ZOFIA BLIŹNIAK

 

Kiedy turysta podróżujący po Meksyku nasyci się już widokiem piramid Majów i Azteków oraz złocistymi plażami Cancún i Playa del Carmen, nie powinien stracić okazji do poznania innego oblicza tego środkowoamerykańskiego kraju. Centralne stany Michoacán i Querétaro ukazują nam wyjątkową mieszankę kultur i ras. Odkryjemy tu prawdziwą duszę Meksyku.

Te oba stany łączy wiele – ich stolice, Morelię i Santiago de Querétaro, założyli Hiszpanie w pierwszej połowie XVI w., a kolonialne centra historyczne tych miast zostały wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Górzyste tereny i wioski indiańskie również składają się na obraz tego interesującego rejonu, który odegrał istotną rolę w dziejach Meksyku. 

 

To właśnie przez Michoacán i Querétaro (oraz stany Guanajuato, México, Jalisco, Aguascalientes, Coahuila i Chihuahua) przebiega duża część popularnego „Szlaku Wolności” – Ruta de la Libertad. Pokazuje on przebieg historycznej trasy, którą pokonał katolicki ksiądz i wojskowy Miguel Hidalgo y Costilla (1753–1811), przywódca meksykańskiego powstania narodowego przeciwko Hiszpanom, kierując się we wrześniu 1810 r. z miejscowości Dolores (dzisiaj Dolores Hidalgo) na północ kraju.  

 

Miasto z różowego kamienia

W stolicy stanu Michoacán, 600-tysięcznej Morelii (do 1828 r. znanej jako Valladolid), nazwanej tak na cześć urodzonego tutaj bohatera walk niepodległościowych José Maríi Morelosa (1765–1815), znajdziemy doskonale zachowane prawdziwe skarby kolonialnej architektury. To zabytkowe i niezmiernie atrakcyjne dla turystów miasto wyróżnia się także czystością oraz dużą liczbą pięknie utrzymanych placów, ogrodów i parków.

Zwiedzanie Morelii dobrze jest zacząć nietypowo, bo późnym wieczorem. Na Plaza de Armas, eleganckim placu tuż przy Katedrze, zbierają się grupy, które wyruszają następnie na niezapomnianą wycieczkę starymi uliczkami centrum historycznego, słuchając po drodze krwawych historii i romantycznych legend. Nie należy się dziwić, kiedy przewodnik przebrany za duchownego zapyta konspiracyjnym głosem, czy wśród uczestników zwiedzania znajdują się panny… Wyjaśni on nam potem, że w słynnej restauracji, a jednocześnie galerii i muzeum San Miguelito znajduje się „Kącik Starych Panien” (Rincón de Las Solteronas) – zgromadzone w nim figurki św. Antoniego pomagają podobno w szybkim zamążpójściu.

Całe centrum historyczne Morelii jest przepięknie oświetlone, ale na uwagę zasługuje przede wszystkim barokowo-neoklasycystyczna Katedra z dwiema wysokimi wieżami (66,8 m). Podziwiać w niej można m.in. monumentalne niemieckie organy (największe w Meksyku). Do urokliwego, pięknie podświetlonego akweduktu z XVIII w. dojdziemy kierując się na Fuente de las Tarascas przy Plaza Villalongín. Ta będąca symbolem miasta fontanna przedstawia trzy Indianki z plemienia Purépecha (Tarasków). Już w ciągu dnia warto przespacerować się stąd aleją (calzada) z kamienia prowadzącą do jednego z najpiękniej zdobionych kościołów w całym Meksyku – Santuario de Nuestra Señora de Guadalupe.

Resztę zabytków Morelii, zbudowanych w większości z różowego kamienia, można obejrzeć z przewodnikiem, ale samemu też nietrudno dotrzeć do położonych blisko siebie najciekawszych placówek muzealnych (choćby do fascynującego Muzeum Maski – Museo de la Máscara), świątyń i kompleksów klasztornych. Warto zajrzeć również do mieszczącej się w dawnym kościele jezuickim z XVII w. Biblioteki Publicznej oraz do dostojnego Colegio de San Nicolás de Hidalgo (dzisiejszy Uniwersytet), w którym uczyli się m.in. Morelos i Pascual Ortiz Rubio (1877–1963), prezydent Meksyku w latach 1930–1932 (zresztą obecny prezydent kraju – Felipe Calderón Hinojosa – także pochodzi z Morelii). Nie można przegapić też domu, gdzie urodził się Morelos (Casa Natal de Morelos). Obecnie znajduje się w nim muzeum poświęconego jego pamięci.

Jeżeli przyjechałeś do Morelii i nie spróbowałeś „gazpacho”, nie byłeś w Morelii – głosi znane miejscowe powiedzenie. Bez wątpienia wizyta w tym mieście jest niepełna, jeśli nie skosztuje się specjałów kuchni stanu Michoacán, często bazującej jeszcze na przepisach Indian Purépecha. Koniecznie trzeba też wybrać się na słynny targ słodyczy, który mieści się obok XVII-wiecznego Palacio Clavijero, dawnego kolegium jezuickiego. Po obowiązkowym spróbowaniu tradycyjnych ate (owoców kandyzowanych) i morelianas (pysznych tortilli o smaku kajmaku) możemy wybrać po prostu jakiś przysmak na chybił trafił (uważając tylko, żeby nie miał w sobie za dużo chili).

 

Magia Pátzcuaro

Zostawiamy za sobą różowe kamienie Morelii i jedziemy w stronę biało-czerwonych domów 60-tysięcznego Pátzcuaro… To tutaj właśnie, nad jeziorem o tej samej nazwie, odbywają się najpiękniejsze ceremonie związane ze Świętem Zmarłych, łączące tradycje Indian Purépecha z elementami wiary chrześcijańskiej. Podczas gdy tubylcy z zapalonymi świecami płyną ukwieconymi łodziami na wyspę Janitzio, turyści z całego świata pozostają na brzegu i podziwiają w pobliskich wioskach pieczołowicie przygotowane ołtarzyki. 2 listopada każdego roku Pátzcuaro przeżywa prawdziwy najazd gości… 

Jeśli chcemy zwiedzić wyspę Janitzio w spokoju, bez tłumów ludzi, warto wybrać się na nią innego dnia. Koniecznie trzeba wejść na punkt widokowy znajdujący się we wnętrzu 40-metrowego pomnika José Maríi Morelosa – umiejscowiono go w zaciśniętej pięści tego meksykańskiego bohatera narodowego. Można stąd podziwiać jezioro w całej okazałości, rybaków z wielkimi sieciami oraz malownicze wioski indiańskie, z których każda specjalizuje się w innym rodzaju rzemiosła. W przepięknym, kolonialnym Pátzcuaro kupimy wytwarzane w okolicy oryginalne rękodzieło artystyczne (w pełni warte swojej ceny). Jeżeli zaś, pogryzając słynne tutejsze nieve de pasta (rodzaj lodów), usłyszymy dźwięki muzyki wraz z charakterystycznym stukaniem, to znaczy, że trafiliśmy na pokaz pochodzącego z tradycji Purépecha humorystycznego Danza de los Viejitos, czyli „Tańca Staruszków”.

Pátzcuaro jest jednym z czterech „Magicznych Miasteczek” (Pueblos Mágicos) na terenie stanu Michoacán. Tytuł ten otrzymują od Sekretariatu Turystyki Meksyku (SECTUR) miejscowości, w których w szczególny sposób kultywowane są dawne tradycje indiańskie, słynące ze wspaniałych zabytków kolonialnych oraz interesujących świąt, jak również ważnych wydarzeń historycznych. Tego typu pueblos są naturalnie bardzo atrakcyjne dla turystów, a w całym kraju jest ich dzisiaj 45. Niedaleko od Pátzcuaro znajduje się 15-tysięczne miasteczko Santa Clara del Cobre, słynne z artystycznych wyrobów z miedzi, natomiast w Cuitzeo, położonym nieco na północ od Morelii, wznosi się doskonale zachowany klasztor augustiański z XVI w., a w niewielkiej, sympatycznej miejscowości Tlalpujahua (na granicy ze stanem México), która przez ponad trzy stulecia była bogatym centrum górnictwa złota i srebra, znajdziemy interesujące muzea oraz liczne zabytki. W tym ostatnim Pueblo Mágico możemy też podejrzeć z bliska, jak wygląda proces ręcznego wyrobu bombek.       

 

W stronę Querétaro

Michoacán jest ponad pięć razy większy niż Querétaro (ma 60 tys. km2 powierzchni), nic więc dziwnego, że lista miejsc, które warto tutaj zobaczyć, na szczęście dla turystów, nie należy do krótkich... Można zatem wyruszyć dalej z Morelii na południowy zachód, mijając po drodze drugie co do wielkości miasto w tym stanie – Uruapan (315 tys. mieszkańców), tzw. światową stolicę awokado. Warto stąd zboczyć do niewielkiego Angahuan, gdzie najlepiej widać księżycowy krajobraz, który pozostał po wybuchu wulkanu Paricutín w 1943 r. Na wybrzeżu Pacyfiku czekają na nas natomiast ładne, ciche plaże, a przede wszystkim pyszne jedzenie serwowane w nadmorskich restauracjach.   

Z Morelii można też jednak ruszyć w przeciwną stronę – na północny wschód. Podróżując w tym kierunku, zanim przekroczymy granicę z Querétaro, natrafimy na unikatowy Rezerwat Biosfery Motyla Monarcha (Reserva de la Biósfera Mariposa Monarca). Miejsce to zostało wpisane w 2008 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Miliony pomarańczowych motyli pokonują tysiące kilometrów, żeby przezimować w wysoko położonych sosnowo-świerkowych lasach Meksyku. Tworzą tu całe kolonie – w zależności od roku od 8 do 12. Te piękne owady szczelnie pokrywające drzewa można podziwiać od października do marca w czterech tzw. sanktuariach, które są udostępnione do zwiedzania dla turystów: Sierra Chincua koło „Magicznego Miasteczka” Tlalpujahua, La Mesa, El Capulín i El Rosario. Poza tym w najbliższej okolicy zrelaksujemy się na łonie dziewiczej natury, wśród wspaniałych lasów, a także zadbamy o nasze zdrowie w Los Azufres – regionie bogatym w wody termalne o wysokiej zawartości soli i minerałów.

Luksusowe centra SPA oraz parki wodne znajdziemy również w pełnym legend 20-tysięcznym miasteczku Tequisquiapan, leżącym już w stanie Querétaro. Wyróżnia się ono też wspaniałą i doskonale zachowaną architekturą kolonialną. Co roku odbywa się tutaj na przełomie maja i czerwca Narodowy Jarmark Sera i Wina (Feria Nacional del Queso y el Vino), zakłócający spokojne życie mieszkańców i przyciągający zawsze kilkadziesiąt tysięcy turystów. Kierując się wyżej, na północ stanu, dotrzemy do La Peña de Bernal, olbrzymiego monolitu wyrastającego ponadzabytkowe Pueblo Mágico Bernal.

Na osoby lubiące ekoturystykę czekają pełne malowniczych wąwozów, rzek i wodospadów zielone góry Sierra Gorda. W ich południowej części natkniemy się na stanowiska archeologiczne. Miłośnicy historii wyruszą tu z pewnością na wędrówkę po pięciu misjach franciszkańskich z XVIII w., które wpisano w 2003 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stanowią one wyjątkowy przykład metysażu w sztuce. Misje w górach Sierra Gorda budowane były wprawdzie przez Indian, ale według europejskich planów, doszukać się więc w nich można elementów obu kultur. Zabytkowe, ponad 20-tysięczne miasteczko Jalpan de Serra, gdzie założono pierwszą misję, Sekretariat Turystyki Meksyku (SECTUR) wyróżnił również zaszczytnym tytułem Pueblo Mágico.

 

Miejsce skał

Querétaro uznane zostało w czerwcu 2011 r. za najpiękniejsze słowo w języku hiszpańskim. Zwyciężyło w plebiscycie zorganizowanym przez hiszpański Instytut Cervantesa z okazji tzw. Dnia E (El Día E), mającego być świętem wszystkich osób mówiących po hiszpańsku. Te słowo zaproponował do konkursu słynny meksykański aktor Gael García Bernal. Według większości źródeł, pochodzi ono z języka purépecha i oznacza „miejsce wielkich skał”. Santiago de Querétaro (popularnie nazywane po prostu Querétaro) to urzekające miasto, w którym mieszka obecnie 630 tys. ludzi. Jego walory turystyczne nie ustępują innym stolicom stanów. Poza tym jest to bezpieczna i niezatłoczona metropolia, przyjazna do zwiedzania. Harmonijnie łączy też piękną architekturę centrum historycznego z bardziej przemysłową częścią miasta.

Querétaro odegrało bardzo ważną rolę w historii Meksyku. To właśnie stąd za sprawą Doñii Josefy Ortiz de Domínguez, zwanej La Corregidora, przekazano sygnał do rozpoczęcia walki o niepodległość we wrześniu 1810 r. Tutaj też podpisano w lutym 1848 r. traktat pokojowy Guadalupe Hidalgo, w wyniku którego Meksyk stracił olbrzymią część swojego terytorium na rzecz Stanów Zjednoczonych. Mowa tu aż o 2 mln km2, m.in. obszarze dzisiejszych stanów Kalifornia, Nevada, Utah, Nowy Meksyk i Teksas! W Querétaro wreszcie zakończyło się w 1867 r. wraz z egzekucją cesarza Maksymiliana I Drugie Cesarstwo Meksyku.

Poznawanie miasta można rozpocząć od trzech punktów, które uważa się za jego symbole. Pierwszym z nich jest Cerro de las Campanas, czyli Wzgórze Dzwonów. To tutaj właśnie został rozstrzelany cesarz Maksymilian I. Drugim miejscem jest piękny i potężny akwedukt z XVIII w., którego monumentalne łuki ciągną się na długości 1300 m, a trzecim –Convento de la Santa Cruz, klasztor franciszkański o niezwykle ciekawej historii, pierwsze kolegium misjonarzy w Ameryce. Można w nim obejrzeć m.in. kwaterę główną, a następnie dwudniowe więzienie Maksymiliana I (po pojmaniu go w maju 1867 r.). Przewodnik opowie nam także o hodowanym tutaj w ogrodzie przez duchownych cudownym drzewie, które ma kolce w kształcie krzyża (El Árbol de las cruces).

Centralnym punktem miasta jest jednak XVIII-wieczny kościół i dawny klasztor św. Franciszka (templo y ex convento de San Francisco) z charakterystyczną wysoką wieżą. Obecnie zajmuje go Muzeum Regionalne, które prezentuje w swoich kilkunastu salach historię stanu Querétaro. Tuż obok mieści się ukwiecony park, popularne miejsce spotkań szukających wytchnienia mieszkańców.

Starymi uliczkami dochodzimy do Templo de Santa Clara i Templo de Santa Rosa de Viterbo, wspaniałych barokowych kościołów, w których wnętrzach nie sposób oderwać oczu od bogatych złoceń i kunsztownych konstrukcji. Wśród placówek muzealnych Santiago de Querétaro wyróżnia się Museo de Arte (Muzeum Sztuki), na pozór „zwyczajny” zabytkowy budynek, dawny klasztor św. Augustyna (ex convento de San Agustín). Jeśli jednak nie zajrzymy tutaj do środka, to nie odkryjemy prawdziwego skarbu – wielkiego, pięknego patio z barokowymi krużgankami oraz interesującej kolekcji malarstwa meksykańskiego.

Dobrym pomysłem jest odwiedzenie Querétaro w trakcie świąt Bożego Narodzenia. W kościołach odbywają się wówczas uroczyste pasterki, po ulicach jeżdżą wozy, na których dzieci odgrywają scenki z Biblii, a rozbawieni widzowie rzucają im cukierki i zabawki. Na pewno tutaj nie zmarzniemy, gdyż w grudniu klimat jest raczej łagodny (średnia temperatura minimalna to 7,7°C, a maksymalna – 23,8°C). Poza tym otwarte są liczne stragany z gorącą kukurydzą, ciepłymi napojami i słodyczami.

Którąkolwiek jednak porę roku wybierzemy, żeby odwiedzić te strony, Michoacán i Querétaro mają nam wiele do zaoferowania. Te dwa stany w szczególny sposób uświadamiają turystom, na czym opiera się społeczeństwo meksykańskie – na współistnieniu i mieszaniu się kultur, co stanowi o niezwykłym bogactwie tradycji i historii Meksyku.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Ekwador w cieniu wulkanów

HANNA BORA 

www.sledznas.com

 

<< Ekwador, mający powierzchnię zbliżoną do Polski (niemal 284 tys. km²), to jeden z najmniejszych krajów Ameryki Południowej. Dla wielu turystów wciąż pozostaje ukryty w cieniu większych sąsiadów – Peru i Kolumbii. Dzieje się tak zupełnie niesłusznie. Ekwador zadziwia ogromną różnorodnością krajobrazów. Mieszkańcy często powtarzają, że tylko tutaj można rano obudzić się wśród odgłosów tropikalnego lasu, popołudnie spędzić u stóp ośnieżonych andyjskich szczytów, a wieczorem zrelaksować się przy szumie oceanu. >>

Więcej…

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

Wietnam

Victor Borsuk na Morzu Południowochińskim u wybrzeży Phan Rang w Wietnamie

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

 Dzięki rozbudowanej ofercie rozmaitych linii lotniczych sporty wodne można uprawiać praktycznie cały rok. Dotyczy to również kitesurfingu, który cieszy się dużą popularnością wśród Polaków, mimo iż u nas odpowiednie warunki klimatyczne panują jedynie przez kilka wiosennych i letnich miesięcy. Dla wielu naszych rodaków ślizganie się po falach na desce z latawcem stało się prawdziwą pasją, a kto raz połknie bakcyla, ten zawsze będzie śnił o tych wspaniałych miejscach na ziemi, gdzie natura sama stworzyła wymarzone warunki do wykonywania widowiskowych akrobacji na wodzie.

 

Jednym z najważniejszych czynników w kitesurfingu jest moc wiatru. Powiewy do 9 węzłów są zbyt słabe do uprawiania tego sportu. Wiatr o prędkości od 9 do 15 węzłów będzie dobry dla osób początkujących i tych wszystkich, którzy lubią czuć się bezpiecznie na wodzie i stabilnie poruszać latawcem. W takich warunkach ryzyko nieprzewidzianych sytuacji bywa raczej niskie. Prędkość 15–28 węzłów idealnie nadaje się dla średnio zaawansowanych kitesurferów. Można przy niej próbować wysokich skoków i porządnych ewolucji. Wiatr o prędkości powyżej 28 węzłów jest już bardzo silny. Czasem zrywa dachówki, łamie gałęzie i wieje piaskiem w oczy. Poradzą z nim sobie tylko doświadczeni kitesurferzy, którzy mierzą się w tej sytuacji z siłami natury.

Przy wyborze 12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu kierowałem się głównie statystyczną ilością i siłą wiatru oraz warunkami panującymi na wodzie. Pod uwagę brałem także wygląd okolicy i możliwości spędzania czasu nie poświęconego na ewolucje na desce.

 

1

Guajiru

Brazylia

 

To jedno z najwietrzniejszych miejsc na świecie. W brazylijskim stanie Ceará, w którym leży wioska Guajiru, wieje od czerwca do końca grudnia codziennie. Wiatr osiąga prędkość od 18 do 30 węzłów. Znajdują się tu liczne laguny z płaską taflą, na których możemy bez obaw próbować wszystkiego, o czym marzymy. Woda jest bardzo ciepła (ma mniej więcej taką temperaturę jak powietrze), więc wystarczą tylko krótkie spodenki i kostium kąpielowy. Nie wolno zapomnieć o użyciu kremu do opalania (aplikację warto powtórzyć kilka razy w ciągu dnia) i zaopatrzeniu się w wodę do picia.

 

2

Phan Rang

Wietnam

 

Okolica miasta Phan Rang (Phan Rang-Tháp Chàm) jest jeszcze mało popularna wśród amatorów akrobacji na desce z latawcem. Działa w niej zaledwie kilka szkół kitesurfingu. Miejsce to odkrył mój przyjaciel mieszkający w Wietnamie i właśnie tutaj zabieram widzów w podróż w czasie najnowszego filmu realizowanego przez Virgin Mobile W pogoni za wiatrem. Od listopada do lutego prędkość wiatru wiejącego na wybrzeżu wynosi 18–35 węzłów. Woda jest przezroczysta i jak okiem sięgnąć zupełnie płaska. Dopiero w odległości mniej więcej 800–1000 m od brzegu pojawia się rafa koralowa, która stanowi granicę dla pięknych równych fal, na których można uprawiać kitesurfing. Powietrze nagrzewa się zazwyczaj do ok. 30°C, ale silny wiatr powoduje, że w ciągu dnia i nocy nie odczuwa się upału. Dlatego do torby podróżnej warto zapakować klapki, krótkie spodenki i przewiewną koszulkę. Muszę przyznać, że to jedno z moich ulubionych miejsc na ziemi. Właśnie tu zorganizowałem w minionym roku imprezę sylwestrową i przywitaliśmy nowy, 2018 r.

 

3

Woodman Point

Australia

 

Gdy miałem 18 lat, spędziłem w tym rejonie pół roku. Zaraz po maturze kupiłem bilet i poleciałem sprawdzić, jak wygląda to legendarne dla kitesurferów miejsce w Australii Zachodniej. Przed wyjazdem oglądałem filmy o nim i bardzo dużo czytałem. Uczciwie mogę przyznać, że długo marzyłem, aby tutaj przyjechać, a ponieważ była to daleka wyprawa, postanowiłem zatrzymać się w okolicy aż na pół roku. Mając zaledwie parę groszy przy duszy i głowę pełną nadziei, wyruszyłem w podróż. Na miejscu okazało się, że wszystko wygląda dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Zastałem ogromne przestrzenie z płaską wodą i wiatr o prędkości 18–25 węzłów wiejący codziennie od godz. 14.00. Dlaczego właśnie o tej porze? Bo w tym rejonie występuje przede wszystkim wiatr termiczny zwany tu sea breeze (bryzą). Żadna prognoza nie podaje odpowiedniej siły wiatru, gdyż nie bierze pod uwagę różnicy temperatury między zimną wodą a bardzo mocno nagrzanym lądem. Oczywiście, poza tym, że był to jeden z najciekawszych okresów w moim życiu, odczuwałem również stres związany z występowaniem przy brzegu wielu rekinów i strach przed wywracaniem się na dużej głębokości. Jednak statystyki działały na moją korzyść, a kilka ataków na ludzi zdarzających się w ciągu roku w całej Australii nie mogło mnie wystraszyć na tyle mocno, żebym zrezygnował z ukochanego sportu. Zatem jeżeli ktoś nie boi się opowieści o rekinach i chłodnej (orzeźwiającej!) oceanicznej wodzie, cypel Woodman Point koło miasta Perth jest dla niego bez wątpienia jednym z miejsc do zaliczenia.

 

4

Prasonisi, Rodos

Grecja

 

Żywienie się konserwami i zupkami chińskimi oraz spanie na łonie przyrody – tak właśnie spędzałem wakacje jako nastolatek, aby zamknąć cały dwutygodniowy wyjazd w kwocie 1,2 tys. złotych i móc pływać przez 6–8 godzin dziennie. Półwysep Prasonisi na wyspie Rodos to jedna z najlepszych okolic do uprawiania kitesurfingu na świecie. Idealne miejsce dla amatorów tego sportu znajduje się między dwoma wzgórzami, które codziennie się nagrzewają, co sprawia, że powstaje schodzący z nich wiatr termiczny. Wzniesienia łączy piaszczysty wał, dzięki czemu tworzy się tu tzw. efekt Venturiego (wiatr przyspiesza w przewężeniu). Ze względu na te czynniki przez pół roku codziennie wieje w tym rejonie równy, ciepły i silny wiatr. Woda z jednej strony wału jest płaska jak stół, z drugiej powstają duże fale. Każdy ma inne wspomnienia z okresu nastoletniego, ja swoje pierwsze kroki w stronę dorosłości stawiałem właśnie na wyspie Rodos.

 

5

Mierzeja Helska

Polska

 

W tym przypadku moja ocena będzie siłą rzeczy bardziej subiektywna. Jest całkiem prawdopodobne, że wpływają na nią wspomnienia z 22 lat, przez które przyjeżdżałem na Hel, ale uważam tę część Polski za jedno z najlepszych miejsc, aby rozpocząć przygodę z kitesurfingiem. Przede wszystkim od strony Zatoki Puckiej mamy tutaj prawie 1 km płaskiej i płytkiej wody oraz rozległe przestrzenie. Nie bez znaczenia pozostaje też towarzystwo niesamowitych ludzi, których łączy zamiłowanie do sportów wodnych. Ja kocham to miejsce i nie wyobrażam sobie innej okolicy na spędzenie lata. Właśnie tu moje życie zaczęło nabierać obecnego kształtu. Na początku uczyłem się na Helu pływać, teraz prowadzę obozy dla dzieci od 9 do 18 lat i organizuję wyjazdy integracyjno-motywacyjne dla firm. Staram się zainspirować wszystkich swoją pasją.

 

6

Boracay

Filipiny

 

Filipińska wysepka Boracay kojarzy się z wysmukłymi palmami opadającymi do morza, błękitną wodą i białym piaskiem. To miejsce ma jednak także duszę. W ciągu dnia wszyscy żyją tutaj kitesurfingiem, a wieczorem zaczyna kwitnąć życie nocne. Wówczas każdy poddaje się magii, która otacza tę wyspę. Nie przez przypadek mówi się na niej: what happens on Boracay, stays in Boracay („co wydarzyło się na Boracay, zostaje na Boracay”). Uważam ten rejon Filipin za jeden z moich najbardziej ulubionych zakątków na świecie.

 

polska1

Victor Borsuk na Helu, gdzie często zapoznaje innych z kitesurfingiem

© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

7

Auckland i Northland

Nowa Zelandia

 

Północna część nowozelandzkiej Wyspy Północnej (regiony: Auckland i Northland) należy do najpiękniejszych miejsc na ziemi, w których do tej pory byłem. Wzdłuż wschodniego i zachodniego wybrzeża znajduje się wiele zupełnie dzikich okolic do uprawiania kitesurfingu. W wodzie można dostrzec wieloryby, a na lądzie spotkać ptaki kiwi i tyle owiec, że trzeba by liczyć je do snu do końca życia. Przyleciałem do tego kraju w odwiedziny do swojego bardzo dobrego kolegi, który pływanie na desce z latawcem traktuje jako pasję, a żyje z koncertów (występuje jako gitarzysta i wokalista). Ten niesamowity człowiek zabrał mnie w podróż po północnej Nowej Zelandii. Swoją wizytę w tych stronach zacząłem od Auckland, czyli największego miasta w kraju (ponad półtoramilionowego). Wynająłem w nim auto i pojechałem do nadmorskiego kurortu Paihia, gdzie poza sezonem żyje ok. 2 tys. osób, a latem przebywa prawie 30 tys. ludzi. W tym mieście mieszka na co dzień mój kolega Robin, tu codziennie gra w golfa czy tenisa i wieczorami występuje na koncertach w knajpach na wodzie. Utrzymuje się też z lokalnej turystyki. W kurorcie warto zatrzymać się na dwa dni, jednak najbliższe miejsca do uprawiania kitesurfingu oddalone są stąd przynajmniej o 20 min. jazdy na północ. W takiej odległości znajdował się nasz secret spot, położony między dwoma wzgórzami na terenie należącym do znajomych mojego kolegi. Była to rewelacyjna okolica. Wiatr wiał do brzegu, a na wodzie nie spotkaliśmy nikogo. Dzień później wybraliśmy się bardziej na północ na plażę, po której można jeździć autem (Ninety Mile Beach). Tutaj również spędziliśmy czas na falach. Pływaliśmy, ścigając się z samochodami. W Nowej Zelandii przebywałem tydzień, z czego przez cztery dni nie wiało. Cisza, spokój i piękne widoki rekompensowały jednak brak wiatru. Jeżeli moim głównym celem wyjazdów nie byłby kitesurfing, ale podróż w głąb siebie i obcowanie z naturą, ponownie wybrałbym się do Nowej Zelandii.

 

8

Maui

Hawaje, USA

 

Maui powinien odwiedzić każdy, niezależnie od tego, czy uprawia jakiekolwiek sporty wodne, czy podróżuje w celach czysto turystycznych. Ta wulkaniczna wyspa przekracza wszelkie wyobrażenia. Zacznę od tego, co najbardziej mnie zaskoczyło. Po wylądowaniu w mieście Kahului wychodzimy na lotnisko, gdzie wita nas od razu parne, gorące powietrze (nie ma czekających kobiet z kwiatami na szyi), więc od samego początku czujemy, że znaleźliśmy się w miejscu naprawdę egzotycznym. Całą wyspę można objechać w zaledwie 4 godz., ale każda jej część zdumiewa innym mikroklimatem. Po jednej stronie lądu codziennie pada (czasem 15 min., innym razem cały dzień), między lasami bambusowymi wyrastają palmy, wzgórza i skały pokrywa zieleń, a po drugiej opady są rzadkie i pola golfowe muszą być sztucznie nawadniane. Wzdłuż północnego wybrzeża leżą najsłynniejsze miejsca dla amatorów ewolucji na desce z latawcem, takie jak Ho’okipa, Kite Beach, Haiku itd. Tu zobaczymy nie tylko kitesurferów, ale przede wszystkim najlepszych sportowców na świecie startujących w zawodach surfingowych i windsurfingowych. Widoki przypominają kadry z okładek magazynów sportowych. W okolicy codziennie wieje, jest ciepło i egzotycznie, ale spoty są tak małe, że aż trudno uwierzyć. Wszyscy żyją tutaj powoli, to prawdziwi surferzy. Niestety, muszę zmartwić osoby, które jeszcze nie miały styczności ze sportami wodnymi. Maui nie nadaje się dla stawiających swoje pierwsze kroki w tej dziedzinie. Warunki są w tym rejonie bardzo wymagające, powiedziałbym nawet, że bywa niebezpiecznie. W wodzie łatwo zorientować się, iż znajdujemy się na Pacyfiku i nie należy lekceważyć jego siły, bo skończy się to tragicznie. Jeżeli ktoś chce sprawdzić się w tym miejscu, musi zdobyć doświadczenie. Dlatego polecam zacząć od Polski, potem warto wybrać się za granicę, polecieć do Brazylii i na spokojnie zmierzyć się z falami o wysokości 1–3 m, a na koniec dopiero można udać się na Hawaje.

 

9

Bintan

Indonezja

 

Wyspa Bintan leży w odległości zaledwie godziny rejsu promem od Singapuru (w archipelagu Riau). Kiedyś planowałem dotrzeć na nią na Puchar Azji (Kiteboard Tour Asia – KTA), ale termin wydarzenia kolidował z moim wcześniej zorganizowanym wyjazdem do Wenezueli. To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na ziemi. Ze względu na bliskość Singapuru jakość i ceny tutejszych hoteli przekraczają wszelkie wyobrażenia, ale my nocowaliśmy w domkach na palach, do których dochodziło się 200-metrowym drewnianym mostem. Jego deski wyglądały, jakby miały się zaraz złamać. Obiekt nazywał się Bintan Laguna Restaurant & Resort. Pobyt kosztował nas zaledwie 20 dolarów amerykańskich za noc (ze śniadaniem)! Na śniadanie podawano makaron z jajkiem, ale serwowano go na stole ustawionym nad wodą, co tworzyło niesamowitą atmosferę. W pokojach nie było okien z szybami, tylko otwory. Do środka wpadała przez nie bryza i ciepłe powietrze. Spędzanie dnia i nocy w tym miejscu stanowiło czystą przyjemność. Zaledwie 10 min. skuterem od obiektu znajduje się Bintan Agro Beach Resort, w którym mój kolega z Singapuru ma szkołę kitesurfingu. Okolica idealnie nadaje się na rozpoczęcie przygody z tym sportem, ponieważ woda jest tu płytka na obszarze rozciągającym się od brzegu do prawie 200 m w głąb morza. Ze względu jednak na bliskość równika kitesurferzy są zależni od pływów. Czasem w odległości 50 m od lądu fale odsłaniają suche dno. Ja na wyspie Bintan zupełnie się wyciszyłem. Nie ma na niej alkoholu (poza wytwarzanym przez mieszkańców winem ryżowym), auto można zobaczyć raz na godzinę, wszędzie panuje błoga cisza i spokój. Warto spędzić tutaj trochę czasu, aby porządnie wypocząć.

 

Cabarete 002

Klimatyczne Cabarete to popularne miejsce profesjonalnych zawodów w kitesurfingu

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

10

Cabarete

Dominikana

 

Miasteczko Cabarete w Republice Dominikańskiej uchodzi za jedno z najbardziej znanych miejsc do uprawiania kitesurfingu na świecie. Szaleństwo na falach przy odpowiednim wietrze i w promieniach gorącego tropikalnego słońca można tu połączyć z wieczornymi imprezami na plaży. Sama okolica nie jest zbyt dobra do rozpoczęcia nauki, to raczej rejon dla zaawansowanych. Miejscowi wykonują naprawdę niesamowite ewolucje na desce. Odkąd zobaczyłem pierwszy film z zawodów Pucharu Świata w kitesurfingu w Dominikanie, marzyłem o tym, żeby kiedyś do niej pojechać. Czekały na mnie smukłe palmy, biały piasek na plaży i błękitna woda. Kitesurferzy reprezentowali najwyższy światowy poziom. Moje wyobrażenia o tym miejscu okazały się całkowicie zgodne z rzeczywistością. Jeżeli ktoś nauczył się podstaw kitesurfingu i opanował halsowanie, powinien chociaż raz w życiu odwiedzić ten kraj. Atmosfera Karaibów łączy się tutaj z surferskim duchem rywalizacji na wysokim poziomie. Nie brakuje też rumu, ale warto mieć świadomość, że w Republice Dominikańskiej wypoczywa mnóstwo turystów, więc nie należy liczyć na ciszę i spokój umilające pobyt w Indonezji.

 

Renę Egli Airview

Przepiękna plaża Sotavento na Fuerteventurze, mekka kitesurferów z całego świata

© RENÉ EGLI

 

11

Fuerteventura

Hiszpania

 

Niewątpliwą zaletę Fuerteventury (jednej z Wysp Kanaryjskich) stanowi fakt, że można na nią dość szybko dotrzeć za niewielkie pieniądze. Tanie linie lotnicze często oferują bilety od 200 zł w górę w obie strony i czasem aż trudno uwierzyć, jak małe są koszty dostania się z kontynentalnej Europy na archipelag położony nieopodal północno-zachodnich wybrzeży Afryki. Ja trafiłem tu po raz pierwszy 10 lat temu, kiedy startowałem w Pucharze Świata na Playa Barca i Sotavento (Fuerteventura Windsurfing & Kitesurfing World Cup). To właśnie jedno z tych miejsc, które można obejrzeć na filmach z najlepszymi kite- i windsurferami na świecie. Sama wyspa nie jest zbyt bogata w szatę roślinną, w jej krajobrazie dominują skały i piach, jednak należy do bardzo wietrznych rejonów. Najmocniej zaskakują tutaj tłumy ludzi kochających sporty wodne. Zjeżdżają oni głównie do południowo-wschodniej części Fuerteventury. Wzdłuż plaży Sotavento przy odpowiednim poziomie wody powstaje olbrzymia laguna (płytki akwen z płaską taflą) o długości ponad 4 km i szerokości powyżej 200 m, na której można zacząć swoją przygodę z kitesurfingiem. Jeżeli ktoś nie ma czasu na dalekie podróże, a liczy na słońce i dobry wiatr podczas wyjazdu, to bardzo mu polecam właśnie tę sympatyczną kanaryjską wyspę.

 

12

Sardynia

Włochy

 

Włoska Sardynia to wspaniałe miejsce, które potrafi zaskoczyć na każdym kroku. Jest pełna tajemnic i ma bogatą historię. Niektóre okolice bywają tutaj bardzo surowe, ale napotkamy też zakątki jak z bajki. Na wyspie, podobnie jak w wielu rejonach południowej Europy, obowiązuje sjesta – w tym czasie często nie działają sklepy ani restauracje. Morze Śródziemne wokół Sardynii przybiera kolor błękitny, a piasek na plażach jest biały. Aż chce się wskoczyć do wody. Ja nie miałem zbyt dużo szczęścia do dobrego wiatru podczas swoich odwiedzin na tej malowniczej wyspie. Udawało mi się popływać dwa lub trzy dni w ciągu trwającego tydzień wyjazdu, ale nie jest to tak naprawdę nic niezwykłego, bo i w popularnym wśród kitesurferów Egipcie zdarzają się podobne okresy bez odpowiednich podmuchów. Uważam, że naprawdę warto zawitać na Sardynię. Istnieje na niej wiele świetnych centrów kite- i windsurfingu, a okoliczne wody słyną z wymarzonych wręcz warunków do uprawiania tych sportów. Ja korzystałem z usług profesjonalnej polskiej bazy SKYHIGH znajdującej się w Porto Botte, miejscowości położonej na południowo-zachodnim wybrzeżu, niedaleko czarującej wysepki Sant’Antioco. Chętnie odwiedzę gościnną Sardynię ponownie, żeby spróbować szczęścia w łapaniu wiatru. Poza tym potrawy lokalnej kuchni są przepyszne, miasteczka wyglądają niezmiernie urokliwie, a sami Sardyńczycy to wyjątkowi ludzie, jakby z innego świata.

 

Malta na morzu czasu

Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

www.dzieckowdrodze.com 

 

« Ten najmniejszy kraj Unii Europejskiej jest zarazem kolebką kultury i przedmurzem chrześcijaństwa. Znajdziemy tu megalityczne świątynie, ale i ok. 360 kościołów katolickich, możemy nurkować w ciepłym morzu, podziwiać wspaniałe zabytki i odwiedzić plan filmowy. Malta zachwyca różnorodnością. Każdy odkryje na niej coś, co sprawi, że będzie chciał na nią wrócić. »

Więcej…