KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, zwą ją Aotearoą, czyli Krainą Długiego Białego Obłoku. Zachwyca ona wspaniałymi krajobrazami i unikatową kulturą ludzi Kiwi, kochających wypoczynek na świeżym powietrzu. Choć Europejczykom niełatwo się do niej dostać, coraz chętniej wyprawiają się w te strony i zawsze wracają z bagażem cudownych wspomnień. >>

Nazwa Nowa Zelandia pochodzi od prowincji Zelandia w Holandii. Dla Europy odkrył te ziemie w XVII w. holenderski żeglarz Abel Tasman (1603–1659). Na terytorium tego kraju składają się dwie większe wyspy – Północna i Południowa – oraz kilka mniejszych. Od 1865 r. rolę stolicy odgrywa Wellington, miasto portowe położone nad Cieśniną Cooka, oddzielającą Morze Tasmana od Pacyfiku.
To niezmiernie malownicze państwo, o powierzchni zbliżonej do Ekwadoru (ma niemal 270 tys. km²), znane jest powszechnie ze swoich cudów natury. Nowozelandzkie wyspy oferują nie tylko wspinaczki na lodowce, odkrywanie dziewiczego piękna Zatoki Milforda (Milford Sound) czy możliwość popływania z wielorybami albo delfinami, lecz także relaksujące kąpiele w gorących źródłach w Rotorua lub turkusowych wodach zatok regionu Bay of Plenty oraz eksplorowanie jaskiń Waitomo. To wszystko stanowi jednak jedynie początek niekończącej się listy atrakcji tej wysuniętej najdalej na południe części Oceanii.

 

RAJ DLA ODWAŻNYCH
Nowa Zelandia uchodzi za mekkę miłośników adrenaliny. Znajdą oni tutaj wiele sposobów na podniesienie jej poziomu we krwi: rafting, zorbing (staczanie się po stoku w plastikowej, nadmuchanej kuli), heliskiing (zjazd na nartach poza wyznaczonymi trasami po wyskoczeniu z helikoptera) czy opuszczanie się na 100-metrowej linie w głąb jaskini. Sporty ekstremalne należą w tym kraju do codzienności. Nawet zwykłe skoki na bungee z mostów lub wyciągników posiadają tu ulepszoną wersję, w której śmiałek rzuca się w dół wprost z helikoptera (helibungee). Każdego dnia turyści z całego globu przeżywają w ojczyźnie ptaków kiwi przygodę swojego życia.

 

KULTURA KOŃCA ŚWIATA
Pierwszymi mieszkańcami tutejszych wysp byli podróżujący wojennymi pirogami przez Ocean Spokojny Maorysi. Obecnie stanowią oni ok. 15 proc. ludności państwa. Prawie 70 proc. Nowozelandczyków ma pochodzenie europejskie. Wciąż jednak spotyka się przepięknie zdobione maoryskie domy zgromadzeń czy tradycyjne łodzie, wzbudzające niegdyś wielki szacunek. Do dzisiaj rozgrywki narodowej drużyny rugby (All Blacks – Cali Czarni) rozpoczynają się od zagrzewającego do boju tańca haka, do którego obowiązkowych elementów należy wystawianie języka w stronę przeciwnika. Maoryskim wpływem w kulturze Nowej Zelandii są również tatuaże, charakterystycznie dla ludów Oceanii. Zazwyczaj rysunki i wzory ozdabiają nogi, plecy i ręce, ale dawniej pokrywano nimi też i twarze.

 

WŚRÓD PLANTACJI
Symbolem kraju jest niewątpliwie nielot kiwi, którego określenie wzięło się od odgłosu wydawanego przez samca tego gatunku. Zobaczyć tego ptaka wcale nie będzie jednak tak łatwo, bo nie dość, że prowadzi nocny tryb życia, to w warunkach naturalnych występuje dość rzadko. Do jego największych wrogów należą zwierzęta sprowadzone przez ludzi z Europy, m.in. psy i koty. Zapobiec wyginięciu kiwi starają się specjalne centra odnowy gatunku. W nich też przyjrzymy się z bliska temu wyjątkowemu stworzeniu.
Sami Nowozelandczycy także mówią o sobie Kiwi, a lokalne zbiory owoców aktinidii o tej samej nazwie należą do największych na świecie. Ten archipelag słynie również ze szlachetnych win sprzedawanych w wielu zakątkach na ziemi i szczepu winorośli sauvignon blanc. Mniej zaludnioną Wyspę Południową pokrywają przede wszystkim plantacje i gigantyczne owcze farmy. W Nowej Zelandii żyje prawie 40 mln owiec, podczas gdy liczba jej ludności wynosi jedynie 4,5 mln. Poza tym chyba w żadnym innym kraju nie ma tylu pól golfowych, co właśnie tutaj.
Miejscowa przyroda to nie tylko wspomniany wcześniej kiwi. Charakterystyczne są też dla niej endemiczne papugi: nielatające kakapo oraz alpejskie kea. W okolicznych wodach mieszkają najmniejsze na świecie delfiny Hektora oraz bardzo rzadkie uchatki nowozelandzkie. Badaczy fascynuje również pochodzący z ery mezozoicznej rodzaj gada zwany hatterią (tuatarą).

 

NIEODKRYTA PERŁA
Położenie Nowej Zelandii przez wiele wieków ograniczało liczbę odwiedzających ją podróżników i chroniło jej ziemie przed nadmiernym wykorzystaniem. To wyspiarskie państwo, które można przemierzyć wzdłuż w ciągu paru dni, a wszerz w zaledwie kilka godzin, posiada jednak od lat grono wiernych wielbicieli. Niewątpliwie znacząco powiększyło się ono na początku XXI stulecia dzięki trylogii filmowej Petera Jacksona, nowozelandzkiego reżysera Władcy Pierścieni. To on pokazał milionom widzów bogactwo natury ukryte na drugim końcu globu. Dziś co roku fani adaptacji dzieła J. R. R. Tolkiena (1892–1973) ściągają do Tongariro National Park (Parku Narodowego Tongariro) i wioski niedaleko miejscowości Matamata, aby zobaczyć na własne oczy miejsca, w których kręcono sceny rozgrywające się w Mordorze i Hobbitonie. Bez wątpienia łatwo poczuć się tam jak w filmie.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/IAN BRODIE

Udostępniony zwiedzającym plan filmowy Władcy Pierścieni


Co ciekawe, dwie główne nowozelandzkie wyspy przypominają odrębne światy. Północna to przede wszystkim kraina gejzerów i oszałamiająco pięknej egzotycznej przyrody ze znakomicie zachowaną kulturą Maorysów. Południową natomiast pokrywają w większości góry i lodowce i to one tworzą jej malownicze krajobrazy.

 

WYMARZONY DOM
Wyspa Północna leży bliżej równika, dlatego ma cieplejszy i łagodniejszy klimat niż jej sąsiadka. Pierwsi misjonarze i osadnicy właśnie ją uznali za rejon dogodny do rozpoczęcia nowego życia. Nieformalną stolicą kolonii stało się niewielkie miasteczko Russell w Bay of Islands (Zatoce Wysp). Dziś do tutejszego wieloetnicznego Auckland, największego miasta w kraju (1,5-milionowego), wciąż napływają imigranci z całego świata. Co trzeci mieszkaniec tej nowozelandzkiej metropolii uważa angielski za swój drugi język. Szczególnie upodobali ją sobie przybysze z małych wysepek Pacyfiku. Dla przykładu na niewielkiej Niue żyje ok. 1,4 tys. osób. Kilka razy więcej Niueńczyków osiedliło się jednak w Nowej Zelandii i pobliskiej Australii. Podobnie sytuacja wygląda na okolicznych archipelagach (Tonga czy Wyspach Cooka lub Salomona). Można przypuszczać, że gdyby nie ograniczenia imigracyjne wprowadzone przez nowozelandzki rząd, niektóre z tych terenów wyludniłyby się całkowicie. Auckland często określa się zatem mianem „stolicy Południowego Pacyfiku”.

 

WIZYTA W PIEKLE
Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Wyspy Północnej stanowi Rotorua – miasto położone w pasie wulkanicznym o długości ponad 200 km i szerokości do 40 km, przebiegającym z południowego zachodu na północny wschód. To właśnie w jego pobliżu obserwuje się wzmożoną aktywność geotermalną. Turyści przyjeżdżają więc w te strony zobaczyć wybuchające gejzery, gorące źródła, bulgocące błota i… odwiedzić autentyczne wioski maoryskie. W 1934 r. irlandzki dramaturg George Bernard Shaw (1856–1950) po wizycie w tym mieście napisał: Byłem szczęśliwy, że znalazłem się tak blisko Hadesu i zdołałem wrócić. Bez wątpienia tutejsza okolica przywodzi na myśl piekło, zwłaszcza kiedy spogląda się na nią z wagonu kolejki linowej docierającej na jeden ze szczytów i widzi się unoszące się zewsząd kłęby pary. Spacer po niepewnym wulkanicznym gruncie wśród wszechobecnego zapachu siarkowodoru przypomina o innym, groźnym obliczu Nowej Zelandii.
W Rotorua polecam odwiedzić fascynujące geotermalne parki: Te Puia czy Wai-O-Tapu Thermal Wonderland. W tym ostatnim codziennie rano o godz. 10.15 dochodzi do erupcji gejzera Lady Knox. Na początku XX w. odkryli go pracujący na tym terenie więźniowie, gdy podczas robienia prania wrzucili do wody mydło, które spowodowało mały wybuch. Zaskakujący efekt zachęcił ich do powtórzenia eksperymentu. Osobliwe zjawisko zaprezentowali potem gubernatorowi generalnemu Nowej Zelandii Uchterowi Knoxowi (1856–1933), któremu tak się spodobało, że nazwał gejzer imieniem swojej córki Lady Constance Knox.

 

MROCZNY MORDOR
Część pasa wulkanicznego zajmuje wspomniany już Park Narodowy Tongariro z najwyższym wulkanem Nowej Zelandii – Ruapehu (2797 m n.p.m.). Jego nazwa pochodzi z języka maoryskiego i oznacza „wybuchające jezioro”, bowiem w środku krateru znajduje się zbiornik z ciepłą wodą, która wyparowuje przy każdej erupcji. Otaczające górę lodowce napełniają go jednak ponownie.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/ROB SUISTED

Trekking w Parku Narodowym Tongariro


Ruapehu jest wciąż czynny. Ostatnio wybuchł we wrześniu 2007 r. W dniu 24 grudnia 1953 r. doprowadził do tzw. katastrofy w Tangiwai, w której zginęło 151 osób. Wywołane przez niego lawiny błota spłynęły do pobliskiej rzeki Whangaehu i spowodowały zawalenie się mostu kolejowego. Przejeżdżający nim pociąg runął w dół.
Na terenie parku leżą także dwa inne aktywne wulkany – Tongariro (1978 m n.p.m.) i Ngauruhoe (2291 m n.p.m.). Ten ostatni zagrał umiejscowioną w Mordorze Orodruinę – Górę Przeznaczenia, w której hobbit Frodo Baggins zniszczył Pierścień Władzy Saurona w trylogii Petera Jacksona. Poza tym wybudowano tutaj też kurort narciarski i wyznaczono liczne trasy piesze, pozwalające podejść całkiem blisko do szmaragdowych jeziorek i ośnieżonych stożków. Turyści nie przepadający za wędrówkami mogą wybrać lot awionetką nad szczytami – niesamowite widoki na pewno pozostawią w nich niezatarte wrażenia.

 

PODZIEMNE GWIAZDOZBIORY
Ok. 2 godz. jazdy dzieli Rotorua od jaskiń Waitomo. Rozsławiły je mieszkające w nich muchówki z rodziny grzybiarkowatych (Arachnocampa luminosa), które w stadium poczwarki emitują światło w wyniku reakcji bioluminescencji. Kompleks grot można zwiedzić w ramach 4-godzinnej wycieczki Lost World (Zaginiony Świat) oferowanej przez Waitomo Adventures. Jak każda atrakcja w Nowej Zelandii i ta jednak nieco kosztuje. Trzeba na nią przeznaczyć ok. 300 dolarów nowozelandzkich (mniej więcej 780 zł), ale zapewniam, że warto wydać te pieniądze.
Wyprawa zaczyna się od wprowadzenia: wszyscy uczestnicy dostają kombinezony, kalosze, uprząże i karabinki. Uczymy się przepinania na skałach, bezpiecznego przechodzenia przy krawędzi z przepaścią oraz pokonywania stromych zejść. Potem z przewodnikiem docieramy do zawieszonego nad wlotem do jaskini drewnianego mostku, z którego zwisają liny. Każdy z nas musi przejść szybki kurs rappellingu, czyli zjechać po jednej z nich 100 m w głąb ciemnej pieczary. W końcu jesteśmy na dole. Odpinamy liny, włączamy czołówki i wchodzimy pod górę. Wspinamy się na wielkie kamienie. Wreszcie stajemy w bardzo małej grocie. Proszą nas, abyśmy usiedli i wyłączyli latarki. Nasze oczy powoli przyzwyczajają się do mroku i nagle na ścianie zauważamy kilkaset światełek. Wyglądają jak gwiazdy na niebie, tylko w kolorze zielonym. Przewodnik tłumaczy nam, że to właśnie kolonie muchówek. Idziemy dalej w ciemności po skałach. Ostatni odcinek stanowi pionowa, 30-metrowa metalowa drabina, która prowadzi na powierzchnię. Dla większości uczestników wycieczki to ona stanowiła największą trudność do pokonania – śliskie szczeble wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Na szczęście w razie osunięcia ubezpieczała nas lina przypięta do uprzęży. Przez te kilka godzin naprawdę czuliśmy się tak, jakbyśmy przenieśli się do innego, nieznanego świata.
W kompleksie Waitomo organizuje się również niezmiernie emocjonujące spływy na oponie oraz spokojne rejsy łodzią w poszukiwaniu świecących owadów. Udostępniono tu także trasy piesze. Dzięki temu każdy wybierze odpowiedni dla niego sposób zwiedzania.

 

MARZENIE ALPINISTÓW
Podróż promem ze stołecznego Wellington na Wyspę Południową zajmuje 3 godz. Sama trasa statku jest już niebywale malownicza, a to dopiero przedsmak tego, co czeka na nas u celu. Wśród tutejszych aktywności do najpopularniejszych należą m.in. pływanie kajakami, żeglowanie, łowienie ryb, nurkowanie, a przede wszystkim jazda na nartach, trekking i wspinaczka górska. To właśnie Nowozelandczyk Edmund Hillary (1919–2008) wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem (1914–1986) w maju 1953 r. zdobył po raz pierwszy najwyższy na świecie szczyt – Mount Everest (8848 m n.p.m.). W Nowej Zelandii mamy gdzie trenować. Alpy Południowe pokrywają liczne lodowce, na dodatek niektóre położone bardzo nisko, bo zaledwie na wysokości 300 m n.p.m. Na wyprawę po nich najlepiej wyruszyć z pobliskich miejscowości, np. Ross, Franz Josef czy Fox Glacier. Polecam szczególnie rozległe lodowce Franza Josefa i Foxa. Oferty doświadczonych biur turystycznych obejmują nie tylko opiekę przewodnika, lecz także wyposażenie: kurtkę przeciwdeszczową, specjalne obuwie i raki.
Szlak do długiego na 13 km Lodowca Foxa (Fox Glacier) początkowo wiedzie w górę przez bujny las deszczowy z wielkimi paprociami.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/GLACIER SOUTHERN LAKES HELICOPTERS

Lodowiec na Wyspie Południowej

 

Po ponadgodzinnym marszu oczom wędrowców ukazuje się lodowa pokrywa. W tle widnieje pasmo Alp Południowych, gdzieniegdzie ośnieżone. Wznosi się w nim najwyższy szczyt kraju – Góra Cooka (3724 m n.p.m.). Przewodnik podaje nam raki i wchodzimy na bardzo śliski lód. Z daleka wyglądał na przybrudzony, ale teraz, z bliska, mieni się wszystkimi odcieniami niebieskiego: im szczeliny głębsze, tym kolor intensywniejszy i ciemniejszy. Pod koniec droga wiedzie wzdłuż Rzeki Foxa, zasilanej przez lodowiec i po połączeniu się z Rzeką Cooka wpadającej do Morza Tasmana.

 

BAŚNIOWE FIORDY
Warto zawitać również trochę dalej na południe, nad brzeg rynnowego jeziora Wakatipu (prawie 400 m głębokości), do 18-tysięcznego kurortu Queenstown. Rocznie przybywa do niego ok. 1,9 mln turystów, aby poszusować na tutejszych stokach narciarskich. Za skarb tego rejonu Nowej Zelandii uchodzi Fiordland National Park (Park Narodowy Fiordland) ze słynną Zatoką Milforda – Milford Sound, która ma aż 15 km długości. Fiord ten odkrył żeglarz i poławiacz fok John Grono (ok. 1767–1847) dopiero mniej więcej w 1812 r., ponieważ od strony Morza Tasmana nie sposób go dostrzec.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/ROB SUISTED

Spektakularna Zatoka Milforda przyciąga najwięcej turystów

 

Podczas rejsu po jego wodach możemy delektować się przepięknymi widokami na uznawany za najwyższy klif morski na świecie – Mitre Peak (szczyt Mitra, 1692 m n.p.m.). W wielu miejscach dojrzymy bajeczne wodospady (np. 155-metrowy Stirling Falls), przy odrobinie szczęścia zobaczymy pingwiny i foki wylegujące się na przybrzeżnych skałach oraz pluskające się delfiny czy nawet wieloryby. Niestety, pogoda rzadko tu dopisuje i zazwyczaj szczegóły krajobrazu rozmywa mżawka. Wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako część rezerwatu przyrody Te Wahipounamu) Park Narodowy Fiordland uznaje się za jeden z najdzikszych zakątków półkuli południowej, gdyż ze względu na brak dróg nie udało się go jeszcze w pełni zbadać.

 

POMYSŁ NA WYJAZD
Nowa Zelandia stanowi prawdziwy raj dla podróżników z plecakiem, tzw. backpackerów. Wielu turystów korzysta z programu Working Holiday Scheme, dzięki któremu przez rok wolno im zwiedzać wyspy i legalnie pracować dorywczo w razie potrzeby. W sezonie bardzo łatwo znaleźć zatrudnienie na licznych plantacjach owocowych lub farmach owiec. Młodzi ludzie często odwiedzają ten kraj również w celach edukacyjnych: jako studenci na wymianie międzynarodowej bądź uczestnicy kursów języka angielskiego. Podczas takich pobytów niejednokrotnie zdarza się, że obcokrajowcy postanawiają zostać tu na zdecydowanie dłużej. Zresztą trudno im się dziwić.

 

WYPRAWA DLA WYTRWAŁYCH
Ponad 24-godzinny lot, przesiadki w Europie, Azji i Australii czy na Bliskim Wschodzie mogą zniechęcić niejednego. Jednak ktokolwiek dotrze na ten koniec świata, na pewno nie pożałuje swojej decyzji. Wyjątkowe przeżycia, jakie zapewni nam wizyta w Nowej Zelandii, nie tylko zrekompensują nam trudy podróży, lecz także całkowicie wymażą je z naszej pamięci. A wtedy ciężko będzie oprzeć się chęci, aby kiedyś znowu wrócić do tej fantastycznej, filmowej krainy...

 

 

Artykuły wybrane losowo

Z plecakiem przez Papuę-Nową Gwineę

KAROLINA SYPNIEWSKA

 

<< Papua-Nowa Gwinea stawia przed podróżnikiem wiele wyzwań. Nie jest to kraj na odbycie pierwszej dalekiej wyprawy za granicę. Niedostępna informacja turystyczna, niezbyt stabilna sytuacja polityczna i korupcja nie wróżą najlepiej początkującym globtroterom. To właśnie dlatego zdecydowałam się wybrać ten kierunek na moją kolejną egzotyczną podróż. W państwie, w którym praktycznie nic nie zostało przygotowane na przyjęcie turystów, każde doświadczenie będzie niezmiernie autentyczne. Za cel wyjazdu postawiłam sobie poznanie uderzająco pięknej przyrody i obcowanie z przedstawicielami lokalnej ludności, niezwykle niejednolitej pod względem kulturowo-etnicznym. >>

Więcej…

Żeglarskie raje

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Żeglarstwo dla wielu osób stało się pasją życia. Nie wyobrażają sobie oni udanych wakacji bez rejsu jachtem lub katamaranem. To dla nich nie tylko szansa na przeżycie wspaniałej przygody, ale również okazja do poznania odmiennych kultur, interesujących atrakcji turystycznych oraz fascynujących zakątków Europy i świata. Zapaleni żeglarze co roku myślą o nowych trasach oraz o ciekawszych i bardziej egzotycznych akwenach. Większość z nich wybiera ciepłe morza, regiony i kraje – Chorwację, Grecję, Włochy, Francję, Turcję, Hiszpanię, Baleary i Wyspy Kanaryjskie, Karaiby, Seszele czy Polinezję Francuską. Są to bez wątpienia najpiękniejsze akweny żeglarskie świata. Oferują uczestnikom rejsów moc atrakcji. Na załogi jachtów lub katamaranów czeka na nich prawdziwe pełnomorskie pływanie lub powolna włóczęga od zatoki do zatoki, od portu do portu…   

Więcej…

Filipiny – kraj tysięcy wysp

DARIUSZ METEL

 

<< Ten przepiękny, malowniczy kraj o powierzchni 300 tys. km2 leży w Azji Południowo-Wschodniej, na Oceanie Spokojnym. Od północy oblewają go wody cieśniny Luzon, a od północnego zachodu – Morza Południowochińskiego. Z kolei na wschodzie rozciąga się Morze Filipińskie. Na południu i południowym zachodzie natrafimy zaś na morza Celebes i Sulu. >>

W archipelagu, na którym położone są Filipiny, jest aż 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, z czego 880 pozostaje zamieszkanych. To jeden z najbogatszych obszarów na świecie pod względem bioróżnorodności. Okoliczne wody kryją przepiękne rafy koralowe i rzadkie gatunki egzotycznych ryb. Turystom ten kraj kojarzy się przede wszystkim z rajskimi plażami z białym piaskiem i lazurowym morzem.

 

Wzgórza Czekoladowe pokrywa gęsta trawa

© Philippine Department of Tourism/David Hettich, Tobias Hauser

 

Filipiny mają ponad 106 mln mieszkańców, niestety, nie należą do bogatych państw, ale wciąż się rozwijają. Ze względu na położenie geograficzne występują tu tajfuny. Nie zniechęca to jednak turystów, z każdym rokiem przybywa ich coraz więcej. Stolicą kraju jest Manila – jedna z największych metropolii na świecie (w granicach obszaru metropolitalnego żyje ok. 13 mln ludzi). Znajdują się w niej m.in. dzielnice biznesowe (Makati) i turystyczno-rozrywkowe (Ermita). Mimo nowoczesnego charakteru miasta nadal można natknąć się w nim na slumsy, zwłaszcza w dzielnicy Tondo.

 

KRAJ W PIGUŁCE

Przygodę z Filipinami koniecznie trzeba zacząć od mojego numeru jeden – wyspy Bohol. Leży ona w samym sercu obszaru administracyjnego Visayas. Stąd promem można dotrzeć na Camiguin, Siquijor, Cebu czy do miasta Dumaguete na Negros. Słyszałem, iż o Bohol mówi się, że to Filipiny w pigułce, ponieważ mamy tutaj wszystkiego po trochu. Na wyspie poznamy kulturę i historię kraju, odpoczniemy na piaszczystych plażach, ponurkujemy z delfinami, wybierzemy się na wycieczkę w celu obserwowania dzikich zwierząt oraz spróbujemy przepysznych, tradycyjnych filipińskich dań. Poza tym spotkamy na niej także otwartych, pomocnych i radosnych Filipińczyków.

                Warto tu udać się w okolice Wzgórz Czekoladowych. Składa się na nie ok. 1270 kopców o bardzo regularnych kształtach, porośniętych trawą. Mniej więcej 30 km na wschód od stolicy wyspy, miasta Tagbilaran, leży miejscowość Loboc. Przepływa przez nią rzeka o tej samej nazwie, po której pływają łodzie przerobione na restauracje. Uczestnicy rejsu przy lokalnej muzyce zajadają się filipińskimi przysmakami. Na pokładzie podaje się kurczaka adobo, owoce morza, ryż, przeróżne ryby, wieprzowinę i – oczywiście – owocowe desery. Jeśli łódź udaje się w głąb tropikalnego lasu, podczas zachodu słońca pasażerowie mają dużą szansę, żeby zobaczyć tysiące świetlików. Nad tą rzeką Francis Ford Coppola kręcił sceny do swojego dramatu wojennego Czas apokalipsy (1979 r.).

Pięknym miejscem jest błękitny wodospad Mag-Aso koło miasteczka Antequera. W upalne dni warto zanurzyć się w jego wodach, aby nieco się ochłodzić. Jeśli ktoś chce poczuć dreszczyk emocji, może pójść w ślady miejscowych i skoczyć na główkę z wysokiego na 10 m brzegu.

Osobom lubiącym aktywny wypoczynek spodoba się Danao Adventure Park. Do wyboru są tu takie atrakcje jak zwiedzanie jaskiń, wspinaczka po korzeniach na klifie, ślizg nad wąwozem czy skok wahadłowy. Wszystko to możliwe jest dzięki naturalnemu ukształtowaniu terenu. Poza tym od września do lutego można też popływać z rekinami wielorybimi w okolicy miasteczka Oslob na pobliskiej wyspie Cebu. Na Bohol za wielką atrakcję turystyczną uchodzi również sanktuarium wyraków filipińskich (tarsjuszy), w którym spotkamy się oko w oko z tymi jednymi z najmniejszych małpiatek na świecie.

 

SAM ŚRODEK RAJU

Na przepięknej, piaszczystej wysepce Pamilacan bungalow wynajmiemy już za równowartość 60 złotych za dobę (oczywiście, standard zakwaterowania można podnieść przy wyższej opłacie). W cenę wliczone są śniadanie, kolacja, niezliczona ilość tropikalnych owoców oraz świeżych ryb i owoców morza, takich jak ośmiornice czy krewetki. Plaża jest zupełnie bezludna. Można na niej znaleźć wspaniałe, duże, kolorowe muszle. Za atrakcję turystyczną uchodzą tutaj czarne jeżowce, które smakują jak słona ikra.

Od niedawna prąd na Pamilacan zapewniają baterie słoneczne. Niestety, ze względu na brak dostępu do wody pitnej nieliczni mieszkańcy (ok. 2 tys.) muszą przywozić ją z miasta Baclayon na wyspie Bohol. Poza bungalowami i zabudowaniami mieszkalnymi znajduje się tu też kościół, sąsiadujący z ruinami ponad 200-letniego hiszpańskiego fortu. Pamilacan to prawdziwa filipińska wieś. Wyspiarze hodują świnie, kozy, krowy, a nawet koguty. Wyspę pokrywa zielona trawa, wśród której rosną ogromne palmy.

 

PODZIEMNY ŚWIAT

W centrum wyspy Palawan leżą lasy namorzynowe i pola uprawne, na których rosną palmy kokosowe, kukurydza i ryż. Ona sama przyciąga bajecznymi krajobrazami i parkami zamieszkanymi przez dzikie zwierzęta. Wzdłuż linii brzegowej rozciągają się piaszczyste plaże oblewane krystaliczną wodą. W okolicy wyspy z całą pewnością warto udać się na nurkowanie. Widok tropikalnych raf koralowych jest nie do opisania. Inną wspaniałą rozrywką będzie tzw. island hopping. Taka wycieczka łodzią trwa cały dzień. Jej uczestnicy przemieszczają się z jednej plaży na drugą, z laguny do laguny. Po drodze koniecznie należy odwiedzić małą wioskę rybacką Sabang. To właśnie w tutejszym Parku Narodowym Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (umieszczonym w 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO) płynie podziemna rzeka (Cabayugan), która ma długość 8,2 km (do zwiedzania udostępniono ok. 1,5 km). Za wstęp do wioski trzeba zapłacić. Można to zrobić już na miejscu lub niedaleko Puerto Princesa – głównego miasta wyspy, gdzie znajduje się lotnisko. Park został okrzyknięty w 2011 r. jednym z 7 Nowych Cudów Natury.

 

KRÓLESTWO PLAŻ

Na północy Palawanu położone jest blisko 50-tysięczne miasto El Nido. Ze względu na rozbudowaną ofertę noclegów cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Mimo to zachowało swój lokalny charakter. Nadal nie można w nim płacić kartą i działa tu tylko jeden bankomat, dlatego przed przyjazdem lepiej zaopatrzyć się w gotówkę. W pobliżu miasta leży archipelag Bacuit, znajdujący się pod ochroną jako rezerwat przyrody. Wiele przewodników turystycznych uważa go za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Organizuje się na niego jednodniowe wycieczki (koszt w przeliczeniu to ok. 90 złotych), podczas których posiłek podaje się na rajskiej wysepce.

Szczególnie warto odwiedzić okoliczne plaże. Każda z nich jest nieco inna. Wąską plażę miejską w El Nido wypełniają stoliki. Trudno nie zauważyć licznych łódek, które cierpliwie czekają na turystów. Z całą pewnością nie da się tu odpocząć w ciszy i spokoju. Mimo to warto odwiedzić to miejsce, choćby po to, aby obejrzeć spektakularny zachód słońca, które chowa się za malowniczymi górami.

Corong-Corong też nie nadaje się na spokojne plażowanie. Plaża ta leży w południowej części miasta, niedaleko nowego terminalu autobusowego. Można wybrać się na nią na romantyczne spacery i drinka w jednej z nastrojowych knajpek.

Zupełnie inna jest Las Cabanas. To prawdziwa perełka wśród plaż na wyspie Palawan, idealna na leniwe wylegiwanie się na piasku, kąpiel w krystalicznie czystym morzu i długie spacery. Najlepiej odwiedzić ją rano, gdy bywa niemal pusta, a wokół panuje błoga cisza, oraz o zachodzie słońca, bo właśnie z niego słynie. Tę fenomenalną grę świateł i kolorów koniecznie trzeba zobaczyć.

Ogromną, piaszczystą plażę Duli oblewa turkusowa woda. Jej główną zaletą jest to, że turyści zbytnio jej nie oblegają. Znajdziemy tutaj za to kilka miejsc idealnych do uprawiania surfingu. Dlatego Duli warto polecić miłośnikom sportów wodnych.

Najpopularniejsza w tym rejonie Nacpan uchodzi również za najpiękniejszą. Znajduje się ona na północ od El Nido, bliżej Duli. Jest szeroka, piaszczysta, zachwyca czystą wodą. Niestety, zwykle goszczą na niej tłumy ludzi, ze względu na których zastawiono ją byle jakimi restauracjami. Dlatego można ją sobie odpuścić.

Prawdziwym rajem dla samotników będzie za to Papaya. Na tę plażę dostaniemy się jedynie drogą morską. Leży ona bardzo blisko El Nido. Ponieważ przypływa się na nią prywatną łodzią, można tu zostać tak długo, jak się pragnie.

 

Wyspa Coron koło Palawanu, z wapiennymi skałami

© Philippine Department of Tourism

 

NIEZNANY SKARB

Mało jeszcze znanym regionem Filipin są wyspy Caramoan (w regionie Bicol) rozsiane w pobliżu półwyspu o tej samej nazwie (części największej filipińskiej wyspy Luzon – ok. 110 tys. km² powierzchni). Zaczynają one jednak budzić coraz większe zainteresowanie wśród turystów. Rejon przypomina nieco El Nido, ale warto go polecić przede wszystkim z uwagi na fakt, że nie dociera tu aż tak wiele ludzi.

Caramoan potrafią zauroczyć. Zdecydowanie polecam spędzić czas na jednej ze spokojnych, białych plaż. Warto przyjrzeć się imponującym, wapiennym skałom i zanurzyć się w turkusowej wodzie, pod której powierzchnią można oglądać kolorowe morskie ryby. Tutaj z całą pewnością da się poczuć bliskość z naturą. Co ciekawe, właśnie w tej okolicy kręcono jedną z edycji amerykańskiej serii telewizyjnej Survivor.

Na Luzon wznosi się też Mayon (2463 m n.p.m.), należący do najpiękniejszych czynnych wulkanów na świecie. Jego szczyt ma kształt stożka. Można go zdobyć bez większego problemu (koszt całodniowej wyprawy z przewodnikiem wynosi 100 dolarów amerykańskich).

 

OSOBLIWA TRADYCJA

Na Filipinach za każdym razem odkryjemy coś nowego. Podczas jednej z moich licznych wycieczek w te strony miałem okazję zobaczyć, jak miejscowi obchodzą Wielkanoc.

                Mniej więcej 80 proc. Filipińczyków jest katolikami. W Wielki Czwartek w Manili rusza procesja z udziałem mężczyzn przebranych za apostołów. Kapłani odprawiają mszę Wieczerzy Pańskiej z obrzędem obmywania nóg. Następnie Filipińczycy z rodzinami i przyjaciółmi odwiedzają siedem kościołów. W takim właśnie momencie znalazłem się w filipińskiej stolicy. Atmosfera zbliżających się świąt była odczuwalna praktycznie na każdym rogu ulicy, gdzie ustawiono stoliki z figurkami Matki Boskiej i Jezusa, różańcami oraz świecami. Wokół klęczeli ludzie zanurzeni w modlitwie. Na twarzach przechodzących widniały szczere uśmiechy. Głośno rozmawiali i z radością oczekiwali zbliżającego się święta.

W Wielki Piątek, pomimo krytyki ze strony zwierzchników kościelnych, na Filipinach wciąż praktykuje się zwyczaj przybijania ochotników do krzyża. Filipińscy biskupi zaznaczają, że tradycje biczowania i krzyżowania w czasie Wielkiego Tygodnia mają korzenie w animizmie i nie są aprobowane przez Kościół katolicki. W ponad 300-tysięcznym mieście San Fernando w prowincji Pampanga na wyspie Luzon w ramach przygotowań do Wielkiego Piątku mieszkańcy na niewielkiej górze w okolicy ustawiają trzy duże krzyże (w dzielnicy San Pedro Cutud). Z tego miejsca ruszają biczujący się pokutnicy. Maszerują wąskimi uliczkami aż do centrum miasta, pod Katedrę Metropolitalną (Metropolitan Cathedral of San Fernando). W tym dniu na ogromnym placu spotyka się tłum wierzących. Oprócz nich są także ekipy telewizyjne, które przyjeżdżają z całego świata, żeby udokumentować to wydarzenie. Wokół placu stoją namioty z barami oraz punkty medyczne, w razie gdyby komuś trzeba było udzielić pomocy.

Typowy pokutnik przemierza trasę boso, trzymając w dłoniach półtorametrowy bicz, na którego końcu znajdują się krótkie, bambusowe patyczki. Biczuje się ok. 3 godz., raniąc plecy ociekające krwią. Mimo 37°C nie przerywa. Koło 13.00 do tysięcy ludzi zgromadzonych na placu w centrum miasta dołączają żołnierze, którzy prowadzą Jezusa wraz z Maryją. Zakończeniem pochodu jest ukrzyżowanie Zbawiciela – jego rolę odgrywa ochotnik. Wraz z nim zostaje ukrzyżowanych jeszcze 14 osób. Do drewnianych krzyży mocuje się metalowe dyby, wzdłuż których mocno i energicznie rozciąga się ręce pokutników. Nie jest to zwyczajne przedstawienie. Słychać krzyki wiernych i obserwujących. Podczas stawiania krzyża w pionie w tłumie rozlega się płacz, czuć wielkie poruszenie. Ludzie na nowo przeżywają mękę Jezusa.

Wielkopiątkowe ukrzyżowania pierwotnie były rytuałem katolickim, jednak na przestrzeni lat zamieniły się w spektakl, który przyciąga tysiące turystów. Choć praktyk tych Kościół nie pochwala i uważa je za wypaczenie wiary, dotychczas nie udało się położyć im kresu. To widowisko wywiera ogromne wrażenie na oglądających, bo wygląda wyjątkowo realnie. Z tego powodu na długo zapada w pamięć. Filipińska tradycja krzyżowania ochotnika nie jest długa. W latach 80. XX w. pewien Filipińczyk, Ruben Enaje, spadł z drabiny przy rusztowaniu i przeżył upadek. Uznał to za cud, postanowił więc podziękować Bogu za uratowanie mu życia. Podczas wielkopiątkowych obchodów w 1985 r. wziął ciężki drewniany krzyż na swoje barki i udał się na górę, gdzie po raz pierwszy dał się ukrzyżować. Zwyczaj trwa do dziś, a Ruben Enaje krzyżuje się co roku w Wielki Piątek, a wraz z nim ok. 20 innych osób.

Ochotnicy przybijani do drewnianych krzyży podczas corocznych obchodów Wielkiego Piątku
© Dariusz Metel

POJEDYNEK KOGUTÓW

Z kolei w mieście Puerto Princesa na Palawanie można odwiedzić wielką, profesjonalną arenę do walk kogucich. Według filipińskiej tradycji każdy mieszkaniec kraju powinien posiadać koguta. Nie chodzi tutaj o kwestie żywieniowe, ale o szacunek sąsiadów. Im lepszy ptak (champion), tym większe poważanie wśród miejscowych. Sabong, czyli walki kogutów, to prawdziwy sport. Oprócz dostarczania oczywistych emocji pozwala też zarobić. Rozgrywki są traktowane niezmiernie poważnie, za wygrany pojedynek można dostać równowartość 75 złotych. Dla Filipińczyków to naprawdę spora kwota. Walka trwa średnio kilkanaście minut – jeśli podczas pierwszych dziesięciu koguty nie zaczynają walczyć, uznawana jest za nieważną.

Zanim jednak ptak stanie na ringu, wymaga specjalnego przygotowania, tzw. uzbrojenia. Do jego nóg przymocowuje się specjalne ostrza, czyli tore, które stają się dodatkową bronią w walce. Kogut przy wyskoku zadaje cios tym ostrzem i tak pokonuje przeciwnika. Zdarzają się bardzo zaciekłe, krwawe potyczki, wtedy nawet sam sędzia, który z bliska śledzi cały pojedynek, musi uważać na swoje bezpieczeństwo.

 

Soczyście zielone tarasy ryżowe znajdujące się w Banaue na wyspie Luzon

© Philippine Department of Tourism

 

POLA NA ZBOCZACH

Podczas opisywania Filipin, nie można zapomnieć o spektakularnych polach ryżowych. W trakcie podróży po tym kraju trzeba je koniecznie zobaczyć.

Jedne z nich znajdują się w okolicy Banaue (w północnej części wyspy Luzon). Zabudowania tego górskiego miasteczka skupione są praktycznie wzdłuż jednej, długiej ulicy. Na centralnym placu stoją kolorowe jeepneye, czyli zmodyfikowane modele jeepa, i mnóstwo trójkołowych rowerów. Blaszane domy nie robią wrażenia na turystach. Uwagę przyciągają liczące aż ok. 2 tys. lat, przepiękne, soczyście zielone tarasy ryżowe, które uchodzą za ósmy cud świata. Uważa się, że ludzie zbudowali je, nie używając maszyn, co czyni je wyjątkowym obiektem. Leżą na pokrytych bujną roślinnością zboczach górskich.

W prowincji Ifugao znajduje się w sumie pięć tarasów ryżowych (w Kordylierach Filipińskich – Batad i Bangaan – oba w Banaue, a także Mayoyao w Mayoyao, Hungduan w Hungduan i Nagacadan w Kiangan), które wpisano w 1995 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Widoki w ich okolicach zapierają dech w piersiach. Można tutaj podziwiać wspaniały, ok. 30-metrowy wodospad Tappiya, w którego wodach warto ochłodzić się po podróży z oddalonej o mniej więcej 30 minut drogi wioski Batad. Niestety, to malownicze miejsce jest bardzo oblegane przez turystów.

 

WISZĄCE TRUMNY

Filipiny to nie tylko rajskie plaże i turkusowa woda, ale również piękne góry. Najsłynniejszą górską miejscowością jest Sagada. Swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim tajemniczym jaskiniom i wiszącym trumnom. Niecodzienny sposób chowania zmarłych zapoczątkowała ludność Igorot (Cordillerans), która zamieszkuje północne tereny Luzonu. Zwyczaj głosi, że każdy powinien za swojego życia własnoręcznie wykonać trumnę z jednego kawałka drewna, aby po śmierci zostać w niej pochowany. Zmarłych zawijano w koce i obwiązywano liśćmi rattanu. Rodzina i przyjaciele nieśli później tak przygotowane zwłoki pod skały. Tam owinięte ciało układano w trumnie w pozycji embrionalnej. Wierzono, że skoro człowiek w takiej pozycji przyszedł na świat, to i w tej samej powinien z niego odejść. Trumna po zamknięciu była umieszczana na wcześniej przygotowanym miejscu na skale, wnoszono ją po drabinie. Według wierzeń dzięki usytuowaniu ciała na wysokości zmarły miał bliżej do nieba. Inna hipoteza mówi, że takie nietypowe umieszczanie zwłok stanowiło nagrodę za godne życie.

Podczas wizyty w Sagadzie trzeba także zobaczyć pobliskie, połączone ze sobą jaskinie: Lumiang i Sumaguing. W pierwszej z nich również chowano zmarłych. W ciemnych, podziemnych komorach znajduje się ponad 100 drewnianych skrzyń z ciałami, które mają po kilkaset lat. Należy jednak pamiętać, że jaskinie można zwiedzać tylko z przewodnikiem. Dobrze też zabrać buty na zmianę, ponieważ w środku zbiera się dużo wody. Poza tym koniecznie trzeba wziąć ze sobą latarkę. Jaskinie są ogromne. Do wejścia prowadzą długie, strome, kamienne schody. Należy na nich bardzo uważać, aby się nie przewrócić. Stopnie są wilgotne od spadających na nie kropel wody.

Obszerna Jaskinia Pogrzebowa Lumiang (Lumiang Burial Cave) wyróżnia się ładnymi korytarzami z pojedynczymi naciekami. Podczas jej zwiedzania będziemy zmuszeni często pochylać się i przeciskać przez zwężenia. Jaskinia jest jednak całkiem łatwa do przejścia, a wędrówka po niej to przyjemność.

Sumaguing ma inny charakter korytarzy. Są one większe, zdobi je także więcej nacieków. Na samym końcu znajduje się piękna, kilkumetrowej wysokości formacja naciekowa przypominająca szeroki, zamrożony wodospad.

 

PRZYDATNE INFORMACJE

Przed wyjazdem na Filipiny warto dowiedzieć się kilku rzeczy. Bezpłatną wizę, ważną przez 30 dni, turyści otrzymują na lotnisku – pracownik wbija ją do paszportu po przylocie na miejsce (paszport musi być ważny jeszcze przynajmniej sześć miesięcy). Aby ją dostać, trzeba okazać bilet na wyjazd z Filipin (powrotny do Polski lub do innego kraju). Jeśli nie będziemy go mieć, nie zostaniemy przepuszczeni przez granicę. Największe i najważniejsze filipińskie lotnisko – Międzynarodowy Port Lotniczy Ninoy Aquino – znajduje się w rejonie Manili.

                Jako turyści możemy korzystać z polskiego prawa jazdy przez cztery tygodnie. Po ich upływie powinno się wyrobić lokalne pozwolenie na prowadzenie pojazdów. Przed wyjazdem na Filipiny nie trzeba szczepić się profilaktycznie przeciw żadnym chorobom. Jeśli wybieramy się tu w sezonie (od grudnia do maja), powinniśmy zarezerwować sobie miejsca noclegowe przed przybyciem. Poza sezonem zwykle nie ma problemów ze znalezieniem zakwaterowania już po przylocie. Do wyboru są hotele, hostele i mniej liczne obiekty typu guesthouse (domki gościnne). Zanim zdecydujemy się na jakieś miejsce, powinniśmy sprawdzić, jaki oferuje standard.

 

W DRODZE DO RAJU

Filipiny to idealne miejsce na wakacje. Podróż do tego kraju jest jak ucieczka do raju, gdzie odkrywa się nowy, nieznany świat i… samego siebie. Tutaj można wyjść poza swoją sferę komfortu, docenić piękno przyrody i wartość życia. Wycieczka na Filipiny pozwala oderwać się od rzeczywistości. Ten kraj stanowi wielką mozaikę kultur, dlatego przypadnie do gustu turystom zmęczonym popularnymi kurortami nastawionymi na europejskich urlopowiczów.

Jednak jak każde miejsce na ziemi i to również ma swoje ciemniejsze strony. Znajdziemy tu nie tylko bezludne wyspy i soczyste arbuzy. Natkniemy się także na niewyobrażalne ilości śmieci w największych miastach i spotkamy smutne spojrzenia bezdomnych dzieci śpiących na ulicy. Filipiny są piękne, ale i pełne sprzeczności. Dlatego przed wyjazdem na nie należy przemyśleć swoje nastawienie do podróży. Do tego kraju trzeba podejść świadomie, być przekonanym o tym, że chce się do niego pojechać. W wycieczce na rajskie plaże Filipin chodzi o coś głębszego niż odhaczenie kolejnego punktu z listy marzeń. To miejsce potrafi rozkochać w sobie, ale umie też zawieźć, szczególnie osoby nastawione na idealne wakacje. Jednak po kilku dniach pobytu tutaj zazwyczaj przestaje się zwracać uwagę na niedogodności. Zapomina się również o stresie, codziennym pędzie, potrzebie posiadania coraz to nowych rzeczy. Podróż po Filipinach przede wszystkim skłania do refleksji na temat życia. W tym kraju prawdziwą przyjemnością jest delektowanie się smakiem kokosa i poznawanie zwykłych, szczerych ludzi. Problemy miejscowych, takie jak brak dostępu do wody pitnej czy prądu, także wydają się bardziej realne. Po pobycie na Filipinach człowiek zaczyna się zastawiać, na czym tak naprawdę mu zależy. W Europie mamy różne udogodnienia technologiczne i możliwość kupienia butów z najnowszych kolekcji projektantów, ale czy to pomaga nam w uczeniu się szacunku do ludzi? Na Archipelagu Filipińskim można nauczyć się akceptowania innych i samego siebie oraz tego, że w życiu chodzi o coś więcej niż konsumowanie dóbr.

 

Wydanie lato-jesień 2018