ROBERT GONDEK GERBER”

www.gerber.d7.pl

 

  FOT. TANZANIA TOURIST BOARD 

<< Tanzania to jeden z najpopularniejszych kierunków wśród osób szukających afrykańskiej egzotyki i tych, którzy po raz pierwszy odwiedzają ten kontynent. W tym kraju możemy zdobyć Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki (5895 m n.p.m.), przemierzyć wspaniałe parki narodowe pełne dzikich zwierząt, poznać życie Masajów, Buszmenów, Sonjo, Chagga, Kuria i wielu innych plemion, a na koniec odpocząć na przepięknych plażach Zanzibaru, delektując się wspaniałymi owocami. Jednak po to, aby odkryć prawdziwą Tanzanię, trzeba czasem nieco zboczyć z turystycznych szlaków. >>

Zjednoczona Republika Tanzanii powstała z połączenia kontynentalnej Tanganiki i wyspiarskiego Zanzibaru, co ma swoje odzwierciedlenie w nazwie Tanzania. Pozostałością po panowaniu Brytyjczyków jest tu m.in. urzędowy język angielski funkcjonujący obok suahili. Jednocześnie rejon ten stał się niemal wizytówką Afryki ze względu na niezmierne bogactwo gatunków fauny i różnorodność kulturową ludów zamieszkujących te tereny.

 

Wypełniam wniosek wizowy. Celnicy robią zdjęcie mojej twarzy. Zostawiam odciski palców. W paszporcie ląduje pieczątka i wiza, a w kasie celników – 50 dolarów. Joseph czeka na mnie na lotnisku z kartką z napisem Karibu Kaka Gerber (Witaj Bracie Gerber!). – Jambo Joseph! (Cześć Joseph!) – pozdrawiam go przyjaźnie. Nie widzieliśmy się półtora roku od czasu wspólnego wyjazdu do Nepalu. Na czerwonej afrykańskiej ziemi czuję się jak w domu. Natychmiast otula mnie przyjemne ciepło. Wokół wszędzie kwitną na fioletowo drzewa dżakarandy.

Na powitalną kolację idziemy do pobliskiego baru, a Joseph przynosi półmiski z jedzeniem. Znów mogę spróbować pysznych tanzańskich przysmaków: słodkiej trzciny cukrowej do żucia w kawałkach, mięsa, sałatek, owoców. Do tego zimne piwo Kilimanjaro, które tutaj, przy pełni księżyca oświetlającego skryty za chmurami najwyższy szczyt Czarnego Lądu, smakuje naprawdę wybornie. Znowu jestem w Afryce!

 

Wschód słońca na Kilimandżaro

Zdobycie „Dachu Afryki”, jak mówi się o Kilimandżaro, to wspaniałe przeżycie, a zaplanowanie trekkingu na najwyższą górę Czarnego Lądu nie sprawia większych trudności. Wystarczy przyjechać do Moshi lub Arushy, gdzie dziesiątki miejscowych biur podróży w przeciągu kilku godzin są w stanie zorganizować wyprawę. Przyda się też odrobina zdolności negocjacyjnych i trochę przezorności, aby nie zostać ofiarą nieuczciwych pośredników. Podczas podróży po Tanzanii należy zawsze pamiętać, że targowanie się jest wręcz tradycją i obowiązkiem, niezależnie od tego, czy kupujemy banany, płacimy za obiad, czy organizujemy trekking albo safari. Ten zwyczaj stanowi po prostu część tutejszej kultury.

Wyzwaniem podczas wspinaczki na Kilimandżaro może być przyzwyczajenie organizmu do dużej wysokości, a także do zmian temperatury powietrza, spadającej nocami mocno poniżej zera. Sam trekking nie wymaga umiejętności wspinaczkowych, a przez większość roku nie przyda się nam nawet żaden specjalistyczny sprzęt. Powinniśmy za to zaopatrzyć się w wytrzymałe i ciepłe ubrania. W zależności od wybranej trasy, własnych możliwości, uzgodnionej ceny i indywidualnie wynegocjowanych warunków wejście na wierzchołek góry zajmuje od 5 do 8 dni. Zejście jest łatwiejsze i trwa zaledwie 2–3 dni. W zdecydowanej większości przypadków wyprawa kończy się zdobyciem szczytu Uhuru na wulkanie Kibo (masyw Kilimandżaro tworzą pozostałości trzech wulkanów: Kibo, Mawenzi i Shira). Ostatni fragment podejścia zaczyna się nocą. W świetle latarek czołowych grupa za grupą podążają wolno pod górę po niezbyt głębokim śniegu, aby zdążyć na wschód słońca. Końcowe metry to emocjonująca walka z własnymi słabościami, zakończona nierzadko łzami radości. Jednak widok, jaki rozpościera się z „Dachu Afryki”, gdy pierwsze promienie słoneczne rozświetlają okolicę, wynagradza wszystkie trudy wspinaczki, a satysfakcja ze zdobycia Kilimandżaro jest nie do opisania.

 

Na przełaj przez krainę Masajów

  FOT. ROBERT GONDEK

Naszym następnym przystankiem w podróży po Tanzanii są ziemie Masajów. Gdy przez nie przejeżdżamy co chwilę spostrzegamy masajskich mężczyzn owiniętych w czerwone lub fioletowe kangi, trzymających kij, dzidę lub maczetę. Wędrują swoimi ścieżkami oddalonymi parę metrów od drogi. Czasem siedzą i doglądają stad bydła. Wystarczy się zatrzymać, aby jak spod ziemi pojawiły się Masajki sprzedające kolorowe koraliki, wisiorki i bransoletki. To dla nich jedno z najważniejszych źródeł dochodu. Dlatego warto potargować się trochę po drodze i kupić kilka pamiątek bezpośrednio u nich zamiast u pośredników. My robimy postój nawet kilka razy. Mijamy również masajską wioskę, gdzie obserwujemy osobliwą scenę. Jedna z kobiet nie przyszła na umówione spotkanie i pozostałe Masajki zgodnie ze zwyczajem muszą ją za to wychłostać. Biegają więc pomiędzy okrągłymi chatkami z kijkami za swoją ofiarą. Na wszelki wypadek Masajowie radzą nam odjechać ze swojej ziemi. Uiszczamy opłatę wyjazdową za przejazd przez wioskę i jedziemy dalej.

 

Honorowi goście u plemienia Kuria

Przed nami kilkaset kilometrów trasy po bezdrożach północnej Tanzanii do Mugumu – wioski plemienia Kuria, z którego pochodzi Joseph. Po drodze kupujemy ryż i cukier dla jego rodziców. W tutejszych warunkach to towar luksusowy.

On sam długo nie odwiedzał ojczystych stron. Rodzina Josepha postanawia z okazji naszej wizyty zabić kozła, co stanowi ważne i niecodzienne wydarzenie w wiosce, jest wyrazem szacunku dla gości. Czujemy się wyróżnieni. Na podeście przygotowanym z liści bananowca kilka osób trzyma wyrywające się zwierzę. Kozła zabija się poprzez przebicie mu nożem tętnicy szyjnej, z której upuszcza się krew prosto do podstawionego garnka. W naczyniu miesza się czerwoną ciecz z solą, pod wpływem czego staje się ona pomarańczowa. Po ceremonii upuszczania krwi ze zwierzęcia zdejmuje się skórę, a mięso dzieli się na części. Dostajemy nogę kozła na drogę i odjeżdżamy. Szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej. Mieszkańcy wioski cieszą się z odwiedzin i chętnie opowiadają o swoim życiu, a przecież tylko przez bezpośredni kontakt z miejscowymi ludami możemy poznać prawdziwą, nieturystyczną Tanzanię.

 

Oko w oko z lwem

Teraz czeka na nas Park Narodowy Serengeti. Na jego terenie nie wolno osiedlać się ludziom. Przed nami znajduje się pusta żółto-szara równina. Z kolejnymi kilometrami krajobraz zmienia się jednak jak w kalejdoskopie: żółć i szarość zastępuje zieleń, pojawiają się drzewa. Mijamy liczne ślady antylop i zebr. Po obu stronach drogi zauważamy słonie, żyrafy i strusie. Jadąc wzdłuż rzeki, wyprzedzamy ogromne hipopotamy. Jeden z nich zrywa się i w popłochu biegnie wzdłuż traktu.

Momentalnie robi się ciemno. W świetle latarek czołowych rozbijamy namioty. Joseph bierze się za gotowanie. Za kuchnię służy tutaj specjalna okrągła budowla, w której przyrządzają posiłek członkowie wielu grup. Druga podobna pełni funkcję jadalni. Obie są zakratowane. Nie ma w tym nic dziwnego – kemping nie jest ogrodzony. Wszyscy zapewniają nas jednak, że nie musimy się niczego obawiać, ponieważ duże zwierzęta tu nie przychodzą. Mogą się zjawić szakale czy hieny, ale one nie są groźne.

Joseph przygotowuje pyszną kolację: zupę z fasoli, ryż z mięsem i warzywami, a na deser obowiązkowe ananasy, mango, papaję i arbuza. Delektujemy się tanzańskim jedzeniem z daleka od jadalni, pod rozgwieżdżonym niebem. Ktoś w obozie zauważa, że niedaleko stoją dwa słonie. Dopóki na naszym kempingu panuje ruch, jest bezpiecznie, bo nawet zainteresowane nie odważą się zbliżyć do ludzi. Kładziemy się spać w namiocie, w którym zostawiliśmy sobie widok na gwiazdy. Słonie stoją jak stały, ale ja nie mogę usnąć. Wytężam słuch. Słychać owady i pojedyncze trzaski łamanych gałęzi. Moja wyobraźnia zaczyna pracować na zwiększonych obrotach. Robi się zimno. Przykrywam się masajską kangą i już wiem, dlaczego Masajowie nie marzną. Gdzieś ryczy lew, zwierzęta gryzą trawę… Nie mam odwagi wyjrzeć z namiotu. Leżę, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, wsłuchując się w odgłosy, czekając na nowy dzień i… nagle budzę się. Jest rano, a mnie nic się nie stało. Przeżyłem noc w dzikiej Afryce i zapamiętam ją na zawsze.

O świcie ruszamy na poranne safari. Stada słoni, bawołów, antylop, strusi i zebr przechadzają się po równinie Serengeti. Widoki są fantastyczne. Morze żółtych falujących traw ustępuje miejsca wielkim baobabom i drzewom chlebowym.

Na skałach z łapą pod głową leży lwica wygrzewająca się w słońcu. Wstaje, leniwie się przechadza i oddala. Pod drzewem znajdują się kolejne trzy lwy. Patrzą mi prosto w oczy, gdy robię im zdjęcia. Serce wali mi jak oszalałe. Z tak bliska lwów jeszcze nie widziałem.

 

Białe piaski Zanzibaru

Nungwi jest najbardziej znanym turystycznym miasteczkiem na Zanzibarze. Pełno tu niewielkich hoteli, bungalowów i domków do wynajęcia. Miejsce to różni się jednak od popularnych nadmorskich kurortów w Egipcie, Tunezji czy Europie. Po bialutkim piasku wśród palm na tle turkusowego Oceanu Indyjskiego przechadza się niewielu turystów. Czas płynie tutaj leniwie. W barze na plaży chłodzimy się wszechobecną w Afryce coca-colą, przegryzając pestki baobabu, świeżutkiego ananasa i mango. Z głośników sączy się muzyka reggae i bongo flava, czyli tanzański hip-hop. Wsłuchujemy się w kojący szum oceanu. Pod skałami ukradkiem przemykają kraby. I tak spędzamy czas do zachodu słońca.

Któregoś dnia na plaży zaczepia nas mieszkaniec z wioski rybackiej Jambiani ze sfatygowanym zeszytem. Chwali się wpisami od gości rekomendujących jego kuchnię i restaurację. Prowadzi nas przez labirynty płotów z koralowców i sadza pod dachem z liści palmowych. Dostajemy menu, napisane w tym samym zeszycie długopisem. Wśród pozycji na liście króluje bear, czyli piwo, które – oczywiście – zamawiamy. Decydujemy się też na kalmary i rybę, white snappera (Macolor niger). Captain Cook – tak tytułuje się nasz zanzibarski kucharz – zrywa z palmy rosnącej na jego posesji świeżego kokosa, którego przy nas rozcina, i podaje nam w łupinach świeży sok. Jedzenie smaży tuż obok nas nad ogniskiem. Na zakończenie wpisujemy się po polsku do zeszytu w części z rekomendacjami i wracamy na plażę. Na pobliskim piaszczystym boisku odbywa się mecz piłki nożnej. To najpopularniejszy sport w Tanzanii. Zawodnicy grają z pełnym zaangażowaniem. Tylko czasem przez boisko przejeżdża dala-dala (lokalny autobus) albo rowerzysta. Nikomu to jednak nie przeszkadza. Tak mija dzień za dniem w tym raju na ziemi. I tylko ta jedna myśl wywołuje smutek na naszych twarzach, że w końcu trzeba będzie wrócić do domu...


 

Artykuły wybrane losowo

Wiatr zmian nad zachodnim Balatonem

NOÉMI PETNEKI

 

„Węgierskie morze” wciąż wielu Polakom kojarzy się z czasami PRL-u. Niesłusznie – Balaton zmienia się z roku na rok: wzdłuż jego wybrzeży powstają piaszczyste plaże, przybywa licznych atrakcji. Tym razem skupimy się na zachodniej części tego rozległego jeziora, gdzie na przyjezdnych czekają przepiękna przyroda, niezwykła kultura i wiele możliwości aktywnego wypoczynku. Pod trzcinowymi strzechami gospód czy sklepieniem piwnic spróbujemy zaś miejscowych przysmaków oraz wyśmienitych win ze słonecznych wzgórz.

Ogromna powierzchnia jeziora – 594 km2 – zapewnia świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Doskonale będą się tu czuć miłośnicy żeglarstwa, windsurfingu, narciarstwa wodnego (za wyciągiem) czy wędkarstwa. Ci ostatni mają do dyspozycji także dwie rzeki oraz zaciszne i romantyczne zakątki pobliskiego Małego Balatonu (Kis-Balaton), który wchodzi w skład Parku Narodowego Pogórza Balatonu (Balaton-felvidéki Nemzeti Park ). Gęsto porośnięte trzciną brzegi tego niewielkiego akwenu zamieszkują też liczne rzadkie gatunki ptaków wodnych – przyrodnicy amatorzy mogą zwiedzić te tereny z przewodnikiem. Na turystów czekają również nad Balatonem malownicze plaże i ciepła woda. Nic więc dziwnego, że „węgierskie morze” przyciąga każdego roku nie tylko Madziarów, lecz także wielu zagranicznych gości.

Więcej…

Wszystkie cuda Trentino

ROBERT PAWEŁEK

 

Jeśli nie wiesz, jak wygląda raj, jedź do Trentino! – mawiają Włosi. Miłośnikom białego szaleństwa region ten oferuje 800 km nartostrad, a amatorom sportów wodnych – setki jezior i rzek. A wszystko to pośród majestatycznych szczytów Dolomitów, jednych z najpiękniejszych gór świata, wpisanych w 2009 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Każdy narciarz ma swoje ulubione miejsca. Jedni wolą szwajcarskie, austriackie czy słoweńskie kurorty, inni, jak np. sam król nart – Alberto Tomba, Dolomity. Bardzo lubił je także papież Jan Paweł II, też narciarz. Trasy zjazdowe prowadzą tu pośród szczytów, przez zaśnieżone doliny. Warto poczekać do zmierzchu, żeby stać się świadkiem magicznego zjawiska nazywanego po włosku enrosadira, kiedy czerwona, słoneczna poświata oblewa szczyty. Te niesamowite widoki można również podziwiać o świcie. Zachwycał się nimi Johann Wolfgang von Goethe, choć sam nie jeździł na nartach.

Więcej…

Do Panamy po panamę

SYLWIA JEDLAK 

 

<< Kanał Panamski i słynny biały kapelusz panama mogą śmiało uchodzić za najbardziej rozpoznawalne symbole tego małego kraju Ameryki Środkowej. Są też zapewne pierwszymi skojarzeniami, z którymi turyści z innych części świata przekraczają jego granice. Gdy jednak opuszczają gościnne progi Panamy, w ich głowach nie ma już śladu po tej prostej, stereotypowej symbolice. Od tego momentu we wspomnieniach podróżników zdecydowanie ważniejsze miejsce zajmują chociażby przepiękne, wielobarwne „molas” – tradycyjne, bogato zdobione ubrania Indian Kuna. >>

  FOT. VISITPANAMA

Na mapie terytorium Panamy wygląda jak mały haczyk łączący ze sobą Amerykę Północną z Południową. Na wschodnim i zachodnim krańcu państwa leżą dziewicze obszary chronionej przyrody: Park Narodowy Darién (Parque Nacional Darién) przy granicy z Kolumbią oraz Międzynarodowy Park La Amistad (Parque Internacional La Amistad) przy granicy z Kostaryką. Bogactwo flory i fauny jest zresztą jedną z panamskich atrakcji turystycznych, a możemy się nim zachwycać nie tylko na lądzie, lecz także pod wodą. Poza tym na powierzchni 78 200 km2, oprócz Metysów, Mulatów, ludności pochodzenia europejskiego i przedstawicieli rasy czarnej, żyją tutaj unikalne plemiona indiańskie, które przetrwały kolonizację hiszpańską, i do dziś zachowały swoją kulturę i obyczaje.

Chyba niewiele osób wie o tym, że popularne kapelusze typu panama, oryginalnie wyplatane z włókien łyczkowca palmiastego (Carludovica palmata), pochodzą tak naprawdę z Ekwadoru. Jednak pod koniec XIX w. to właśnie w Panamie ekwadorscy producenci tych nakryć głowy znaleźli dużo większy rynek zbytu na swoje towary niż we własnej ojczyźnie. Dziś wielu turystów chętnie zabiera ze sobą pamiątkowy egzemplarz kapelusza, aby przypominał im o panamskiej podróży w zaciszu domowym.

Więcej…