KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl

<< Maorysi, rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, zwą ją Aotearoą, czyli Krainą Długiego Białego Obłoku. Zachwyca ona wspaniałymi krajobrazami i unikatową kulturą ludzi Kiwi, kochających wypoczynek na świeżym powietrzu. Choć Europejczykom niełatwo się do niej dostać, coraz chętniej wyprawiają się w te strony i zawsze wracają z bagażem cudownych wspomnień. >>

Nazwa Nowa Zelandia pochodzi od prowincji Zelandia w Holandii. Dla Europy odkrył te ziemie w XVII w. holenderski żeglarz Abel Tasman (1603–1659). Na terytorium tego kraju składają się dwie większe wyspy – Północna i Południowa – oraz kilka mniejszych. Od 1865 r. rolę stolicy odgrywa Wellington, miasto portowe położone nad Cieśniną Cooka, oddzielającą Morze Tasmana od Pacyfiku.
To niezmiernie malownicze państwo, o powierzchni zbliżonej do Ekwadoru (ma niemal 270 tys. km²), znane jest powszechnie ze swoich cudów natury. Nowozelandzkie wyspy oferują nie tylko wspinaczki na lodowce, odkrywanie dziewiczego piękna Zatoki Milforda (Milford Sound) czy możliwość popływania z wielorybami albo delfinami, lecz także relaksujące kąpiele w gorących źródłach w Rotorua lub turkusowych wodach zatok regionu Bay of Plenty oraz eksplorowanie jaskiń Waitomo. To wszystko stanowi jednak jedynie początek niekończącej się listy atrakcji tej wysuniętej najdalej na południe części Oceanii.

 

RAJ DLA ODWAŻNYCH
Nowa Zelandia uchodzi za mekkę miłośników adrenaliny. Znajdą oni tutaj wiele sposobów na podniesienie jej poziomu we krwi: rafting, zorbing (staczanie się po stoku w plastikowej, nadmuchanej kuli), heliskiing (zjazd na nartach poza wyznaczonymi trasami po wyskoczeniu z helikoptera) czy opuszczanie się na 100-metrowej linie w głąb jaskini. Sporty ekstremalne należą w tym kraju do codzienności. Nawet zwykłe skoki na bungee z mostów lub wyciągników posiadają tu ulepszoną wersję, w której śmiałek rzuca się w dół wprost z helikoptera (helibungee). Każdego dnia turyści z całego globu przeżywają w ojczyźnie ptaków kiwi przygodę swojego życia.

 

KULTURA KOŃCA ŚWIATA
Pierwszymi mieszkańcami tutejszych wysp byli podróżujący wojennymi pirogami przez Ocean Spokojny Maorysi. Obecnie stanowią oni ok. 15 proc. ludności państwa. Prawie 70 proc. Nowozelandczyków ma pochodzenie europejskie. Wciąż jednak spotyka się przepięknie zdobione maoryskie domy zgromadzeń czy tradycyjne łodzie, wzbudzające niegdyś wielki szacunek. Do dzisiaj rozgrywki narodowej drużyny rugby (All Blacks – Cali Czarni) rozpoczynają się od zagrzewającego do boju tańca haka, do którego obowiązkowych elementów należy wystawianie języka w stronę przeciwnika. Maoryskim wpływem w kulturze Nowej Zelandii są również tatuaże, charakterystycznie dla ludów Oceanii. Zazwyczaj rysunki i wzory ozdabiają nogi, plecy i ręce, ale dawniej pokrywano nimi też i twarze.

 

WŚRÓD PLANTACJI
Symbolem kraju jest niewątpliwie nielot kiwi, którego określenie wzięło się od odgłosu wydawanego przez samca tego gatunku. Zobaczyć tego ptaka wcale nie będzie jednak tak łatwo, bo nie dość, że prowadzi nocny tryb życia, to w warunkach naturalnych występuje dość rzadko. Do jego największych wrogów należą zwierzęta sprowadzone przez ludzi z Europy, m.in. psy i koty. Zapobiec wyginięciu kiwi starają się specjalne centra odnowy gatunku. W nich też przyjrzymy się z bliska temu wyjątkowemu stworzeniu.
Sami Nowozelandczycy także mówią o sobie Kiwi, a lokalne zbiory owoców aktinidii o tej samej nazwie należą do największych na świecie. Ten archipelag słynie również ze szlachetnych win sprzedawanych w wielu zakątkach na ziemi i szczepu winorośli sauvignon blanc. Mniej zaludnioną Wyspę Południową pokrywają przede wszystkim plantacje i gigantyczne owcze farmy. W Nowej Zelandii żyje prawie 40 mln owiec, podczas gdy liczba jej ludności wynosi jedynie 4,5 mln. Poza tym chyba w żadnym innym kraju nie ma tylu pól golfowych, co właśnie tutaj.
Miejscowa przyroda to nie tylko wspomniany wcześniej kiwi. Charakterystyczne są też dla niej endemiczne papugi: nielatające kakapo oraz alpejskie kea. W okolicznych wodach mieszkają najmniejsze na świecie delfiny Hektora oraz bardzo rzadkie uchatki nowozelandzkie. Badaczy fascynuje również pochodzący z ery mezozoicznej rodzaj gada zwany hatterią (tuatarą).

 

NIEODKRYTA PERŁA
Położenie Nowej Zelandii przez wiele wieków ograniczało liczbę odwiedzających ją podróżników i chroniło jej ziemie przed nadmiernym wykorzystaniem. To wyspiarskie państwo, które można przemierzyć wzdłuż w ciągu paru dni, a wszerz w zaledwie kilka godzin, posiada jednak od lat grono wiernych wielbicieli. Niewątpliwie znacząco powiększyło się ono na początku XXI stulecia dzięki trylogii filmowej Petera Jacksona, nowozelandzkiego reżysera Władcy Pierścieni. To on pokazał milionom widzów bogactwo natury ukryte na drugim końcu globu. Dziś co roku fani adaptacji dzieła J. R. R. Tolkiena (1892–1973) ściągają do Tongariro National Park (Parku Narodowego Tongariro) i wioski niedaleko miejscowości Matamata, aby zobaczyć na własne oczy miejsca, w których kręcono sceny rozgrywające się w Mordorze i Hobbitonie. Bez wątpienia łatwo poczuć się tam jak w filmie.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/IAN BRODIE

Udostępniony zwiedzającym plan filmowy Władcy Pierścieni


Co ciekawe, dwie główne nowozelandzkie wyspy przypominają odrębne światy. Północna to przede wszystkim kraina gejzerów i oszałamiająco pięknej egzotycznej przyrody ze znakomicie zachowaną kulturą Maorysów. Południową natomiast pokrywają w większości góry i lodowce i to one tworzą jej malownicze krajobrazy.

 

WYMARZONY DOM
Wyspa Północna leży bliżej równika, dlatego ma cieplejszy i łagodniejszy klimat niż jej sąsiadka. Pierwsi misjonarze i osadnicy właśnie ją uznali za rejon dogodny do rozpoczęcia nowego życia. Nieformalną stolicą kolonii stało się niewielkie miasteczko Russell w Bay of Islands (Zatoce Wysp). Dziś do tutejszego wieloetnicznego Auckland, największego miasta w kraju (1,5-milionowego), wciąż napływają imigranci z całego świata. Co trzeci mieszkaniec tej nowozelandzkiej metropolii uważa angielski za swój drugi język. Szczególnie upodobali ją sobie przybysze z małych wysepek Pacyfiku. Dla przykładu na niewielkiej Niue żyje ok. 1,4 tys. osób. Kilka razy więcej Niueńczyków osiedliło się jednak w Nowej Zelandii i pobliskiej Australii. Podobnie sytuacja wygląda na okolicznych archipelagach (Tonga czy Wyspach Cooka lub Salomona). Można przypuszczać, że gdyby nie ograniczenia imigracyjne wprowadzone przez nowozelandzki rząd, niektóre z tych terenów wyludniłyby się całkowicie. Auckland często określa się zatem mianem „stolicy Południowego Pacyfiku”.

 

WIZYTA W PIEKLE
Jedno z najbardziej niezwykłych miejsc Wyspy Północnej stanowi Rotorua – miasto położone w pasie wulkanicznym o długości ponad 200 km i szerokości do 40 km, przebiegającym z południowego zachodu na północny wschód. To właśnie w jego pobliżu obserwuje się wzmożoną aktywność geotermalną. Turyści przyjeżdżają więc w te strony zobaczyć wybuchające gejzery, gorące źródła, bulgocące błota i… odwiedzić autentyczne wioski maoryskie. W 1934 r. irlandzki dramaturg George Bernard Shaw (1856–1950) po wizycie w tym mieście napisał: Byłem szczęśliwy, że znalazłem się tak blisko Hadesu i zdołałem wrócić. Bez wątpienia tutejsza okolica przywodzi na myśl piekło, zwłaszcza kiedy spogląda się na nią z wagonu kolejki linowej docierającej na jeden ze szczytów i widzi się unoszące się zewsząd kłęby pary. Spacer po niepewnym wulkanicznym gruncie wśród wszechobecnego zapachu siarkowodoru przypomina o innym, groźnym obliczu Nowej Zelandii.
W Rotorua polecam odwiedzić fascynujące geotermalne parki: Te Puia czy Wai-O-Tapu Thermal Wonderland. W tym ostatnim codziennie rano o godz. 10.15 dochodzi do erupcji gejzera Lady Knox. Na początku XX w. odkryli go pracujący na tym terenie więźniowie, gdy podczas robienia prania wrzucili do wody mydło, które spowodowało mały wybuch. Zaskakujący efekt zachęcił ich do powtórzenia eksperymentu. Osobliwe zjawisko zaprezentowali potem gubernatorowi generalnemu Nowej Zelandii Uchterowi Knoxowi (1856–1933), któremu tak się spodobało, że nazwał gejzer imieniem swojej córki Lady Constance Knox.

 

MROCZNY MORDOR
Część pasa wulkanicznego zajmuje wspomniany już Park Narodowy Tongariro z najwyższym wulkanem Nowej Zelandii – Ruapehu (2797 m n.p.m.). Jego nazwa pochodzi z języka maoryskiego i oznacza „wybuchające jezioro”, bowiem w środku krateru znajduje się zbiornik z ciepłą wodą, która wyparowuje przy każdej erupcji. Otaczające górę lodowce napełniają go jednak ponownie.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/ROB SUISTED

Trekking w Parku Narodowym Tongariro


Ruapehu jest wciąż czynny. Ostatnio wybuchł we wrześniu 2007 r. W dniu 24 grudnia 1953 r. doprowadził do tzw. katastrofy w Tangiwai, w której zginęło 151 osób. Wywołane przez niego lawiny błota spłynęły do pobliskiej rzeki Whangaehu i spowodowały zawalenie się mostu kolejowego. Przejeżdżający nim pociąg runął w dół.
Na terenie parku leżą także dwa inne aktywne wulkany – Tongariro (1978 m n.p.m.) i Ngauruhoe (2291 m n.p.m.). Ten ostatni zagrał umiejscowioną w Mordorze Orodruinę – Górę Przeznaczenia, w której hobbit Frodo Baggins zniszczył Pierścień Władzy Saurona w trylogii Petera Jacksona. Poza tym wybudowano tutaj też kurort narciarski i wyznaczono liczne trasy piesze, pozwalające podejść całkiem blisko do szmaragdowych jeziorek i ośnieżonych stożków. Turyści nie przepadający za wędrówkami mogą wybrać lot awionetką nad szczytami – niesamowite widoki na pewno pozostawią w nich niezatarte wrażenia.

 

PODZIEMNE GWIAZDOZBIORY
Ok. 2 godz. jazdy dzieli Rotorua od jaskiń Waitomo. Rozsławiły je mieszkające w nich muchówki z rodziny grzybiarkowatych (Arachnocampa luminosa), które w stadium poczwarki emitują światło w wyniku reakcji bioluminescencji. Kompleks grot można zwiedzić w ramach 4-godzinnej wycieczki Lost World (Zaginiony Świat) oferowanej przez Waitomo Adventures. Jak każda atrakcja w Nowej Zelandii i ta jednak nieco kosztuje. Trzeba na nią przeznaczyć ok. 300 dolarów nowozelandzkich (mniej więcej 780 zł), ale zapewniam, że warto wydać te pieniądze.
Wyprawa zaczyna się od wprowadzenia: wszyscy uczestnicy dostają kombinezony, kalosze, uprząże i karabinki. Uczymy się przepinania na skałach, bezpiecznego przechodzenia przy krawędzi z przepaścią oraz pokonywania stromych zejść. Potem z przewodnikiem docieramy do zawieszonego nad wlotem do jaskini drewnianego mostku, z którego zwisają liny. Każdy z nas musi przejść szybki kurs rappellingu, czyli zjechać po jednej z nich 100 m w głąb ciemnej pieczary. W końcu jesteśmy na dole. Odpinamy liny, włączamy czołówki i wchodzimy pod górę. Wspinamy się na wielkie kamienie. Wreszcie stajemy w bardzo małej grocie. Proszą nas, abyśmy usiedli i wyłączyli latarki. Nasze oczy powoli przyzwyczajają się do mroku i nagle na ścianie zauważamy kilkaset światełek. Wyglądają jak gwiazdy na niebie, tylko w kolorze zielonym. Przewodnik tłumaczy nam, że to właśnie kolonie muchówek. Idziemy dalej w ciemności po skałach. Ostatni odcinek stanowi pionowa, 30-metrowa metalowa drabina, która prowadzi na powierzchnię. Dla większości uczestników wycieczki to ona stanowiła największą trudność do pokonania – śliskie szczeble wydawały się ciągnąć w nieskończoność. Na szczęście w razie osunięcia ubezpieczała nas lina przypięta do uprzęży. Przez te kilka godzin naprawdę czuliśmy się tak, jakbyśmy przenieśli się do innego, nieznanego świata.
W kompleksie Waitomo organizuje się również niezmiernie emocjonujące spływy na oponie oraz spokojne rejsy łodzią w poszukiwaniu świecących owadów. Udostępniono tu także trasy piesze. Dzięki temu każdy wybierze odpowiedni dla niego sposób zwiedzania.

 

MARZENIE ALPINISTÓW
Podróż promem ze stołecznego Wellington na Wyspę Południową zajmuje 3 godz. Sama trasa statku jest już niebywale malownicza, a to dopiero przedsmak tego, co czeka na nas u celu. Wśród tutejszych aktywności do najpopularniejszych należą m.in. pływanie kajakami, żeglowanie, łowienie ryb, nurkowanie, a przede wszystkim jazda na nartach, trekking i wspinaczka górska. To właśnie Nowozelandczyk Edmund Hillary (1919–2008) wraz z Szerpą Tenzingiem Norgayem (1914–1986) w maju 1953 r. zdobył po raz pierwszy najwyższy na świecie szczyt – Mount Everest (8848 m n.p.m.). W Nowej Zelandii mamy gdzie trenować. Alpy Południowe pokrywają liczne lodowce, na dodatek niektóre położone bardzo nisko, bo zaledwie na wysokości 300 m n.p.m. Na wyprawę po nich najlepiej wyruszyć z pobliskich miejscowości, np. Ross, Franz Josef czy Fox Glacier. Polecam szczególnie rozległe lodowce Franza Josefa i Foxa. Oferty doświadczonych biur turystycznych obejmują nie tylko opiekę przewodnika, lecz także wyposażenie: kurtkę przeciwdeszczową, specjalne obuwie i raki.
Szlak do długiego na 13 km Lodowca Foxa (Fox Glacier) początkowo wiedzie w górę przez bujny las deszczowy z wielkimi paprociami.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/GLACIER SOUTHERN LAKES HELICOPTERS

Lodowiec na Wyspie Południowej

 

Po ponadgodzinnym marszu oczom wędrowców ukazuje się lodowa pokrywa. W tle widnieje pasmo Alp Południowych, gdzieniegdzie ośnieżone. Wznosi się w nim najwyższy szczyt kraju – Góra Cooka (3724 m n.p.m.). Przewodnik podaje nam raki i wchodzimy na bardzo śliski lód. Z daleka wyglądał na przybrudzony, ale teraz, z bliska, mieni się wszystkimi odcieniami niebieskiego: im szczeliny głębsze, tym kolor intensywniejszy i ciemniejszy. Pod koniec droga wiedzie wzdłuż Rzeki Foxa, zasilanej przez lodowiec i po połączeniu się z Rzeką Cooka wpadającej do Morza Tasmana.

 

BAŚNIOWE FIORDY
Warto zawitać również trochę dalej na południe, nad brzeg rynnowego jeziora Wakatipu (prawie 400 m głębokości), do 18-tysięcznego kurortu Queenstown. Rocznie przybywa do niego ok. 1,9 mln turystów, aby poszusować na tutejszych stokach narciarskich. Za skarb tego rejonu Nowej Zelandii uchodzi Fiordland National Park (Park Narodowy Fiordland) ze słynną Zatoką Milforda – Milford Sound, która ma aż 15 km długości. Fiord ten odkrył żeglarz i poławiacz fok John Grono (ok. 1767–1847) dopiero mniej więcej w 1812 r., ponieważ od strony Morza Tasmana nie sposób go dostrzec.

FOT. TOURISM NEW ZEALAND IMAGE LIBRARY/ROB SUISTED

Spektakularna Zatoka Milforda przyciąga najwięcej turystów

 

Podczas rejsu po jego wodach możemy delektować się przepięknymi widokami na uznawany za najwyższy klif morski na świecie – Mitre Peak (szczyt Mitra, 1692 m n.p.m.). W wielu miejscach dojrzymy bajeczne wodospady (np. 155-metrowy Stirling Falls), przy odrobinie szczęścia zobaczymy pingwiny i foki wylegujące się na przybrzeżnych skałach oraz pluskające się delfiny czy nawet wieloryby. Niestety, pogoda rzadko tu dopisuje i zazwyczaj szczegóły krajobrazu rozmywa mżawka. Wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako część rezerwatu przyrody Te Wahipounamu) Park Narodowy Fiordland uznaje się za jeden z najdzikszych zakątków półkuli południowej, gdyż ze względu na brak dróg nie udało się go jeszcze w pełni zbadać.

 

POMYSŁ NA WYJAZD
Nowa Zelandia stanowi prawdziwy raj dla podróżników z plecakiem, tzw. backpackerów. Wielu turystów korzysta z programu Working Holiday Scheme, dzięki któremu przez rok wolno im zwiedzać wyspy i legalnie pracować dorywczo w razie potrzeby. W sezonie bardzo łatwo znaleźć zatrudnienie na licznych plantacjach owocowych lub farmach owiec. Młodzi ludzie często odwiedzają ten kraj również w celach edukacyjnych: jako studenci na wymianie międzynarodowej bądź uczestnicy kursów języka angielskiego. Podczas takich pobytów niejednokrotnie zdarza się, że obcokrajowcy postanawiają zostać tu na zdecydowanie dłużej. Zresztą trudno im się dziwić.

 

WYPRAWA DLA WYTRWAŁYCH
Ponad 24-godzinny lot, przesiadki w Europie, Azji i Australii czy na Bliskim Wschodzie mogą zniechęcić niejednego. Jednak ktokolwiek dotrze na ten koniec świata, na pewno nie pożałuje swojej decyzji. Wyjątkowe przeżycia, jakie zapewni nam wizyta w Nowej Zelandii, nie tylko zrekompensują nam trudy podróży, lecz także całkowicie wymażą je z naszej pamięci. A wtedy ciężko będzie oprzeć się chęci, aby kiedyś znowu wrócić do tej fantastycznej, filmowej krainy...

 

 

Artykuły wybrane losowo

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.

 

Do Panamy po panamę

SYLWIA JEDLAK 

 

<< Kanał Panamski i słynny biały kapelusz panama mogą śmiało uchodzić za najbardziej rozpoznawalne symbole tego małego kraju Ameryki Środkowej. Są też zapewne pierwszymi skojarzeniami, z którymi turyści z innych części świata przekraczają jego granice. Gdy jednak opuszczają gościnne progi Panamy, w ich głowach nie ma już śladu po tej prostej, stereotypowej symbolice. Od tego momentu we wspomnieniach podróżników zdecydowanie ważniejsze miejsce zajmują chociażby przepiękne, wielobarwne „molas” – tradycyjne, bogato zdobione ubrania Indian Kuna. >>

  FOT. VISITPANAMA

Na mapie terytorium Panamy wygląda jak mały haczyk łączący ze sobą Amerykę Północną z Południową. Na wschodnim i zachodnim krańcu państwa leżą dziewicze obszary chronionej przyrody: Park Narodowy Darién (Parque Nacional Darién) przy granicy z Kolumbią oraz Międzynarodowy Park La Amistad (Parque Internacional La Amistad) przy granicy z Kostaryką. Bogactwo flory i fauny jest zresztą jedną z panamskich atrakcji turystycznych, a możemy się nim zachwycać nie tylko na lądzie, lecz także pod wodą. Poza tym na powierzchni 78 200 km2, oprócz Metysów, Mulatów, ludności pochodzenia europejskiego i przedstawicieli rasy czarnej, żyją tutaj unikalne plemiona indiańskie, które przetrwały kolonizację hiszpańską, i do dziś zachowały swoją kulturę i obyczaje.

Chyba niewiele osób wie o tym, że popularne kapelusze typu panama, oryginalnie wyplatane z włókien łyczkowca palmiastego (Carludovica palmata), pochodzą tak naprawdę z Ekwadoru. Jednak pod koniec XIX w. to właśnie w Panamie ekwadorscy producenci tych nakryć głowy znaleźli dużo większy rynek zbytu na swoje towary niż we własnej ojczyźnie. Dziś wielu turystów chętnie zabiera ze sobą pamiątkowy egzemplarz kapelusza, aby przypominał im o panamskiej podróży w zaciszu domowym.

Więcej…

Filipiny – kraina uśmiechniętych ludzi

ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

Więcej…