MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

 

Stali bywalcy Dominikany powiadają przekornie, że z tego kraju nie zostaną wypuszczeni ci turyści, którzy nie poznali „Prezydenta” (miejscowego piwa Presidente), nie nabyli viagry w płynie, nazywanej tu mamajuaną, nie podróżowali minibusem guagua i nie zobaczyli Las Galeras… Nie można tej „przestrogi” zlekceważyć!

 

W towarzystwie Presidente

Jednego możemy być pewni w Republice Dominikańskiej: zawsze dostaniemy tu zimne piwo. Dominikańczycy nie uznają jednak lekkiego schłodzenia – napój musi być niemal zmrożony. – Dame una fría! (Daj mi jedno zimne!) – tak go zamawiają w barach. Presidente jest najbardziej znaną marką browarniczą Dominikany, pojawia się na każdej imprezie i na większości festiwali. Zawsze smakuje tak, jak powinno smakować najlepsze piwo. Właściciel colmado, czyli lokalnego sklepu-baru, otwiera zieloną, firmową lodówkę Presidente i z jej arktycznych czeluści wyciąga oszronioną butelkę. Wsuwa ją w odpowiednio dopasowaną papierową torebkę, aby pijący nie odmroził sobie dłoni. Słychać syk i kapsel ląduje na zaśmieconej podłodze. Warto dodać, że ta lodówka to podstawowy mebel w każdym minimarkecie czy knajpie w kraju – od stołecznego Santo Domingo po najodleglejsze miasteczka. Istnieją trzy rodzaje butelek tego dominikańskiego piwa: pequeña, czyli mała, grande, czyli duża, oraz jumbo, czyli… olbrzymia. Jeśli mam pragnienie i wypiję najmniejszą z nich, to w mig je ugaszę. Jeżeli coś mnie podkusi, aby kupić jeszcze jedną, to poczuję żal, że nie wziąłem od razu grande. Kiedy indziej, wpadając do colmado, przypominam sobie, jak było poprzednio. Nauczony doświadczeniem postanawiam nieco zaszaleć i od razu wybieram jumbo. A czemuż by nie?! Tylko że istnieje zaledwie kilka dni w miesiącu, kiedy jest najwłaściwsza pora na olbrzymią butelkę Presidente. Poza tym najlepiej wypić ją w grupie znajomych. Jeśli nabędę jumbo jedynie dla siebie,z czystej łapczywości, spotka mnie gorzkie rozczarowanie. Po którymś łyku piwa poczuję, że nie był to jednak właściwy wybór…

 

Magiczna mamajuana

– „Mamajuana”, señor – zaczepia mnie niski, krępy Mulat i, łapiąc za łokieć, ciągnie w stronę pstrokatego kramu. Stoimy na deptaku El Conde przy historycznym centrum Santo Domingo. – Zdrowa rzecz. I dobra cena – chwali się swym towarem, butelkami z nieznaną zawartością. – A dzisiaj pewnie promocja? – pytam przekornie. – Sí, señor! – odpowiada. Mamajuanę proponowano mi na ulicy wielokrotnie. Nie tylko w rejonach, gdzie kręcą się turyści. Miejscowi czują chyba obowiązek zapoznania białych przyjezdnych z legendarnym dominikańskim eliksirem o wszechstronnych – jak powiadają – właściwościach leczniczych, co przynosi im zresztą niemały dochód. Aby nie wyjść na ignoranta i poradzić sobie w sytuacjach nagminnego nagabywania, wymyśliłem pewien fortel. Kiedy sprzedawcy zniesmaczeni moją odmową natychmiastowego kupna, szorstko przechodzili do próby wciśnięcia mi swojego towaru, kontratakowałem. – „Mamajuana” to przecież dominikańska viagra, czyż nie? – pytałem. – Właśnie, señor! – reagował jeden czy drugi handlarz, zacierając ręce z radości. Wydawało mu się, że oto niespodziewanie udało się domknąć sprzedaż. – I to naprawdę działa… Działa jak nic! – zapewniał uszczęśliwiony, że w końcu rzecz pojąłem. Nieraz poklepał mnie z uznaniem po ramionach jak ojciec syna. Przez moment pozwalałem nacieszyć mu się tym jego triumfem. Po czym pytałem: – Señor naprawdę myśli, że ja potrzebuję viagry? Niech lepiej señor na mnie spojrzy i oceni! Wtedy cała ta jego wyuczona argumentacja rozpływała się i zrezygnowany rzucał jeszcze: – Ale to też jest dobre do picia jako syrop… młodzieńcze.

FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Mamajuana - dominikańska viagra w płynie

 

Co to takiego ta mamajuana, tak promowana na Dominikanie? Podobno stanowi uniwersalne lekarstwo na każdą dolegliwość – od grypy po prostatę, a także afrodyzjak i skuteczny środek poprawiający witalność każdego dnia. Smak ma – trzeba przyznać – specyficzny, mocny, czasem zbyt słodki, ale nie zniechęcający. Na pierwszy rzut oka estetyka mikstury budzi wątpliwości. Butelkę wypełnia podejrzana plątanina patyków i liści, korzeni i ziół umieszczonych w cieczy w kolorze bursztynu. Co ciekawe, na Dominikanie znajdziemy niezliczoną wręcz liczbę rodzajów tego specyfiku. Obecna mamajuana to już nie pobudzająca herbatka, a raczej energetyczny koktajl o mocy prawdziwego karaibskiego alkoholu. Indianie Taino pili ją w postaci korzennego wywaru dosładzanego miodem. Dzisiaj, oprócz produktów bazowych, rozmaitych ziół, rumu i miodu dodaje się do niej również czerwone wino, cynamon, rodzynki oraz sok z cytryny czy limonki. Podobno jednak eliksir zyskuje swoją legendarną siłę dopiero wówczas, gdy doprawi się go owocami morza: kawałkami ośmiornicy, ślimaków, ostryg czy też miembro de carey, czyli penisem żółwia. Prosty przepis sugeruje, aby co najmniej połowę objętości naczynia (butelki, karafki czy gąsiora) wypełnić składnikami suchymi, a pozostałą część cieczą, najlepiej ciemnym rumem. Wcześniej trzeba pozbyć się z suchych gałązek, liści i korzeni gorzkiego posmaku przez ok. 2-tygodniowe namaczanie w alkoholu gorszej jakości, np. w tanim dżinie. Następnie wylewa się zbędny płyn i dodaje rum. Trudno powiedzieć, ile czasu potrzeba tej nieklarownej miksturze, aby dojrzała, ponieważ często bywa szybko napoczynana przez niecierpliwego wytwórcę. Pozostałe po wypiciu składniki zalewa się nawet kilkanaście razy, a trunek z czasem łagodnieje.

Mamajuanę pije się dość często jak wódkę, czyli w małych kieliszkach. Niektórzy lubią się nią delektować, sącząc jak koktajl. Jeszcze inni mieszają ją z coca-colą, piją na przemian z wodą albo raczą się niby poobiednim likierem. Mnie najbardziej odpowiada pierwszy sposób.

 

Minibusem przez Dominikanę

Bóg może wszystko – takie i podobne motta wyklejają kierowcy na przedniej szybie swoich guaguas, czyli minibusów. Najpopularniejszy środek transportu w tym kraju przewozi codziennie niezliczoną masę przemieszczających się po wyspie Dominikańczyków. Ma on swoje zalety, ale podróżowanie nim bywa bardzo męczące. W samym Santo Domingo staram się unikać guaguas i przychodzi mi to łatwo. Natomiast jeśli wybieram się często poza miasto, nie mam wyjścia, jestem na nie skazany.

FOT. MARCIN WESOŁY/BLOG WWW.DOMINICANA.BLOX.PL

Tętniące życiem stołeczne Santo Domingo

 

Przeważnie to guagua łapie nas, a nie my ją. Każdy minibus ma obsługę pokładową, składającą się z co najmniej dwóch osób: kierowcy i tzw. naganiacza. Zadanie tego ostatniego jest dość złożone. Po pierwsze, musi on zapewnić klientów. Kiedy kierowca zwalnia, bo widzi skupisko ludzi przy jezdni, naganiacz wychyla się z pojazdu, nierzadko z niego wyskakuje, i co sił w gardle wykrzykuje nazwy kluczowych przystanków na trasie, a zainteresowani wskakują do środka. Jeśli nie jestem pewien tego, czy dojadę do miejsca, do którego zmierzam, szybko się dopytuję. Towarzysz kierowcy spełnia teraz swoją drugą funkcję: musi błyskawicznie ruszyć głową i tak usadzić ludzi, aby w busie przeznaczonym docelowo dla 12 osób zmieściło się ich dwa razy więcej. Istnieje tu chyba jakaś uniwersalna szkoła dla naganiaczy, bo nie spotkałem jeszcze takiego, któremu by się to nie udało... Wreszcie trzecie zadanie pomocnika kierowcy stanowi pobranie opłat za przejazd, a czwarte – informowanie o aktualnym położeniu. Zazwyczaj większość pasażerów doskonale wie, gdzie ma wysiąść. Ale zdarzają się też tacy (jak autor), którzy jadą gdzieś pierwszy raz. No hay problema, czyli nie ma problemu! Jeśli przed wejściem spytałem o miejsce, naganiacz je zapamiętał, i nawet gdybym twardo zasnął, dotrę tam, gdzie planowałem. Oprócz obsługi minibusa mój przystanek docelowy zapamiętało też kilku innych pasażerów. Tworzy się zatem dość spore grono czuwających.

FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Ciudad Colonial, czyli Kolonialne Miasto, to najstarsza część Santo Domingo

 

Wróćmy jeszcze do trzeciego zadania naganiacza. Za przejazd płacimy, oczywiście, gotówką. Najlepiej przygotować wcześniej odliczoną sumę, bo resztę dostaniemy tylko wtedy, gdy będzie ją z czego wydać. Pieniądze wręcza się z zasady już w środku, a nie tuż przed wejściem. Wyjątek stanowią guaguas poruszające się po mieście. Tutaj płaci się przeważnie od ręki. To pomocnik kierowcy decyduje o momencie zapłaty. Odwraca się wtedy do pasażerów i ściga ich wzrokiem. Jeśli ma miejsce i może podejść do każdego z osobna, to podchodzi, jeśli nie – ludzie nad głowami przekazują mu pieniądze. Nie ma mowy o żadnych pomyłkach. Dominikańscy naganiacze to jedni z najlepszych kasjerów, jakich wydała natura! Czasem jedną trasę obsługują dwa minibusy. Cena jest taka sama, jakby się jechało jednym, tyle że płaci się w tym, który dowozi nas do celu.

 

GOLF NA DOMINIKANIE

Gra w golfa potrafi zawładnąć całym życiem. Do tego stopnia, że dla jej wielbicieli nie są ważne wspaniałe atrakcje turystyczne, które czekają na nich na rajskiej Dominikanie, lecz tylko ekscytujące partie na tutejszych licznych, doskonale przygotowanych i niezmiernie malowniczo położonych polach golfowych. Nie można się im zresztą dziwić, bowiem biura podróży zrzeszone w IAGTO (International Association of Golf Tour Operators, czyli Międzynarodowym Stowarzyszeniu Organizatorów Turystyki Golfowej) przyznały Republice Dominikańskiej prestiżowy tytuł „kierunku golfowego numer 1 na Karaibach i w Ameryce Łacińskiej”. Znajdziemy tu obecnie 28 18-dołkowych pól o międzynarodowej renomie stworzonych przez najsłynniejszych światowych projektantów, jak np. Jack Nicklaus (Punta Espada Golf Club w ekskluzywnym ośrodku Cap Cana, położonym na wschodnim krańcu Dominikany, niecałe 10 min. drogi od międzynarodowego lotniska na przylądku Punta Cana, czy Cana Bay Golf Course w luksusowym kompleksie Hard Rock Hotel & Casino Punta Cana), Pete Dye (Diente del Perro – Teeth of the Dog w resorcie all inclusive Casa de Campo w mieście La Romana na południowo-wschodnim wybrzeżu kraju) i nieżyjący już Robert Trent Jones, Sr. (Playa Dorada Golf Course w Puerto Plata na północy). Golf w Republice Dominikańskiej stanowi prawdziwą przyjemność zarówno dla zaawansowanych, jak i początkujących graczy. Tropikalny klimat panujący w tym kraju pozwala uprawiać ten sport przez 365 dni w roku. Wiele dominikańskich pól golfowych powstało wzdłuż przepięknej linii brzegowej, co zapewnia zapierające dech w piersiach widoki na Ocean Atlantycki czy Morze Karaibskie. Otaczające tutaj golfistów krajobrazy po prostu oszałamiają, dlatego też czasami trudno im skoncentrować się jedynie na samej grze.          

 

Koniec świata w Las Galeras

Witamy, chłopcze, na ziemi kokosa – zagaiła do mnie niemłoda, lecz wciąż całkiem ładna, czarnoskóra kobieta o pięknym uśmiechu i białych jak wnętrze orzecha zębach. Siedzieliśmy na pace terenowej toyoty, która wiozła nas z Samany (stolicy prowincji Samaná) do Las Galeras. Jak okiem sięgnąć, majestatyczne palmowe gaje pokrywały wzgórza. Moja towarzyszka wracała z targu, gdzie handlowała rybami, które o świcie złowił jej mąż. – Wszystkie sprzedałam! – pochwaliła się, wskazując na pustą blaszaną miskę, w której pozostały jedynie srebrzyste łuski. Intensywny morski zapach drażnił nozdrza. – Próbowałeś już ryby z kokosem? – zagaiła ponownie. Przyznałem, że dotąd nie miałem okazji. – Skoro już tu dotarłeś, musisz spróbować! To danie z tych stron! – powiedziała.

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Sprzedawczyni świeżych owoców tropikalnych na Dominikanie

 

Druga kobieta, oblizując dłonie z lepkiego soku dojrzałego mango, spytała, czy naprawdę lubię podróżować sposobem Dominikańczyków. Odparłem, że nie mam innego wyjścia. Poza tym lubię jeździć na pace. Moja odpowiedź wywołała ogólną wesołość. Wcześniej na tej samej trasie poznałem lokalnego „naftowego barona” – człowieka, który sprzedawał paliwo w butelkach po piwie Presidente.

Poczułem ssanie w żołądku i wyjąłem z plecaka niedokończone śniadanie. Były to resztki empanady. Zanim włożyłem je do ust, pomyślałem, że to proste latynoskie jedzenie z ulicznych stoisk nie zdążyło mi się jeszcze znudzić. Niemal codziennie kupowałem podobny śniadaniowy zestaw: empanadas de pollo, jugo de chinola, café dominicano, czyli rodzaj większego pieroga nadzianego farszem z kurczaka, świeżo wyciśnięty sok z marakui, dosłodzony brązowym cukrem i zmiksowany z lodem, oraz aromatyczną kawę, bardzo mocną i słodką. Tymczasem żona rybaka zauważyła: – Podróżujesz i jesz jak Dominikańczycy… Czy jest coś w naszym kraju, czego nie lubisz? Zaryzykowałem odpowiedź, że nie przepadam za przylądkiem Punta Cana i podobnymi popularnymi regionami turystycznymi. Po czym dorzuciłem, iż rozumiem doskonale, że Dominikana potrzebuje takich miejsc. Obie kobiety spojrzały po sobie. Prawdopodobnie w przyszłości przemysł turystyczny rozprzestrzeni się na całe dominikańskie wybrzeże. Kraj czerpie znaczące dochody z luksusowych i ogromnych ośrodków wypoczynkowych typu all inclusive oraz organizowania wycieczek do tropikalnego raju dla przybyszy z Ameryki Północnej czy Europy. Poza tym turystyka daje pracę wielu Dominikańczykom. Chciałbym jednak wierzyć, iż Dominikana przynajmniej gdzieniegdzie wciąż pozostanie dziewicza.

Droga w Las Galeras kończy się w tym miejscu, gdzie zaczyna się najprawdziwszy raj... Chropowaty, ciemny asfalt ustępuje miejsca bieli piasku, na który łagodny cień rzucają rozłożyste, kokosowe palmy. W tej wiosce jeszcze kilka lat temu nic nie wskazywało na to, że zawitają tu liczni turyści. Dzisiaj osada wygląda już zupełnie inaczej, choć tutejsze przepisy zabraniają stawiania budynków wyższych niż najbliższe drzewo, co w zamyśle pomysłodawców ma nie zakłócać harmonii z naturą. Doceńmy więc ten fakt i po przybyciu natychmiast zakosztujmy kąpieli w tutejszej malowniczej zatoce – Bahía de Rincón, której krystalicznie czyste wody oblewają miejscowe brzegi. Czasem można odnieść tu wrażenie, że oto znaleźliśmy się na dominikańskim krańcu świata. Cóż, nie łatwo opuszcza się magiczne Las Galeras…

 

KARAIBSKI WYPOCZYNEK DLA RODZIN Z DZIEĆMI

Dominikana to wręcz wymarzony kierunek na wakacje z maluchami. Tutejsze ośrodki wypoczynkowe w formule all inclusive mają bardzo wysoki standard i gwarantują bezpieczny pobyt oraz mnóstwo atrakcji dla naszych pociech. Specjalnie z myślą o nich są przygotowywane we wszystkich obiektach tego typu m.in. różnorodne animacje, przedstawienia i koncerty, menu dziecięce, brodziki, usługi nianiek i lekarzy, a nawet przedszkola z wykwalifikowanymi opiekunkami, które zaopiekują się najmłodszymi gośćmi hotelowymi, gdy ich rodzice zapragną spędzić romantyczne chwile tylko we dwoje. Dominikańskie rajskie plaże to doskonałe miejsce na spokojny rodzinny wypoczynek i radosną zabawę z maluchami.    

Przykładowo w luksusowych ośrodkach all inclusive należących do sieci Bahía Príncipe Hotels & Resorts działają mini kluby dla dzieci od 4 do 12 lat (z podziałem na grupy wiekowe) noszące od niedawna nazwę Bahía Scouts (wcześniej znane jako Príncipito). W 5-gwiazdkowym kompleksie Grand Bahía Príncipe Bávaro Resort (obejmującym hotele Grand Bahía Príncipe Bávaro, Grand Bahía Príncipe Punta Cana i Grand Bahía Príncipe Premier) w tym sezonie zimowym oddano również do użytku dla naszych pociech nowy dziecięcy park wodny (to samo uczyniono zresztą w Meksyku na Riwierze Majów – w resorcie Gran Bahía Príncipe Riviera Maya). Kluby Bahía Scouts zapewniają każdego dnia pobytu liczne rozrywki dla najmłodszych, m.in. zajęcia na basenie, malowanie magicznych obrazów, szalone tańce na mini dyskotece, grę w minigolfa czy mini olimpiadę sportową na plaży. Wszystko po to, żeby niezapomniane chwile na rajskich Karaibach i Dominikanie mogły przeżyć całe rodziny, a rodzice mieli choć odrobinę czasu tylko dla siebie…     

 


 

Artykuły wybrane losowo

Portugalia – na końcu Starego Świata

Miejscowość Azenhas do Mar położona na stromym klifie w gminie Sintra
T09ARH1E

© TURISMO DE PORTUGAL/JOSE MANUEL

MAGDALENA BARTCZAK


Przyjazny śródziemnomorski klimat, egzotyczne krajobrazy, różnorodna kuchnia, fascynująca historia, bogactwo architektury, liczne plaże rozciągnięte nad Atlantykiem i ogromna gościnność mieszkańców to tylko niektóre z wielu zalet Portugalii. Ten nieduży kraj pełen turystycznych atrakcji leży na samym krańcu Europy. Dlatego przez długi czas jego terytorium określano mianem „finis terrae”, czyli „koniec świata” bądź „koniec lądu”.

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.

 

Przez Irlandię ze św. Patrykiem

JUSTYNA MAZUREK-SCHRAMM

                                                                                                               FOT. TOURISM IRELAND

<< W IV i V w., gdy w Hibernii (łacińska nazwa Irlandii) ludzie żyli głównie z rolnictwa, jej terytorium podzielone było na wiele małych królestw. Mimo iż Rzymianie podbili sąsiednią Brytanię, nigdy nie pokusili się, aby zająć ziemie po drugiej stronie dzisiejszego Morza Irlandzkiego. Dlatego bez problemu mogła się tu rozwijać kultura celtycka. To wtedy rozpoczęła się chrystianizacja tej krainy, a dawne tradycje w połączeniu z nową religią zapoczątkowały rozwój irlandzkiej sztuki i literatury. >>

Szmaragdowa wyspa należy obecnie do dwóch państw: Republiki Irlandii (Éire) oraz Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Te oddzielone od siebie granicą obszary łączy jednak nierozerwalnie wspólna historia, której częścią jest postać pewnego wczesnochrześcijańskiego duchownego...

Więcej…