KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

« Armenia bywa często niesłusznie niedoceniana i omijana w trakcie wypraw na Kaukaz na rzecz swojej słynnej sąsiadki, Gruzji. Jednak ten niewielki kraj, położony na pograniczu Europy i Azji, zupełnie sobie na to nie zasłużył. Na turystów, którzy mimo wszystko do niego trafią, czekają fascynująca stolica – Erywań, przepyszne jedzenie, niekończące się toasty, jedna z najlepszych brandy świata, ogromne jezioro Sewan czy liczne monastyry. W dodatku terytorium państwa wynosi niecałe 30 tys. km², więc w 10–14 dni da się zobaczyć główne tutejsze atrakcje. »

 

Mogłoby się wydawać, że Armenia to tylko zabytkowe monastyry i odwieczne konflikty, ale nie ma bardziej mylnego przypuszczenia. Owszem, prawdopodobnie na całym świecie nie istnieje kraj z większą liczbą klasztorów przypadającą na 1 km2. Te przepiękne sakralne budowle zachwycą jednak absolutnie każdego. W dodatku warto tutaj przyjechać chociażby ze względu na wyśmienitą kuchnię (wiele osób uważa, że jest ona lepsza niż gruzińska) oraz wyjątkowo gościnnych mieszkańców. Nie wolno też zapomnieć o wybornej brandy, fantastycznej kawie i owocowej wódce oghi. A tragiczne, choć jednocześnie potrafiące budzić wielkie zainteresowanie, losy tej krainy kontrastów miały znaczący wpływ na historię Europy i tego regionu Azji.

 

To właśnie władca Armenii, król Tiridates III, jako pierwszy na świecie ustanowił chrześcijaństwo religią państwową. Doszło do tego już w 301 r. (jest to data tradycyjna – ostatnie badania wskazują, że mogło to mieć miejsce w 314 r.). Warto dodać, że obecnie większość mieszkańców kraju (ponad 93 proc.) należy do Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Siedziba jego głównego patriarchy znajduje się w mieście Wagharszapat (Eczmiadzyn).

NIEFORTUNNE POŁOŻENIE

W latach świetności Armenia zajmowała 10 razy więcej powierzchni niż obecnie. Mniej więcej 2,1 tys. lat temu stała się wielkim mocarstwem obejmującym całą Wyżynę Armeńską, z dostępem do Morza Śródziemnego. Dziś od północy graniczy z Gruzją, od południa – z Iranem i azerską Nachiczewańską Republiką Autonomiczną, od wschodu – z Azerbejdżanem, a od zachodu – z Turcją. Jej położenie prowokowało mnóstwo konfliktów. Zaborczy sąsiedzi szukali sposobu na przejęcie atrakcyjnego dla nich obszaru. Dzięki temu Persja czy Turcja mogłyby naturalnie domknąć swoje terytoria od strony Kaukazu.

 

Niewiele krajów na świecie ma tak krwawą i tragiczną przeszłość. Długo po rozpadzie imperium mongolskiego Erywań kilkanaście razy przechodził na zmianę z rąk tureckich do perskich. Następnie w latach 20. XIX w. wschodnia Armenia trafiła pod panowanie rosyjskie. Zachodnia jej część znalazła się pod rządami Turków. W latach 1915–1923 dokonali oni rzezi Ormian. Według szacunków zginęło wówczas ok. 1,5 mln ludzi.

 

Mimo iż 21 września 1991 r. kraj odzyskał niepodległość (uwolnił się od zwierzchnictwa ZSRR), nie może w pełni cieszyć się pokojem. Między Armenią i sąsiednim Azerbejdżanem wciąż trwa konflikt o Górski Karabach. Z kolei wojny i kryzysy ekonomiczne sprawiły, że zdecydowana większość Ormian mieszka poza granicami ojczyzny. Osiedlili się głównie w Rosji, USA, Francji, Gruzji, Libanie, Iranie, Niemczech, Argentynie, Ukrainie i Brazylii. W kraju żyje ponad 3 mln obywateli, poza nim – podobno nawet 10 mln Ormian.

 

POTOMKOWIE NOEGO

Nazwa „Armenia” pochodzi od słów Armanestân, Armina i Arman znalezionych w staroperskich inskrypcjach. Tym pierwszym wyrazem określano jedną z prowincji starożytnego państwa Urartu (istniejącego mniej więcej między 860 a 590 r. p.n.e.) położonego na Wyżynie Armeńskiej. Sami Ormianie na swoją ojczyznę mówią Hajastan. Sufiks -stan w języku perskim oznacza „kraj”. Można więc powiedzieć, że Hajastan to kraj Hajów. Według popularnej hipotezy wyraz ten pochodzi od imienia praprawnuka Noego – Haika. W końcu zgodnie z biblijną Księgą Rodzaju właśnie na świętej górze Ararat (5137 m n.p.m.), która wznosi się dzisiaj w Turcji, ale przez wiele lat znajdowała się na terytorium Armenii, osiadła arka z ocalałymi z potopu ludźmi i zwierzętami.

 

WŚRÓD GÓR

Najwyższym szczytem Armenii w jej obecnych granicach jest wygasły wulkan Aragac, który ma wysokość 4090 m n.p.m. Co ciekawe, aż ok. 90 proc. kraju leży na wysokości ponad 1000 m n.p.m. (zaledwie 3 proc. – poniżej 650 m n.p.m.). Oznacza to, że latem panują w nim przyjemne temperatury, a nieznośne upały nie utrudniają podróżowania. Oczywiście bywają dni, kiedy w Erywaniu termometry pokazują 40°C, ale w lipcu czy sierpniu wskazują średnio 24–26°C.

 

Z kolei najsłynniejsze armeńskie jezioro (zarazem największe na Kaukazie) to Sewan. Leży ono w rowie tektonicznym, na wysokości 1900 m n.p.m. (należy do najwyżej położonych jezior na świecie). Ma powierzchnię 1260 km² i głębokość do 83 m. Z racji braku dostępu do morza Sewan jest chętnie odwiedzane przez miejscowych w czasie wakacji czy weekendów.

 

ŻYCIE CODZIENNE

W Armenii dominuje tradycyjny model rodziny. Kobiety dość rzadko pracują, głównie zajmują się prowadzeniem domu i wychowywaniem dzieci. Ormianki piją mało alkoholu i bardzo rzadko palą papierosy (za wyjątkiem typowo europejskich klubów i barów w stolicy). Za to mężczyźni nie stronią od piwa czy wódki, a większość z nich jest uzależniona od tytoniu (papierosy kosztują tu w przeliczeniu średnio niecałe 4 złote za paczkę). 

 

W Erywaniu powoli odchodzi się od wyraźnych podziałów na kobiece i męskie obowiązki. Mieszkanki stolicy stają się coraz bardziej wyzwolone i samodzielne. Jednak wciąż 25-latka bez męża uchodzi za starą pannę. Warto dodać, że śluby i wesela odbywają się w Armenii codziennie, nie tylko w weekendy. Najczęściej obchodzi się je z wielką pompą, a na przyjęciu mężczyźni tańczą tradycyjny ormiański taniec. Według zwyczaju za ślub płaci pan młody i jego rodzina.

 

Ormianie są radosnym i bardzo gościnnym narodem. Chętnie dzielą się z przyjezdnymi historiami i ciekawostkami na temat swojego kraju. Armenia jest niezbyt zamożnym państwem (średnia miesięczna pensja to obecnie równowartość mniej więcej 300 dolarów amerykańskich, a bezrobocie utrzymuje się na poziomie ok. 15,7–18,2 proc.), ale jej mieszkańcy zawsze z dumą wypowiadają się o przodkach, a więzi rodzinne uważają za najważniejsze.

 

W kraju funkcjonuje obowiązek odbycia służby wojskowej. Każdy zdrowy mężczyzna w wieku 18 lat musi spędzić w wojsku 2 lata. W maju 1994 r. Armenia i Azerbejdżan podpisały jedynie zawieszenie broni, ale wojna o Górski Karabach nie została zakończona. W ciągu kolejnych 25 lat zginęło podobno co najmniej 987 armeńskich żołnierzy. Tylko 287 z nich poległo w walkach. Pozostali stracili życie w wyniku morderstw, zamachów, samobójstw i nieszczęśliwych wypadków. Szacuje się, że zgonów tak naprawdę może być nawet dwa razy więcej. Sprawiedliwości, a przede wszystkim prawdy domagają się rodzice, których synowie zginęli w trakcie służby wojskowej, choć nie brali udziału w starciach zbrojnych. 

 

NA TALERZU

Typowe dla kuchni Armenii potrawy są połączeniem smaków europejskich i wschodnich – gruzińskich, tureckich, arabskich, perskich i rosyjskich. Najpopularniejszą przystawką jest lawasz, czyli cienki chleb podobny do tortilli. Rozwałkowane ciasto przykleja się do ścianek specjalnego glinianego pieca o stożkowatym kształcie i tak wypieka. Lawasz podaje się bez dodatków lub z grillowanym mięsem albo serem i warzywami. Idealnie komponuje się z humusem i różnego rodzaju pastami. Przygotowanie, formę i znaczenie tradycyjnego ormiańskiego chleba lawasz wpisano nawet w 2014 r. na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.  

 

Popularnością cieszy się również dolma – mięso z ryżem zawijane w liście winogron. Odmianę tego dania stanowi summer dolma, bardzo podobna do polskich gołąbków, choć nieco inaczej przyprawiona.

 

Doskonałą i tanią przekąską jest lahmadżun (lagmajo, lahmacun, lahmajoun). To znany z Turcji placek z mocno rozdrobnionym mięsem mielonym. Podany z serem przypomina w smaku pizzę. Dlatego też bywa nazywany ormiańską pizzą. 

 

Do najsłynniejszych potraw należy chorawac – grillowana wieprzowina, baranina, wołowina lub mięso drobiowe z dodatkiem cebuli, przypraw i pomidorów. Za tradycyjne danie uchodzi także hasz, czyli gęsty gulasz mięsny, przyrządzany głównie na wsiach w czasie zimy.

 

Jeśli chodzi o desery, to i tutaj, podobnie jak w Gruzji, popularne są churchele (czurczele), znane w Armenii pod nazwą sudżuch,nawleczone na nitkę orzechy zamoczone w owocowym sosie. Inny miejscowy specjał stanowią owocowe lawasze. Powstają one w specjalny sposób – najpierw z owoców, np. malin, wiśni, moreli bądź winogron, wyciska się sok, następnie rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Potem tę zaschniętą, cienką warstwę zdziera się i roluje. Ten ormiański przysmak jest niezmiernie zdrowy, bo nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. Przy okazji warto wspomnieć, że morele uważa się za narodowe owoce Armenii.

Wspólne gotowanie tradycyjnego dania kchuch, czyli zapiekanki przyrządzanej w glinianym naczyniu

© myarmeniaprogram

W EUROPEJSKIM STYLU

Duża część turystów zaczyna swoją podróż po tym kraju w Erywaniu. Jest on jednym z najstarszych wciąż istniejących miast świata. W stolicy i równocześnie największym ośrodku miejskim Armenii żyje mniej więcej 40 proc. wszystkich obywateli państwa (blisko 1,1 mln mieszkańców). Początki Erywania sięgają czasów wzniesienia w jego miejscu twierdzy (na polecenie króla Urartu Argisztiego I, panującego w latach 786–764 p.n.e.). Powstała ona w 782 r. p.n.e. pod nazwą Erebuni (29 lat wcześniej niż według tradycji założono Rzym!). Na pierwszy rzut oka armeńska stolica ma prawdziwie europejski charakter. Leży nad wypływającą z jeziora Sewan rzeką Hrazdan, będącą lewym dopływem Araksu, na wysokości 865–1390 m n.p.m.

 

To miasto z szerokimi ulicami, licznymi placami i dużą ilością zieleni. Obecny wygląd zawdzięcza neoklasycystycznemu architektowi Aleksandrowi Tamanianowi (1878–1936). Gdy tworzył swój projekt w latach 20. XX w., wzorował się m.in. na Nowym Delhi w Indiach, australijskiej Canberze i ośrodkach radzieckich.

 

W samym centrum Erywania jest czysto, przytulnie i elegancko. Bez problemu można zwiedzić je na piechotę. Koniecznie należy wspiąć się po 572 stopniach Kaskad, żeby przy odrobinie szczęścia móc podziwiać panoramę miasta z Araratem w tle. Ośnieżony masyw wulkaniczny ma dwa szczyty (Wielki – 5137 m n.p.m. – i Mały Ararat – 3896 m n.p.m.). Wewnątrz Kaskad mieści się otwarte w listopadzie 2009 r. muzeum Centrum Sztuki Cafesjiana (Cafesjian Center for the Arts – CCA) z ekspozycją sztuki nowoczesnej. Na placu przed całym kompleksem oraz na tarasach ustawiono intrygujące rzeźby.

 

Tuż obok leży Park Zwycięstwa i stoi pomnik Matki Armenii projektu Ary Harutiuniana (1928–1999). Powstał on w 1967 r., a postać kobiety (wysoka na 22 m), symbolizująca siłę i jedność Ormian, zastąpiła wizerunek Józefa Stalina, który górował nad Erywaniem przez 12 lat (od listopada 1950 r. do wiosny 1962 r.). W 33-hektarowym, malowniczym parku znajdują się również wesołe miasteczko, sztuczne jezioro Areni i stoły bilardowe.

 

Jeśli spod Kaskad pójdziemy w przeciwną stronę, ulicą Tamaniana, dotrzemy do placu Wolności i Opery (A. Spendiarian Opera and Ballet National Academic Theatre). Pobliski park z pomnikiem Martirosa Sariana (1880–1972) opanowali malarze. W weekendy odbywa się tu targ obrazów, a na co dzień funkcjonują kawiarenki i klimatyczne bary.

 

Wokół ukończonej w listopadzie 2007 r. alei Północnej rozciąga się najbardziej ekskluzywna część stolicy. To tutaj, pomiędzy placami Wolności i Republiki, wznoszą się wysokie biurowce i znajdują luksusowe butiki, kawiarnie, restauracje, hotele i kluby. Plac Republiki, znany wśród mieszkańców Erywania jako Hraparak, to centralny punkt miasta. Niegdyś (w latach 1940–1991) stał na nim pomnik Włodzimierza Lenina, a plac nosił jego imię. Obecnie w tej okolicy usytuowane są budynek Galerii Narodowej i Muzeum Historii Armenii, luksusowy Armenia Marriott Hotel Yerevan, Poczta Główna (HayPost) oraz gmach rządowy z elegancką wieżą zegarową (Government House). Miejsce to warto odwiedzić zarówno w ciągu dnia, jak i wieczorem, ponieważ od wiosny do jesieni od ok. 21.00 można tu oglądać niezwykły pokaz grających i podświetlanych fontann.

 

Za Galerią Narodową, wzdłuż ulic Aram i Buzand, w weekendy odbywa się pchli targ – tzw. Wernisaż (Vernisazh). Sprzedaje się na nim ręcznie tkane dywany, stare monety, biżuterię, instrumenty muzyczne, naczynia, ceramikę, wyroby z drewna, książki, plastikową chińszczyznę i wszystko, czego dusza zapragnie. Sympatyczni Ormianie chętnie zagadują turystów odwiedzających bazar – żadna bariera językowa nie jest im straszna. Koniecznie trzeba się tutaj wybrać.

 

Poza centrum Erywań nie prezentuje się aż tak nowocześnie i elegancko. Dominuje w nim architektura z wielkiej płyty, czyli smutne, szare i rozpadające się blokowiska. Widoki nie są zbyt wesołe, ale te kontrasty sprawiają, że miasto nabiera charakteru i intryguje.

 

KIELISZEK BRANDY

W stolicy koniecznie należy udać się do fabryki i muzeum jednej z najlepszych brandy świata. Trunek oczywiście nazywa się Ararat, podobnie jak duża część armeńskich firm. Zwiedzanie trwa mniej więcej godzinę i jest połączone z degustacją trzech rodzajów brandy. Duże wrażenie robi sala pełna beczek – zgodnie z tradycją każdy celebryta, który odwiedza Armenię (a przy okazji fabrykę), otrzymuje symboliczną beczkę, przechowywaną w tym pomieszczeniu. Podobno w każdej chwili może tu wrócić i napić się trunku prosto ze swojej beczki.

 

STAROŻYTNA ŚWIĄTYNIA

Zaledwie ok. 30 km na wschód od Erywania, na wysokim, urwistym brzegu kanionu rzeki Azat znajduje się Garni – miejscowość z grecko-rzymską świątynią ku czci boga słońca Mitry (Mihry). Budowla została wzniesiona najprawdopodobniej przez króla Armenii Tiridatesa I, panującego mniej więcej w latach 52–88, w I stuleciu n.e. i zniszczona w czerwcu 1679 r. przez trzęsienie ziemi. Zrekonstruowano ją przy użyciu oryginalnego budulca dopiero w drugiej połowie XX w. Jest jedyną zachowaną pogańską świątynią i budynkiem w stylu klasycznym z kolumnadami na całym Kaukazie. Wyglądem przypomina nieco ateński Partenon, chociaż oczywiście w dużo mniejszej skali.

 

W okolicy warto zobaczyć także ruiny murów obronnych sprzed 5 tys. lat, pozostałości rzymskiej łaźni oraz wiszap z VIII w. p.n.e. (pierwowzór chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt upamiętniających wydarzenia albo osoby). W oddali można dostrzec w połowie zniszczony monastyr Hawuc Tar z XI–XIII stulecia i kościół św. Wartana (Surp Vartan).

 

Na północny wschód od Garni (ok. 10 km), u podnóża stromego zbocza, znajduje się zespół klasztorny Geghard. Legenda głosi, że pierwotnie mieścił się on w jaskini, dlatego jego dawna nazwa brzmi Ajriwank (Ayrivank – Monastyr Jaskini). Po zniszczeniu przez Arabów w pierwszej połowie X w. klasztor wznowił działalność 200 lat później. Obecnie najstarszym obiektem wchodzącym w skład kompleksu jest wydrążona w skale Kaplica św. Grzegorza Oświeciciela, zbudowana przed 1177 r. Na zespół klasztorny składają się również m.in. kościoły Katoghike i Awazan. Drzewa na terenie monastyru są obwieszone kolorowymi skrawkami materiału, które umieszcza się na pamiątkę modlitw odmawianych w konkretnej intencji. W 2000 r. klasztor w Geghard i Dolina Górnego Azatu zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

Według tradycji kompleks Geghard założył na początku IV w. Grzegorz Oświeciciel, apostoł Armenii

© StatetouriSmCommitteeoftherepubliCofarmenia

NAD BRZEGIEM JEZIORA

Największy i najpopularniejszy kurort nad jeziorem Sewan stanowi 20-tysięczne miasto o tej samej nazwie. Większość jego hoteli, kawiarni i restauracji działa tylko w okresie letnim. Uroczyste otwarcie sezonu odbywa się 23 czerwca, a zakończenie – w ostatni weekend szkolnych wakacji. 

 

Główna, piaszczysta plaża znajduje się na południowym wybrzeżu półwyspu Sewan. Latem jest tutaj tłoczno i głośno, gdyż Armeńczycy uwielbiają grać w piłkę nożną plażową i siatkówkę, dużo jeść i pić. Nieco spokojniej bywa na plaży położonej bliżej kurortu. Co ciekawe, do jeziora wpływa aż 28 rzek, ale wypływa z niego tylko jedna – Hrazdan.

 

Nad Sewan koniecznie trzeba wspiąć się na wzgórze, na którym założono Monastyr Sewański (Sewanawank). Obecnie w kompleksie są dwa kościoły (Świętych Apostołów i Matki Bożej), niedawno odrestaurowane. Jak głosi zachowana inskrypcja, powstały one na wyspie (dziś półwyspie) w 874 r. z polecenia księżniczki Mariam, córki Aszota I, pierwszego króla Armenii z dynastii Bagratydów, panującego mniej więcej w latach 885–891. Z góry rozpościera się przepiękny widok na całą okolicę.

 

W pobliżu leży też Noratus, czyli cmentarz z czasów średniowiecza z największą liczbą zabytkowych chaczkarów w kraju. Ponoć jest ich tu ponad 800. Najstarsze pochodzą z IX w.

ORMIAŃSKI WATYKAN

Jak już wspomniałam, siedziba najwyższego patriarchy Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, noszącego tytuł Katolikosa Wszystkich Ormian, znajduje się w mieście Wagharszapat (dawniej Eczmiadzynie), położonym ok. 20 km na zachód od Erywania. Świątynię (obecną Katedrę w Eczmiadzynie) według tradycji zaczęto tutaj budować w 301 r., a ukończono ją raptem dwa lata później. Legenda głosi, że miejsce na kościół wskazał św. Grzegorzowi Oświecicielowi (ok. 257–331), uważanemu za tego, który przyczynił się do wprowadzenia chrześcijaństwa w kraju, sam Jezus Chrystus. Dlatego nazwę Eczmiadzyn (Ejmiatsin) tłumaczy się na Zstąpienie Jednorodzonego. Katedra robi ogromne wrażenie zarówno wewnątrz, jak i z zewnątrz. Zachwyca ona sufitem pokrytym kolorowymi freskami, bogato zdobionym ołtarzem, tronami patriarszymi, zabytkowymi rękopisami, ikonami, rzeźbami i krucyfiksami oraz innymi cennymi pamiątkami i relikwiami przechowywanymi w skarbcu (muzeum). Za najcenniejsze eksponaty uchodzą grot Włóczni Przeznaczenia (Włóczni Lucjana), którą według tradycji chrześcijańskiej rzymski legionista Kasjusz (po nawróceniu i przyjęciu chrztu Longin lub Lucjan) przebił ciało Chrystusa przed zdjęciem z krzyża, i fragment arki Noego. Na terenie kompleksu przykatedralnego znajdują się również pomnik ludobójstwa dokonanego przez Turków w 1915 r., Pałac Katolikosa, Muzeum Starej Rezydencji oraz trzy kościoły: św. Rypsymy (z 618 r.), św. Gajane (niezmiernie urokliwy) i Szoghakat (Shoghakat; wyróżniający się swoją architekturą).

 

POCZTÓWKA Z MONASTYREM

Ośnieżony szczyt Araratu góruje nad monastyrem Chor Wirap (Khor Virap). Malownicza okolica i wyjątkowe położenie sprawiły, że klasztor stał się niejako wizytówką całego kraju. Sami Armeńczycy bardzo chętnie wybierają to miejsce na zorganizowanie ślubu lub chrztu. 

 

Legenda głosi, że pogański król Armenii Tiridates III, panujący mniej więcej w latach 298–330, uwięził tu św. Grzegorza Oświeciciela i przetrzymywał go aż 13 lat na dnie studni (chor wirap, khor virap znaczy „głęboki dół”). W tym czasie władca popadł w obłęd. Uzdrowił go właśnie więziony święty. Z tego powodu Armenia nawróciła się na chrześcijaństwo. Dziś w trakcie zwiedzania monastyru można po starych, metalowych stopniach zejść do głębokiej na 60 m studni. Główny kościół klasztorny pochodzi z XVII stulecia. W okolicy kompleksu zobaczymy pozostałości po starożytnym mieście Artaszat (Artaxata), założonym w II w. p.n.e.

Chor Wirap uchodzi za miejsce uwięzienia św. Grzegorza Oświeciciela przez króla Tiridatesa III

© StatetouriSmCommitteeoftherepubliCofarmenia

W DAWNYM KURORCIE

Pięknie położony, 20-tysięczny Dilidżan (w prowincji Tawusz) w czasach radzieckich był najchętniej odwiedzanym kurortem w tym rejonie kontynentu. Część jego obszaru leży w granicach utworzonego w 2002 r. Dilidżańskiego Parku Narodowego o powierzchni 240 km². W mieście warto wstąpić do rezerwatu historyczno-kulturalnego (to tu mieli pracownie znani rzeźbiarze Garnk Alikhanian i Rewik Howsepian) i przespacerować się wąskimi, brukowanymi uliczkami pomiędzy drewnianymi domami o stromych dachach. Okolica przypomina nieco alpejskie uzdrowisko.

 

W pobliżu Dilidżanu znajduje się kilka monastyrów. Dwa najsłynniejsze to Hagharcin (Haghartsin) i Goszawank. Pierwszy budowano w X–XIII w. Podobno powstał w miejscu, w którym dwaj bracia zobaczyli na niebie dwa bawiące się orły. Monastyr Goszawank wzniesiono w XII lub XIII stuleciu. Ufundował go żyjący w latach 1130–1213 ormiański duchowny, myśliciel i pisarz Mychitar Gosz (Mechitar Gosz), którego tutaj pochowano. Ten klasztor miał znacznie mniej szczęścia niż nigdy nie będący celem ataków Hagharcin. Był wielokrotnie napadany i niszczony. Został odnowiony w czasach sowieckich, między 1957 i 1966 r., a w 1972 r. stworzono tu niewielkie muzeum. Kolejne renowacje miały już miejsce po odzyskaniu niepodległości przez Armenię, w pierwszej dekadzie XXI w.  

 

MALOWNICZY KANION

Jednym z najpiękniejszych zakątków kraju jest głęboki i fragmentami bardzo wąski kanion rzeki Debed, która płynie pomiędzy stromymi, zalesionymi wzgórzami. W okolicy znajduje się wiele zabytkowych monastyrów, m.in. Hachpat (Haghpat) i Sanahin, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Ten pierwszy klasztor stoi u podnóża góry Surplicz, na wysokości 1212 m n.p.m. Zbudowano go w X stuleciu. W czasach średniowiecza tutejsi mnisi przepisywali na język ormiański różnego rodzaju dzieła pochodzące z całego świata. Hachpat od zawsze rywalizował z sąsiednim monastyrem, co ułatwiło Mongołom zdobycie i zniszczenie obu budowli w 1235 r. 

 

Sanahin powstał również w X w. Jego nazwa w tłumaczeniu na polski brzmi Starszy niż Tamten. Dlatego uważa się, że prawdopodobnie zbudowano go nieco wcześniej niż Hachpat. Monastyr przechodził m.in. przez ręce tureckie, gruzińskie, mongolskie i perskie. Cały zespół klasztorny składa się z czterech kościołów, kaplicy św. Grzegorza, dwóch narteksów (w architekturze wczesnochrześcijańskiej krytych przedsionków przy frontowej ścianie świątyni), seminarium duchownego, biblioteki, dzwonnicy, dwóch grobowców rodowych (książąt Zakarianów, Zacharidów i rodziny Argutinskich-Dołgorukich) oraz pozostałości murów obronnych. Na jego terenie można znaleźć kilkadziesiąt chaczkarów, w tym słynną, misternie wykonaną płytę wotywną z czerwonego tufu.

 

NA SKRZYDŁACH

Goris, drugie pod względem wielkości miasto prowincji Sjunik, liczy ok. 20 tys. mieszkańców. Słynie z wytwarzanej tu owocowej wódki o nazwie oghi, zwanej inaczej watsun („sześćdziesiątką”) lub aragh. To bardzo mocny, mniej więcej 60-procentowy alkohol. Produkuje się go z jabłek, gruszek, winogron, granatów, brzoskwiń, dereniu, morw, wiśni, moreli i fig. Oghi najlepiej kupować bezpośrednio od mieszkańców (ale ze sprawdzonych źródeł) – wódka ze sklepu jest słabsza i mniej smaczna.

 

Jeden z symboli Armenii stanowi wznoszący się niedaleko miasta Goris monastyr Tatew, który należy do najpiękniej położonych klasztorów w tym kraju. Jedna z legend mówi, że jego nazwa wzięła się od słów budowniczego. Gdy zabrakło mu dalszych pomysłów, rzekł: Togh Astavac indz ta-tev, czyli „Boże, dodaj mi skrzydeł”. 

 

Do monastyru można dojechać krętą drogą lub skorzystać z jednej z największych atrakcji Armenii – otwartej w październiku 2010 r. kolejki linowej Skrzydła Tatewu (Tatevi tever, TaTever). Łączy ona dwie krawędzie kanionu (wioskę Halidzor i klasztor Tatew). Jako najdłuższa na świecie jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolej linowa trafiła do Księgi rekordów Guinnessa. Trasę o długości 5752 m wagonik z pasażerami pokonuje na ogół w niecałe 12 minut. Najwyższy jej punkt znajduje się na wysokości 320 m nad ziemią.

 

Monastyr Tatew powstał w IX stuleciu. W średniowieczu był ważnym ośrodkiem piśmiennictwa oraz najlepszym i największym uniwersytetem w kraju. W tym okresie na szczycie góry studiowało nawet ponad tysiąc mnichów! Los nie oszczędzał klasztoru – napadali go Turcy i Mongołowie, kilkukrotnie zabudowania niszczyły trzęsienia ziemi. Obecnie panuje tutaj niepowtarzalna, mistyczna atmosfera, której nie są w stanie zmącić nawet największe tłumy turystów.

 Monastyr Tatew, perła prowincji Sjunik, powstał na krawędzi głębokiego wąwozu rzeki Worotan

© StatetouriSmCommitteeoftherepubliCofarmenia

 

Artykuły wybrane losowo

Królowie białego szaleństwa, czyli 10 najmodniejszych rejonów narciarskich tego sezonu

ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                              FOT. ZILLERTAL TOURISMUS GMBH

<<Największe ośrodki sportów zimowych z niepowtarzalną górską scenerią, snowparki dla snowboardzistów i amatorów freestyl’u oraz setki kilometrów bajecznych nartostrad – to marzenie wszystkich zapalonych narciarzy. Tej zimy każdy powinien poszaleć na nartach w jednym z bajecznych kurortów – z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi bądź solo, a czasem nawet w towarzystwie gwiazd z pierwszych stron gazet. >>

Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie urozmaica sennego zimowego okresu jak udane podróże. Dlatego też wyjazdy na narty od wielu lat cieszą się dużą popularnością wśród Polaków. Aktywny wypoczynek znakomicie wpływa na organizm człowieka. Urlop na jednej lub dwóch deskach pozwala zachować kondycję, a ciepłe promienie słoneczne, ogrzewające stoki, skutecznie poprawiają wszystkim samopoczucie. Wśród przepięknych górskich widoków, z grupą sprawdzonych przyjaciół czy najbliższych, na pewno uda nam się zapomnieć o codziennej miejskiej szarości.

Więcej…

Toskańskie dolce far niente

ANNA KŁOSSOWSKA

italiannawdrodze.blogspot.com

 

<< „A tavola ’un s’invecchia”, czyli „Przy stole się nie starzeje” – przekonuje w lokalnym dialekcie regionalne przysłowie. Właśnie od posiłku z kieliszkiem wina warto zacząć podróż po Toskanii. Niekoniecznie trzeba ruszać tropem zdyszanych grup, w tempie „presto” zaliczających w letnim skwarze popularne zabytki: Krzywą Wieżę w Pizie, Piazza del Campo w Sienie słynącej z wyścigu konnego, Palio, czy Katedrę Matki Boskiej Kwietnej z kopułą Filippa Brunelleschiego i tzw. Most Złotników, Ponte Vecchio, we Florencji. Jest tu wiele innych miejsc do zobaczenia. >> 

Więcej…

Jamajski kalejdoskop

IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

<< „Jamaica no problem!” – to zdanie usłyszymy prawdopodobnie jako pierwsze po wyjściu z lotniska na wyspie. Ten zamieszkany przez roztańczonych, uśmiechniętych i radosnych ludzi kraj zachwyca turystów na każdym kroku. Dlatego warto go uwzględnić przy robieniu planów urlopowych. >>

Zróżnicowana krajobrazowo i kulturowo Jamajka leży na Morzu Karaibskim (w archipelagu Wielkich Antyli). Jej terytorium o powierzchni 10 991 tys. km2 zamieszkuje ok. 2,9 mln ludzi. Szacuje się, że mniej więcej 2 mln Jamajczyków żyje poza granicami kraju, głównie w Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie. Najwyższy szczyt wyspy to Blue Mountain Peak w paśmie Gór Błękitnych (wznosi się na 2256 m n.p.m.).

 

Zbudowane przy rajskiej plaży drewniane molo

© Michał Supieta

 

Na Jamajce spotkamy sprowadzone przez kolonistów wszechobecne mangusty oraz gekony, a na wzgórzach Hellshire (Hellshire Hills) – endemiczne legwany Cyclura collie (Jamaican iguana). Największym z tutejszych gadów jest krokodyl amerykański, który żyje jedynie w regionie rzeki Czarnej (Black River) i kilku innych miejscach. Poza tym to prawdziwy ptasi raj. Występuje tu ok. 325 gatunków ptaków, z czego 28 endemicznych. Jednym z symboli wyspy jest koliber czarnogłowy. Przy odrobinie szczęścia można go nawet spotkać. Niesamowite i łagodne manaty pojawiające się w okolicy południowego wybrzeża stały się powodem snucia przez marynarzy legend o syrenach. Średnia roczna temperatura powietrza na nizinach oscyluje między 25 a 30°C, a w wyższych partiach górskich wynosi od 15 do 22°C. Dzięki łagodnemu klimatowi Jamajka to turystyczny raj na ziemi.

 

ETIOPSKIE KORZENIE

Tutaj wszystko jest no problem, nawet jeśli ktoś ma przy sobie marihuanę. Według przepisów z 25 lutego 2015 r. dopuszcza się co prawda posiadanie 2 uncji (ok. 57 g) suszu i pięciu sztuk roślin na własny użytek oraz do celów religijnych, leczniczych i naukowych, lecz za większą ilość nadal grozi kara więzienia. Zapach marihuany unosi się w wielu miejscach. O tym, że to w 100 proc. dar natury i dlatego trzeba jej używać, dowiemy się w wiosce Rasta w okolicy Montego Bay. Warto ją odwiedzić, ponieważ dziś wcale nie tak łatwo spotkać prawdziwego rastafarianina, kojarzonego z charakterystycznym beretem w kolorach żółtym, czerwonym i zielonym i długimi po pas dredami. Rastafari to ruch społeczno-religijny, silnie zakorzeniony w kulturze Jamajki. Rozwinął się w latach 30. XX w. i rozpowszechnił w świecie, czemu sprzyjała coraz liczniejsza emigracja Jamajczyków. Rastafarianie wierzą w nauki ostatniego cesarza Etiopii Hajle Syllasje I (1892–1975), którego uważają za mesjasza, wcielenie Jaha, czyli Boga. Są przekonani, że pochodzą właśnie od przedstawicieli czystej czarnej rasy, prawdziwych potomków biblijnego króla Dawida. Kolorystyka rastafari nawiązuje do trzech kolorów etiopskiej flagi: zielonego, żółtego i czerwonego. Dniem świętym dla rastafarian jest sobota, którą celebrują tańcem, muzyką i śpiewem. Wizyta w Rasta będzie z pewnością niezapomnianym przeżyciem.

 

RAJSKA OKOLICA

W bajkowej okolicy kurortu Montego Bay warto wybrać się na spływ bambusową tratwą. Jamajski flisak z dredami i uśmiechem na twarzy opowie nam o najciekawszych momentach w historii wyspy. Można też zdecydować się na przejażdżkę konną… w morzu. Konie nie boją się pływać, co wyspiarze postanowili wykorzystać, gdy wymyślali tę atrakcję dla turystów. Jazda na końskim grzbiecie wśród ciepłych, błękitnych fal jest niezapomnianym i na pewno jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem.

Na wodach Morza Karaibskiego w pobliżu Montego Bay znajduje się poza tym kultowy „Pelican Bar”. Przy składaniu w nim wizyty łatwo się przekonać, że już sama droga może być celem, a z pewnością atrakcją. Kto dotrze łodzią do bambusowego baru, będzie rozkoszować się słońcem i widokami i popijając kolorowe drinki, obserwować pojawiające się tu często stada delfinów. Na dodatek jest to idealne miejsce na podziwianie spektakularnych wschodów i zachodów słońca.

 

Aby dowiedzieć się czegoś więcej o rastafarianach, warto odwiedzić jedną z ich wiosek

© Rappa Rasta Tours

 

ŚLADAMI JAMESA BONDA

Za 20 dolarów amerykańskich podczas ok. 45-minutowego spaceru zwiedzimy słynne jaskinie Green Grotto. Pojawiły się one w jednej ze scen filmu Żyj i pozwól umrzeć (1973), kiedy to najbardziej znany brytyjski agent grany przez Rogera Moore’a pokonał Dr. Kanangę (w tej roli Yaphet Kotto). Ich nazwa pochodzi od koloru alg porastających wapienne skały. Jeszcze do niedawna znajdowała się tutaj dyskoteka.

To zresztą właśnie na Jamajce angielski pisarz Ian Fleming (1908–1964), autor cyklu o przygodach Jamesa Bonda, postanowił wybudować w 1946 r. swoją posiadłość GoldenEye, gdzie spędzał europejską zimę. Nieopodal rybackiej miejscowości Oracabessa napisał większość powieści o agencie 007. Jego imieniem nazwano nawet pobliskie lotnisko. Po śmierci pisarza posiadłość wykupił w 1976 r. Bob Marley. Jednak już rok później rezydencja przeszła w ręce Chrisa Blackwella, założyciela wytwórni płytowej Island Records. Dziś w GoldenEye działa luksusowy resort. Aby spędzić w nim noc, trzeba zapłacić co najmniej kilkaset dolarów amerykańskich za najtańszy pokój (ceny wahają się w zależności od sezonu). Pobliska plaża nazywa się – oczywiście – James Bond Beach. To właśnie na niej były kręcone słynne sceny z Seanem Connerym i Ursulą Andress grającymi w filmie Doktor No (1962).

 

POCHODZENIE WYSPIARZY

Największym skarbem Jamajki są jej mieszkańcy. Jako potomkowie wielu narodów tworzą prawdziwą mozaikę kulturową. Zawsze uśmiechnięci, radośni, rozśpiewani i roztańczeni Jamajczycy potrafią zarazić optymizmem. Choć z Jamajką kojarzy się przede wszystkim reggae, nie można zapomnieć, że właśnie na niej narodziła się również muzyka ska czy dancehall. Tu tańczą i śpiewają praktycznie wszyscy. W hotelu obsługa bardzo często nuci coś pod nosem. Widok podrygującej w rytm podśpiewywanej melodii sprzątaczki czy kucharki to norma.

Rozśpiewane są także tutejsze kościoły. Ponad 60 proc. mieszkańców wyspy stanowią protestanci. Jamajska msza jest niczym koncert gospel. Podczas pobytu na Jamajce z pewnością warto udać się do najbliższego kościoła, żeby poczuć niezwykłą atmosferę wspólnoty oraz posłuchać fantastycznych i porywających pieśni wykonywanych na najwyższym poziomie.

                Europejczycy dotarli do wyspy w trakcie drugiej wyprawy Krzysztofa Kolumba (1451–1506). Zastali na niej Tainów, którzy stanowili większość tutejszej rdzennej ludności. Zajmowali się oni głównie rolnictwem, łowiectwem, rybołówstwem i tkactwem. Praktykowali też palenie ziół przy okazji rytuałów religijnych. To właśnie ten zwyczaj wpłynął na ukształtowanie się tradycji rytualnego palenia marihuany powszechnie kojarzonej z Jamajką. Indianie zostali całkowicie wyparci przez kolonizatorów. Tych, którzy nie zginęli z ich rąk, pokonały nieznane jak dotąd w tej części świata choroby, jak np. ospa.

Krzysztof Kolumb podobno wielokrotnie podkreślał niezwykły urok tego miejsca i uznał Jamajkę za najładniejszą z wysp Indii Zachodnich (obecnie Karaibów). Po raz pierwszy wielki odkrywca dotarł tutaj podczas swojej drugiej wyprawy w maju 1494 r. W trakcie czwartej podróży rozbił się u wybrzeży Saint Ann’s Bay (Santa Gloria), przez rok (od czerwca 1503 r. do czerwca 1504 r.) wraz z załogą próbował przetrwać wśród wrogo nastawionych do Hiszpanów rdzennych mieszkańców. Po powrocie do Hiszpanii nigdy już nie przypłynął do Nowego Świata.

Gdy zaczęło brakować rąk do pracy, hiszpańscy koloniści sprowadzili z Afryki niewolników. To właśnie oni są w dużej mierze przodkami obecnej ludności Jamajki. Na wyspie pojawiły się uprawy cytrusów, bananów i trzciny cukrowej, rozwinęła się hodowla bydła, kóz, koni, świń i kur.

Niewolnicy, którym udało się zbiec w niedostępne góry, stworzyli odrębną grupę zwaną Maronami. W 1655 r. Jamajka trafiła pod panowanie brytyjskie. Maronów długo nazywano cierniem w boku Brytyjczyków. Byli mistrzami maskowania się. Unikali otwartej walki, przygotowywali zasadzki. Pod osłoną nocy zakradali się na plantacje i plądrowali je. Pierwsza wojna Maronów, która wybuchła ok. 1728 r., zakończyła się podpisaniem traktatów pokojowych w latach 1739–1740, na mocy których otrzymali oni autonomię w okolicach miejscowości: Cudjoe’s Town (Trelawny Town), Crawford’s Town (zniszczonej w połowie XVIII stulecia), Accompong, Moore Town (wcześniej znanej jako Nanny Town), Scott’s Hall i Charles Town. To właśnie na pamiątkę tego wydarzenia odbywa się słynny Accompong Maroon Festival. Maronowie dostali ziemię w górzystej części zachodniej Jamajki, która do dziś należy do ich potomków. Miejscowi zajmują się uprawą roślin i rękodziełem. Ani ziemia, ani żadna działalność generująca dochód nie podlega tu opodatkowaniu. Co trzy, cztery lata Maronowie wybierają swojego lidera, tzw. colonela. Jeśli chcemy przeżyć coś naprawdę wyjątkowego, powinniśmy koniecznie udać się do Accompong.

 

WODOSPADY I SPORT

Ukształtowanie terenu i liczne rzeki sprzyjają powstawaniu na wyspie wodospadów. Jest ich mnóstwo. Gęsty, zielony las tropikalny potęguje wrażenie wizyty w Parku Jurajskim. Do najsłynniejszych i z pewnością najbardziej malowniczych wodospadów należą YS Falls. Znajdują się w południowo-zachodniej części Jamajki, a otacza je przepiękna roślinność. Wodospadów jest siedem, woda spływa z nich do urokliwych naturalnych basenów. Warto je pokonać pieszo. Spacer po śliskich skałach to nie lada wyczyn i atrakcja. W każdym momencie możemy liczyć na pomoc wykwalifikowanej obsługi. Ogromną frajdę z odwiedzin w tym miejscu mają również osoby nie potrafiące pływać i dzieci. Mogą korzystać z bezpieczniejszych basenów naturalnie zasilanych wodą m.in. z podziemnych źródeł. Podobną atrakcję stanowią też wodospady na rzece Dunn (Dunn’s River Falls) nieopodal kurortu Ocho Rios, które mają ok. 55 m wysokości i 180 m długości! Prosto spod szumiących kaskad można wybiec na plażę, aby zanurzyć się w ciepłym Morzu Karaibskim.

W okolicy Ocho Rios warto odwiedzić także Blue Hole, zwaną przez wielu ukrytym skarbem Jamajki. Ten magiczny wodospad i wypełnione błękitnoturkusową wodą naturalne baseny znajdują się w odległości mniej więcej 25 minut jazdy samochodem od centrum miejscowości, w gęstwinie leśnej. To idealne miejsce do kąpieli i skoków na główkę. Można w nim uciec od zgiełku zatłoczonych kurortów.

W sąsiedztwie Ocho Rios wznosi się Mystic Mountain. Jej porośnięte bujnym lasem deszczowym zbocza przyciągają osoby lubiące dreszczyk emocji. Chętni mogą tu zjechać tyrolką (Canopy Zip Line) czy udać się wyciągiem krzesełkowym na punkt widokowy. Kultową atrakcję stanowi tor bobslejowy (o długości 1 km), na którym przez cały rok można poczuć się niczym jeden z członków drużyny narodowej biorącej udział w konkurencjach bobslejowych na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1988 r. w Calgary w Kanadzie. Ich historia stała się inspiracją do nakręcenia amerykańskiego filmu familijnego Reggae na lodzie (1993). Jamajska drużyna mimo nie najlepszego wyniku pod wieloma względami była wygranym tych zawodów. Zdobyła sobie ogromną sympatię kibiców na całym świecie.

Uprawianie sportu to często na wyspie przepustka do sławy i bogactwa. Jamajczycy kochają lekkoatletykę, piłkę nożną, koszykówkę, netball (głównie kobiety) czy krykieta. Ta ostatnia dyscyplina jest spuścizną po Brytyjczykach. Opowieścią o dzieciach z odległych wiosek biegających do szkoły, żeby zdążyć na lekcje, tłumaczy się czasem wybitne rezultaty jamajskich sprinterów. Obecnie za najszybszych ludzi na świecie uważa się Usaina Bolta, który zakończył karierę po Mistrzostwach Świata w Lekkoatletyce 2017 w Londynie, ale nadal jest rekordzistą naszego globu w sprincie na dystansie 100 i 200 m, Asafę Powella i Yohana Blake’a. Do sukcesu piłkarek z Jamajki przyczyniła się córka legendy reggae, Cedella Marley (urodzona 23 sierpnia 1967 r.), która zarządza rodzinną fundacją i kieruje wytwórnią płytową Tuff Gong. Dzięki jej wsparciu kobieca drużyna narodowa Reggae Girlz zakwalifikowała się po raz pierwszy w historii do finałów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Kobiet 2019 we Francji. Do Cedelli Marley należy również kilka linii ubrań, w tym Catch a Fire, która nazwą nawiązuje do tytułu płyty jej ojca. To właśnie ona przygotowała stroje dla jamajskich lekkoatletów na XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 r.

 

PROSTO DO MORZA

W tym malowniczym kraju warto wybrać się na zachodni jego kraniec, do Negril. Dziś miejscowość ta uchodzi za kolejny znany, luksusowy kurort. Na wysuniętym w morze cyplu znajduje się latarnia morska z 1894 r., do której wchodzi się pod okiem jej opiekuna. To właśnie w Negril, na wysokim urwisku brzegowym, działa od kwietnia 1974 r. kultowa knajpka „Rick’s Cafe”. Z rozległego, piętrowego tarasu możemy podziwiać śmiałków skaczących z 40-metrowego klifu do wody. Te skoki ze specjalnie przygotowanej platformy stały się symbolem miejscowości. Dla odwiedzających to miejsce turystów są zapierającym dech w piersiach widowiskiem.

Okolice kurortu należy polecić przede wszystkim amatorom nurkowania, ponieważ właśnie u zachodnich brzegów Jamajki znajduje się najlepiej zachowana rafa koralowa w rejonie wyspy. W przejrzystych wodach Morza Karaibskiego można podziwiać niezwykłe bogactwo podwodnego królestwa. U jamajskich wybrzeży natkniemy się m.in. na homary, mureny, ośmiornice, rekiny wąsate, barakudy, lucjany, makrele, płaszczki, żółwie morskie, manaty karaibskie, papugoryby, skrzydlice, delfiny czy kraby i wiele innych gatunków zwierząt.

 

TRZCINOWE IMPERIUM

Za czasów brytyjskich Jamajka stała się jednym z największych na świecie eksporterów trzciny cukrowej. Jak grzyby po deszczu wyrastały też na niej kolejne plantacje tytoniu, indygowców, kakaowców. Jednak to uprawa trzciny cukrowej przyniosła kolonizatorom ogromne zyski. Lokalni farmerzy zostali wyparci przez bogatych plantatorów, których stać było na utrzymanie licznych niewolników. Cukier i rum okazały się żyłą złota dla przybyszy z Europy. Co ciekawe, do początku XIX w. cukier produkowano powszechnie jedynie z trzciny cukrowej. Sytuacja zmieniła się dopiero podczas wojen napoleońskich, kiedy Napoleon Bonaparte wprowadził blokadę kontynentalną na handel z Brytyjczykami w listopadzie 1806 r. Warto nadmienić, że pierwsza na świecie fabryka produkująca cukier z buraków cukrowych powstała w latach 1801–1802 we wsi Konary koło Wołowa na Dolnym Śląsku, wtedy znajdującej się w granicach Prus.

W tym okresie jednym z ważniejszych portów Jamajki było założone w 1769 r. miasto Falmouth, skąd w górę rzeki transportowano europejskie towary. Okolicę otaczają naturalne laguny. Śródlądowymi wodami z głębi wyspy przypływały do portu mniejszymi statkami cukier, rum i inne jamajskie skarby. Dziś zabytkowe miasto jest znane przede wszystkim z innego powodu. To jedno z kilku miejsc na naszym globie, gdzie występuje tak silne zjawisko bioluminescencji. Luminous Lagoon świeci się intensywnie nocą. Miliony mikroorganizmów rozwijających się w tutejszej słonej, płytkiej i ciepłej wodzie (tzw. Glistening Waters) robią piorunujące wrażenie.

Wspomniany rum jest do dziś narodowym trunkiem Jamajczyków. Powstaje ze sfermentowanego soku z trzciny cukrowej, jego koncentratu lub melasy. Im dłużej leżakuje w dębowych beczkach, tym staje się ciemniejszy, szlachetniejszy i droższy. Za najcenniejszy uchodzi tzw. rum czarny. Narodowy jamajski trunek należy niewątpliwie do produktów, które warto przywieźć z wyspy jako pamiątkę. Najlepiej odwiedzić tu jedną z destylarni, które znajdują się niemal zawsze przy większych plantacjach trzciny cukrowej (np. słynną, założoną już w 1749 r. Appleton Estate koło miejscowości Maggotty). Najbardziej znanymi markami, oczywiście poza najstarszą z nich Appleton Estate, są White Lightning, Asmussen czy lepszy gatunkowo Wray & Nephew.

 

ZAPACH KAWY

Inny jamajski trunek stanowi słynny likier kawowy Tia Maria. Jego historia sięga połowy XVII stulecia. Legenda mówi, że kiedy piękna i młoda hiszpańska arystokratka uciekała z Jamajki przed zawieruchą kolonialnej wojny z Brytyjczykami, jej służąca uratowała rodzinny skarb, małą szkatułkę z kolczykami z czarnymi perłami i starym rękopisem z przepisem na ten tajemniczy likier. To właśnie na cześć tej odważnej kobiety nadano mu nazwę Tia Maria, co oznacza ciocię Marię. Ten wyśmienity trunek produkuje się z tutejszych ziaren kawowych i rumu oraz wanilii z Madagaskaru i cukru.

Jamaica Blue Mountain Coffee uchodzi za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie. Sami mieszkańcy zwykle jej nie piją, głównie ze względów finansowych. Picie kawy nie należy też do ich zwyczajów. Najsłynniejsze plantacje kawowców znajdują się w trudniej dostępnych Górach Błękitnych (Blue Mountains) na obszarze jedynie 7 tys. ha, na wysokości między 910 a 1700 m n.p.m. Terenów upraw nie wolno powiększać. Krzewy rosną na bardzo stromych i zamglonych zboczach górskich. Jamaica Blue Mountain Coffee ma niezapomniany zapach i intensywny smak. Najlepiej spróbować jej na jednej z plantacji ukrytych między zielonymi stokami Gór Błękitnych. Widoki w regionie Blue Mountains zapierają dech w piersiach. Za każdym zakrętem górskiej drogi pojawiają się jeszcze piękniejsze pejzaże. Wizyta w górach wznoszących się we wschodniej części wyspy to również idealna okazja, żeby przyjrzeć się życiu jamajskich farmerów lub odwiedzić kolejną, bardziej niedostępną wioskę rastafarian. Właśnie Blue Mountains zainspirowały Boba Marleya do napisania przeboju Natural Mystic.

 

Leżące we wschodniej części Jamajki Góry Błękitne porastają gęste tropikalne lasy

© Michał Supieta

 

NIE TYLKO MUZYK

Robert Nesta Marley (1945–1981) był największym popularyzatorem reggae, muzyki ludu, która narodziła się na podwórkach slumsów w Kingston, stolicy kraju. Grając i tańcząc, ludzie łączyli się z duchami Afryki i czuli się wolni, kiedy wokół coraz bardziej odczuwalne stawały się napięcia społeczne będące konsekwencją nasilającego się konfliktu politycznego.

Bob Marley był dzieckiem młodziutkiej Sidilli Malcolm (1926–2008) i oficera brytyjskiej marynarki wojennej i nadzorcy plantacji Norvala Marleya, który widział syna dwa razy (zmarł na atak serca w 1955 r. w wieku 70 lat). Urodził się w małej wiosce Nine Mile w regionie Saint Ann. Warto odwiedzić jego rodzinny dom, w którym urządzone zostało muzeum. Oprowadzają po nim przewodnicy opowiadający w charakterystycznej jamajskiej odmianie języka angielskiego o życiu króla reggae. Zwiedzanie przerywane jest najsłynniejszymi piosenkami muzyka. To najlepsze miejsce, żeby posłuchać takich przebojów jak Could You Be Loved, Exodus, Get Up, Stand Up, I Shot the Sheriff, Is This Love, No Woman, No Cry, One Love, Redemption Song czy Stir It Up. Za wysoką bramą znajduje się mauzoleum Boba Marleya, gdzie rastafarianie składają mu hołd, paląc święte zioło.

Król reggae jeszcze za życia stał się legendą. W grudniu 1976 r. po nieudanym zamachu w jego domu wystąpił na koncercie Smile Jamaica. Na koncercie One Love Peace w kwietniu 1978 r. w Kingston, kiedy to w wyniku nasilających się protestów społecznych i wojny gangów kraj stanął na krawędzi wojny domowej, Bob Marley w symbolicznym geście połączył nad głową dłonie skonfliktowanych polityków przeciwnych partii Michaela Manleya i Edwarda Seagi.

Muzyk zmarł 11 maja 1981 r. w szpitalu w Miami w Stanach Zjednoczonych w wieku zaledwie 36 lat. Przegrał długą i bolesną walkę z czerniakiem złośliwym. Jego ciało zostało wystawione na 35-tysięcznym stadionie narodowym (Independence Park) w Kingston z Biblią otwartą na Psalmie 23 (nazywanym pasterskim, zaczynającym się od słów Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego) i czerwoną gitarą elektryczną Gibson Les Paul. Kondukt pogrzebowy wyruszył z jamajskiej stolicy i pokonał ok. 90 km w drodze do Nine Mile. Żona Rita wraz z dziećmi uczciła Boba Marleya jego piosenkami. Pośmiertnie (w marcu 1994 r.) uhonorowano go w muzeum Rock and Roll Hall of Fame w Cleveland w USA. Na widowiskowy letni festiwal Red Stripe Reggae Sumfest w Montego Bay przybywa co roku ponad ćwierć miliona fanów z całego świata. Najbliższa jego edycja odbędzie się w dniach 14–20 lipca 2019 r. To obecnie największy na świecie festiwal muzyki reggae.

 

ZWIEDZANIE ZE SMAKIEM

Rastafarianie, którzy z założenia unikają mięsa, mieli także wpływ na jamajską kuchnię. Wyspiarze są miłośnikami mięsnych potraw z grilla, jednak wegetarianie też znajdą tu szeroki wybór dań. W kulinariach Jamajki można dostrzec przede wszystkim wpływy afrykańskie i brytyjskie, ale również hiszpańskie, irlandzkie, chińskie, kreolskie czy hinduskie. Te ostatnie przejawiają się np. w stosowaniu mieszanek curry w wielu przepisach. Symbolem kuchni jamajskiej jest charakterystyczna marynata jerk. W jej skład wchodzą m.in. ziele angielskie (owoce korzennika lekarskiego, drzewa pimentowego), papryka scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), tymianek, zewnętrzna skórka gałki muszkatołowej, cebula i czosnek. Jerk to także sposób przyrządzania mięsa. Tradycja ta sięga jeszcze czasów rdzennych mieszkańców wyspy, którą kontynuowali Maronowie. Duże płaty mięsa nacierali chili i miejscowymi ziołami, a następnie piekli nad ogniem. Był to doskonały sposób utrzymywania świeżości. Dziś nazwą jerk określa się też typ grilla, często domowej konstrukcji, który można ujrzeć na Jamajce niemal na każdym rogu.

Bardzo popularna jest tutaj koźlina, serwowana na wiele sposobów np. z curry lub grillowanymi owocami i warzywami. W prawie każdej potrawie znajdziemy duże ilości małej, zielonej cebulki, w której lubują się mieszkańcy tej karaibskiej wyspy. Często używa się również ziela angielskiego, imbiru czy tymianku. Gałązkami korzennika lekarskiego opalane są grille, co nadaje daniom dodatkowe walory smakowe. Nie sposób nie wspomnieć też o ackee. Owoc bligii pospolitej, w postaci surowej trujący, stanowi nieodłączny dodatek do solonej ryby (ackee and saltfish uchodzi za narodową potrawę). Roślina ta pochodzi z zachodniego wybrzeża Afryki. Podczas kulinarnych poszukiwań na Jamajce spotkamy się z pewnością z daniem callaloo. Jamajczycy określają tą nazwą szarłat (amarantus). Potrawka ta wyglądem i smakiem przypomina nieco gotowany szpinak. Dodaje się do niej na ogół, oprócz liści amarantusa, okrę (piżmiana jadalnego), sól, cebulę, pomidory, czosnek, paprykę scotch bonnet, miejscowe przyprawy i duże ilości pysznych, świeżych krewetek lub soloną rybę. Na Jamajce warto zaopatrzyć się w ostre sosy, z których również słynie ten rozśpiewany i roztańczony kraj.

Błogi wypoczynek na tej karaibskiej wyspie to marzenie wielu osób. Nie ma w tym nic dziwnego, bo znajdziemy na niej jedne z najpiękniejszych piaszczystych plaż na świecie. Jamajka jest prawdziwym rajem dla miłośników sportów wodnych, ludzi kochających smaczną i zdrową kuchnię, dziewiczą naturę oraz muzykę i taniec. Wśród licznych hoteli o rozmaitym standardzie każdy wybierze z pewnością coś dla siebie. Na wyspę uruchomiono poza tym bardzo korzystne cenowo połączenia czarterowe (Warszawa – Montego Bay, już od 1699 złotych w obie strony!). Jamajka to zdecydowanie jedno z tych pasjonujących miejsc, do których wciąż chce się wracać.

 

Wydanie jesień-zima 2018