ROBERT PAWEŁEK

 

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< W promieniach gorącego tropikalnego słońca podróżnicy wyruszają przez półwysep Jukatan śladami dawnej cywilizacji Majów. Gdzieś tutaj praktykowano tajemnicze obrzędy. Układ gwiazd i planet decydował o życiu tysięcy ludzi. Dziś wspaniałym piramidom schodkowym, zamiast ołtarzy ofiarnych, towarzyszą stragany z pamiątkami. W głębi dżungli kuszą nurków fascynujące podziemne jaskinie – cenoty. A na strudzonych wędrowców czekają miękkie złote piaski Riwiery Majów (Riviera Maya). Czy można sobie wyobrazić lepszą wyprawę? >>

 

Na pierwszy rzut oka półwysep Jukatan wydaje się płaski jak… tortilla. W zdecydowanej większości wznosi się zaledwie kilka metrów nad poziomem morza. Z lotu ptaka widać niewysokie lasy tropikalne i sawanny przecięte prostymi jak strzała drogami. W pasie nadmorskim królują namorzyny. Ten z pozoru mało urozmaicony widok nie zapowiada wielkich atrakcji, jakie tu na nas czekają...

 

Większość turystów przyjeżdża na Jukatan zwabiona urokiem plaż nad Zatoką Meksykańską i Morzem Karaibskim. Nad lazurowym Oceanem Atlantyckim rozpościera się idealnie błękitne niebo, a pod stopami czuć piasek miękki niczym puch – wszystko jest dokładnie takie, jak opisują to kolorowe foldery. Miłośnicy nurkowania wybierają wyspę Cozumel, położoną wzdłuż systemu Mezoamerykańskiej Rafy Barierowej. Przejrzystość wody dochodzi w jej rejonie do 27 m, a świat zwierząt zachwyca bogactwem gatunków korali, ryb tropikalnych, mięczaków i skorupiaków. Niezwykłą atrakcją dla płetwonurków są także cenoty – głębokie studnie krasowe, tworzące sieć podziemnych korytarzy. Nie wolno nam również nie odwiedzić dżungli, gdzie żyją pumy, jaguary, małpy i krokodyle. A kiedy tutejsza przyroda nie będzie już miała przed nami tajemnic, pozostaje wyruszyć na wyprawę szlakiem dawnych miast Majów. 

 

Białe Miasto

Moją podróż po stanie Jukatan zaczynam od jego tętniącej życiem stolicy Méridy, gdzie docieram po prawie 30 godz. lotu (włącznie z przesiadkami) z Polski. Gdyby nie znaczna odległość i dość wysokie ceny biletów, Meksyk byłby równie oblegany przez Polaków jak Hiszpania, Egipt czy Turcja.

Méridę założył w 1542 r. na ruinach miasta Majów T'Hó (Ichcaansihó) hiszpański konkwistador Francisco de Montejo Młodszy. Wiele budynków zbudowano z kamieni ocalałych po dawnych świątyniach. Stolica stanu Jukatan nosi miano Paryża Zachodu, z uwagi na duży wpływ kultury europejskiej na tutejszą architekturę, lub Białego Miasta (Ciudad Blanca). Etymologia tej drugiej nazwy nie jest pewna. Niektórzy wywodzą ją od bielonych wapnem ścian budynków, inni od koloru świątecznych strojów mieszkańców, a jeszcze inni od wyjątkowej czystości panującej na ulicach. Najlepiej zakwaterować się w jednym z hoteli z klimatyzacją i bezpłatnym dostępem do internetu. Za 50 pesos (ok. 12 zł) dojedziemy taksówką do każdego miejsca w mieście. Przez chwilę cieszę się chłodem w moim pokoju w Presidente InterContinental Villa Mercedes Mérida. Następnie zamawiam kurs na Plaza Grande, Wielki Plac (zwany też Plaza de la Independencia, czyli Placem Niepodległości), znajdujący się w centrum miasta. Nie mogę wytrzymać z ciekawości – w Meksyku jestem pierwszy raz, a na zwiedzanie Méridy mam tylko dwa dni. Miasto najpiękniej wygląda nocą. Dopiero po zachodzie słońca zaczyna tętnić życiem, zapewne z powodu mniejszego upału. Jego mieszkańcy wylegają tłumnie na ulice wokół Plaza Grande, gdzie co weekend odbywa się fiesta. Już w piątek wieczorem ruch samochodów zostaje tu wstrzymany, uliczni sprzedawcy rozstawiają swoje stragany z pamiątkami, jukatańskimi specjałami i rękodziełem artystycznym. Ruchliwy plac przemienia się szybko w targowisko. Mijam niezliczoną liczbę stoisk oraz barów na dwóch kółkach. Wkrótce barwny korowód tancerzy i tancerek rusza spod kafejki, kołysząc się w rytmie muzyki. Zaczyna się pokaz narodowych tańców.

Następnego dnia docieram na Plaza Grande już o 7.30. Dzięki temu mam okazję posłuchać meksykańskiego hymnu narodowego w wykonaniu lokalnego zespołu policyjnego. W pobliżu znajduje się gmach Ratusza (Palacio Municipal) i wszystkie ważniejsze zabytki. Nie mogę przeoczyć domu rodziny Montejo (Casa de Montejo) – jednego z najlepszych przykładów hiszpańskiego stylu plateresco w architekturze Nowego Świata. W gustownie urządzonych wnętrzach przez dłuższą chwilę odpoczywam od upału dzięki klimatyzacji. Po drugiej stronie placu stoi Palacio de Gobierno, Pałac Rządu (dawniej siedziba gubernatorów, a dzisiaj władz stanu), udostępniony zwiedzającym. Najciekawsze są w nim murale (monumentalne obrazy ścienne) wykonane przez miejscowego artystę Fernando Castro Pacheco (ur. 1918 r.), przedstawiające historię Majów z Jukatanu. Jednak najwspanialszą budowlą miasta jest bez wątpienia imponująca Catedral de San Ildefonso  (Katedra św. Ildefonsa), nazywana też Catedral de Yucatán (Katedrą Jukatanu) – najstarsza świątynia tego typu na kontynencie amerykańskim. Wzniesiono ją w miejscu dawnej świątyni Majów. Jej budowa trwała 37 lat, a ukończono ją w 1598 r. Nad głównym wejściem widnieje godło Hiszpanii, w kaplicy zaś przechowuje się drewniany krucyfiks Cristo de las Ampollas (Chrystusa z Pęcherzami), cudownie ocalały z dwóch pożarów.

                                                                                                              FOT. MEXICO TOURISM BOARD

Stąd ruszam dalej na Mercado Lucas de Galvéz, historyczny główny targ w Méridzie, gdzie sprzedawcy oferują wyroby rękodzieła ludowego, biżuterię, owoce, warzywa, a nawet buty. Znajdziemy tu także bardzo wytrzymałe sizalowehamaki, wyrabiane z włókna liści agawy, chętnie kupowane przez turystów. Podczas zwiedzania warto korzystać z dorożek, często używanych przez mniej zamożnych Meksykanów. W trakcie przejażdżki reprezentacyjną aleją Paseo de Montejo możemy podziwiać kolonialną architekturę Méridy, którą tworzą w znacznej części wytworne pałace i wille otoczone pięknymi ogrodami. Stały punkt wycieczek stanowi ogromny pomnik dokumentujący historię Meksyku – Monumento a la Patria (Pomnik dla Ojczyzny). Popularnym środkiem transportu wśród turystów są też turibusy, piętrowe autobusy z odkrytym dachem, zatrzymujące się w wybranych punktach miasta (bilet kosztuje 120 pesos, czyli ok. 30 zł). Ja postanowiłem skorzystać z mniej komfortowego turibusu kubańskiego (podobno w stolicy Jukatanu kursują tylko dwa takie pojazdy), co okazało się nie najlepszym pomysłem, bo już po chwili jechałem w obłokach spalin. Chętni mogą wybrać się także do miasta Progreso nad Zatoką Meksykańską (ok. 35 km od Méridy, 20 min. autobusem). Zawijają tutaj statki wycieczkowe, a ponad 6-kilometrowe molo pełne jest spacerowiczów. Same plaże niczym jednak się nie wyróżniają.

 

Świat Majów

Władze stanu Jukatan coraz większą wagę przykładają do spuścizny po starożytnej cywilizacji Majów i wykorzystują ją do swojej promocji. Świadczą o tym choćby Targi Turystyczne Świata Majów (Feria Turística del Mundo Maya), odbywające się co roku w Méridzie (od 2009 r.). Jeśli spojrzeć na mapę regionu, praktycznie wszędzie znajdziemy stanowiska archeologiczne. Wiele miejsc nie zostało jeszcze odkrytych, bowiem pozostałości zabytkowych budowli porasta gęsta tropikalna dżungla.

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

Do najbardziej znanych miast Majów należy Chichén Itzá, założone prawdopodobnie w VI w. i wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Najintensywniejszy rozwój przeżywało w X–XI stuleciu, kiedy do imperium przybyli z terenów dzisiejszego północno-zachodniego Meksyku Toltekowie. W XV w. zostało opuszczone. Nie było największym ośrodkiem, stanowiło jednak centrum kultu religijnego Majów. Dziś możemy podziwiać tutaj ok. 2500 budowli. Świątynia Kukulkána (Pierzastego Węża), zwana też El Castillo (Zamkiem), jest najpopularniejszym symbolem Chichén Itzá, które zostało uznane w 2007 r. za jeden z nowych siedmiu cudów świata. Dwa razy w roku (20/21 marca i 22/23 września), w czasie zrównania dnia z nocą, gromadzą się przed nią tysiące ludzi, aby obserwować, jak promienie zachodzącego słońca ześlizgują się niczym wąż po jej schodach.

Obejrzymy tu również słynne obserwatorium astronomiczne Majów El Caracol (Ślimak), zachowane w dość dobrym stanie. Współczesnym zadziwiający wydaje się fakt, że ludzie wierzący, iż Ziemia jest kwadratem pływającym po wielkim zbiorniku wodnym, określili precyzyjnie wiele danych z zakresu astronomii dużo wcześniej przed nami. Co do kilometra ustalili odległość naszej planety od Słońca. Niemal idealnie wyliczyli także czas obiegu Ziemi wokół centralnej gwiazdy Układu Słonecznego. Jednak z cywilizacją Majów związane są też krwawe rytuały. Aby zaskarbić sobie łaski boga wody, deszczu i piorunów Chaca (Chaaca), do cenotów wrzucano w czasie suszy ofiary z ludzi, głównie kobiet i dzieci. Tych, którym przeznaczona była rytualna śmierć, służąca zjednaniu przychylności bogów, prowadzono na szczyt Templo de los Guerreros (Świątyni Wojowników) drogą wśród Grupo de las Mil Columnas, czyli Grupy Tysiąca Kolumn. W tym miejscu kapłani wyrywali im serca lub obcinali głowy. Te ostatnie trafiały później na tzompantli – rodzaj palisady z czaszek. Dzisiaj my także możemy uczestniczyć w jednym ze świętych obrzędów, a mianowicie Ceremonia Maya (Ceremonii Majów) pod Świątynią Kukulkána. Kapłani w skupieniu odprawiają rytuał mający na celu wyrażenie wdzięczności przodkom, oczyszczenie duszy i zjednoczenie ze wszechświatem. Przyglądam się temu z aparatem w ręku i odczuwam ulgę, że to wszystko dzieje się teraz, a nie przed wiekami. Patrzę na uśmiechniętych handlarzy – ofiarne stoły zastąpiły stragany z pamiątkami. Kiedy Hernán Cortés (1485–1547) zakazał składania ofiar z ludzi, na półwyspie nastała era hiszpańskiego panowania i chrystianizacji. W ten sposób kultura Majów i ich wierzenia zostały wyparte ze świadomości kolejnych pokoleń. Przyczynił się do tego m.in. drugi biskup Jukatanu Diego de Landa (1524–1579), który zniszczył większość majańskich rękopisów (pozostały tylko trzy) i wizerunków bogów.

Aby lepiej poznać świat tych starożytnych Indian, trzeba odwiedzić ich dawne miasto Cobá, położone pomiędzy Valladolid i Tulum, jedno z największych w całym imperium Majów. Ukryte w głębi puszczy budowle zachowały się w bardzo dobrym stanie. Okres świetności Cobá przypadł na lata 500–900, kiedy mieszkało tu ok. 50 tys. ludzi. Zwiedzić można jednak tylko część miasta, w tym słynną piramidę Nohoch Mul, z której szczytu (42 m wysokości) rozpościera się widok na bezkresną dżunglę. Po kompleksie archeologicznym najlepiej poruszać się wypożyczonym rowerem lub rykszą. Niedaleko głównej drogi stoi inna piramida nosząca nazwę Templo de la Iglesia, czyli Świątyni Kościoła. Natomiast 30 m dalej natrafimy na odnowione boisko do gry w pelotę – prekolumbijską odmianę piłki nożnej.

 

Cancún – nowe Acapulco

Jeśli poprosimy kogoś o wymienienie najatrakcyjniejszej miejscowości wypoczynkowej w Meksyku, wiele osób wybierze z pewnością Cancún nad Morzem Karaibskim. Historia tego kurortu zaczęła się, gdy w latach 60. XX w. władze postanowiły stworzyć tu ośrodek turystyczny na miarę słynnego Acapulco. Obecnie ponad 20-kilometrowe wybrzeże wypełniają luksusowe, wielopiętrowe hotele. Warto tutaj zawitać choćby na chwilę, żeby odpocząć na plaży, korzystając z bogatej oferty all inclusive. To idealne miejsce dla osób ceniących luksus, wygodę i dobrą zabawę. Restauracje, możliwość uprawiania sportów wodnych (zwłaszcza na pobliskiej Isla Mujeres, Wyspie Kobiet), rafy koralowe i skąpane w słońcu, choć nieco zatłoczone plaże przyciągają turystów jak magnes. Po zachodzie słońca tłumy przenoszą się do słynnego rejonu nazywanego Party Center oraz do hotelowych dyskotek, gdzie do rana sączy się tequilę i tańczy salsę. Sam miałem okazję nauczyć się kilku kroków tego tańca w Mambo Café i muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało.

 

Najpiękniejsze plaże świata

Ci, którzy nie przepadają za zgiełkiem wielkich turystycznych kurortów, powinni zdecydować się na wypoczynek na tzw. Riviera Maya (Riwierze Majów). Ciągnie się ona na długości ok. 130 km wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego od Puerto Morelos na północy do Punta Allen na południu, leżącego w samym sercu Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Tutaj zamiast mew szybują nad naszymi głowami flamingi i pelikany. W okolicznych wodach nie ma meduz, są za to kraby i żółwie morskie. Na swoją bazę wybieram Playa del Carmen, dokąd docieram z Méridy za 320 pesos (ok. 80 zł) po 5 godz. jazdy komfortowym autobusem sieci ADO. To najchętniej odwiedzane miejsce na Riwierze Majów, szczególnie przez Amerykanów. Jest ich tu tak wielu, że Meksykanie wydają się być mniejszością. Wieczorem rozkwita życie towarzyskie, a w miejscowych klubach zabawa trwa nawet do białego rana.

Przy sławnym deptaku zwanym Quinta Avenida, czyli Piątą Aleją, rozciągniętym równolegle do wybrzeża, znajdują się sklepy z pamiątkami, centra handlowe, bary, restauracje, dyskoteki i eleganckie hotele. Mieszkam w wybudowanym w stylu kolonialnym ośrodku sieci Encanto Resorts Collection – Hacienda del Caribe. Mam stąd bardzo blisko na plażę, ale już następnego dnia postanawiam zrezygnować z błogiego lenistwa i wyruszyć autobusem (45 pesos, ok. 11 zł) do pobliskiego Tulum. To potężne miasto Majów jako jedyne wzniesiono nad brzegiem Morza Karaibskiego na wysokim klifie. W czasie zwiedzania możemy zrobić sobie krótką przerwę na kąpiel. Za kilkanaście pesos podjeżdżam do malowniczego miasteczka Tulum, położonego obok strefy archeologicznej. W centrum działa wiele pensjonatów oraz maleńkie hotele rozsiane wzdłuż wybrzeża lub ukryte na plażach w przepięknych lagunach. Do większości z nich dostaniemy się niedrogą taksówką (ja wytargowałem cenę 50 pesos za 10 km, czyli ok. 12 zł). W końcu docieram do Playa Paraíso (Rajskiej Plaży) i siadam w nadmorskim barze. Palmy osłaniają mnie przed słońcem, pod nogami czuję delikatny piasek, a wokół słyszę szum morza. Plaże Tulum uchodzą za jedne z najpiękniejszych na świecie. Żal mi opuszczać to miejsce. Gdyby nie to, że mam opłacony nocleg w hotelu, chętnie ułożyłbym się tutaj do snu w hamaku pod moskitierą. 

 

Gringo w dżungli

Ostatnie dwa dni przeznaczam na wycieczkę na Rancho San Felipe oraz do Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an, który znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W języku maja Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie rodzi się niebo” lub „dar nieba”. Towarzyszą mi potomkowie Majów – Ana i Cesar z Community Tours Sian Ka’an. Ruszamy motorówką i po chwili mkniemy z wielką prędkością kanałem w labiryncie namorzynów. W pewnym momencie nasz kapitan Pedro zatrzymuje łódź. Kolejny dwukilometrowy odcinek kanału mamy przepłynąć wpław. Patrzę z obawą na wodę, w której podobno żyje mnóstwo krokodyli. Jednak Cesar uspokaja mnie, mówiąc, że o tej porze nic nam nie grozi. Faktycznie, oprócz pięknych egzotycznych ptaków nie spotykamy żadnych groźnych gadów, a przeprawa dostarcza niezapomnianych wrażeń.

Następnego dnia czeka mnie wyprawa do dżungli i nurkowanie w cenotach. Dołącza do nas wykwalifikowana przewodniczka Angela z Alltournative. Wyruszamy z Rancho San Felipe, gdzie miejscowa ludność pomaga w obsłudze turystów. Podczas prawie godzinnego przemarszu przez dżunglę rozglądam się co chwilę, czy w pobliżu nie czai się jakiś wąż. Widząc moje zaniepokojenie, Angela informuje mnie, że gady raczej unikają ludzi. Każe jednak uważać na czarne nacięcia na drzewach, bo przy zetknięciu ze skórą mocno uczulają ludzi. Wreszcie docieramy do uroczego jeziora schowanego w głębi tropikalnej puszczy. Konary drzew zostały połączone rozległą siecią kolejek tyrolskich (Maya Zip-Line). Zakładamy kaski, przyczepiamy się do liny i suniemy w dół z wiatrem. Lądując, zauważam tylko, że w dole czeka wytrwale mały krokodyl, jakby liczył, że wreszcie coś wpadnie do wody. Na koniec, w nagrodę za trudy, możemy się ochłodzić kąpielą w jednym z cenotów. Te studnie krasowe połączone kanałami wydrążonymi w wapiennych skałach tworzą wspaniały tajemniczy świat pod powierzchnią ziemi. Na Rancho San Felipe turystów i miłośników podwodnych przygód przyciągają przede wszystkim przepiękne cenoty Nohoch Nah Chich i Sac Actun. Stanowią one nie lada gratkę dla wielbicieli nurkowania jaskiniowego.

 

Meksyk od kuchni

Po trudach pobytu w dżungli czas się posilić. Meksyk kojarzy się na całym świecie z doskonałą kuchnią. Warto skosztować jukatańskich specjałów, takich jak np. tamal (kukurydziana masa z różnymi dodatkami, gotowana na parze i zawinięta w liść kukurydzy) czy salbute (smażona tortilla z ciasta kukurydzianego z dodatkiem sałaty, kurczaka, pomidorów i cebuli). Z sosami trzeba jednak uważać, bo są bardzo ostre.

Po powrocie do Playa del Carmen trafiam do miłej kafejki, gdzie można przebierać w różnych gatunkach piwa. Oprócz znanego mi od dawna Corona Extra są też delikatne Cerveza Sol, ciemne Negra Modelo i najpopularniejsze w Meksyku Dos Equis XX Lager. Jest także – oczywiście – słynna tequila. Jednak tylko turyści piją ją ze szczyptą soli i limonką. Miejscowi sączą tequilę z sangritą – ostrym sokiem na bazie pomidorów i pomarańczy. Trzeba też koniecznie spróbować innego lokalnego trunku – meksykańskiej wódki mezcal. Do butelek nią wypełnionych wrzuca się robaki żerujące na liściach agawy – larwy motyli Acentrocneme hesperiaris i Hypopta agavis (chinicuil), które nadają jej podobno charakterystyczny smak. Tę atrakcję jednak zostawiam sobie na kolejny raz. Nieco rozmarzony, wciąż odczuwający niedosyt wrażeń, postanawiam, że jeszcze wrócę do fascynującego Meksyku.


 

Artykuły wybrane losowo

Antigua i Barbuda – jeden kraj, dwie różne wyspy

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kiedy myślimy o Karaibach, to oczami wyobraźni widzimy białe, piaszczyste plaże, palmy i turkusową wodę. Ten rajski region świata oferuje jednak zdecydowanie więcej – ciekawe zabytki, wyśmienite warunki do żeglowania, doskonałą kuchnię, radość życia, spontaniczną zabawę i gościnność mieszkańców. To wszystko znajdziemy właśnie na Antigui, której odkrycie zawdzięczamy Krzysztofowi Kolumbowi (w 1493 r.). Nic więc dziwnego, że Brytyjczycy nazwali ją „Bramą do Karaibów”…

Antigua i Barbuda jest małym wyspiarskim państwem na Morzu Karaibskim. Obejmuje ono wyspy: Antiguę (280 km2) i Barbudę (160,6 km2) oraz Redondę (ok. 2 km2). Językiem urzędowym jest tu angielski, ale w użyciu są także lokalne dialekty, m.in. kreolski. Ten karaibski kraj ma ok. 90 tys. mieszkańców.

Więcej…

Fotografowanie przyrody

Mandryl barwnolicy (Gabon)
IMG 8889

Jenot azjatycki (Polska, Warmia)

Jenot

ROBERT GONDEK

www.szczytyafryki.pl

Podróżuję po różnych zakątkach naszego globu od ponad dwudziestu lat. Najchętniej wyjeżdżam do Afryki, ale nie tylko tam. Odwiedziłem już ponad pięćdziesiąt państw na całym świecie, w tym siedemnaście właśnie na tym kontynencie. Lubię chodzić po górach. W trakcie swoich wyjazdów skupiam się na przyrodzie. Fotografuję ptaki, zwierzęta i krajobrazy. To moja wielka pasja.

Więcej…

Birma – niezwykła kraina życzliwości

AGATA CIEŚLAK

www.beforewegetold.pl

           

<< Malownicze, wiejskie krajobrazy poprzecinane tysiącem złotych pagód, bezinteresowne uśmiechy pojawiające się na pomalowanych „thanaką” twarzach życzliwych mieszkańców, chodniki pełne charakterystycznych czerwonych plam, na każdym kroku przypominających o birmańskiej tradycji żucia betelu, ciężko pracujące, a mimo to radosne dzieci o dużych oczach, z ciekawością obserwujące zagranicznych przybyszów – to właśnie Birma (Mjanma), niesamowita kraina, która raz odwiedzona nie daje o sobie zapomnieć. Leży nad Zatoką Bengalską i Morzem Andamańskim, a jej terytorium rozciąga się wzdłuż rzeki Irawadi. Jeszcze do niedawna pozostawała w całkowitej izolacji. Przez długi czas władzę w kraju sprawowała junta wojskowa, która skutecznie odcinała jego mieszkańców od jakichkolwiek zagranicznych wpływów. Dopiero w 2011 r., po wielu latach despotycznych rządów, Birma powoli zaczęła otwierać się na świat. Piękne krajobrazy, serdeczne serca Birmańczyków oraz urokliwe, nieskażone współczesną cywilizacją rejony sprawiają, że dzisiaj jest jednym z najchętniej odwiedzanych państw w Azji Południowo-Wschodniej. >>

Nie odważyłabym się napisać, że w 2018 r. nie dotarła tu masowa turystyka. Kraj szybko się rozwija, a jego mieszkańcy są coraz bardziej świadomi korzyści płynących z przyjmowania zagranicznych gości. Skalę zjawiska prezentują dostępne statystyki dotyczące liczby odwiedzających. W 2010 r. do Birmy zawitało niespełna 800 tys. turystów, ale w 2017 r. było ich już blisko 3,5 mln. Z powodu tłumów, jakie ściągają obecnie do sąsiedniej Tajlandii (niemal 35,5 mln zagranicznych gości w 2017 r.), warto rozważyć wizytę w tym mniej popularnym kraju, póki wciąż można tutaj znaleźć miejsca, do których dociera niewielu przyjezdnych.

 

Jezioro Inle - sieci rozpiete na koszach

© Myanmar Touri sm Marketi ng/shutter sto ck/natta nan726

 

Pod względem zajmowanego terytorium Birma (Mjanma, oficjalnie Republika Związku Mjanmy) jest drugim największym państwem w Azji Południowo-Wschodniej, zaraz po Indonezji (ma ok. 676,5 tys. km² powierzchni). Leży w strefie klimatu zwrotnikowego, wilgotnego, monsunowego. Wyróżnia się tu trzy pory roku: suchą chłodną (od listopada do lutego), suchą gorącą (od marca do maja) oraz deszczową (od czerwca do października). Najlepszy termin na zwiedzanie kraju to okres od listopada do lutego. Wówczas opady deszczu praktycznie nie występują, a temperatura utrzymująca się na poziomie ok. 25°C nie daje się we znaki. Z Polski najłatwiej dotrzeć samolotem do miast Rangun lub Mandalaj. Najczęściej loty odbywają się z przesiadką w Singapurze, Hongkongu, Bangkoku, Dosze czy Dubaju.

 

Birmańskie dzieci z twarzami ozdobionymi szarożółtawą pastą nazywaną thanaką

© Col umb us Tra vel s and Tours

 

NIESAMOWITE TRADYCJE

Podczas kilkumiesięcznej podróży po wielu krajach Azji Południowo-Wschodniej to właśnie birmańskie zwyczaje i kultura urzekły mnie najbardziej. Wieloletnie odizolowanie Birmy od reszty świata sprawiło, że wciąż mocno kultywuje się w niej lokalne tradycje, niezmiernie ciekawe dla turystów zza granicy. Najczęściej kojarzą się z nią pomalowane na jasnożółto twarze mieszkańców. Do wykonania wzorów stosuje się thanakę, czyli mieszankę wody i startego drewna z różnych drzew. Gotową pastę ze starannością rozprowadza się na twarzach kobiet i dzieci, rzadko mężczyzn. Chroni ona przed szkodliwym działaniem słońca, a w tutejszej kulturze stanowi rodzaj makijażu.

                Panowie raczej nie używają thanaki, ponieważ jest to uważane za mało męskie. Inaczej niż w Europie mężczyźni ubierają się tu w longyi (lungi), czyli długą chustę charakterystycznie przewiązaną z przodu na wysokości bioder, przez co przypominającą spódnicę. Oczywiście, można spotkać Birmańczyków w spodniach, jednak znaczna ich część preferuje tradycyjny strój, który nie krępuje ruchów i w gorącym klimacie przepuszcza więcej powietrza.

                Domeną prawdziwego mężczyzny z krwi i kości jest żucie betelu, składającego się głównie z liści pieprzu żuwnego z dodatkiem anyżu, goździków, kardamonu czy gałki muszkatołowej. Ma on działanie lekko pobudzające i jak większość używek uzależnia. Poza tym zabarwia zęby na czarno, a ślinę na czerwono. To właśnie dumnie spluwający mężczyźni z czarnym uzębieniem są odpowiedzialni za upstrzone czerwonymi plamami chodniki. Ta wątpliwa estetycznie atrakcja jest niejako wizytówką Birmy, choć rząd od jakiegoś czasu stara się walczyć z tym zwyczajem. Podobno podjęto próby wprowadzenia zakazu plucia, ale rezultatu obostrzeń praktycznie nie widać.

 

BIRMAŃSKIE SMAKI

Ten rozległy kraj zamieszkuje wiele mniejszości etnicznych. Dodatkowo jego sąsiedzi (Tajlandia, Indie czy Chiny) mogą poszczycić się bogatymi tradycjami kulinarnymi. Birmańskie potrawy są więc bardzo różnorodne, jednak istnieją dwa składniki powtarzające się w nich bez względu na region: ryż i makaron. Uliczne garkuchnie serwują dania, w których główną rolę odgrywa wiele odmian ryżu, od lepkiego po sypki. Makaron występuje w kilku wersjach, różniących się grubością nitek. Potrawy podawane są z warzywami, mięsem lub owocami morza. Co ciekawe, wszelkie dodatki serwuje się najczęściej w osobnych małych miseczkach. W efekcie na stole ląduje zazwyczaj łącznie kilkanaście mniejszych lub większych naczyń. Poza tym w Birmie do jedzenia nie używa się noży, a jedynie łyżek, widelców lub pałeczek. Częstym przysmakiem są również zupy: wegetariańskie, mięsne lub z owocami morza, ale zawsze z dużą ilością warzyw i wyczuwalnej kolendry.

                Do posiłków zwykle podawana jest herbata, która zajmuje szczególne miejsce wśród kulinarnych tradycji kraju. W Birmie praktykuje się picie herbaty w ulicznych kafejkach. Siedząc na charakterystycznych niskich, plastikowych krzesełkach, Birmańczycy od rana do wieczora popijają serwowany w dzbankach napój. Rozmawiają ze sobą, obserwują rzeczywistość, razem spędzają czas.

                W gorące dni świetnie orzeźwia woda z kokosa lub świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej. Piwosze nie powinni być zawiedzeni, ponieważ lokalne piwo Myanmar niczym nie odbiega od produktów pochodzących z naszych polskich browarów.

 

W złotej stupie Szwedagon zgodnie z tradycją przechowywanych jest osiem włosów Buddy

© Myanmar Touri sm Marketi ng/Nyaunt Nai ng

 

TĘTNIĄCE ŻYCIEM MIASTO

Położony na południu Rangun (Yangon) to blisko 8-milionowa metropolia, stanowiąca ważny ośrodek kulturalny i gospodarczy w państwie. Przez ponad 150 lat (od 1853 do 2006 r.) był on stolicą Birmy (obecnie tę funkcję pełni Naypyidaw, Nay Pyi Taw). Mimo utraty tak ważnej roli kolorowe miasto wciąż tętni życiem i razem z północnym Mandalaj jest jednym z dwóch największych skupisk ludności w kraju.

                Gwarne i zatłoczone ulice na pozór szarej metropolii wydają się nigdy nie spać. Od samego rana lokalne garkuchnie kuszą zapachami, barwne longyi suną po wąskich chodnikach, a w tle słychać szczekanie bezpańskich psów. Sprzedawcy usług telefonii komórkowych wyrastają na każdym rogu, kolorowe stragany przyciągają świeżymi owocami, a umorusane dzieci ciekawie zerkają na turystów, gdy pomagają rodzicom w pracy. Ruch samochodowy istnieje, ale zasady poruszania się po drogach już niekoniecznie. Co prawda są znaki, pasy dla pieszych, sygnalizacja świetlna, ale nikt specjalnie nie zwraca na to uwagi. Skutery przeciskają się pomiędzy autami, a piesi, wśród głośnego akompaniamentu klaksonów, próbują wywalczyć kilka sekund, aby przejść na drugą stronę jezdni.

                Stare zabudowania z obdrapanymi fasadami upstrzone zostały wszelkiego rodzaju okablowaniem, antenami satelitarnymi i szyldami. Tutaj naprawiają pralki, a zaraz za rogiem znajduje się serwis telefonów. Chodniki usiane są herbaciarniami, gdzie rozwija się życie towarzyskie mieszkańców miasta. W tym całym rozgardiaszu jest jednak pewna harmonia, która sprawia, że Rangun ma niepowtarzalny klimat.

                Mieniąca się milionami odcieni złota świątynia Szwedagon (Shwedagon) góruje nad metropolią i kontrastuje swoim bogactwem z ubóstwem codziennego życia. Wysoka na 99 m buddyjska stupa uchodzi za jedno z najświętszych miejsc w Birmie. Została ponoć zbudowana ponad 2,6 tys. lat temu, a legenda głosi, że znajduje się w niej osiem włosów samego Buddy. Szwedagon stanowi centrum życia religijnego w mieście. Główna stupa otoczona jest wieloma mniejszymi, złotymi kapliczkami, co sprawia, że cały kompleks robi ogromne wrażenie. Podobno ilość złota, której użyto do ozdobienia świątyni, może ważyć nawet do 9 t!

                Do pagody warto udać się późnym popołudniem, kiedy słońce zaczyna zbliżać się ku zachodowi i oświetla złote fasady budowli. Prawdziwy spektakl rozpoczyna się jednak wieczorem, gdy kompleks rozświetlają tysiące zapalonych przez wiernych świeczek. Wokół unosi się charakterystyczny zapach kadzideł i rozbrzmiewa kojąca melodia modłów. Podniosła atmosfera kontrastuje z migającymi smartfonami birmańskiej młodzieży. Świątynia jest nie tylko miejscem modlitwy, ale również swoistym centrum, dookoła którego toczy się życie towarzyskie mieszkańców.

                Żeby przyjrzeć się codziennej rzeczywistości Birmańczyków, warto wsiąść do tzw. Yangon Circular Train, czyli pociągu okrążającego metropolię i przejeżdżającego przez okoliczne wioski i przedmieścia. Choć to dobrze znana turystom atrakcja, sama linia kolejowa wcale nie została stworzona na potrzeby turystyki. Funkcjonuje od 1954 r. i korzystają z niej osoby dojeżdżające do pracy. Przejażdżka jest więc okazją do obserwowania prawdziwego życia miejscowych.

                W ciągu ok. 3 godz. pociąg pokonuje blisko 46 km i zatrzymuje się na 39 tętniących życiem stacjach. Do wagonów wchodzą mężczyźni z czarnymi od betelu zębami sprzedający taśmę izolacyjną czy nożyczki. Kobiety z koszami na głowie oferują pasażerom owoce. Umalowane thanaką dziecięce twarze wykrzywiają się podczas dźwigania ogromnych ilości kukurydzy. Na każdej stacji do okien podbiegają Birmanki z tacami pełnymi smakołyków i orzeźwiających napojów. Wszyscy gdzieś się przemieszczają i próbują zarobić parę groszy. Gdy patrzy się na ten rozgardiasz z perspektywy Europejczyka, ciężko nie zawstydzić się przed sobą za narzekanie na zachodnie warunki pracy.

 

MAGICZNY ŚWIAT Z POCZTÓWEK

W każdym kraju znajduje się takie miejsce, które jest jego swoistą wizytówką, ikoną pojawiającą się na większości pocztówek. W Birmie tę rolę odgrywa położone w prowincji Mandalaj dawne miasto Pagan (Bagan). Było ono niegdyś stolicą Królestwa Paganu, którego początki sięgają IX w. Najbardziej dynamicznie rozwijało się za panowania króla Anawrahty (w latach 1044–1078) – władca zainicjował budowę wielu obiektów sakralnych. Obecnie stanowisko archeologiczne Pagan zajmuje 104 km2 i usiane jest ponad 2,2 tys. buddyjskich pagód, klasztorów czy świątyń.

                Codziennie o wschodzie słońca nad wierzchołkami budowli unosi się mnóstwo balonów, tak dobrze znanych z birmańskich pocztówek. Aby podziwiać ten niesamowity spektakl, warto wdrapać się na jedną z wyższych świątyń, skąd rozpościera się dobry widok na otuloną pierwszymi promieniami słońca panoramę Pagan. Popularnym miejscem, w którego rejonie codziennie o świcie gromadzi się najwięcej turystów, jest pagoda Shwesandaw. To tu setki obiektywów patrzą w stronę wschodzącego słońca, a co wytrwalsi amatorzy fotografii już na kilka godzin przed nastaniem dnia rozkładają swoje statywy w najlepszych punktach. Podobnie wygląda to podczas zachodu słońca, choć wtedy uzbrojeni w aparaty ludzie okupują pagodę Bulethi. Promienie słoneczne malują okolicę na ciepłe kolory i niesamowicie podkreślają bezkres całego kompleksu.

                Pagan można zwiedzać na wiele sposobów: wynajętym skuterem, taksówką lub nawet powozem konnym. Cały obszar strefy archeologicznej jest bardzo rozległy i nie da się zobaczyć wszystkiego w trakcie jednej wizyty. Najlepiej spędzić tutaj dwa, trzy dni. Warto też zdecydować się na lot balonem nad wierzchołkami świątyń o wschodzie słońca. Tylko z tej perspektywy można zdać sobie sprawę z rozmachu, z jakim zbudowano miasto – las budowli zdaje się ciągnąć bez końca.

 

Zabytkowe budowle sakralne w mieście Pagan

© Myanmar Touri sm Marketi ng/Hta y Wi n

 

STOLICA WIDMO

Gdybym miała powiedzieć, które miejsce najbardziej zaskoczyło mnie podczas pobytu w Birmie, bez wahania wskazałabym stolicę kraju. Naypyidaw to pięciokrotnie większa od Nowego Jorku metropolia (zajmuje powierzchnię ponad 7 tys. km²), gdzie mieszka jedynie ok. 1,2 mln osób. Ogromne, luksusowe hotele rodem z Las Vegas świecą pustkami. Na szerokich ulicach, z 20-pasmową autostradą na czele, próżno szukać wielu samochodów. W birmańskiej stolicy znajduje się największe w całej Azji Południowo-Wschodniej zoo (Naypyidaw Zoological Gardens), które najczęściej odwiedzane jest przez... jego pracowników. Metropolia może poszczycić się także nowoczesnymi przystankami komunikacji miejskiej, jednak rzadko jeżdżą tu autobusy. To tylko kilka przykładów absurdów Naypyidaw, które sprawiają, że to dziwne miasto widmo robi ogromne wrażenie!

              Historia powstania nowej stolicy Birmy jest niesamowicie ciekawa. Podobno zbudowano ją z powodu przepowiedni astrologa, który podszepnął rządzącemu wówczas od 1992 r. generałowi Than Shwe, że przewiduje ataki na Birmę ze strony zachodnich mocarstw. Podatny na sugestie polityk uznał, że pełniący funkcję stołecznego ośrodka Rangun znajduje się zbyt blisko morza, co czyni go łatwym celem dla wroga. W 2002 r. zarządził więc założenie całkowicie nowego miasta, ok. 320 km na północ stąd.

              Nową stolicę wznoszono w tajemnicyzarówno przed innymi krajami, jak i samymi Birmańczykami. Budowa wielkiej metropolii pochłonęła miliony kiatów. Termin przeprowadzki został określony przez wspomnianego astrologa i przypadł na 6 listopada 2005 r. Ku wielkiemu zaskoczeniu mieszkańców Rangunu punktualnie o wyznaczonej porze tysiące załadowanych ciężarówek wyruszyło w kierunku Naypyidaw. Pięć dni później do nowej stolicy przesiedlono również wszystkich urzędników. Zupełnie zaskoczeni pracownicy państwowi próbowali oponować, jednak wszelkie protesty uciszane były groźbą więzienia, a tiry z całym ich dobytkiem eskortowała junta wojskowa. Ponad dwa lata potem, w marcu 2008 r., zorganizowano jeszcze bardziej spektakularne przenosiny – z Rangunu do Naypyidaw przewieziono ciężarówkami całe zoo, liczące 420 okazów zwierząt!

              W nowej stolicy wyznaczono kilka stref, które dzielą ją na część rządową, wojskową, dyplomatyczną, hotelową czy mieszkalną. Szerokie ulice są opustoszałe, a nowoczesne przystanki autobusowe zdają się nie funkcjonować. Czerwono-białe krawężniki, przywodzące na myśl tor wyścigowy, kontrastują z uśpionym miastem. Największą atrakcją jest słynna 20-pasmowa autostrada, na środku której można swobodnie spacerować i robić zdjęcia, ponieważ bardzo rzadko przejeżdża tu jakikolwiek samochód. Pozłacane hole ogromnych hoteli świecą pustkami, a wnętrza luksusowych pokoi bardzo odbiegają swoim wystrojem od typowych standardów, na jakie mogą sobie pozwolić Birmańczycy. Dachy budynków mieszkalnych pomalowano na różne kolory, które sygnalizują rangę społeczną ich lokatorów. Przykładowo niebieski oznacza domy przeznaczone dla pracowników służby zdrowia, a zielony – ministerstwa rolnictwa.

              Budowa nowej stolicy pochłonęła spore sumy pieniędzy z budżetu państwa, co spowodowało znaczną podwyżkę cen w kraju. Dla większości ubogich Birmańczyków życie w Naypyidaw było zbyt drogie. Duży wpływ na sytuację w mieście miał także cyklon Nargis, który w maju 2008 r. nawiedził południowe tereny Birmy i zabił ponad 138 tys. osób. Spowodował on mnóstwo zniszczeń, a tysiące ludzi pozbawił dachu nad głową. Nikogo nie było stać na przeprowadzkę do ekskluzywnej stolicy. Ze względu na te wszystkie uwarunkowania ogromne miasto Naypyidaw stanowi dzisiaj przede wszystkim siedzibę rządu, podczas gdy najbardziej zaludnionymi ośrodkami w kraju wciąż pozostają Rangun i Mandalaj.

 

PŁYWAJĄCE WIOSKI

Niecodzienną atrakcją w Birmie jest jezioro Inle, jej drugi co do wielkości słodkowodny zbiornik wodny (ma powierzchnię ok. 116 km2). Ponad 450 lat temu schronili się tutaj ludzie z grupy etnicznej Intha, którzy uciekali przed walkami plemiennymi. Szybko przystosowali się oni do trudnych warunków życia na wodzie i na dobre osiedlili się na Inle. Na drewnianych palach postawili domy, świątynie i szkoły, a żeby zaspokoić głód, wymyślili własny sposób łowienia ryb i uprawiania roślin.

                Aby odwiedzić jezioro, wystarczy podejść do jednej z setek łodzi zacumowanych w miejscowości Nyaungshwe i zapłacić wioślarzowi, który przez cały dzień będzie z nami pływać. Wycieczkę warto rozpocząć o świcie, ponieważ wtedy na otulonej mgłą tafli Inle odbywa się prawdziwy spektakl! Pierwsze promienie słońca, przedzierając się zza pobliskiego wzgórza, oświetlają ubranych w tradycyjne, pomarańczowe stroje rybaków z grupy etnicznej Intha. Stoją oni na skraju drewnianych łodzi i zarzucają do wody siatkowe kosze do łowienia ryb. Aby przemieszczać się po jeziorze, w charakterystyczny sposób popychają wiosła stopą. Trzeba przyznać, że ich umiejętność utrzymania równowagi na dziobach chwiejnych łajb jest godna podziwu!

                Gdy mgła opadnie, a słońce już na dobre wzniesie się ponad horyzont, łódź z turystą mknie dalej, mijając zielone dywany pływających ogrodów. To na nich uprawiane są podobno najlepsze w Birmie pomidory. Podczas całodniowej wycieczki po jeziorze sterujący łodzią zatrzymuje się w wielu sklepikach z pamiątkami lub przy buddyjskich świątyniach. Jest tu również bazar, na którym spróbować można lokalnych smakołyków. Turyści odwiedzają także zakłady, gdzie w tradycyjny sposób wytwarza się biżuterię czy tkaniny. Jedno z najciekawszych miejsc stanowi wytwórnia cygaretek, w której uśmiechnięte Birmanki ręcznie zwijają liście i ochoczo częstują zwiedzających dymkiem. Oczywiście, od tych uroczych kobiet można kupić gotowe cygaretki, zapakowane w ładne, wzorzyste puszki.

                Na zainteresowanie zasługuje też wytwórnia tkanin z kwiatu lotosu, gdzie wiekowe mieszkanki jeziora tkają barwne materiały. Używają do tego tradycyjnych, drewnianych krosien. Zgrabnie operując dłońmi i stopami, tworzą kolorowe arcydzieła. Spod rąk przemiłych kobiet wychodzą wzorzyste chusty, suknie czy torebki, dostępne do kupienia w tutejszych rzemieślniczych sklepikach.

                Jezioro Inle zamieszkują również sędziwe matrony z grupy etnicznej Padaung (Kayan Lahwi), które noszą na szyjach, rękach i łydkach ciężkie, metalowe obręcze. Te „panie z długimi szyjami” już od mniej więcej piątego roku życia zaczynają ozdabiać ciało tego rodzaju biżuterią i z wiekiem nakładają kolejne bransolety. Najstarsze kobiety mają nawet do 10 kg obręczy na jednej nodze! Uśmiechnięte ochoczo pozują do zdjęć i zapraszają do zakupów.

                Wizyta na jeziorze Inle jest dość komercyjną wycieczką, nastawioną na skłonienie jej uczestników do zakupu pamiątek i przeróżnych wyrobów rzemieślniczych. Trzeba przyznać, że to bardzo turystyczne miejsce, ale gdy zamiast na kolejny sklep skieruje się wzrok w drugą stronę, można przyjrzeć się prawdziwemu życiu na wodzie. Uśmiechnięte dzieci bez potknięcia biegają po wąskich kładkach. Starzec z cygarem w pomarszczonej dłoni odpoczywa na ganku. Muskularni młodzieńcy ukradkiem podglądają kobiety myjące włosy w jeziorze. Wszystkie te sceny rozgrywają się w wolnym rytmie przepięknych wschodów i zachodów słońca, wśród stukotu pływających łodzi, mieszającego się z odgłosem migawek tysięcy aparatów zagranicznych turystów.

***

                Odwiedziny w egzotycznej i barwnej Birmie sprawiają, że stale chce się wracać do tej niezwykłej krainy uśmiechu. Niespotykana życzliwość płynąca z serc Birmańczyków na dobre zapada w pamięć i zachęca do naśladowania ich postawy. Ten kraj to nie tylko malownicze krajobrazy i piękne pagody. To przede wszystkim niezmiernie przyjaźni ludzie, od których można nauczyć się otwartości i którym warto odwdzięczyć się najszczerszym uśmiechem.

 

Wydanie jesień-zima 2018