ROBERT PAWEŁEK

 

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< W promieniach gorącego tropikalnego słońca podróżnicy wyruszają przez półwysep Jukatan śladami dawnej cywilizacji Majów. Gdzieś tutaj praktykowano tajemnicze obrzędy. Układ gwiazd i planet decydował o życiu tysięcy ludzi. Dziś wspaniałym piramidom schodkowym, zamiast ołtarzy ofiarnych, towarzyszą stragany z pamiątkami. W głębi dżungli kuszą nurków fascynujące podziemne jaskinie – cenoty. A na strudzonych wędrowców czekają miękkie złote piaski Riwiery Majów (Riviera Maya). Czy można sobie wyobrazić lepszą wyprawę? >>

 

Na pierwszy rzut oka półwysep Jukatan wydaje się płaski jak… tortilla. W zdecydowanej większości wznosi się zaledwie kilka metrów nad poziomem morza. Z lotu ptaka widać niewysokie lasy tropikalne i sawanny przecięte prostymi jak strzała drogami. W pasie nadmorskim królują namorzyny. Ten z pozoru mało urozmaicony widok nie zapowiada wielkich atrakcji, jakie tu na nas czekają...

 

Większość turystów przyjeżdża na Jukatan zwabiona urokiem plaż nad Zatoką Meksykańską i Morzem Karaibskim. Nad lazurowym Oceanem Atlantyckim rozpościera się idealnie błękitne niebo, a pod stopami czuć piasek miękki niczym puch – wszystko jest dokładnie takie, jak opisują to kolorowe foldery. Miłośnicy nurkowania wybierają wyspę Cozumel, położoną wzdłuż systemu Mezoamerykańskiej Rafy Barierowej. Przejrzystość wody dochodzi w jej rejonie do 27 m, a świat zwierząt zachwyca bogactwem gatunków korali, ryb tropikalnych, mięczaków i skorupiaków. Niezwykłą atrakcją dla płetwonurków są także cenoty – głębokie studnie krasowe, tworzące sieć podziemnych korytarzy. Nie wolno nam również nie odwiedzić dżungli, gdzie żyją pumy, jaguary, małpy i krokodyle. A kiedy tutejsza przyroda nie będzie już miała przed nami tajemnic, pozostaje wyruszyć na wyprawę szlakiem dawnych miast Majów. 

 

Białe Miasto

Moją podróż po stanie Jukatan zaczynam od jego tętniącej życiem stolicy Méridy, gdzie docieram po prawie 30 godz. lotu (włącznie z przesiadkami) z Polski. Gdyby nie znaczna odległość i dość wysokie ceny biletów, Meksyk byłby równie oblegany przez Polaków jak Hiszpania, Egipt czy Turcja.

Méridę założył w 1542 r. na ruinach miasta Majów T'Hó (Ichcaansihó) hiszpański konkwistador Francisco de Montejo Młodszy. Wiele budynków zbudowano z kamieni ocalałych po dawnych świątyniach. Stolica stanu Jukatan nosi miano Paryża Zachodu, z uwagi na duży wpływ kultury europejskiej na tutejszą architekturę, lub Białego Miasta (Ciudad Blanca). Etymologia tej drugiej nazwy nie jest pewna. Niektórzy wywodzą ją od bielonych wapnem ścian budynków, inni od koloru świątecznych strojów mieszkańców, a jeszcze inni od wyjątkowej czystości panującej na ulicach. Najlepiej zakwaterować się w jednym z hoteli z klimatyzacją i bezpłatnym dostępem do internetu. Za 50 pesos (ok. 12 zł) dojedziemy taksówką do każdego miejsca w mieście. Przez chwilę cieszę się chłodem w moim pokoju w Presidente InterContinental Villa Mercedes Mérida. Następnie zamawiam kurs na Plaza Grande, Wielki Plac (zwany też Plaza de la Independencia, czyli Placem Niepodległości), znajdujący się w centrum miasta. Nie mogę wytrzymać z ciekawości – w Meksyku jestem pierwszy raz, a na zwiedzanie Méridy mam tylko dwa dni. Miasto najpiękniej wygląda nocą. Dopiero po zachodzie słońca zaczyna tętnić życiem, zapewne z powodu mniejszego upału. Jego mieszkańcy wylegają tłumnie na ulice wokół Plaza Grande, gdzie co weekend odbywa się fiesta. Już w piątek wieczorem ruch samochodów zostaje tu wstrzymany, uliczni sprzedawcy rozstawiają swoje stragany z pamiątkami, jukatańskimi specjałami i rękodziełem artystycznym. Ruchliwy plac przemienia się szybko w targowisko. Mijam niezliczoną liczbę stoisk oraz barów na dwóch kółkach. Wkrótce barwny korowód tancerzy i tancerek rusza spod kafejki, kołysząc się w rytmie muzyki. Zaczyna się pokaz narodowych tańców.

Następnego dnia docieram na Plaza Grande już o 7.30. Dzięki temu mam okazję posłuchać meksykańskiego hymnu narodowego w wykonaniu lokalnego zespołu policyjnego. W pobliżu znajduje się gmach Ratusza (Palacio Municipal) i wszystkie ważniejsze zabytki. Nie mogę przeoczyć domu rodziny Montejo (Casa de Montejo) – jednego z najlepszych przykładów hiszpańskiego stylu plateresco w architekturze Nowego Świata. W gustownie urządzonych wnętrzach przez dłuższą chwilę odpoczywam od upału dzięki klimatyzacji. Po drugiej stronie placu stoi Palacio de Gobierno, Pałac Rządu (dawniej siedziba gubernatorów, a dzisiaj władz stanu), udostępniony zwiedzającym. Najciekawsze są w nim murale (monumentalne obrazy ścienne) wykonane przez miejscowego artystę Fernando Castro Pacheco (ur. 1918 r.), przedstawiające historię Majów z Jukatanu. Jednak najwspanialszą budowlą miasta jest bez wątpienia imponująca Catedral de San Ildefonso  (Katedra św. Ildefonsa), nazywana też Catedral de Yucatán (Katedrą Jukatanu) – najstarsza świątynia tego typu na kontynencie amerykańskim. Wzniesiono ją w miejscu dawnej świątyni Majów. Jej budowa trwała 37 lat, a ukończono ją w 1598 r. Nad głównym wejściem widnieje godło Hiszpanii, w kaplicy zaś przechowuje się drewniany krucyfiks Cristo de las Ampollas (Chrystusa z Pęcherzami), cudownie ocalały z dwóch pożarów.

                                                                                                              FOT. MEXICO TOURISM BOARD

Stąd ruszam dalej na Mercado Lucas de Galvéz, historyczny główny targ w Méridzie, gdzie sprzedawcy oferują wyroby rękodzieła ludowego, biżuterię, owoce, warzywa, a nawet buty. Znajdziemy tu także bardzo wytrzymałe sizalowehamaki, wyrabiane z włókna liści agawy, chętnie kupowane przez turystów. Podczas zwiedzania warto korzystać z dorożek, często używanych przez mniej zamożnych Meksykanów. W trakcie przejażdżki reprezentacyjną aleją Paseo de Montejo możemy podziwiać kolonialną architekturę Méridy, którą tworzą w znacznej części wytworne pałace i wille otoczone pięknymi ogrodami. Stały punkt wycieczek stanowi ogromny pomnik dokumentujący historię Meksyku – Monumento a la Patria (Pomnik dla Ojczyzny). Popularnym środkiem transportu wśród turystów są też turibusy, piętrowe autobusy z odkrytym dachem, zatrzymujące się w wybranych punktach miasta (bilet kosztuje 120 pesos, czyli ok. 30 zł). Ja postanowiłem skorzystać z mniej komfortowego turibusu kubańskiego (podobno w stolicy Jukatanu kursują tylko dwa takie pojazdy), co okazało się nie najlepszym pomysłem, bo już po chwili jechałem w obłokach spalin. Chętni mogą wybrać się także do miasta Progreso nad Zatoką Meksykańską (ok. 35 km od Méridy, 20 min. autobusem). Zawijają tutaj statki wycieczkowe, a ponad 6-kilometrowe molo pełne jest spacerowiczów. Same plaże niczym jednak się nie wyróżniają.

 

Świat Majów

Władze stanu Jukatan coraz większą wagę przykładają do spuścizny po starożytnej cywilizacji Majów i wykorzystują ją do swojej promocji. Świadczą o tym choćby Targi Turystyczne Świata Majów (Feria Turística del Mundo Maya), odbywające się co roku w Méridzie (od 2009 r.). Jeśli spojrzeć na mapę regionu, praktycznie wszędzie znajdziemy stanowiska archeologiczne. Wiele miejsc nie zostało jeszcze odkrytych, bowiem pozostałości zabytkowych budowli porasta gęsta tropikalna dżungla.

  FOT. MEXICO TOURISM BOARD

Do najbardziej znanych miast Majów należy Chichén Itzá, założone prawdopodobnie w VI w. i wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Najintensywniejszy rozwój przeżywało w X–XI stuleciu, kiedy do imperium przybyli z terenów dzisiejszego północno-zachodniego Meksyku Toltekowie. W XV w. zostało opuszczone. Nie było największym ośrodkiem, stanowiło jednak centrum kultu religijnego Majów. Dziś możemy podziwiać tutaj ok. 2500 budowli. Świątynia Kukulkána (Pierzastego Węża), zwana też El Castillo (Zamkiem), jest najpopularniejszym symbolem Chichén Itzá, które zostało uznane w 2007 r. za jeden z nowych siedmiu cudów świata. Dwa razy w roku (20/21 marca i 22/23 września), w czasie zrównania dnia z nocą, gromadzą się przed nią tysiące ludzi, aby obserwować, jak promienie zachodzącego słońca ześlizgują się niczym wąż po jej schodach.

Obejrzymy tu również słynne obserwatorium astronomiczne Majów El Caracol (Ślimak), zachowane w dość dobrym stanie. Współczesnym zadziwiający wydaje się fakt, że ludzie wierzący, iż Ziemia jest kwadratem pływającym po wielkim zbiorniku wodnym, określili precyzyjnie wiele danych z zakresu astronomii dużo wcześniej przed nami. Co do kilometra ustalili odległość naszej planety od Słońca. Niemal idealnie wyliczyli także czas obiegu Ziemi wokół centralnej gwiazdy Układu Słonecznego. Jednak z cywilizacją Majów związane są też krwawe rytuały. Aby zaskarbić sobie łaski boga wody, deszczu i piorunów Chaca (Chaaca), do cenotów wrzucano w czasie suszy ofiary z ludzi, głównie kobiet i dzieci. Tych, którym przeznaczona była rytualna śmierć, służąca zjednaniu przychylności bogów, prowadzono na szczyt Templo de los Guerreros (Świątyni Wojowników) drogą wśród Grupo de las Mil Columnas, czyli Grupy Tysiąca Kolumn. W tym miejscu kapłani wyrywali im serca lub obcinali głowy. Te ostatnie trafiały później na tzompantli – rodzaj palisady z czaszek. Dzisiaj my także możemy uczestniczyć w jednym ze świętych obrzędów, a mianowicie Ceremonia Maya (Ceremonii Majów) pod Świątynią Kukulkána. Kapłani w skupieniu odprawiają rytuał mający na celu wyrażenie wdzięczności przodkom, oczyszczenie duszy i zjednoczenie ze wszechświatem. Przyglądam się temu z aparatem w ręku i odczuwam ulgę, że to wszystko dzieje się teraz, a nie przed wiekami. Patrzę na uśmiechniętych handlarzy – ofiarne stoły zastąpiły stragany z pamiątkami. Kiedy Hernán Cortés (1485–1547) zakazał składania ofiar z ludzi, na półwyspie nastała era hiszpańskiego panowania i chrystianizacji. W ten sposób kultura Majów i ich wierzenia zostały wyparte ze świadomości kolejnych pokoleń. Przyczynił się do tego m.in. drugi biskup Jukatanu Diego de Landa (1524–1579), który zniszczył większość majańskich rękopisów (pozostały tylko trzy) i wizerunków bogów.

Aby lepiej poznać świat tych starożytnych Indian, trzeba odwiedzić ich dawne miasto Cobá, położone pomiędzy Valladolid i Tulum, jedno z największych w całym imperium Majów. Ukryte w głębi puszczy budowle zachowały się w bardzo dobrym stanie. Okres świetności Cobá przypadł na lata 500–900, kiedy mieszkało tu ok. 50 tys. ludzi. Zwiedzić można jednak tylko część miasta, w tym słynną piramidę Nohoch Mul, z której szczytu (42 m wysokości) rozpościera się widok na bezkresną dżunglę. Po kompleksie archeologicznym najlepiej poruszać się wypożyczonym rowerem lub rykszą. Niedaleko głównej drogi stoi inna piramida nosząca nazwę Templo de la Iglesia, czyli Świątyni Kościoła. Natomiast 30 m dalej natrafimy na odnowione boisko do gry w pelotę – prekolumbijską odmianę piłki nożnej.

 

Cancún – nowe Acapulco

Jeśli poprosimy kogoś o wymienienie najatrakcyjniejszej miejscowości wypoczynkowej w Meksyku, wiele osób wybierze z pewnością Cancún nad Morzem Karaibskim. Historia tego kurortu zaczęła się, gdy w latach 60. XX w. władze postanowiły stworzyć tu ośrodek turystyczny na miarę słynnego Acapulco. Obecnie ponad 20-kilometrowe wybrzeże wypełniają luksusowe, wielopiętrowe hotele. Warto tutaj zawitać choćby na chwilę, żeby odpocząć na plaży, korzystając z bogatej oferty all inclusive. To idealne miejsce dla osób ceniących luksus, wygodę i dobrą zabawę. Restauracje, możliwość uprawiania sportów wodnych (zwłaszcza na pobliskiej Isla Mujeres, Wyspie Kobiet), rafy koralowe i skąpane w słońcu, choć nieco zatłoczone plaże przyciągają turystów jak magnes. Po zachodzie słońca tłumy przenoszą się do słynnego rejonu nazywanego Party Center oraz do hotelowych dyskotek, gdzie do rana sączy się tequilę i tańczy salsę. Sam miałem okazję nauczyć się kilku kroków tego tańca w Mambo Café i muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało.

 

Najpiękniejsze plaże świata

Ci, którzy nie przepadają za zgiełkiem wielkich turystycznych kurortów, powinni zdecydować się na wypoczynek na tzw. Riviera Maya (Riwierze Majów). Ciągnie się ona na długości ok. 130 km wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego od Puerto Morelos na północy do Punta Allen na południu, leżącego w samym sercu Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Tutaj zamiast mew szybują nad naszymi głowami flamingi i pelikany. W okolicznych wodach nie ma meduz, są za to kraby i żółwie morskie. Na swoją bazę wybieram Playa del Carmen, dokąd docieram z Méridy za 320 pesos (ok. 80 zł) po 5 godz. jazdy komfortowym autobusem sieci ADO. To najchętniej odwiedzane miejsce na Riwierze Majów, szczególnie przez Amerykanów. Jest ich tu tak wielu, że Meksykanie wydają się być mniejszością. Wieczorem rozkwita życie towarzyskie, a w miejscowych klubach zabawa trwa nawet do białego rana.

Przy sławnym deptaku zwanym Quinta Avenida, czyli Piątą Aleją, rozciągniętym równolegle do wybrzeża, znajdują się sklepy z pamiątkami, centra handlowe, bary, restauracje, dyskoteki i eleganckie hotele. Mieszkam w wybudowanym w stylu kolonialnym ośrodku sieci Encanto Resorts Collection – Hacienda del Caribe. Mam stąd bardzo blisko na plażę, ale już następnego dnia postanawiam zrezygnować z błogiego lenistwa i wyruszyć autobusem (45 pesos, ok. 11 zł) do pobliskiego Tulum. To potężne miasto Majów jako jedyne wzniesiono nad brzegiem Morza Karaibskiego na wysokim klifie. W czasie zwiedzania możemy zrobić sobie krótką przerwę na kąpiel. Za kilkanaście pesos podjeżdżam do malowniczego miasteczka Tulum, położonego obok strefy archeologicznej. W centrum działa wiele pensjonatów oraz maleńkie hotele rozsiane wzdłuż wybrzeża lub ukryte na plażach w przepięknych lagunach. Do większości z nich dostaniemy się niedrogą taksówką (ja wytargowałem cenę 50 pesos za 10 km, czyli ok. 12 zł). W końcu docieram do Playa Paraíso (Rajskiej Plaży) i siadam w nadmorskim barze. Palmy osłaniają mnie przed słońcem, pod nogami czuję delikatny piasek, a wokół słyszę szum morza. Plaże Tulum uchodzą za jedne z najpiękniejszych na świecie. Żal mi opuszczać to miejsce. Gdyby nie to, że mam opłacony nocleg w hotelu, chętnie ułożyłbym się tutaj do snu w hamaku pod moskitierą. 

 

Gringo w dżungli

Ostatnie dwa dni przeznaczam na wycieczkę na Rancho San Felipe oraz do Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an, który znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W języku maja Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie rodzi się niebo” lub „dar nieba”. Towarzyszą mi potomkowie Majów – Ana i Cesar z Community Tours Sian Ka’an. Ruszamy motorówką i po chwili mkniemy z wielką prędkością kanałem w labiryncie namorzynów. W pewnym momencie nasz kapitan Pedro zatrzymuje łódź. Kolejny dwukilometrowy odcinek kanału mamy przepłynąć wpław. Patrzę z obawą na wodę, w której podobno żyje mnóstwo krokodyli. Jednak Cesar uspokaja mnie, mówiąc, że o tej porze nic nam nie grozi. Faktycznie, oprócz pięknych egzotycznych ptaków nie spotykamy żadnych groźnych gadów, a przeprawa dostarcza niezapomnianych wrażeń.

Następnego dnia czeka mnie wyprawa do dżungli i nurkowanie w cenotach. Dołącza do nas wykwalifikowana przewodniczka Angela z Alltournative. Wyruszamy z Rancho San Felipe, gdzie miejscowa ludność pomaga w obsłudze turystów. Podczas prawie godzinnego przemarszu przez dżunglę rozglądam się co chwilę, czy w pobliżu nie czai się jakiś wąż. Widząc moje zaniepokojenie, Angela informuje mnie, że gady raczej unikają ludzi. Każe jednak uważać na czarne nacięcia na drzewach, bo przy zetknięciu ze skórą mocno uczulają ludzi. Wreszcie docieramy do uroczego jeziora schowanego w głębi tropikalnej puszczy. Konary drzew zostały połączone rozległą siecią kolejek tyrolskich (Maya Zip-Line). Zakładamy kaski, przyczepiamy się do liny i suniemy w dół z wiatrem. Lądując, zauważam tylko, że w dole czeka wytrwale mały krokodyl, jakby liczył, że wreszcie coś wpadnie do wody. Na koniec, w nagrodę za trudy, możemy się ochłodzić kąpielą w jednym z cenotów. Te studnie krasowe połączone kanałami wydrążonymi w wapiennych skałach tworzą wspaniały tajemniczy świat pod powierzchnią ziemi. Na Rancho San Felipe turystów i miłośników podwodnych przygód przyciągają przede wszystkim przepiękne cenoty Nohoch Nah Chich i Sac Actun. Stanowią one nie lada gratkę dla wielbicieli nurkowania jaskiniowego.

 

Meksyk od kuchni

Po trudach pobytu w dżungli czas się posilić. Meksyk kojarzy się na całym świecie z doskonałą kuchnią. Warto skosztować jukatańskich specjałów, takich jak np. tamal (kukurydziana masa z różnymi dodatkami, gotowana na parze i zawinięta w liść kukurydzy) czy salbute (smażona tortilla z ciasta kukurydzianego z dodatkiem sałaty, kurczaka, pomidorów i cebuli). Z sosami trzeba jednak uważać, bo są bardzo ostre.

Po powrocie do Playa del Carmen trafiam do miłej kafejki, gdzie można przebierać w różnych gatunkach piwa. Oprócz znanego mi od dawna Corona Extra są też delikatne Cerveza Sol, ciemne Negra Modelo i najpopularniejsze w Meksyku Dos Equis XX Lager. Jest także – oczywiście – słynna tequila. Jednak tylko turyści piją ją ze szczyptą soli i limonką. Miejscowi sączą tequilę z sangritą – ostrym sokiem na bazie pomidorów i pomarańczy. Trzeba też koniecznie spróbować innego lokalnego trunku – meksykańskiej wódki mezcal. Do butelek nią wypełnionych wrzuca się robaki żerujące na liściach agawy – larwy motyli Acentrocneme hesperiaris i Hypopta agavis (chinicuil), które nadają jej podobno charakterystyczny smak. Tę atrakcję jednak zostawiam sobie na kolejny raz. Nieco rozmarzony, wciąż odczuwający niedosyt wrażeń, postanawiam, że jeszcze wrócę do fascynującego Meksyku.


 

Artykuły wybrane losowo

CZARUJĄCA BIRMA W WIRZE PRZEMIAN

Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

Więcej…

Cała prawda o Jamajce

PRZEMYSŁAW BOCZARSKI

<< Jamajka jest niewielką wyspą pośrodku Morza Karaibskiego, która uzyskała niepodległość zaledwie 56 lat temu – 6 sierpnia 1962 r. W ciągu tego czasu nie rozwinęła się znacząco gospodarczo ani kulturalnie. Szczerze mówiąc, nie dzieje się tu za wiele. Mimo to Jamajczycy uważają siebie za naród wybrany, a swoją ojczyznę za centrum wydarzeń kulturalnych i kraj kreujący trendy. >>

 

Zjeżdżalnia wodna w kompleksie na Mystic Mountain w Ocho Rios

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

Jamajka to jedna z mniej znanych Polakom wysp Karaibów. Chociaż znajduje się w samym centrum archipelagu Wielkich Antyli, a z wielu europejskich miast regularnie kursują na nią samoloty, wciąż wydaje się mało dostępna i położona trochę za daleko. Faktem jest, że urlop w tym kraju kosztuje nieco więcej niż w przypadku popularnych wśród polskich turystów Dominikany czy Kuby. Trudniej także dolecieć z Polski na wyspę poza sezonem zimowym, w którym funkcjonuje bezpośrednie połączenie czarterowe z Warszawy. Poza tym okresem zazwyczaj Polacy muszą przesiadać się na jednym z lotnisk europejskich, co wiąże się – oczywiście – z wydłużonym czasem podróży.

Na niekorzyść Jamajki działa też ciągnąca się za nią opinia miejsca niezbyt bezpiecznego. Sytuacji nie poprawia fakt wprowadzenia w styczniu 2018 r. stanu wyjątkowego w Montego Bay. Został on ogłoszony z powodu wzrostu przestępczości w tej turystycznej stolicy wyspy. Mimo iż w praktyce sprowadza się głównie do rewidowania samochodów wjeżdżających i opuszczających miasto, co nie jest zbyt uciążliwe i nie wpływa w żaden znaczący sposób na życie mieszkańców czy turystów, widok żołnierzy uzbrojonych w karabiny M16 wywołuje uczucie niepewności i wzbudza ciekawość. Oczywiście, pojawienie się w Montego Bay dodatkowych patroli komentują wszystkie media i użytkownicy na portalach dla podróżników. Jednak choć w mieście odnotowano wzrost przestępczości, turyści nie mają się czego obawiać. Wyspa żyje z turystyki, z czego doskonale zdaje sobie sprawę większość Jamajczyków, którzy starają się nie niepokoić niepotrzebnie przyjezdnych.

 

NA MIEJSCU

Mimo iż Jamajkę uważa się za dość niebezpieczne miejsce, prawda wygląda nieco inaczej. Mieszkam tutaj od 11 lat i chociaż to kraj trzeciego świata, większość przewodników turystycznych wyolbrzymia zagrożenie. Wyspa jest zupełnie inna niż zazwyczaj myślą odwiedzający ją po raz pierwszy turyści. Jamajka zachwyca kolorami, ale również zaskakuje kontrastami i absurdami, które dostrzec można w każdym aspekcie życia Jamajczyków już kilka chwil po przylocie.

Moje pierwsze wspomnienia z tego kraju sięgają 2006 r., kiedy przyjechałem tu do pracy jako przewodnik. Najpierw spadł na mnie lejący się z nieba żar – ten gorący klimat od dawna przyciąga podróżników z całego świata. Potem przyszło nieprzyjemne uczucie zimna panującego w klimatyzowanych pomieszczeniach. Jamajczycy mają w zwyczaju ustawiać klimatyzatory na najniższą temperaturę, co stwarza wręcz komiczny kontrast między chłodem wewnątrz a upałem na zewnątrz. Turyści nie do końca są zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Niskie temperatury utrzymuje się nie tylko w hotelach, lecz także w autokarach. Miejscowi korzystają z dobrodziejstw klimatyzacji, ile mogą.

 

ROZMOWY JAMAJCZYKÓW

Do zderzenia z obcą kulturą dochodzi np. przy próbach komunikowania się, ponieważ na wyspie angielski wcale nie jest powszechnie używany. Mimo iż pełni funkcję języka urzędowego, między sobą Jamajczycy zwykle porozumiewają się w patois (jamajskim kreolskim), który powstał na bazie angielskiego z wpływami języków afrykańskich, jakimi posługiwali się niewolnicy sprowadzeni z Afryki do pracy na plantacjach. Podczas pobytu za granicą często za trudności w nawiązaniu rozmowy z miejscowymi obwiniamy siebie, a to ze względu na nasze niedostateczne umiejętności językowe. Warto więc zdawać sobie sprawę, że na Jamajce możemy znaleźć się raczej w odwrotnej sytuacji. Nie wszyscy Jamajczycy potrafią mówić poprawnie po angielsku i nie zawsze rozumieją wypowiedzi w tym języku. Większość z nich wplata w rozmowie słowa pochodzące z patois, co skutkuje tym, że komunikacja bywa bardzo często utrudniona. W rzeczywistości rzadko można spotkać miejscowych, którzy rozmawiają ze sobą na co dzień w języku angielskim, ponieważ się z nim nie identyfikują. To patois odgrywa rolę nośnika ich kultury i zwyczajów, spaja tutejsze społeczeństwo – słychać go w telewizji, teatrze i coraz częściej w szkołach, napisy w nim pojawiają się na reklamach w miastach. Sam język jest niezmiernie ciekawy i niezwykle ekspresywny. Jamajczycy wspierają się w czasie rozmowy elementami niewerbalnymi takimi jak gestykulacja. Bardzo często oprócz słów posługują się dźwiękami, które oznaczają m.in. lekceważenie, niezadowolenie czy brak porozumienia z drugą osobą. Patois trudno się nauczyć, dlatego że funkcjonuje on głównie w formie ustnej i brak jest jakichkolwiek materiałów, które pomogłyby w jego opanowaniu.

Turyści mają często wrażenie, że Jamajczycy mówią wyjątkowo szybko i robią to celowo, aby nie zdradzać szczegółów swoich dyskusji. Ponieważ miejscowi są w większości osobami bilingwalnymi, potrafią płynnie przechodzić z jednego tutejszego języka urzędowego na drugi. Przykładowo w sklepach z pamiątkami mają zwyczaj zwracania się do klientów w patois nawet w przypadku obcokrajowców. Czasami robią to z nadzieją, że zagadany kupujący może przepłaci. W swoje wypowiedzi Jamajczycy nagminnie wplatają wyrażenie Yeah, mon!, którego da się użyć niemal w każdej sytuacji. W zależności od kontekstu oznacza ono różne rzeczy, bywa zarówno potwierdzeniem, jak i zaprzeczeniem. Z tego powodu turyści wychodzą z założenia, że Yeah, mon! ma bardzo wiele znaczeń i na każde pytanie miejscowych odpowiadają właśnie za pomocą tego wyrażenia.

  

Stoisko ze świeżymi owocami i warzywami

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NA TARGU

Zazwyczaj obcokrajowcy są również zaskoczeni lokalnymi metodami płacenia za towary i usługi. Mimo iż na Jamajce obowiązującą walutę stanowi dolar jamajski (JMD), praktycznie wszędzie przyjmuje się dolary amerykańskie (USD). Turystów dziwi jednak fakt, że resztę wydaje się w dolarach jamajskich. Przelicznik jest dość egzotyczny i wielu ludzi gubi się w kalkulacjach. Sporo mówi on na temat sytuacji ekonomicznej w kraju. Dolar jamajski traci często na wartości z dnia na dzień – obecnie za 1 USD otrzymuje się w banku ok. 125 JMD. Oczywiście, gdy wartość lokalnej waluty spada, ceny w sklepach stają się wyższe. Dzieje się tak ze względu na to, że większość produktów Jamajka importuje. Obcokrajowcom nierzadko wydaje się, że wyspa stanowi prawdziwy raj dla rolników z racji tropikalnego klimatu i wysokich temperatur powietrza. Jednak jamajska ziemia bogata jest w boksyt (rudę glinu) i dlatego nie charakteryzuje się zbytnią żyznością. Uprawia się tutaj m.in. słodkie ziemniaki, dynię, cebulę oraz ignam (pochrzyn) i maniok – warzywa bulwowe bogate w skrobię i podawane do śniadania czy obiadu. Popularnością cieszą się przeróżne odmiany papryki, w tym ostra scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), która wchodzi w skład marynaty do przyprawiania kurczaka lub wieprzowiny w stylu jerk w lokalnych restauracjach.

Owoce dostępne na wyspie smakują naprawdę wspaniale. Tutejsze ananasy, papaje i banany są po prostu nieporównywalnie lepsze niż te sprzedawane w Polsce. Mają bardzo słodki smak, zresztą wszystko, co Jamajczycy piją bądź jedzą, bywa z reguły dosładzane. Turyści często narzekają na przesłodzone drinki, soki z koncentratu oraz desery, do których dodaje się więcej cukru niż potrzeba. Wyspiarze lubią słodkie i na przekąskę czy drugie śniadanie dla dzieci serwują bułki i ciasta. Owoce są tu jednak przepyszne i każdy, kto dotrze na wyspę, powinien koniecznie spróbować tych oferowanych na lokalnym targu lub przydrożnym straganie. Import produktów, co oczywiste, kosztuje i ceny w sklepach bywają bardzo wysokie.

  

Jamajczyk sprzedający rękodzieło przy pomoście nad brzegiem morza

© MAGAZYN ALL INCLUSIVE

 

KURCZAK W MARYNACIE

Jamajczycy spoza stołecznego Kingston – m.in. mieszkańcy innych największych miast w kraju: Montego Bay i Ocho Rios – zazwyczaj nie odwiedzają zbyt często restauracji z dwóch powodów. Po pierwsze, jest w nich drogo. W nielicznych lepszych lokalach za danie trzeba zapłacić ok. 30 USD. Po drugie, nie ma ich zbyt dużo. Większość turystów nie opuszcza swoich rozbudowanych hoteli oferujących pobyty typu all inclusive, a miejscowych nie stać na stołowanie się w restauracjach. Popularne i niezmiernie smaczne jedzenie kupuje się w małych barach, które serwują kurczaka czy wieprzowinę jerk. Pikantne mięso piecze się na grillu opalanym drewnem z korzennika lekarskiego (jego owoce występują pod nazwą ziela angielskiego). Najlepszą taką knajpką jest według mnie „Scotchies” (Falmouth Road, Montego Bay), gdzie można przypatrzeć się, jak przygotowuje się takie danie. Jamajczycy nie mają w zwyczaju krojenia na plasterki – kurczaka bądź wieprzowinę porcjuje się tasakiem łącznie z kośćmi. Mięso podaje się z dodatkami: smażonymi kluskami z mąki kukurydzianej, maniokiem, warzywami duszonymi na parze, słodkimi ziemniakami lub smacznym ryżem gotowanym z grochem i mlekiem kokosowym. Potrawa smakuje przepysznie, dlatego polecam przywiezienie ze sobą z Jamajki przypraw do marynaty jerk – są one dostępne w postaci suchej, jak i mokrej.

Ciekawostkę stanowi fakt, że mieszkańcy tego wyspiarskiego w końcu kraju nie spożywają dużo ryb ani owoców morza. Można je dostać u lokalnych rybaków, którzy chwalą się swoimi zdobyczami przy drodze, ale kosztują one o wiele więcej niż mięso. Przyrządza się głównie krewetki w sosie curry, na ostro, smażone z mlekiem kokosowym i podawane z ryżem. Miłośnicy świeżych owoców morza będą rozczarowani wyborem, ale na pewno zostaną miło zaskoczeni smakiem. Najpopularniejszą rybą jest lucjan czerwony (northern red snapper), którego smaży się lub gotuje na parze z warzywami. Bezapelacyjnie w miejscowej kuchni króluje jednak kurczak, przygotowywany na bardzo wiele sposobów i przy różnych okazjach. Do niego trzeba koniecznie wypić naprawdę dobre jamajskie piwo Red Stripe. Sprzedaje się je w szklanych butelkach, które przypominają te, w jakich kiedyś kupowało się syropy w polskich aptekach. Lokalne piwo, tak jak rum, z pewnością docenią wszyscy.

 

Z GÓR NAD WODOSPADY

Jamajczycy z reguły nie są zbyt zamożni. Zarabiają niewiele, a koszt życia znacznie przewyższa ich zarobki. Dlatego często dorabiają sobie na boku lub utrzymują się z napiwków, które zostawiają turyści. Choć przyjęło się, że drobne kwoty pieniędzy oferuje się po wykonaniu usługi, na Jamajce wręcza się je raczej na początku, co niejednokrotnie przyśpiesza bądź w ogóle umożliwia zrealizowanie czegokolwiek. Warto podzielić się dolarem z kierowcą, zwłaszcza autobusu, ponieważ oni pracują naprawdę długo i dosyć ciężko. W kraju nie ma transportu publicznego, z miasta do miasta można dostać się jedynie lokalnymi taksówkami, a warunki podróży daleko odbiegają od europejskich standardów. Kierowcy pokonują długie i męczące trasy, bo choć wyspa jest niewielka (10 991 km² powierzchni), stan dróg pozostawia sporo do życzenia – pełno na nich dziur i są bardzo kręte. Jednak tutejsze widoki zapierają dech w piersiach, więc zdecydowanie warto wybrać się na wycieczkę.

Wbrew pozorom na Jamajce nie ma aż tak wielu atrakcji. Większość z nich to miejsca ciekawe pod względem przyrodniczym i krajobrazowym: wodospady, rzeki (na których organizuje się spływy tratwami z bambusa) czy zatoki. Poza tym jedną z ważniejszych pozycji na liście rejonów do odwiedzenia są Góry Błękitne (z najwyższym szczytem Blue Mountain Peak, 2256 m n.p.m.), w których uprawia się słynną arabicę nazywaną Jamaican Blue Mountain Coffee. Wyjątkową jakość tej kawy doceniają smakosze z całego świata. Podczas zwiedzania plantacji można podziwiać niezapomniane widoki i odetchnąć powietrzem o wiele bardziej rześkim niż to w dole. Góry Błękitne są naprawdę doskonałe na spacery czy dłuższe wędrówki. Chociaż wciąż pozostają stosunkowo mało popularne, powoli wchodzą do ofert lokalnych biur podróży. Wizyta w tym rejonie Jamajki pozwala poznać ją z trochę innej strony, nie tej prezentowanej na zdjęciach z turystycznych folderów. Jest także okazją, aby na chwilę odpocząć od tłumów turystów na plaży oraz zgiełku miasta. Okolicę gór można również przemierzać na rowerze, co na pewno przypadnie do gustu osobom lubiącym aktywnie spędzać czas.

Inną atrakcją, której nie wolno ominąć w trakcie pobytu na Jamajce, są spektakularne wodospady. Warto tu odwiedzić nie tylko te najsłynniejsze, czyli Dunn’s River Falls koło Ocho Rios, ale też mniej popularne Reach Falls, Mayfield Falls, Bath Fountain lub Reggae Falls, które prezentują się równie zjawiskowo. W takich miejscach trudno nie zachwycić się pięknem jamajskiej przyrody,

 

RUM I MUZYKA

Poza kawą z Jamajki zdecydowanie warto przywieźć lokalny rum. To duma każdego Jamajczyka. W radiu czy telewizji co chwilę puszczane są reklamy z hasłem We are rum people, które znakomicie oddaje przywiązanie miejscowych do tego trunku. Rum stanowi integralny element tutejszej kultury. Jamajczykom towarzyszy na co dzień i od święta od wielu lat.

Pod pewnym względem rum przypomina wino – im starszy, tym lepszy. Warto wiedzieć, że jedyną kobietą na świecie będącą specjalistką od niego jest właśnie Jamajka – Joy Spence (pracująca dla Appleton® Estate), która zajmuje się tworzeniem unikatowych blendów, czyli mieszanek różnych gatunków tego trunku. Poza rumami wyborowymi na wyspie można dostać też likiery na bazie rumu. Zadowolą one każdego smakosza słodkich alkoholi. Likiery rumowe przypominają słynny irlandzki Baileys, jednak są o wiele łagodniejsze i delikatniejsze. Występują w różnych smakach, np. bananowym, kokosowym, kawowym albo czekoladowym.

                Na Jamajce oprócz wszelkich standardowych pamiątek, np. magnesów i koszulek z podobiznami Boba Marleya i Usaina Bolta bądź z napisem Jamaica, można kupić ciekawe rękodzieło artystyczne. Obok popularnych masek czy wazoników sprzedaje się tu wyroby z mahoniu, drewna mango lub cedru takie jak długopisy, breloczki i podstawki na stół. Z wyspy warto przywieźć również popularne ostatnio w Polsce płyty winylowe. W Kingston, w domu należącym niegdyś do Boba Marleya (56 Hope Road), znajduje się historyczna siedziba wytwórni Tuff Gong (założonej w 1970 r.), w której nagrywał i tworzył król reggae (od ponad 30 lat mieści się tutaj muzeum artysty). Po odwiedzeniu jej można zaopatrzyć się w winyle z piosenkami legendarnego wokalisty, gitarzysty i kompozytora, które na pewno będą oryginalnym prezentem z Karaibów. Wytwórnia Tuff Gong działa w dalszym ciągu w jamajskiej stolicy, ale już pod adresem 220 Marcus Garvey Drive. Nowe studio, nadal zajmujące się nagrywaniem płyt, udostępniono też do zwiedzania.

Muzyka jest na Jamajce niezmiernie ważna. Oprócz legendarnego Boba Marleya pochodzą stąd także Sean Paul czy Shaggy, gwiazdy rozpoznawalne na całym świecie. Płyty z lokalnymi utworami można nabyć praktycznie na każdym parkingu, gdzie wśród zaparkowanych samochodów miejscowi wykonawcy sprzedają swoje składanki w cenie ok. 200 JMD (w przeliczeniu ponad 1,5 USD). Muzyka ta brzmi naprawdę ciekawie. Takie płyty kupują sami Jamajczycy, którzy zazwyczaj słuchają ich później z odpowiednio zmodyfikowanych odtwarzaczy w swoich samochodach.

 

NIECO INNE PAMIĄTKI

Z Jamajki przywieziemy też interesujące książki. W tutejszych księgarniach można znaleźć prawdziwe perełki pochodzące z utworzonego w 1948 r. Uniwersytetu Indii Zachodnich (University of the West Indies), który jest wiodącą tego typu placówką w anglojęzycznej części Karaibów i jedną ze swoich trzech obecnych siedzib ma właśnie w tym kraju (w podmiejskim obszarze Kingston – położonej u podnóża Gór Błękitnych Monie; poza tym działa jeszcze filia w Montego Bay). Wśród nich są pozycje na temat kolonizacji, rewolucji niewolników czy tożsamości Jamajczyków. Wszystkie napisali lokalni uczeni i choć książki nie należą do tanich, będą ciekawą pamiątką dla tych, którzy chcą zapamiętać Jamajkę na dłużej i dowiedzieć się o niej znacznie więcej niż zawierają kolorowe przewodniki turystyczne. Wiele publikacji dotyczy także karaibskiej sztuki kulinarnej – na pewno spodobają się miłośnikom gotowania. W przypadku większości dań trzeba korzystać z miejscowych produktów, ale po małych modyfikacjach uda się je przygotować również i w Polsce.

                Jeszcze innym pomysłem na ciekawą pamiątkę z wyspy są kosmetyki z dodatkiem lokalnych produktów, np. mydła na bazie oleju kokosowego, papai czy aktywnego węgla. Na Jamajce, podobnie jak i w wielu krajach na świecie, rozpowszechniła się ostatnio moda na naturalną pielęgnację. Do najbardziej interesujących składników zalicza się – oczywiście – wspomniany już olej kokosowy, który pozyskiwany jest na zimno z uprawianych na miejscu kokosów. Dodaje się go do mydeł i kremów sprzedawanych w aptekach i drogeriach. Balsamy z ekstraktami z mango, ananasa, aloesu czy trawy cytrynowej stanowią obowiązkowe wyposażenie kosmetyczki każdej jamajskiej kobiety. Warto przywieźć ze sobą do domu takie ręcznie produkowane naturalne specyfiki, na pewno będą oryginalniejsze niż magnes na lodówkę bądź kolejny otwieracz do butelek.

Niestety, tak jak życie na wyspie również pamiątki są dość drogie, ale za to można je kupić w większości sklepów w miastach oraz w sklepikach działających przy popularnych atrakcjach turystycznych. Sami Jamajczycy chętnie o nich opowiadają i z pewnością doradzą nam w czasie zakupów. Dobrze pamiętać, że nie musimy decydować się na importowane z Chin magnesy lub koszulki, które dominują na jamajskich straganach. Poza tym targować można się praktycznie wszędzie, oczywiście, oprócz sklepów spożywczych i hipermarketów.

 

Pocztówkowe bliźniacze zatoki w Port Antonio

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NIEZNANA WYSPA

Mimo iż Jamajkę dosłownie zalewają turyści, co widać zwłaszcza na jej północnym wybrzeżu, gdzie usytuowana jest większość komfortowych hoteli i rozległych resortów, wciąż są tutaj miejsca, które zachwycą osoby szukające błogiego spokoju. Należy do nich niewątpliwie nieopanowany jeszcze przez masową turystykę region Portland, położony na wschód od miasta Ocho Rios. Znajdują się w nim wille największych hollywoodzkich sław, w tym posiadłość znanego amerykańskiego aktora, producenta filmowego i rapera Willa Smitha. Nie ma w tej okolicy olbrzymich resortów all inclusive ani zbyt wielu hoteli, są za to małe pensjonaty czy domki, w których można wynająć pokój na kilka dni, aby rozkoszować się odgłosami Morza Karaibskiego i śpiewem ptaków. Poza tym organizuje się tu też jednodniowe wycieczki dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda nieturystyczna Jamajka. Niewielkie dziewicze plaże, ukryte w gąszczu wysmukłych palm, wydają się być miejscami nie istniejącymi na mapach czy w informatorach turystycznych. W Portland znajdują się wioski, w których mieszkańcy handlują owocami i warzywami z okolicznych upraw – to tutaj leży większość plantacji bananów, ananasów, kokosów, mango i bligii pospolitej (ackee). Stolicą regionu jest Port Antonio. Miasto upodobał sobie amerykański aktor australijskiego pochodzenia Errol Flynn (1909–1959). W marinie nazwanej jego imieniem cumują luksusowe jachty i łodzie. Malowniczy zachód słońca nad zatoką można podziwiać przy szklaneczce rumu z coca-colą z pobliskiego baru lub po prostu filiżance doskonałej kawy z Gór Błękitnych. Osoby zainteresowane lokalną kuchnią powinny spróbować tutejszych deserów. Warto wybrać się do położonej nieopodal przystani lodziarni „Devon House I-Scream”, w której podaje się olbrzymie porcje naprawdę bardzo dobrych lodów.

Pobyt w urokliwym Portland – niestety – ma swoją cenę, którą jest dość ciężki dojazd. Region leży na wschód od modnych kurortów, dlatego na dotarcie do niego samochodem trzeba przeznaczyć ok. 5 godz. Jeśli jednak ktoś chce zobaczyć mniej popularne oblicze Jamajki, taka niedogodność nie powinna go odstraszyć. Tę pasjonującą karaibską wyspę warto poznać z każdej strony.

 

Wydanie Wiosna 2018

Najlepsze miejsca do nurkowania na świecie – top 10

MAGDALENA ZDRENKA

 

FOT. TOURISM AUSTRALIA

W morskich głębinach kryje się tak wielkie bogactwo podwodnych krajobrazów, unikalnych ekosystemów i różnorodnych gatunków, że trudno wybrać jeden najpiękniejszy i najciekawszy rejon. Na szczęście wcale nie musimy tego robić. Możemy zwiedzać je wszystkie po kolei, ale nie łudźmy się niepotrzebnie, na pewno nie uda nam się zobaczyć wszystkiego. Jedno życie to za mało na poznanie całego podmorskiego raju na ziemi.

Więcej…