HANNA BORA 

www.sledznas.com

 

<< Ekwador, mający powierzchnię zbliżoną do Polski (niemal 284 tys. km²), to jeden z najmniejszych krajów Ameryki Południowej. Dla wielu turystów wciąż pozostaje ukryty w cieniu większych sąsiadów – Peru i Kolumbii. Dzieje się tak zupełnie niesłusznie. Ekwador zadziwia ogromną różnorodnością krajobrazów. Mieszkańcy często powtarzają, że tylko tutaj można rano obudzić się wśród odgłosów tropikalnego lasu, popołudnie spędzić u stóp ośnieżonych andyjskich szczytów, a wieczorem zrelaksować się przy szumie oceanu. >>

 

Ten nieduży kraj zachwyci z pewnością miłośników przyrody. Mogą podążyć w nim szlakiem wybitnych badaczy takich jak Anglik Karol Darwin (1809–1882) czy Niemiec Alexander von Humboldt (1769–1859). Wyróżniono tu 46 ekosystemów, które tętnią życiem. Na terenie Ekwadoru występuje aż 25 tys. gatunków roślin, co stanowi 10 proc. flory na świecie. Do tego dodać jeszcze trzeba blisko 1,3 tys. gatunków ptaków (ok. 15 proc. wszystkich endemicznych gatunków ptaków na naszym globie), 1550 gatunków ssaków, 350 gatunków gadów i 375 gatunków płazów. Kiedy popatrzymy, jak niewiele miejsca na mapie zajmuje terytorium tego państwa, podane liczby robią wielkie wrażenie.

 

Hiszpańska nazwa kraju, Ecuador, oznacza równik. Ekwadorczycy zrobili z najdłuższego równoleżnika Ziemi znak firmowy. Są niezmiernie dumni z położenia swojej ojczyzny. W końcu nie wszędzie można stanąć jednocześnie zarówno na północnej, jak i południowej półkuli. Dla niektórych turystów jednak równik okazuje się dość zwodniczy. Spodziewają się tutaj tropikalnych upałów. Nie biorą pod uwagę drugiego czynnika, który znacząco wpływa na pogodę – wysokości. Ekwador to kraj wybitnie górzysty. Cały jego środek zajmują piętrzące się z północy na południe Andy. Ten region określa się jako Sierra (góry). Na zachodzie rozciąga się wybrzeże Pacyfiku, czyli Costa, a na wschodzie leży Amazonia, znana pod nazwą Oriente.

 

W KRÓLESTWIE ZWIERZĄT

Największy skarb Ekwadoru znajduje się jednak niemal 1 tys. km od jego kontynentalnego wybrzeża. Galapagos to niezwykły archipelag składający się z 19 większych wysp oraz setek wysepek i skał. Wyjątkowość tego miejsca nie wynika jedynie z piękna krajobrazu. Nigdzie indziej na naszej planecie nie da się być tak blisko dziko żyjących zwierząt, i to absolutnie nietypowych, w wielu przypadkach endemicznych. Obecność człowieka nie robi na nich żadnego wrażenia, co najwyżej wzbudza w nich chwilową ciekawość. Czasami trudno zachować tu przepisową odległość 2 m. Wystarczy moment nieuwagi, aby nadepnąć na legwana lądowego lub potknąć się o śpiącą uszankę galapagoską. 

 

Niektórzy utrzymują, że to Inkowie jako pierwsi dotarli na Galapagos. Nie ma jednak żadnych pisemnych dowodów, które potwierdziłyby tę hipotezę. Dla Europejczyków archipelag odkrył w marcu 1535 r. biskup Panamy Tomás de Berlanga (1487–1551). O odkryciu zadecydował przypadek. Po drodze z Panamy do Peru (Limy) statek przewożący Hiszpana porwał silny prąd morski, który doprowadził go do brzegu odległych wysp. Wymęczeni członkowie załogi wybrali się na poszukiwanie wody. Nowe tereny okazały się jednak wyjątkowo nieprzyjazne i suche. Tym większe było ich zdziwienie, kiedy spotkali sporą liczbę nie chowających się przed nimi zwierząt, w tym ogromne żółwie słoniowe. Podobno ich potężne skorupy przypominały odkrywcom siodło, określane słowem galápago, które oznacza także żółwia. Właśnie w taki sposób Islas Galápagos, czyli Wyspy Żółwie, trafiły na mapę. 

 

Przez wiele lat archipelag nie wzbudzał większego zainteresowania. Odwiedzali go przede wszystkim brytyjscy piraci, którzy stworzyli tu swoją bazę wypadową i zaopatrzeniową. Zabierane na statki ogromne żółwie służyły im jako źródło mięsa, wody i tłuszczu. Pod koniec XVII w. na wyspy trafili również wielorybnicy, którzy kontynuowali dziesiątkowanie populacji miejscowych zwierząt. Los Galapagos odmienił się dopiero w XIX stuleciu, a dokładniej we wrześniu 1835 r., kiedy przybył tutaj statek HMS Beagle z młodym Karolem Darwinem na pokładzie. W trakcie swojej krótkiej wizyty (ponad miesięcznej) brytyjski badacz poczynił wiele obserwacji. Pomogły mu one m.in. w opracowaniu teorii ewolucji. Tak odległe Wyspy Żółwie zyskały ogólnoświatową sławę. W 1959 r. utworzono park narodowy obejmujący ponad 97 proc. archipelagu, a 19 lat później miejsce wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Dziś Galapagos rozbudza wyobraźnię tysięcy osób na całym świecie. Któż nie marzy o spacerze po pięknej plaży w towarzystwie zabawnych uszanek i legwanów przypominających smoki lub o pływaniu w oceanie z delfinami, żółwiami i pingwinami? Pobyt w tym raju na ziemi kosztuje jednak niemałe pieniądze. Ta ekskluzywność archipelagu ma w pewien sposób ochronić jego delikatny ekosystem przed zniszczeniem. Większość miejsc można odwiedzić jedynie z przewodnikiem, a czas wizyty jest ściśle regulowany. Najlepszym sposobem na odkrywanie Galapagos będzie kilkudniowy rejs. To dość kosztowna przyjemność, dlatego wiele osób decyduje się na samodzielne zwiedzanie polegające na przemieszczaniu się szybkimi łódkami między trzema głównymi wyspami: Santa Cruz, Isabelą i San Cristóbal.

 

Kiedy nasz samolot ląduje na lotnisku na Baltrze (Aeropuerto Seymour), wzdłuż pasa startowego przechadza się dostojny, zielony legwan. Jadąc autobusem do głównego miasta Santa Cruz (i całego archipelagu), blisko 15-tysięcznego Puerto Ayora, podziwiamy przez okno olbrzymie żółwie kryjące się w wysokiej trawie tuż obok asfaltu. Na targu patrzymy, jak wokół stanowisk rybaków awanturują się pelikany. Oczekiwanie na prom na San Cristóbal umila nam obserwowanie dwóch uszanek, które ucinają sobie drzemkę na ławce obok. W trakcie kolejnych dni możemy podpatrywać zabawne głuptaki niebieskonogie i czerwononogie, fregaty wielkie i albatrosy galapagoskie. Zaglądamy też pod wodę i pływamy z delfinami, żółwiami, płaszczkami, a nawet rekinem! Na Galapagos zwierzęta są wszędzie. Nie trzeba ich tropić ani wypatrywać z lornetką. I rzeczywiście w ich zachowaniu nie widać strachu przed człowiekiem. Jedynie piękne, kolorowe kraby czasem zaniepokoją się hałasem i schowają między skałami.

 

Galapagos to niezwykle różnorodny archipelag. Jedne wyspy są płaskie jak stół, inne – górzyste. Jedne witają surowym, wręcz księżycowym krajobrazem, inne zaskakują bujną zielenią. Zwierzęta wybierają dla siebie te warunki, które najbardziej im odpowiadają. Dlatego przed podróżą warto sprawdzić, gdzie występują interesujące nas gatunki. Choć symbolem Galapagos są gigantyczne żółwie, nie zobaczymy ich wszędzie. Obecnie na archipelagu spotyka się 10 z 15 podgatunków żółwi słoniowych. Różnią się między sobą kształtem i rozmiarem pancerza. Pozostałe 5 uchodzi już za wymarłe. Kilka lat temu całym światem wstrząsnęła historia Samotnego George’a (Solitario George) – ostatniego przedstawiciela żółwi z wyspy Pinta. Uważany był za jedno z najrzadszych stworzeń na ziemi. Przez wiele lat pracownicy Stacji Badawczej im. Charlesa Darwina (Charles Darwin Research Station) szukali mu partnerki, aby przedłużyć ten podgatunek, niestety bezskutecznie. Opiekun znalazł nieżywego George’a 24 czerwca 2012 r. Jego śmierć oznacza wyginięcie podgatunku z Pinty.

 

Kilka wieków temu archipelag Galapagos zamieszkiwały najprawdopodobniej setki tysięcy ogromnych żółwi słoniowych. Niestety, wiele z nich zginęło w wyniku działań człowieka, nie tylko na skutek polowań, ale też w efekcie wprowadzenia na wyspy nowych zwierząt. Psy i szczury wyjadają żółwie jaja. Przez żarłoczne kozy brakuje pożywienia. Choć od wielu lat olbrzymie galapagoskie gady są pod ochroną, wciąż zdarzają się przypadki kłusownictwa. Dwa tygodnie po tym, jak opuściliśmy archipelag, dowiedzieliśmy się, że we wrześniu 2018 r. skradziono 123 młode żółwie z jednego z ośrodków hodowlanych na Isabeli (Centro de Crianza de Tortugas Terrestres „Arnaldo Tupiza Chamaidan”). Podejrzewa się, że trafią na rynek azjatycki. Galapagos nadal pozostaje przyrodniczym rajem, jednak coraz trudniej jest chronić go przed wpływami świata zewnętrznego i zmianami, które zachodzą na nim samym.

 

Młoda uszanka galapagoska pod opieką dorosłej

© JacekŚledziński

 

STOLICA NA WYSOKOŚCI

Po intensywnym tygodniu spędzonym na niezwykłych wyspach wracamy do Quito. Otoczone wulkanami 2-milionowe miasto leży na średniej wysokości 2850 m n.p.m. Dlatego uznaje się je za najwyżej położoną stolicę na świecie. Często mylnie określa się w ten sposób La Paz w Boliwii (mniej więcej 3625 m n.p.m.). Rzeczywiście znajduje się w nim siedziba rządu i prezydenta, ale konstytucyjną stolicą jest Sucre.

 

Znaczna wysokość daje się we znaki, kiedy spacerujemy stromymi uliczkami historycznej części Quito. Postanawiamy chwilę odpocząć na głównym placu miasta – Plaza de la Independencia (Plaza Grande). Pod rozłożystymi palmami i pokrytymi różowofioletowymi kwiatami drzewami kładzie się przyjemny cień. Podziwiamy monumentalną Katedrę Metropolitalną (Catedral Metropolitana y Primada de Quito) i imponującą oficjalną rezydencję prezydenta (Palacio de Carondelet). Wokół nas panuje typowy miejski gwar. Uliczni sprzedawcy zachwalają swoje przysmaki i kolorowe wyroby. Dzieci z radością gonią gołębie wokół fontanny. Pod arkadami budynków stanowiska mają liczni pucybuci, a ich klienci czytają poranne gazety. 

 

Historyczne serce Quito skrywa wiele perełek architektury kolonialnej, w tym jeden z najwspanialszych obiektów sakralnych całej Ameryki Południowej – Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de La Compañía de Jesús). W zachwyt wprawia już jego bogato rzeźbiona barokowa fasada. Jeszcze większe wrażenie robi wręcz ociekające złotem wnętrze świątyni. Zabytkowa zabudowa ekwadorskiej stolicy trafiła w 1978 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako jeden z pierwszych 12 obiektów. Znalazła się w tym gronie razem z wyspami Galapagos, a także krakowskim Starym Miastem i kopalnią soli w Wieliczce. 

 

Późnym popołudniem znajomi zabierają nas na wzgórze El Panecillo (z hiszp. Mały Chlebek). Na jego szczycie stoi posąg skrzydlatej Matki Boskiej (Virgen de Quito, Virgen de El Panecillo), która zdaje się chronić Quito i pozdrawiać jego mieszkańców gestem wyciągniętej dłoni. To jeden z najlepszych punktów widokowych w stolicy. Spoglądamy na gęstą plątaninę uliczek zabytkowego centrum, strzeliste wieżowce dzielnicy finansowej i niskie, kolorowe domy biedniejszej części miasta. W pogodny dzień można dostrzec stąd również ośnieżone szczyty wulkanów.

 

 Ze wzgórza El Panecillo turyści mogą podziwiać wspaniałą panoramę ekwadorskiej stolicy

© JacekŚledziński

 

MAGICZNY LAS

Z Quito ruszamy na północ, prawie pod samą granicę z Kolumbią. Wąską szutrówką pniemy się na wysokość ponad 3500 m n.p.m. Temperatura znacznie spada. Tuż przed zmierzchem dojeżdżamy do Polylepis Lodge na skraju Rezerwatu Ekologicznego El Ángel (Reserva Ecológica El Ángel). Po wyjściu z samochodu zaczynamy lekko trząść się z zimna, więc wyciągamy kolejne ubrania. Przyjechaliśmy tu na zaproszenie naszego znajomego, Juana, który zapewnia nas, że to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Choć jesteśmy nastawieni trochę sceptycznie, rano przekonujemy się, iż nie ma w tym stwierdzeniu przesady. Momentami wydaje się nam, że znaleźliśmy się na innej planecie.

 

Po śniadaniu ruszamy na spacer do magicznego lasu o dziwnie powykręcanych drzewach z rodzaju Polylepis. Często nazywa się je także drzewami z papieru, ponieważ mają wiele cienkich warstw silnie łuszczącej się kory. Są typowe dla krajobrazu andyjskiego, nigdzie jednak nie znajdziemy ich tak dużo jak na północy Ekwadoru. Wędrujemy ścieżką, a pokryte mchem gałęzie tworzą nad nami swoisty labirynt. Mijamy urokliwe jeziorko, liczne strumyki i wodospad. Mamy wrażenie, że zaraz zza krzaków wyskoczą elfy lub inne baśniowe stworzenia.

 

Tam, gdzie kończy się zaczarowany las, zaczyna się páramo. To specyficzny ekosystem występujący w Andach na wysokości powyżej 3000 m n.p.m., ale poniżej granicy lodu. Charakteryzuje go duża wilgotność, pełni on funkcję specyficznej gąbki i gromadzi zapasy wody. Najważniejszym elementem krajobrazu jest tu nietypowa roślina – frailejón (Espeletia pycnophylla). Z wyglądu przypomina trochę kaktusa zwieńczonego bujną czupryną. Przed nami rozciąga się całe morze frailejones, ciągną się aż po horyzont. Chłoniemy ten widok tak długo, aż przykrywa go mgła.

 

 Osobliwe drzewa z papieru tworzą prawdziwie baśniową scenerię na północy Ekwadoru

 © JacekŚledziński

 

SŁYNNY TARG AMERYKI POŁUDNIOWEJ 

W drodze powrotnej do Quito nie możemy nie zatrzymać się w Otavalo. To jeden z obowiązkowych przystanków podczas podróży po Ekwadorze. Malowniczo położone, 40-tysięczne miasto otaczają trzy wulkany: Imbabura (4609 m n.p.m.), Cotacachi (4944 m n.p.m.) i Mojanda (4263 m n.p.m.). Największą atrakcją jest tutaj słynny kolorowy targ rękodzieła. Odbywa się codziennie na Plaza de los Ponchos (Mercado Centenario), ale najlepiej odwiedzić go w sobotę (od 7.00 do 18.00), gdy rozlewa się na okoliczne ulice i place. Można na nim znaleźć wszystko: ubrania, koce, dywany, hamaki, torby, plecaki, biżuterię, ceramikę… Od mnogości kolorów i wzorów łatwo dostać oczopląsu. To idealne miejsce, żeby zaopatrzyć się w oryginalne pamiątki z podróży i poćwiczyć swoje zdolności negocjacyjne. Dla tutejszych mieszkańców sobota stanowi dzień handlowy. Nie mniej ważny od targu rękodzieła jest targ zwierzęcy, na którym nie ma stoisk, a na sprzedaż wystawiane są konie, krowy, lamy i świnki morskie (kawie domowe).

 

W okolicach Otavalo znajduje się wiele małych wiosek rozsianych na zboczach Andów, gdzie rdzenni mieszkańcy oprócz hiszpańskiego posługują się językiem keczua i pielęgnują tradycyjne zwyczaje. Trafiamy do takiej niewielkiej społeczności – 70 rodzin mieszka tu z widokiem na imponujący wulkan Imbabura. Naszą gospodynią jest Virginia. Ma 37 lat, dwie nastoletnie córki i dwuletniego syna o pięknym, kruczoczarnym warkoczu, który wystaje mu spod małego kapelusza. Rano idziemy zbierać kukurydzę. Z lekkim zdziwieniem patrzymy na jej strój. Ma na sobie białą, ręcznie wyszywaną bluzkę, ciemną spódnicę zdobioną kolorowym pasem, a na rękach i szyi złote i pomarańczowe koraliki. Naszym zdaniem wygląda pięknie i odświętnie. To tradycyjny strój kobiet w okolicach Otavalo. Zawsze tak pracuję. Moje córki noszą spodnie i kolorowe koszulki, ale ja nie mam innych ubrań – wyjaśnia nam ze śmiechem.

 

Po południu ruszamy zebrać warzywa na kolację. Każdy z nas ma swój kawałek ziemi. U mnie rosną buraki, brokuły, kalafior i cukinia. Moja sąsiadka przynosi mi marchewkę i się wymieniamy. Rzeczywiście, po chwili pojawia się Susana z zawiniętą w chustę wnuczką na plecach. Kobiety chwilę rozmawiają i umawiają się na wieczorną sesję haftowania w szkolnej świetlicy. Przy pożegnaniu Virginia poleca nam jeszcze, żebyśmy odwiedzili warsztaty jej znajomych. José ma tradycyjny zakład tkacki, rodzina w San Rafael wyplata najlepsze maty i meble, a Fausto tworzy muzyczne instrumenty i wydobywa z nich piękne dźwięki.

Kobieta na polu kukurydzy w okolicy Otavalo

© Jacek Śledzińsi

 

 

PRZYGODA W AMAZONII

Po powrocie do Quito postanawiamy na chwilę zmienić otoczenie i spełnić marzenie o przygodzie w tropikalnym lesie. Myśl o Amazonii od lat rozbudzała naszą podróżniczą wyobraźnię. Bramą do tego regionu w Ekwadorze jest 35-tysięczna Tena – stolica prowincji Napo, położona nad rzeką o tej samej nazwie (wpadającą do Napo, jednego z dopływów Amazonki). Okolice toną w bujnej zieleni, między gałęziami drzew można zobaczyć tutaj małpy i papugi. Trudno jednak zapomnieć o cywilizacji, kiedy ma się świadomość, iż w odległości zaledwie kilku kilometrów ciągnie się asfaltowa droga gładka jak stół. Wiemy, że musimy się wybrać dalej. Naszym celem jest Park Narodowy Yasuní.

 

Według naukowców Yasuní to jedno z najbardziej bioróżnorodnych miejsc na świecie. Wilgotny las równikowy charakteryzujące go ogromne bogactwo fauny i flory zawdzięcza swojemu położeniu. Leży na równiku, na pograniczu Andów i Niziny Amazonki. Obecnie teren parku zajmuje ponad 10 tys. km2. Aby do niego dotrzeć, dojeżdżamy do sennego i upalnego 50-tysięcznego miasta Puerto Francisco de Orellana, nazwanego tak na cześć odkrywcy, który wraz z grupą konkwistadorów jako pierwszy przepłynął Amazonkę od jej górnego biegu aż do Oceanu Atlantyckiego (w 1542 r.). Miejscowość znana jest też pod znacznie krótszą nazwą – Coca. Na miejscu zostawiamy samochód i wchodzimy na pokład łodzi motorowej, którą płyniemy w górę rzeki Napo. Czujemy spore podekscytowanie, krajobrazy okazują się jednak dość monotonne. Po dwóch godzinach docieramy do granicy parku narodowego i przesiadamy się do niedużego czółna, którym wpływamy w wąski kanał. Sceneria zmienia się diametralnie. Wokół panuje cisza przerywana jedynie uderzeniami wiosła o wodę i trzepotem skrzydeł przestraszonych ptaków. Po 15 minutach wypływamy na piękne jezioro Garzacocha, w którego wodach odbija się bujna roślinność. Chwilę później jesteśmy już w La Selva Amazon Ecolodge & Spa, gdzie mamy spędzić cztery noce.

 

Amazonia onieśmiela. Każdy jej centymetr zdaje się tętnić życiem. Człowiek czuje się lekko zagubiony w tej plątaninie zieleni. Po zmroku rozlega się istna kakofonia dźwięków. Wsłuchujemy się w nią w milczeniu, starając się odróżnić znajome odgłosy. Dookoła nas panuje absolutna ciemność. Następnego dnia o 6.00 spotykamy się z naszym przewodnikiem Sixto. Jest niewysoki, śniady. Ma ponad 60 lat, ale kondycji mógłby mu pozazdrościć niejeden młodzieniec. Czasami nadaje takie tempo, że ledwie możemy go dogonić. Las to jego dom. Zna ścieżki zwierząt, wie, którędy przechodzą, rozpoznaje każdy szelest. Kiedy pływamy czółnem po jeziorze, nad głowami przelatują nam piękne, kolorowe papugi. Gdzieś między gałęziami wypatrujemy tukana. Spotykamy również żółwie, czaple, przedziwne hoacyny (kośniki czubate), które ze względu na swój charakterystyczny irokez przypominają nam koguty. Dopływamy do brzegu i zanurzamy się w głąb parującej gęstwiny. Sixto nakazuje, żebyśmy byli cicho. Po chwili pokazuje nam malutkie pigmejki karłowate. Są przeurocze i możemy przyjrzeć się im z bliska. Ja nie mogę jednak oderwać wzroku od rozpromienionej twarzy naszego przewodnika. Choć spotyka te zwierzęta codziennie, patrzy na nie z nieskrywaną radością i czułością. Tak samo reaguje, kiedy udaje nam się wytropić leniwca.

 

Okolice Parku Narodowego Yasuní to miejsce, gdzie nie tylko rozwinęły się tysiące gatunków flory i fauny, ale także mieszka wiele rodzin z grup etnicznych Keczua i Huaorani (Waorani). Żyją tu w niewielkich społecznościach i pielęgnują zwyczaje przodków. Część z nich przyjmuje turystów, aby pokazać im swoje tradycje i opowiedzieć o życiu w głębi lasu tropikalnego. Niektórzy jednak muszą opuścić zamieszkiwane tereny i przenieść się do miasta. Yasuní rozpala wyobraźnię nie tylko miłośników przyrody, ale też – niestety – właścicieli koncernów naftowych. Złoża ropy na obszarze parku szacowane są na aż ok. 1,7 mld baryłek. Były prezydent kraju (w latach 2007–2017) Rafael Correa dał światu ultimatum – ogłosił, że zrezygnuje z wierceń w tej okolicy, jeśli międzynarodowa społeczność wypłaci Ekwadorowi rekompensatę. Plan się nie powiódł. Wydobywanie ropy w rejonie parku się rozpoczęło. Politycy i przedstawiciele firm przekonują, że starają się prowadzić prace tak, aby środowisko kosztowały one jak najmniej. Dla niektórych mieszkańców amazońskiej puszczy ta cena może się jednak okazać zbyt wysoka.

 

ALEJA WULKANÓW

Z Amazonii wracamy w majestatyczne Andy. Trasę naszej wyprawy wytycza słynna Aleja Wulkanów (Avenida de los Volcanes – ok. 325 km), która przecina środek Ekwadoru. Jest ich tutaj ponad 70 (w tym 27 aktywnych). Za nasz pierwszy cel stawiamy sobie Cotopaxi (5897 m n.p.m.). Należy on do najwyższych aktywnych wulkanów świata. Choć pod względem wysokości zajmuje drugie miejsce we wspomnianej alei, jego perfekcyjny, przykryty śniegiem stożek stał się jedną z wizytówek kraju. Wejść na szczyt można jedynie pod opieką wykwalifikowanego przewodnika. My decydujemy się na podejście do granicy lodu – na wysokość ok. 5100 m n.p.m. Najpierw dochodzimy do Schroniska José Ribas (Refugio José Ribas, 4864 m n.p.m.), gdzie wzmacniamy się gorącą czekoladą. Tego dnia na szlaku jest zadziwiająco dużo osób: kilka grup zagranicznych turystów, a także sporo lokalnych rodzin, które pokonują trasę kilkoma pokoleniami. Ze sporym podziwem patrzymy zarówno na kilkuletnie dzieci, jak i starszych mężczyzn. Droga do schroniska nie była dla nas zbyt wyczerpująca, powyżej 5000 m n.p.m. robi się trochę trudniej. Powietrze staje się coraz rzadsze i coraz częściej brakuje mi tchu. Odczuwam lekki ból głowy i nudności. Z wysokością nie ma żartów.

 

Kolejnym przystankiem podczas naszej wyprawy jest jezioro Quilotoa (ok. 3800 m n.p.m.) znajdujące się w kalderze wygasłego wulkanu o tej samej nazwie (3914 m n.p.m.). Jego wody przybierają w popołudniowym słońcu barwę szmaragdowoturkusową. To wyjątkowo malownicze miejsce – idealne na krótki odpoczynek i odnowienie sił przed spotkaniem z Chimborazo. Jeszcze na początku XIX stulecia ten wygasły wulkan o wysokości 6263,47 m n.p.m. uważany był za najwyższy szczyt na ziemi. Właśnie wtedy (w 1802 r.) próbował wspiąć się na niego słynny niemiecki badacz Alexander von Humboldt. Nie udało mu się zdobyć wierzchołka (dotarł na 5875 m n.p.m.), w trakcie swojej wspinaczki zaobserwował jednak piękną harmonię następujących tu po sobie pięter roślinności. Dziś Chimborazo wciąż figuruje w księdze ziemskich rekordów – ze względu na położenie blisko równika szczyt wulkanu jest najbardziej oddalonym od jądra Ziemi punktem na naszej planecie. Kiedy dojeżdżamy do bramy parku (Reserva de Producción de Fauna Chimborazo) usytuowanej na zboczach wulkanu, dostrzegamy niewielkie stado wikunii andyjskich. To jeden z czterech gatunków z rodziny wielbłądowatych występujących w Andach. Najpopularniejszym jest oczywiście lama. Pozostałe to alpaka i gwanako andyjskie (guanako).

 

Wzdłuż Alei Wulkanów w wielu rejonach wytryskują gorące źródła, w których można zrelaksować się po męczących wędrówkach w Andach. Najpopularniejszym miejscem do zażywania kąpieli jest tutaj niewielkie miasteczko Baños de Agua Santa, w skrócie Baños. To też jeden z ulubionych celów wypraw młodych podróżników, ponieważ w okolicy miejscowości czeka spora liczba atrakcji. Mają oni w czym wybierać: od licznych wodospadów, przez zjazdy na tyrolce i skoki na bungee, aż po słynną huśtawkę na końcu świata z widokiem na aktywny wulkan Tungurahua o wysokości 5023 m n.p.m. (jego nazwa w języku keczua oznacza Gardziel Ognia).

 

KOLONIALNA CUENCA

Ostatnim punktem na trasie naszej ekwadorskiej podróży jest malowniczo położona wśród andyjskich szczytów 400-tysięczna Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca, w skrócie Cuenca. To trzecie co do wielkości miasto Ekwadoru (po Guayaquil i stołecznym Quito), przez wielu uważane za najpiękniejsze i najbardziej europejskie. Niektórzy porównują je nawet do słynnego peruwiańskiego Cusco (Cuzco). Ze względu na zabytkową zabudowę jego historyczna część została wpisana w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Zwiedzanie zaczynamy od serca niezmiernie klimatycznej Cuenki – Parku Calderón (Parque Calderón), gdzie podglądamy codzienne życie mieszkańców i podziwiamy imponujący budynek Nowej Katedry (Catedral Nueva). Większość miast w Ekwadorze wydała nam się dość chaotyczna i niepoukładana. To jest pod tym względem wyjątkiem (obok Quito). Gubimy się w labiryncie wąskich uliczek i przyglądamy się zadbanym kamieniczkom. Spotykamy tu wyjątkowo dużo osób z Europy i USA. Niektórzy, tak jak my, są w mieście jedynie przejazdem. Inni odnaleźli w nim swoje miejsce na ziemi. Ekwador to mały wielki kraj – mówi nam Anne z Holandii, która mieszka tutaj już od dwóch lat. Kiedy nudzi mi się duże miasto, pakuję plecak i wybieram się w góry. Gdy brakuje mi słońca, znów ruszam w drogę i po kilku godzinach znajduję się na wybrzeżu. I do tego niemal wszędzie jest tak zielono! Mam tu wszystko na wyciągniecie ręki!

 

Artykuły wybrane losowo

Wśród birmańskich złotych stup

ANNA SOBKOWICZ

<< Do niedawna zamknięta na świat Birma staje się dziś coraz modniejszym kierunkiem turystycznym. Wśród podróżników panuje przekonanie, że warto ją odwiedzić jak najszybciej, zanim zaleją ją zdobycze zachodniej cywilizacji. Pierwsze zmiany już można zaobserwować, a ich znakiem są np. pojawiające się bankomaty i planowane otwarcie pierwszej w kraju restauracji McDonald’s. >>

 W języku polskim tradycyjnie na określenie tego państwa leżącego w Azji Południowo-Wschodniej używa się toponimu Birma, jednak od 1989 r. jego oficjalna nazwa brzmi Myanmar (na gruncie polszczyzny spotyka się też zapisy Mjanma, Mianma lub Republika Związku Mjanmy). Wzdłuż jego zachodniej, północnej i wschodniej granicy ciągną się tereny górskie, natomiast środek zajmuje nizina Irawadi, przez którą płynie rzeka o tej samej nazwie (najdłuższa w kraju). Od południa kraj oblewają wody Oceanu Indyjskiego, a dokładniej Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego.

Więcej…

Teneryfa – wyspa wiecznej wiosny

WIOLETTA KRAWIEC

 

Marzy wam się takie miejsce, gdzie przez okrągły rok panują doskonałe warunki pogodowe – jest ciepło i słonecznie, ale nie upalnie, a twarze owiewa orzeźwiająca morska bryza? Chcecie wybrać się na wyspiarskie wakacje, ale wyprawa w odległe tropikalne kraje wydaje się zbyt daleką i męczącą podróżą? A może oprócz leżenia na plaży i kąpieli w morzu macie także ochotę zobaczyć cuda przyrody i ciekawe zabytki? Jeśli tak wygląda wasz sen o wakacyjnym raju, zapraszamy na Teneryfę – jedną z Wysp Kanaryjskich!

Więcej…

Podróż przez Mozambik

JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Więcej…