcję, ale zdaję sobie sprawę, że obecność tych zwierząt nie jest w tym miejscu przypadkowa. Były i są uważane (podobnie jak lisy) za boskich posłańców.

Gdy minęliśmy znudzone i w większości zmęczone upałem jelenie i zaaferowane nimi tłumy oraz liczne stoiska z pamiątkami, dotarliśmy do Wielkiej Bramy Południowej (Nandai-mon), gdzie stanęliśmy oko w oko z pięknymi rzeźbami strażników Niō broniących wstępu na teren Tōdai-ji. Pawilon Wielkiego Buddy (Daibutsu-den), jedna z największych drewnianych budowli świata, imponuje swoimi rozmiarami (ma 48 m wysokości, 57 m długości i 50 m szerokości). Z daleka robi wrażenie masywnego i przysadzistego. Z bliska dostrzegamy misterną konstrukcję łączeń między wielkimi i małymi elementami pokrytymi kolorowymi zdobieniami. Warto nadmienić, że obecny obiekt stanowi jedynie dwie trzecie pierwotnego założenia (został zmniejszony w 1709 r.). W głównym holu znajduje się Daibutsu, wizerunek Wajroczany. Według historyków miał on chronić mieszkańców przed epidemią czarnej ospy. Kiedy obserwuję spokojne twarze buddyjskich posągów, zawsze odnoszę wrażenie, że spoglądają na wiernych z troską. Może dzięki temu, nawet gdy przybierają tak ogromne rozmiary, nadal wydają się bliskie. We wnętrzu świątyni znajdują się też inne rzeźby. Co szczuplejsi próbują przecisnąć się przez otwór w jednej z belek konstrukcji. Podobno jeśli komuś się uda, z pewnością zostanie oświecony.

Chram szintoistyczny zwany Kasuga-taisha, założony w 768 r., położony jest w odległości ok. 1 km od Tōdai-ji. Droga do niego prowadzi przez Park Nara. Kiedy podążaliśmy nią pod górę wśród kamiennych latarni wotywnych kontrastujących z zielenią liści drzew i krzewów, mijaliśmy kolejne punkty sprzedaży łakoci dla jeleni sika (senbei, czyli rodzaju japońskich ryżowych krakersów) i ludzi karmiących je wprost z ręki. Zastanawiając się, co robią kobiety zajmujące się sprzedawaniem tych przysmaków, że zwierzęta omijają je z daleka, przeszliśmy przez wielką bramę (torii) należącą do chramu. Tu mogliśmy w końcu odpocząć i jednocześnie podziwiać zgrabne sylwetki budynków i wspaniałą, bujną roślinność.

Po drodze do stacji odwiedziliśmy pięciokondygnacyjną pagodę kompleksu Kōfuku-ji i w pobliskiej knajpce zjedliśmy pyszne okonomiyaki, czyli rodzaj placków podawanych na rozgrzanej płycie w stoliku. Każdy może wybrać do nich własne składniki, zarówno mięsne, jak i wegetariańskie, i w ten sposób skomponować odpowiadającą mu wersję. To proste danie jest tutaj równie popularne jak ramen czy sushi, a jedną z pierwszych osób, które przybliżyły je Polakom, był Marcin Bruczkowski. W swojej książce Bezsenność w Tokio (2004 r.) opisał 10 lat spędzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkim gorąco polecam tę pozycję.

 

Imponujący brązowy posąg Wielkiego Buddy w Narze ma mniej więcej 15 m wysokości

© JĘDRZEJ SAPTOWSKI/www.malyglobtroter.pl

 

KIOTO – STOLICA TRADYCJI

Do Kioto trafiliśmy w trakcie lipcowego Festiwalu Gion (Gion Matsuri), jednego z największych tego rodzaju wydarzeń w Japonii. Święto, które zgodnie z tradycją obchodzi się prawie nieprzerwanie od 869 r., związane jest z szintoistycznym chramem Yasaka, założonym ponad 1350 lat temu (w 656 r.). Zainicjowano je, aby uwolnić się od panującej wówczas zarazy. Później mieszkańcy osady Gion, obecnie jednego z obszarów administracyjnych Kioto, co roku dziękowali za ratunek i prosili bogów o ochronę przed kolejnymi nieszczęściami. Początkowo najpierw na ulicach ustawiano halabardy (hoko) odstraszające złe moce, a następnie młodzi mężczyźni przyciągali świątynne wozy, w których miał znajdować się duch bóstwa zwalczającego plagi. Dziś festiwal składa się z wielu mniejszych wydarzeń, ale nadal najważniejszą ceremonią jest procesja wozów odbywająca się w tym czasie dwukrotnie – 17 i 24 lipca. My obserwowaliśmy przygotowania do mniejszego pochodu, który kończy najważniejszą część obchodów. Wieczorem pięknie oświetlone lampionami, różniące się od siebie m.in. wielkością i znaczeniem wozy yama i hoko stoją w wąskich, zamkniętych dla samochodów uliczkach. Spod jednego z nich zazwyczaj widać już kolejny, oddalony o kilkadziesiąt metrów. Do niektórych można wejść. Ich dzieje i symbolikę opisano na przypiętych tabliczkach, przed którymi tłoczą się ludzie. Wszystkie sklepy i restauracje są pełne gości. Na wielu okolicznościowych stoiskach sprzedaje się rozmaite przysmaki i wykonuje piękne, tradycyjnie zdobione pamiątki. Z wozów dobiegają dźwięki dzwonków i piszczałek oraz śpiewy i okrzyki siedzących na nich uśmiechniętych chłopców. Wśród spacerujących jest sporo osób ubranych w kimona, które można kupić lub wypożyczyć w licznych punktach w mieście. Pomimo tłumów wokół panuje magiczna atmosfera i każdemu polecam wziąć udział w tym wydarzeniu.

O poranku obserwowaliśmy na ulicach demontaż wiszących świateł, pod którymi nie mogłyby się zmieścić najwyższe konstrukcje – wysokość największych hoko dochodzi nawet do 25 m. Usiedliśmy na zacienionym chodniku i przyglądaliśmy się ostatnim przygotowaniom. Ludzie na ulicy z niecierpliwością wpatrywali się w zakręt, zza którego miał wyłonić się pierwszy wóz. Dokładnie o wyznaczonej w programie porze pierwsi uczestnicy procesji ubrani w historyczne stroje przemaszerowali przed nami, witając się z mieszkańcami i turystami. Za nimi przejechały mniejsze wozy yama, następnie znów pojawili się ludzie. Potem wjechały wielkie wozy hoko, które ciągnęło po asfalcie kilkudziesięciu mężczyzn. Ich ruchy poprzedzone były głośnym okrzykiem połączonym z serią gestów wykonywanych przez dwie osoby sterujące pojazdem. Wszystko odbywało się niezwykle synchronicznie, przy akompaniamencie dzwonków, piszczałek i śpiewów kilkunastu chłopców siedzących na górze wozu. Na zakrętach pod ogromne, drewniane koła kładziono cienkie, bambusowe łodygi, żeby ułatwić przemieszczanie się ważących nawet 12 t platform. Zebrani Japończycy z dumą obserwowali korowód, dyskretnie szukając najlepszego ujęcia za pomocą swoich nowoczesnych smartfonów.

Kioto było stolicą Japonii i miastem cesarzy przez ponad tysiąc lat (od 794 do 1868 r.). Oszczędzone w czasie II wojny światowej (choć zostało wytypowane jako jeden z celów zrzucenia bomby atomowej), przetrwało także wiele naturalnych katastrof. Znajduje się w nim tak dużo zabytków klasy światowej, że najlepiej spędzić tu co najmniej kilka dni. To i tak wystarczy jedynie na szybkie zwiedzanie i parę chwil wytchnienia. Sanktuaria szintoistyczne, ok. 1,6 tys. świątyń buddyjskich, niezliczone historyczne zakątki, targi czy w końcu wspaniała tutejsza kuchnia – te wszystkie atrakcje sprawiają, że trafiający do miasta turyści często planują do niego jeszcze wrócić.

Warto wiedzieć, że Kioto jest jedną z największych metropolii w Japonii (ok. 1,5 mln mieszkańców). Dlatego należy dobrze zastanowić się nad wyborem odpowiedniego miejsca na nocleg i sposobu poruszania po mieście. Odległości między najważniejszymi atrakcjami są bardzo duże. My polecamy doskonałe centrum informacji turystycznej na dworcu głównym (Kyōto-eki). Pracujący w nim mężczyzna niemal czytał w naszych myślach, gdy rozpisywał na świetnie opracowanych mapach wszelkie trasy, podpowiadał nam najlepsze pory zwiedzania czy podawał ceny za wstęp do poszczególnych zabytków.

Według nas koniecznie należy odwiedzić – oczywiście – słynną Świątynię Złotego Pawilonu (Kinkaku-ji). Warto dotrzeć do niej jak najwcześniej, aby chociaż spróbować uniknąć tłumów odwiedzających to urokliwe miejsce. Niedaleko znajduje się Świątynia Uspokojonego Smoka (Ryōan-ji) z kamiennym ogrodem, będącym jednym z najbardziej znanych widoków z Kioto. Fushimi Inari Taisha to z kolei niesamowicie ciekawe sanktuarium położone na rozległym zalesionym wzgórzu Inari, znane z niemal niekończących się korytarzy torii. Zobaczymy tutaj także niezliczone ilości kamiennych rzeźb lisów symbolizujących wysłanników Inariego, czyli japońskiego bóstwa (kami) płodności. O doskonałą fotografię zdecydowanie łatwiej w wyższych partiach kompleksu, do których dociera znacznie mniej turystów. Duże wrażenie zrobiła na nas też inna świątynia. Eikan-dō Zenrin-ji z pięknymi ogrodami i wspaniałą architekturą słynie również z rzadkiego wizerunku Buddy Nieograniczonego Światła z głową skierowaną na bok (Mikaeri Amida). Dotarliśmy także do kompleksu Kiyomizu-dera, z którego roztacza się cudowny widok na Kioto. Główny hol i drewniana weranda są aktualnie remontowane, ale to miejsce ma w sobie nadal dużo uroku i warto je odwiedzić, żeby napić się wody z wodospadu Otowa zapewniającej pomyślność. Trochę rozczarowała nas słynna Ścieżka Filozofów (Tetsugaku-no-michi) i Świątynia Srebrnego Pawilonu (Ginkaku-ji), na pewno trzeba jednak powłóczyć się po uliczkach Gionu, dzielnicy rozrywki, tradycyjnych eleganckich restauracji (ryōtei) i gejsz oraz przejść się wąską alejką Ponto-chō. Piękny zamek Nijō (Nijō-jō) przypomina z kolei o potędze szogunów z rodu Tokugawa. Nowoczesne oblicze miasta dobrze oddaje niesłychanie ciekawy architektonicznie budynek dworca głównego (Kyōto-eki), gdzie na górnych piętrach znajduje się centrum gastronomiczne z wieloma restauracjami i pasaż wiszący kilkadziesiąt metrów nad centralną halą. Świetne miejsce na zakupy stanowi Targ Nishiki (Nishiki Ichiba) z tradycyjnymi sklepikami z wachlarzami, drogimi papierami, tkaninami i innymi punktami z upominkami.

 

KAMAKURA – STOLICA SZKOŁY ZEN

Wycieczkę do Kamakury polecam każdemu, kto ma trochę czasu, żeby wyrwać się z Tokio choć na kilka godzin. Dojedziemy tutaj szybko pociągiem, a jedna z linii prowadzi bezpośrednio z Międzynarodowego Portu Lotniczego Narita. Mały dworzec (Kamakura-eki) wypełniony jest mapami i ulotkami wskazującymi największe atrakcje, funkcjonuje na nim też jak zwykle świetna informacja turystyczna. Miasto słynie z popularnych wśród surferów piaszczystych plaż, ważnych świątyń i drugiego co do wielkości w Japonii (po kompleksie świątynnym Tōdai-ji w Narze), ok. 121-tonowego posągu Daibutsu. Najważniejszy kompleks sakralny – Kenchō-ji – i wspomniana statua są od siebie oddalone i leżą po przeciwnych stronach Kamakury, warto więc skorzystać z autobusów, aby oszczędzić czas i siły. Po pozostawieniu plecaków w skrytce (koszt ok. 600 jenów, czyli 20 złotych, za cały dzień przechowania dwóch sztuk średniej wielkości) ruszyliśmy w kierunku Kōtoku-in z figurą Daibutsu. Ukryta wśród zieleni, blisko 13,5-metrowa (razem z podstawą) rzeźba Buddy Nieograniczonego Światła ukazuje się dopiero z niewielkiej odległości. Pomimo jej rozmiarów cały kompleks sprawił na mnie wrażenie bardzo przyjaznego i kameralnego. Sądzę, że powinno się go odwiedzać właśnie z powodu harmonijnego połączenia z otoczeniem. Historycy podkreślają, że posąg znajdował się wewnątrz świątyni, zniszczonej przez tsunami w 1498 r. Kataklizm sprawił, że siedzący pod gwiazdami Budda stał się wizytówką Kamakury.

Buddyjskie świątynie w mieście należą do rinzai, czyli jednej z dwóch głównych szkół japońskiego buddyzmu zen (druga to sōtō). Wśród nich jest m.in. Kenchō-ji, najstarszy klasztor zen (wzniesiony w 1253 r.) i najczęściej odwiedzany, ale my wybraliśmy się do Klasztoru Doskonałego Oświecenia (Engaku-ji). Można do niego dotrzeć po kilkuminutowym spacerze ze stacji kolejowej Kita-Kamakura (wstęp w cenie 300 jenów, czyli ok. 10 złotych). Położony na uboczu, nie przyciąga tłumów turystów. Dzięki temu mieliśmy przyjemność zwiedzać go w niemal zupełnej samotności. W kompleksie zbudowanym na zalesionym zboczu na osi północ-południe znajduje się aktualnie 18 kaskadowo umiejscowionych świątyń. Całość robi wspaniałe wrażenie. Podczas odkrywania kolejnych zakątków klasztoru byliśmy zauroczeni zarówno wykorzystywanymi do dzisiaj przez mnichów wnętrzami, jak i ich otoczeniem, w tym cmentarzem z pokrytymi mchem figurkami Buddy. Na terenie kompleksu znajdziemy też grób japońskiego mistrza sztuk walki Gichina Funakoshiego (1868–1957), który jako pierwszy użył nazwy karate, określając w ten sposób walkę bez użycia broni. Na jego grobowcu widnieje cytat: Karate nie jest sztuką agresji.

 

Neon japońskiej korporacji Glico koło mostu Ebisu (Ebisubashi) na kanale Dōtonbori

© Osaka Govern ment Touris m Bureau /JNTO

 

OSAKA – STOLICA NEONÓW

Dziwna była końcówka tego meczu – podsumował naszą pogawędkę przy przyrządzaniu takoyaki przygotowujący je uśmiechnięty Japończyk. Ale wasza drużyna awansowała i zagraliście świetne spotkanie z Belgią, a my odpadliśmy – odpowiedziałem, odbierając gorącą porcję smażonych w specjalnej foremce kulek z ciasta i ośmiornicy, posypanych dużą ilością płatków suszonego, wędzonego tuńczyka pasiastego zwanego bonito. Żegnając się, życzyliśmy sobie szczęścia podczas kolejnych mistrzostw świata, a ja zamyśliłem się nad uniwersalnym językiem kibiców piłki nożnej. Zajadając się parzącym przysmakiem, dotarliśmy do kolejnego ulicznego stoiska, tym razem serwującego taiyaki (w dosłownym tłumaczeniu „pieczona dorada”), czyli nadziewane ciastko w kształcie ryby. Wybraliśmy najpopularniejsze nadzienie – pastę z osładzanej czerwonej fasoli azuki. Po przejściu następnych kilkudziesięciu metrów zobaczyliśmy długą kolejkę ludzi czekających na porcje drobno siekanej wołowiny z Kobe pochodzącej od krów Wagyū. Z mocnym postanowieniem powrotu ruszyliśmy wzdłuż kanału Dōtonbori spotkać najpopularniejszą postać w tym mieście – biegacza z reklamy firmy Glico.

Osaka to po Tokio najważniejsza metropolia Japonii, wielki port, węzeł komunikacyjny, ośrodek kulturalny i ekonomiczno-gospodarczy. Słynie z fantastycznej kuchni i życia nocnego toczącego się w zatłoczonych uliczkach Minami. Najbardziej znanym widokiem z Osaki jest wielki neon korporacji Glico przedstawiający biegnącego człowieka, który pojawił się nad kanałem Dōtonbori w 1935 r. Gdy stoi się pod nim i obserwuje feerię barw i światła z elewacji każdego budynku można dostać oczopląsu, ale nie da się przejść koło tego spektaklu obojętnie. Mnie ten migający, kolorowy zawrót głowy odpowiadał i z otwartymi ze zdziwienia ustami wpatrywałem się w kolejne pulsujące reklamy odbijające się w wodach kanału Dōtonbori. Tłum ludzi dorównywał ściskowi na najbardziej zatłoczonych ulicach Tokio, czasami trudno było się przecisnąć. Z położonych przy deptaku restauracji i klubów dobiegała głośna muzyka i nawoływania zapraszające do środka. Sklepy przeżywały prawdziwe oblężenie, widoczne przez wielkie, oświetlone witryny, ale długie kolejki do kas nie odstraszały nowych kupujących.

Aby odpocząć na chwilę od zgiełku, szukaliśmy położonej ledwie 200 m dalej Hozenji Yokocho. W tym miejscu tradycja spotyka się z nowoczesnością. Spokojna, ciasna uliczka z usytuowaną pośrodku świątynią – Hōzen-ji – i tradycyjnymi restauracjami zauroczyła nas swoją magiczną atmosferą. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy w stronę Shinsaibashi-suji. Ten niemal 600-metrowy deptak to skupisko sklepów, restauracji i barów. Zanim jednak do niego dotarliśmy, byliśmy świadkami głośnej manifestacji przeciwników Expo 2025 (planowanego w Osace). Przed ok. 100-osobową grupą w większości starszych osób jechał samochód typu pick-up z ustawioną na cały regulator muzyką elektroniczną. Protestujący seniorzy podrygiwali w rytm nowoczesnej muzyki i skandowali hasła wypisane na trzymanych bannerach. Wszystko to z uśmiechem na ustach i w otoczeniu kilku policjantów. Tak doszliśmy do obszaru Amerikamura, nad którym góruje ustawiona na dachu wieżowca miniatura Statui Wolności. To miejsce odwiedzane przez liczną młodzież. Znajduje się tu wiele kafejek, barów i sklepików z niedrogimi i niestandardowymi ciuchami. Po drodze do hotelu nie zapomnieliśmy – oczywiście – spróbować soczystej wołowiny z Kobe. Przyrządzona na naszych oczach i podana z plastrem ananasa była pysznym podsumowaniem wieczoru w błyszczącej Osace.

 

Wiszący Tęczowy Most (Rainbow Bridge) na sztuczną wyspę Odaiba w Zatoce Tokijskiej

© Yasufu mi Nis hi/JNTO

 

TOKIO – STOLICA STOLIC

Dwukrotnie w XX w. prawie całkowicie zniszczone (przez katastrofę naturalną, jaką było wielkie trzęsienie ziemi w regionie Kantō we wrześniu 1923 r., oraz nalot dywanowy pod koniec II wojny światowej) Tokio ma imponującą liczbę mieszkańców – ponad 38 mln w obszarze metropolitalnym (Greater Tokyo Area). Leży na styku płyt tektonicznych, w strefie dużej aktywności sejsmicznej. W wyniku tego jest zagrożone wielkimi trzęsieniami ziemi, które według naukowców powtarzają się w tym miejscu co 100–150 lat. To jedno z centrów światowej gospodarki. Stolica kraju przyciąga jak magnes Japończyków i turystów z całego globu.

Na lotnisku Narita, usytuowanym mniej więcej 60 km na wschód od centrum Tokio, wylądowaliśmy koło 19.00. Szybko przeszliśmy kontrolę szczegółowo informowani o kolejnych krokach przez pracowników portu i odnaleźliśmy drogę na peron kolejowy. Jeszcze w Polsce wykupiliśmy bilet uprawniający nas do 45-minutowej podróży do stacji Asakusa pociągiem Keisei Skyliner (www.keisei.co.jp) i trzydniowy bilet na metro. Wydrukowane potwierdzenie wymieniliśmy na właściwe bilety przy dokładnie oznaczonym stanowisku obsługi pasażerów. Do odjazdu mieliśmy jeszcze 15 minut, więc zdecydowaliśmy się, że spróbujemy w punkcie Japan Rail wymienić kupiony w Polsce voucher na dwutygodniowy Japan Rail Pass. Nasz karnet uprawniał nas do podróżowania po Japonii większością pociągów. Również tutaj procedura trwała nie więcej niż 5 minut.

Na stacji Asakusa po raz pierwszy spotkaliśmy się z mapą tokijskiego metra. Choć początkowo czuliśmy się bezradni, szybko zaczęliśmy poruszać się intuicyjnie. Wodząc palcem po kolorowych torach, odnaleźliśmy naszą stację i drogowskazy prowadzące do naszej linii. Ruszyliśmy w drogę, ale po chwili zdziwieni wyszliśmy na powierzchnię. Ponieważ straciliśmy z oczu strzałki, rozglądaliśmy się wokół po ruchliwym skrzyżowaniu. W oddali zobaczyliśmy 634-metrową wieżę Tokyo Skytree, a tuż obok twarz uśmiechniętego japońskiego robotnika. Czy może Pan nam pomóc? – zapytałem po angielsku. Tak – odpowiedział także w tym języku. Szukamy linii A – przyznałem. Proszę przejść na drugą stronę ulicy i tam 100 m dalej będzie wejście – dodał i ręką wskazał nasz cel. W ten sposób już na początku podróży pozbyliśmy się jakichkolwiek obaw związanych z dogadywaniem się w Japonii w języku angielskim.

Tokijski system komunikacji publicznej ma imponującą liczbę połączeń i linii. Większe stacje są dobrze ze sobą skomunikowane i świetnie oznakowane. Oprócz nazw nadano im numery, co bardzo ułatwia odnalezienie się na mapie. Należy jedynie pamiętać, że niektóre punkty łączące różne linie mogą być oddalone od siebie o kilkaset i więcej metrów. Według nas metro (z dziewięcioma liniami) to najwygodniejszy środek transportu w Tokio. Bez trudu dotarliśmy do stacji Asakusabashi i wyszliśmy na pustą ulicę. Trochę zagubieni wróciliśmy w pobliże wejścia do metra i połączyliśmy się z internetem przez wi-fi (ta usługa jest dostępna na każdej ze 179 tokijskich stacji i w wielu punktach w mieście). Nawigacja wskazała nam drogę i po 10 minutach byliśmy w hostelu. Po szybkim zameldowaniu się, rozpakowywaliśmy się w naszym pierwszym pokoju kapsułowym, żeby po chwili wyjść na wieczorny spacer. W ten sposób rozpoczęliśmy kilkudniową, niezapomnianą przygodę z miastem, podczas której staraliśmy się choć trochę poznać jego niezliczone oblicza.

Tokio to nieskończona liczba targów, sklepów, kramów i wielopiętrowych galerii handlowych – od najdroższych butików w regionie Ginza i okręgu Shibuya przez ikoniczną Akihabarę nazywaną największym marketem elektronicznym świata oraz Asagaya Anime Street w podziemiach stacji kolejowej, gdzie fani anime znajdą gadżety z ulubionymi bohaterami, po zaskakujące sklepiki w Harajuku (części dzielnicy Shibuya), olbrzymi targ rybny Tsukiji z aukcją tuńczyków (zamknięty 6 października 2018 r. i przeniesiony do Toyosu) i punkty z pamiątkami w okolicy 175-metrowej alei Yanaka Ginza. W każdym kolejnym miejscu mieliśmy wrażenie, że sklepy są wszędzie i wszędzie jest mnóstwo kupujących. Inną kategorię stanowią rozsiane po całym mieście i równie licznie odwiedzane, a przy tym bardzo praktyczne, minimarkety sieci 7-Eleven, FamilyMart czy Lawson czynne często 24 godziny na dobę przez cały tydzień, w których można kupić niemal wszystko: od serwowanego na wynos smażonego kurczaka, gorącej i schłodzonej kawy przez kilkadziesiąt dań do odgrzania w mikrofalówce po koszule, parasolki i gazety. Podobno w całej Japonii takich punktów działa aż ok. 50 tys. Z kolei świetne miejsce na zakup pamiątek znajduje się w okolicach Sensō-ji. Nakamise-dōri, tradycyjna handlowa uliczka, która prowadzi do tej buddyjskiej świątyni, ożywa w godzinach przedpołudniowych. Na straganach sprzedaje się mydło i powidło, m.in. piękne laleczki kokeshi czy kiczowate samurajskie miecze. Z kolei sprzęt kuchenny, w tym tysiące słynnych japońskich noży, znajdziemy przy położonej niedaleko, kultowej ulicy Kappabashi.

Poza tym Tokio wypełniają fantastyczne restauracje, bary, fast foody, punkty gastronomiczne i uliczne stragany serwujące lokalne przysmaki. W leżącej pod Dworcem Tokio (Tōkyō-eki) strefie street foodu przed prawie każdą knajpką ustawiają się długie kolejki. W niewielkich witrynach na plastikowych talerzach prezentuje się równie sztuczne wersje serwowanych dań. Wybraną potrawę zamawia się następnie w automacie. Po krótkim oczekiwaniu w szybko kurczącej się kolejce i przekazaniu rachunku obsłudze w ciągu kilku minut ląduje przed nami prawdziwe jedzenie. Zawsze dostajemy wodę i pałeczki, a przy niektórych daniach także specjalny fartuch chroniący ubranie przed pobrudzeniem. Należy też koniecznie odwiedzić małe bary sushi w okolicach Ueno czy Asakusy, gdzie zjedzone porcje rozlicza się na podstawie kolorów i liczby odstawianych talerzyków. Bardzo popularne są tu również zestawy sushi sprzedawane w supermarketach i sklepach ekologicznych. Przed wejściem do pociągu trzeba kupić bentō, czyli specjalnie zapakowane przekąski, składające się z ryżu, ryby lub mięsa, a także pikli i gotowanych warzyw.

W Tokio znajduje się mnóstwo niezwykłych miejsc kultu religijnego, chramów szintoistycznych, świątyń buddyjskich, cmentarzy i muzeów. Sensō-ji, najstarszy w stolicy (z pierwszej połowy VII w.) i oblegany kompleks buddyjski, warto odwiedzić jak najwcześniej, żeby uniknąć tłumów. Do chramu szintoistycznego Meiji dociera się przez Park Yoyogi i kilka ogromnych, drewnianych torii. Można tutaj odpocząć od zgiełku wielkiego miasta. Kompleks poświęcony pamięci cesarza Meiji i cesarzowej Shōken został oddany do użytku w latach 20. XX stulecia. Po poważnych zniszczeniach podczas II wojny światowej odbudowano go w 1958 r. To miejsce niezmiernie popularne wśród Japończyków pragnących wziąć tradycyjny ślub. Z kolei Muzeum Narodowe w Tokio szczyci się olbrzymimi zbiorami dzieł sztuki i artefaktów, z których setki uznano za skarby narodowe Japonii. Odwiedzenie go polecam wszystkim chcącym przyjrzeć się z bliska misternie zdobionej ceramice, tkaninom, zbrojom i mieczom samurajów oraz japońskim rzeźbom czy poznać historię rozwoju sztuki Kraju Kwitnącej Wiśni. Za to spacer po pięknym cmentarzu Yanaka zaskoczył mnie odrobinę inną atmosferą niż ta, którą zwykle wyczuwam podczas wizyty na nekropoliach w Polsce. Tu także było cicho i spokojnie, ale nastrój tego miejsca nie przytłoczył mnie, a raczej skłonił do zadumy. Fascynująca Japonia ma naprawdę wiele twarzy…

 

Wydanie jesień-zima 2018

Wenezuela, czyli „mała Wenecja” dla łowców przygód

Magdalena Moll-Musiał

 

 FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

<< Wenezuela to kraj kontrastów - kipiące zielenią wilgotne lasy równikowe delty Orinoko, krystalicznie czysta woda i wspaniałe karaibskie plaże, nieziemskie góry stołowe, nazywane tu „tepuyes”, oraz Salto Ángel, najwyższy wodospad świata. Na jego terytorium mieszkają otwarci, roztańczeni ludzie, pielęgnujący swoje niezliczone tradycje. Z drugiej strony mamy tutaj zaniedbaną gospodarkę, niepohamowaną inflację i ubóstwo, co szczególnie rzuci nam się w oczy, jeśli zdecydujemy się na dłuższą wyprawę po kontynentalnej części tego południowoamerykańskiego państwa. Z pewnością jednak różnorodność pejzaży, smaków, zapachów i innych doznań sprawia, że ojczyzna jednych z najpiękniejszych kobiet na ziemi posiada nieodparty urok dla poszukiwaczy przygód. >>

 

Stać, kontrola! – krzyczy wojskowy, zatrzymując naszego busa. Wchodzi do środka, sprawdza dokumenty.  – Pani nie ma ważnego paszportu – zwraca się do jaskrawo ubranej Wenezuelki. – Tak, niestety, nie mam… – odpowiada ona, nieśmiało wtykając w dłoń mężczyzny zawiniątko boliwarów. Ten wsuwa banknoty do kieszeni i mówi: Można jechać! Pokonanie odległości 90 km od granicy z Kolumbią do wenezuelskiego miasta Maracaibo zajmuje nam 7 godz. Po drodze podobnych kontroli mamy aż 14, ale nie wszystkie są tak błyskawiczne. Podczas każdej pani bez paszportu uiszcza opłatę, która umożliwia jej kontynuowanie podróży. Gdy kończy się jej gotówka, cały bus wykazuje imponującą solidarność – pasażerowie zrzucają się na odpowiednią łapówkę, abyśmy mogli pojechać dalej. Wojskowi i policja nie sprawdzają niczego poza dokumentami – w bagażach prawdopodobnie da się przewieźć wszystko, czego dusza zapragnie, pewnie nawet i kolumbijską kokainę… Dla kontrolujących znalezienie podróżnego bez odpowiednich papierów to prosty i pewny zarobek.

Więcej…